AI dla dorosłych. Dyrektor AI @ BOŚ Bank. Twórca MWM. Współgospodarz „Niebo w Gębie". Analityk, nie influencer. Empatia z sentymentem do wolnego rynku.
@SlawomirMentzen AAA. i jeszcze mały puryzm: „tę” nie „tą” zdolną, bo domyśle jest „artyskę”. „Tą” byłoby gdyby chodziło o słowo „artystką”. Proszę nie dziękować.
Tak właśnie. Dokładnie chodzi o dofinansowanie tego rysunku. Dzięki, że go znalazłeś. Wpisałbym do ustawy, że każde dofinansowanie należy skonsultować ze Sławomirem Mentzenem, który oceni jakość sztuki. Jeżeli Pan Mentzen będzie zajęty jazdą na hulajnodze, będzie należało zapytać tego drugiego Pana od patelni i Ikei.
Jesteśmy mistrzem świata... w pakowaniu cudzych pomysłów
Wczoraj na linkedinie mignął mi wpis – infografika. Polska jako hegemon Europy w eksporcie komputerów. Ładny słupek, dużo czerwieni, jeszcze więcej dumy. Pod spodem komentarze w stylu „brawo my” i „a media o tym milczą”.
Obracam laptop, żeby zobaczyć ten drobny druk na spodzie. Gdzie go naprawdę zrobiono. I kto to wymyślił, bo to zwykle dwa różne kraje.
Polska faktycznie stała się potęgą eksportową. Ale czy to, co sprzedajemy, jest nasze.
Najpierw liczby. W 2025 roku eksport towarów z Polski sięgnął 366 mld euro. O 3,7% więcej niż rok wcześniej i ponad siedem razy więcej niż w roku, w którym wchodziliśmy do Unii i baliśmy się, że nas zaleją. Nie zalali. W jedno pokolenie z peryferii zrobił się z nas jeden z większych warsztatów kontynentu. To jest sukces.
W pierwszym kwartale 2026 było jeszcze ładniej. 93,3 mld euro, ciągnięte przez komputery i, uwaga, silniki odrzutowe. Sam eksport komputerów w górę o ponad 25% y-o-y. Brzmi dumnie.
A teraz obróćmy laptopa. Dell składa je w Łodzi. Flex ma zakłady w Łodzi i Tczewie. Składamy naprawdę dobrze, bo inaczej te fabryki dawno by stąd pojechały. Tylko że między „eksportujemy komputery” a „robimy komputery” jest różnica. Widać ją w jednej liczbie. Od 40 do 45% wartości naszego eksportu to części, które najpierw kupiliśmy za granicą. W motoryzacji ponad połowa. Spora część tej dumy przyjechała do nas tirem, postała dzień na hali i wyjechała z nową metką.
Lubimy te medale. Pierwsi w Unii w akumulatorach, w konstrukcjach stalowych, w drobiu, wysoko w jabłkach i truskawkach. W miedzi i srebrze. Zbieramy „pierwsze miejsce w X” jak magnesy na lodówkę, robimy zrzut ekranu i wrzucamy na LinkedIn. A potem wracamy do kuchni, patrzymy na ten sam paragon z Lidla co zawsze i czujemy się dziwnie mniej pierwsi, niż wychodzi ze słupka. I to nie przypadek. Medal za przewieziony tonaż to nie ten sam medal co za wymyślenie tego, co jedzie w naczepie.
Wejście wyżej na tej drabinie to badania, projektowanie. Własna marka, patenty, dział prawny od tych patentów. Łatwiej zrobić grafikę „jesteśmy pierwsi” niż przez 15 lat budować coś, czego konkurencja nie spakuje i nie wywiezie jednym mailem do działu zakupów.
Bo pytanie nigdy nie brzmiało, czy jesteśmy mistrzem świata w wysyłce. Brzmi inaczej. Czy zostaje przy nas to, co najtrwalsze. Projekt. Marża. Ta część wartości, która nie wsiada do tira, kiedy obok pojawi się kraj z tańszą pracą i równie zręcznymi rękami.
