Szkoda, że w konflikcie o pizzę, krewetki i 2500zł najwięcej jest emocji, szumu oraz uproszczeń, a najmniej racjonalnego wyjaśnienia.
Jako zainteresowany właściciel kilku restauracji, który ma za sobą zapłaconych kilkadziesiąt tysięcy kar, przedstawię szerszy punkt widzenia.
Dla tych co wyszli spod kamienia:
Kilka dni temu panie ze skarbówki nałożyły karę 2500zł za nieprawidłową stawkę VAT za pizzę z krewetkami (winno być 23%, było 8%).
Jedynie głosy jakie słychać to:
@K_Stanowski - shame shame, my im płacimy z podatków a te zachowują się jak ostatnie… niemiłe panie, skandal, tak urzędnik nie może pracować, w przenośni - pod pręgierz z nimi
A pani @AgataJagodzisk1 z KAS w emocjach broni się jak może i zaczyna używać dziwnych, powiedziałbym ryzykownych, argumentów
Zróbmy kilka kroków w tył i po kolei.
Prawo, wedle którego inna stawka VAT obowiązuje „standardowo” w gastronomii, inna na owoce morze i dania z nimi (a jeszcze inna na napoje, a jeszcze inna na usługi cateringowe) to masywne, nie bójmy się użyć tego słowa, GÓWNO. Idiotyczny, kretyński przepis, którego uzasadnienie jest równie durne i aby go stworzyć i zatwierdzić należy być albo częścią jakiegoś lobbystycznego układu (mniej prawdopodobne, choć kto wie), albo niespełna rozumu.
Prawo to funkcjonuje od 1 lipca 2020 roku. Czy ktokolwiek z głównonurtowych mediów się tym kiedykolwiek zainteresował? Czy poddano w wątpliwość zasadność tego przepisu? Czy wytworzono jakąkolwiek presję na to, aby ten - no przepraszam, ale inaczej się nie da - debilny przepis usunąć?
Nic, zupełnie.
A zatem prawo, a raczej tak zwana matryca VAT, funkcjonuje od 6 lat. I możemy klnąć i się wściekać, co jest bardzo uzasadnione, ale nijak ma się to do pracy pani inspektorki.
W pełni kupuję argument o tym, że urzędnicy powinni być mili, dostępni, pomagający, wręcz opiekujący się i żyjący w pełnej symbiozie z tymi, których praca ich dotyczy. Zgadza się, dokładnie tak powinno być. I z mojego doświadczenia kilkunastoletniego - dokładnie tak jest.
Osoby zatrudnione w ZUSie, w Skarbówce, w Inspekcji Handlowej, w Sanepidzie, w Państwowej Inspekcji Pracy - wszyscy super mili. Do pogadania, do wyjaśnienia, do przedyskutowania i do pomocy.
Nie zapominajmy jednak o jednym i najważniejszym: nie jest zadaniem urzędnika, będącego najniższym szczeblem w całej drabinie administracyjnej, interpretacja prawa. Jego zadaniem jest egzekwowanie prawa, nawet debilnego, z którym często się nie zgadza (warto pogadać z nimi też o tym).
Oczekiwanie, że to urzędnik czy inspektor będzie decydował czy „penalizować” czy też karać to zrzucanie na niego nie tylko odpowiedzialności za nasze niedopatrzenia, za niewykonanie przez tej osoby zleconego obowiązku, ale też za uchwalone prawo, z którym ta osoba nie ma absolutnie nic wspólnego.
Kierując się gastronomicznym porównaniem, jeśli szef kuchni przygotuje danie i procedurę kuchenną, a inny pracownik kuchni je wykona, następnie kelner poda do stołu - to jeśli nie smakowało, „opierdol” należy się kelnerowi? Temu, co przygotował zgodnie z procedurą? Czy temu, który wymyślił, że ma ono wyglądać tak, a nie inaczej?
Kontrolerzy to właśnie ci „kelnerzy”, którzy na kształt serwowanych potraw mają niewielki wpływ.