To samo pytanie wraca dziś z AI. Możemy uruchamiać cudze modele na cudzych kartach. Albo mieć kilka z nich na własność. Jedno i drugie nazywa się „robimy w AI”. To dwie zupełnie różne pozycje w tej samej tabeli.
Jesteśmy mistrzem świata w pakowaniu cudzych pomysłów. To naprawdę dobre miejsce w tabeli i wywalczone ciężką pracą. Pod jednym warunkiem: że nie pomylimy go z pierwszym.
Jestem na konferencji ElevenLabs. Fantastyczne wydarzenie w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Wypadłem ostatnio z konferencji. Ale ja lubię. Spotkałem kilku starych znajomych. Oglądam polską firmę, która potrafi zapełnić salę operową i zrobić wielką imprezę biznesowo-kulturalną. ElevenLabs Summit. W duchu powrotu do domu. Gwiazdy. Żarty. Super lineup. Firma dwóch młodych warszawiaków. Z jednej strony dumny. Z drugiej, patrzę na twarze ludzi, którzy tu przyszli. Są mniej więcej w wieku moich dzieci. Wszystkiego najlepszego… #dzieńdziecka
Jo przesłała mi post Damiana Maliszewskiego z FB (w komentarzach), dziennikarza i muzyka, w którym ostrzegał, że roboty wkrótce zaczną mordować rodziny we śnie.
Boimy się rzeczy nieprawdziwych. Humanoidalnych robotów, które ledwo schodzą po schodach. Albo Skynetu z filmu Camerona. A nie boimy się rzeczy prawdziwej: maszyna pisze za nas i decyduje za nas, a kiedy ją przyłapiemy na kłamstwie, wygląda jakby czuła wstyd. Robi po cichu to, co przez tysiąclecia uważaliśmy za wyłączne uprawnienie człowieka. Nie kradnie pracy, kradnie złudzenie wyjątkowości.
Trzy tygodnie temu Darek Duma w AI Executive Academy, której patronuję merytorycznie, wygłosił wykład „Człowieczeństwo w świecie sztucznej inteligencji". Powiedział mniej więcej tak: niby boimy się AI, że nam zabierze pracę. Tak naprawdę boimy się o siebie. Coraz trudniej być człowiekiem i pielęgnować złudzenia o naszej wyjątkowości.
W 1637 roku Kartezjusz, zwątpiwszy we wszystko, doszedł do jednego punktu pewności: cogito, ergo sum. To zdanie otworzyło europejską nowoczesność i przez prawie czterysta lat siedzieliśmy na nim wygodnie. Teraz przyszła maszyna, która też myśli. Nawet jeśli „tylko statystycznie" i „tak naprawdę nie rozumie". Z zewnątrz wygląda jak myślenie i daje wyniki myślenia. Cogito się rozjeżdża, bo nie jesteśmy jedynymi posiadaczami licencji na ten czasownik. Reakcją publicznego dyskursu jest krzyk: „zakażmy myślącej maszynie myśleć".
To stara panika z nowymi rekwizytami. 9 lipca 1955 roku, trzy miesiące po śmierci Einsteina, jedenastu największych umysłów epoki ogłosiło Manifest Russella-Einsteina. Wśród sygnatariuszy Russell, Einstein, Pauling, Yukawa i polski fizyk Józef Rotblat. Manifest mówił, że broń jądrowa zniszczy ludzkość.
Mieli rację co do skali ryzyka. Hiroszima zabiła ponad 140 tysięcy ludzi w cztery miesiące, Nagasaki kolejne 70 tysięcy. Wyspy Pacyfiku po próbach nuklearnych są do dziś niezamieszkałe. A jednak energia jądrowa nie zniknęła. Weszła do reaktorów, medycyny i większości francuskiej elektryczności. Świat się nauczył żyć z rzeczą, której najpierw chciał zakazać. Niedoskonale, z Czarnobylem i Fukushimą w tle, ale się nauczył.
Wcześniej Kościół chciał kontrolować prasę Gutenberga, bo demokratyzacja słowa miała zniszczyć autorytet. Później przyszedł strach przed parą (która ponoć miała uszkadzać ludzkie ciało powyżej trzydziestu mil na godzinę) i przed elektrycznością w nocy (która miała zniszczyć moralność). Każda technologia miała swoich proroków zagłady i żadna nie zatrzymała człowieka, choć każda go zmieniła.
Technologii nie da się zakazać. Można ją regulować i mądrze z nią żyć.
Boimy się o siebie, ale boimy się nie tam, gdzie krzyczymy. Bo to nie maszyna odbiera nam człowieczeństwo. Sami robimy to od dwudziestu lat, zanim ktokolwiek usłyszał o ChatGPT. Maszyna co najwyżej pokazuje, kiedy nas nie ma. Pytanie brzmi: jeśli nie myślenie nas definiuje, to co. A jak każda technologia od czasów Gutenberga, ta nie zaczeka, aż znajdziemy odpowiedź.
Hays Poland opublikował raport „Kondycja menedżera 2026". 39 proc. polskich liderów deklaruje, że nie chce już odpowiadać za zespół. Concordia Design dorzuca w raporcie „Tabu polskiego leadershipu": dwie trzecie polskich menedżerów w ciągu ostatnich 20 m-cy poważnie rozważało odejście z roli.
„Polscy menedżerowie są wypaleni, bo organizacje ich nie wspierają" – to lead z jednego z portali. To prawda, ale nepełna: ludzie odchodzą, bo zauważyli, że bycie menedżerem przestało być racjonalne ekonomicznie, bo każdy ma własne życie i zegar biologiczny.
Dwadzieścia lat temu menedżer miał przewagę informacyjną. Wiedział, co dzieje się w organizacji, u konkurencji i w którą stronę zmierza technologia. Dziś każdy analityk z dwoma subskrypcjami w Substacku i dostępem do GPT wie o trendach tyle samo. Często więcej, bo nie traci dwóch godzin dziennie na statusy.
Dziś menedżerowi płaci się za gotowość do trzymania w sobie jednoczesnych konfliktów: między zespołem a zarządem, między ambicją a budżetem, między ludźmi, którzy się nie znoszą, między obietnicą wzrostu a słabym kwartałem i między własnym czasem a kalendarzem trzydziestu innych.
W koszykówce jest taka pozycja – rozgrywający. Sam na niej grywałem (ze względu na wzrost). To nie jest najwyższy zawodnik i nie rzuca najwięcej punktów. Wie za to gdzie jest każdy z czwórki kolegów, dokąd biegnie, kiedy będzie wolny, i kiedy podać piłkę tak, żeby ten drugi dostał ją w idealnym momencie.
Najlepsi rozgrywający w historii NBA grają najdłużej z całej ligi. John Stockton – dziewiętnaście sezonów. Jason Kidd – dziewiętnaście. Steve Nash – osiemnaście. Pozycja, która wymaga trzymania całej choreografii w głowie, jest jedną z najmniej wypalających. Bo NBA umie ją utrzymać. Pozwala temu samemu człowiekowi grać tę samą funkcję przez dwadzieścia lat bez wymagania, żeby został trenerem albo prezesem klubu po dziesięciu.
Polski menedżer 2026 też jest rozgrywającym. Ale... Polski model kariery nie zna pozycji Stocktona. Droga jest w jedną stronę: ekspert – kierownik – dyrektor – członek zarządu. Próba zatrzymania się na poziomie, na którym jest się naprawdę dobrym, jest postrzegana jako brak ambicji. Próba powrotu z pozycji dyrektora do roli eksperta – jako degradacja, mimo że dla wielu ludzi byłaby zbawieniem. Concordia Design podaje liczbę: dwudziestu sześciu na stu dzisiejszych menedżerów wolałoby dalej rozwijać się jako ekspert. Polski rynek pracy nie ma narzędzi, żeby ich tam wpuścić bez stygmatu.
Nie zostałem w zarządzaniu, bo to lubię. To znaczy – lubię momenty. Lubię, kiedy ktoś z zespołu mówi pierwszy raz na głos to, co wcześniej myślał tylko sam. Lubię, gdy widzę, że człowiek dorósł do roli, której rok temu jeszcze nie miał. Tych chwil jest może 2 proc. czasu w roku.
Sam nie wiem, czy za pięć lat dalej będę w roli, w której teraz jestem. Wiem natomiast, że gdy tej decyzji nie podejmuję sam, podejmuje ją moje ciało, i wtedy zwykle jest za późno. 39 proc. polskich menedżerów już ją podjęło.
Dostaję maila. Czytam i orientuję się, że szukam czegoś, czego nie ma. Literówki czy powtórzenia słowa. Odpisuję i mam to samo pytanie do siebie. Nie czy ten mail jest dobry. Tylko czy ten mail brzmi jak ja, czy jak Claude udający mnie. Mat Honan opublikował 21 kwietnia w MIT Technology Review tekst, który nazwał „The era of AI malaise". Esej o tym, że AI jest wszędzie, a my nie mamy narzędzi, żeby go zmierzyć i sprawdzić.
Honan zaczyna od marca 2020 r. Opisuje okno z widokiem na statek, którego nie chciał żaden port. Pamięta kolejkę do Targetu, bo wszyscy chcieli zdążyć przed tym czymś. Chodziło o Covid. Mieliśmy wtedy tylko pierwsze przeczucie, że za chwilę wszystko się zmieni. Honan twierdzi, że dziś jesteśmy w tym samym miejscu wobec AI – z jedną różnicą. Wobec wirusa rządy w półtora roku zbudowały sobie infrastrukturę pomiarową. Testy, aktualizowane mapy, panele eksperckie, modele. W erze AI jesteśmy w drugim roku i nie widać nikogo, kto by te narzędzia budował.
Honan w jednym z akapitów używa em-dasha (wiecie takiego długiego myślnika). Świadomie. Sugeruje, że teraz pewnie czytelnik pomyśli, że to napisał AI. Ten akapit jest podwójnie ironiczny, bo ja, w stylu, który sobie ustaliłem, em-dashów nie używam. Reguła nie wzięła się z pedanterii typograficznej tylko z tego, że Claude i Gemini produkują em-dashe na potęgę. Em-dash stał się odciskiem palca generatywnego modelu.
Honan nazywa ten stan „malaise". Nie wiesz nawet, czego nie wiesz. Twoja organizacja wygląda zdrowo w finansach. Wewnątrz coś się zmieniło. Maile są krótsze i gładsze. Nikt już się nie kłóci na spotkaniach, bo każdy przychodzi z notatką. Notatki są jakoś podobne, nawet jeśli pochodzą od pięciu różnych osób z pięciu różnych zespołów. Maile po angielsku są zawsze poprawne, nie ma literówek i błędów.
Honan porównuje to do GLP-1. Leki na cukrzycę i otyłość, które dziś bierze pół świata, a o których prawie nikt nie mówi publicznie. Każdy się jakoś nagle zrobił szczupły. I z AI jest jak z Ozempikiem. Każdy w branży nagle zaczął pisać jaśniej i dostarczać więcej. Nie pytamy publicznie, jak. To nie jest temat.
Honan zastanawia się dlaczego w USA do dziś nie ma rządowego dashboardu, który pokazuje wpływ AI, ile miejsc pracy zostało zlikwidowanych a ile dodanych, jaki jest realny przyrost produktywności, a jaki ten ogłaszany w raportach inwestorskich. W covidzie mieliśmy taki dashboard. Polska perspektywa jest jeszcze trudniejsza. Nie mamy nigdzie publicznego obrazu, gdzie AI jest dziś w polskiej gospodarce. Mamy badania ankietowe firm doradczych z firm, które jednocześnie sprzedają wdrożenia.
Autor pisze, że przeciętny Amerykanin leży w łóżku z telefonem zamiast spać i prowadzi rozmowę z równaniem matematycznym. Wczoraj w łóżku rozmawiałem z Claude'em o tym, czy mam wyciąć z prezentacji jeden konkretny slajd. Kompletnie niepotrzebna czynność.
To jest właśnie ten niepokój.
Mam takie marzenie: Wstaję rano włączam media społecznościowe i widzę mniej ai-kalek. Nie, nie uważam, że trzeba wyrzucić AI. To se nevrátí. Sztuczna jest dobra w researche, sprawdzanie, w poprawianie, ale human-in-the-loop jest ważny, bo pomaga tekstom, wystąpieniom etc. być lepszymi. Można też mieć swojego agenta, swoje skille i pluginy i uczyć je nie nadużywać niektórych zwrotów. Wstydzę się, ale też używałem tak sztucznej, ale warto się uczyć :). To naprawdę łatwe. Czytamy i wyrzucamy różne zwroty. Tu lista, która może pomóc :);
„Teraz robi się ciekawiej."
„I tu pojawia się haczyk."
„Ale to nie wszystko."
„Co więcej..."
„Warto podkreślić, że..."
„Należy pamiętać, że..."
„W dzisiejszym dynamicznym świecie..."
„W erze cyfrowej transformacji..."
„Nie chodzi tylko o X. Chodzi o Y." (ten słynny pivot)
„To zmienia zasady gry."
„To prawdziwy game-changer."
„Otwiera zupełnie nowe możliwości."
„Rewolucjonizuje sposób, w jaki..."
„Przenosi X na zupełnie nowy poziom."
„Zanurzmy się w temat."
„Przyjrzyjmy się bliżej."
„Rozłóżmy to na czynniki pierwsze."
„Brzmi jak science fiction? A jednak..."
„Wyobraź sobie świat, w którym..."
„A co, jeśli powiem ci, że..."
„To dopiero początek."
„Możliwości są nieograniczone."
„Niebo jest granicą." (albo gorzej: „Nawet niebo nie jest granicą")
„W świecie, w którym wszystko się zmienia..."
„Krajobraz czegoś ewoluuje w zawrotnym tempie."
„To nie jest kwestia ‚czy', tylko ‚kiedy'."
„Pytanie nie brzmi X. Pytanie brzmi Y."
„Pozwól, że wyjaśnię."
„Krótko mówiąc..." (i potem trzy akapity)
„Reasumując..." (na końcu posta, w którym nic nie było do zreasumowania)
„To było mocne." (po cytacie własnym)
„Pomyśl o tym przez chwilę."
„Zatrzymaj się i przeczytaj to jeszcze raz."
„Większość ludzi tego nie rozumie."
„I właśnie dlatego..."
„A teraz najlepsze."
„Uwierz mi na słowo."
„Mówię ci to z własnego doświadczenia."
„Po latach pracy w tej branży nauczyłem się jednego..."
„Odblokuj pełen potencjał..."
„Wykorzystaj moc..."
„Zrewolucjonizuj swój cokolwiek."
PS. Listę powiększam nie tylko dzięki mediom społecznościowym, ale także dzięki AI :).
1. Anthropic dogadał warunki 30 mld dolarów rundy przy wycenie 900 mld. To try razy tyle, ile było trzy miesiące temu. Roczny planowany przychód: 45 mld.
2. Cerebras zrobił największy amerykański tech IPO od czasów Snowflake'a. 5,5 mld z rynku, akcje na otwarciu +108 procent. Tego samego dnia Stephen Miran zrezygnował z Fed.
3. Panthalassa, jednorożec spod Portland, zbiera 140 mln na centra danych pływające po Pacyfiku, zasilane falami. Wśród inwestorów: Thiel i Benioff.
AI w 2026 nie jest wyścigiem modeli. Jest wyścigiem o kapitał, prąd i metal.
Polska śpi.
Mój algorytm:
Sukces = kompetencje × wysiłek × zdrowie × kapitał społeczny × timing × struktura rynku × szczęście − pech.
Można tyrać i nie wygrać. Można zasłużyć i dostać zawał. Wiem coś o tym.
Narracja self-made jest dziurawa jak stary durszlak.
Lubię słuchać ludzi sukcesu, którzy opowiadają o sobie. Najpierw skromność, potem pobudka o 5:30, potem „nikt mi nic nie dał". A na końcu morał: praca, praca, praca.
Mam dla nich teorię. Niewygodną.
Plus dwa filtry poznawcze. Błąd przeżywalności – widzimy tylko tych, którym wyszło. Hipoteza sprawiedliwego świata – wolimy wierzyć, że świat nagradza zasłużonych, bo to daje poczucie kontroli.
Potem łatwo o ten skok: „skoro mu nie wyszło, to coś musiał spieprzyć".
Szybki słownik prawnego języka angielskiego. Nauczyciel Sam Altman:
„Wierzę, że jestem prawdomówną osobą". Oryginał: „I believe I'm a truthful person”. Nie „I am". „I believe I'm". Odpowiedź pod przysięgą w sądzię w Oakland, na pytanie prawnika Muska czy zawsze mówi prawdę – strategia obronna w opakowaniu skromności.
Prawnik Muska dociekał czy przekształcenie OpenAI z organizacji non-profit w capped-profit z dziesiątkami miliardów wyceny i partnerem Microsoft za plecami było zgodne z misją fundacji.
Lista cytatów była szeroka. Pracownicy Loopt, pierwszej firmy Altmana. Dario Amodei, dziś CEO Anthropic, ex-OpenAI, który w marcu nazwał oficjalną komunikację OpenAI „prostymi kłamstwami". Dwie byłe członkinie rady OpenAI, które w listopadzie 2023 zwolniły Altmana z powodu „braku konsekwentnej szczerości wobec rady". Plus nagłówek New Yorkera: „Sam Altman może kontrolować naszą przyszłość. Czy można mu zaufać?". Cztery firmy, kilkanaście lat pracy i jeden zarzut. Statystycznie to już nie pech.
Proces nie wykaże czy Altman jest uczciwym człowiekiem. To raczej już wiadomo. Znaczy: wierzę, że wiem :). To zostawiam sądowi. Ale być może pokaże czy da się prowadzić działania non profit pod presją wielkiego kapitału.
Co już wiemy? Misja organizacji bez egzekwowalnego mechanizmu nadzoru to deklaracja, nie zobowiązanie. OpenAI miało w statucie cel „korzyści dla całej ludzkości". Piękne. Bez sankcji za odstępstwo, bez kogokolwiek, kto by to egzekwował od strony misji. Rada nadzorcza próbowała w listopadzie 2023. W 96 godzin została zmieciona przez koalicję pracowników i Microsoftu. Misja przegrała z płynnością.
Zabawne jest, że teraz o tę misję walczy Elon Musk.
Druga rzecz. Obowiązek wobec akcjonariuszy zawsze pobije misję, gdy nikt nie opisał ex ante, co się dzieje w konflikcie. Misja jako abstrakcja przegrywa z fiducjarną odpowiedzialnością jako konkretem.
Trzecia rzecz. Marketing etyczny i compliance etyczny to dwie różne rzeczy. Pierwszy buduje wycenę. Drugi buduje obronę w sądzie. Łatwo napisać esej o responsible scaling. Trudniej udowodnić, że tempo wdrożeń tej zasadzie odpowiada. W roku, w którym firma rośnie najmocniej, pokusa, by inwestować w pierwsze kosztem drugiego, jest największa. Procesy publiczne potem rozliczają tę pokusę.
Wierzę, że jestem uczciwy w tej ocenie :).
PS: Opinia osobista, komentarz do sprawy publicznej.