Mało tego, porównanie jest o tyle trafne, że również i w restauracji to my jako goście opłacamy całą załogę. Podniesiony został argument, że przecież oni opłacani są z naszych podatków, więc niesłychane, że naliczają nam kary.
Jeśli argumentem, że opłacanie przez nas powinno upoważniać wyłącznie do bycia miłym to trochę przeczymy sensowi istnienia choćby rad nadzorczych, ciał doradczych czy kontrolingu.
Argument wydaje się oczywisty i nie ma go co tłumaczyć.
I jeszcze trzy kwestie.
Relatywizacja prawa.
Tak, ten przepis o owocach morza jest kretyński. Nie brakuje innych, głupich. Ale NASZA SUBIEKTYWNA OCENA nie zwalnia nas z obowiązku ich przestrzegania. Ani też subiektywna ocena urzędnika.
Z bardzo prostego powodu.
Bo najpierw uznamy, że kretyńska jest krewetka. A potem, że w sumie to jebać te paragony, tylko niepotrzebny wydatek na kasę fiskalną i papier do niej. Takie przesuwanie linii „tolerancji na prawo” krok po kroku prowadzi tylko i wyłącznie w kierunku anarchii (wypiłem małego dziubka, przecież mogę jechać). A jedyne, co może to powstrzymać to PRESJA NA OSOBY DECYZYJNE. Na tych, co o prawie decydują. A nie tych, co je egzekwują.
Oni naprawdę do powiedzenia nie mają nic, a tylko najłatwiej się na nich wyżyć.
(tu miejsce na kontrargument o "wykonawcach rozkazów z obozów koncentracyjnych", ale jest tak głupi, że też miejmy go już za sobą)
Specyfika branży.
Pozwolę sobie, nie pierwszy raz zresztą, odrobinę nasrać do własnego gniazda. Ale przecież pan Stanowski równie krótko jedzie z innymi redakcjami. :)
Choć owszem, jest coraz lepiej, to i tak branża gastronomiczna przeżarta jest patologią na wielu poziomach. Mobbing, niewywiązywanie się z umów, brak umów, pomijanie fiskalizowania transakcji i można tak długo. Na pewno miliony, może miliardy, brakujące w budżecie i ZUSie.
Czy zdarzyło mi się coś zrobić nie tak i zapłacić karę?
Tak, ostatnio choćby 5000zł z Inspekcji Handlowej za brak gramatur w menu (sprawdźcie menu swoich ulubionych knajp, he he).
Czy karając wszystko jak leci wylejemy dziecko z kąpielą?
Być może, trochę tak.
Czy gra jest tego warta?
Tak, jest tego warta i tak powinniśmy zrobić, bo jako aktywny uczestnik tej branży mam mdłości od tej patologii dookoła, z którą jestem zmuszony nieuczciwie konkurować na co dzień. Albo słuchać historii pracowników, bez pieniędzy, traktowanych jak niewolników na polu bawełny.
Zaorać, do spodu, oczyścić środowisko i cześć. Karać dla przykładu, wysoko i dotkliwie, a nawet nagłaśniać.
(choć to oczywiście nie takie proste, bo patola nie omija tych najbardziej cenionych miejsc, a tam ładni ludzie w ładnych garniturach ładnie się uśmiechają, a to - tak mamy tu wiele rzeczy poukładane - pozwala pokryć się warstwą nieprzywierającego teflonu).
I po trzecie, niedobory kadrowe.
Pięknie, w idealnym i bezkontekstowym świecie brzmi sytuacja: urzędnik na kontroli przychodzi, stwierdza nieprawidłowości, wydaje upomnienie i polecenia naprawy i tydzień/miesiąc później wraca sprawdzić progres.
W realnym świecie kontrole są raz na ruski rok (w przenośni, bo realnie to jest raczej ruska dekada) i nie ma szans, żeby ktoś zaraz znów się pojawił. Nie wiem czym te osoby się zajmują, ale ewidentnie jest ich zbyt mało.
60 000 osób w KASie? No to przecież więcej jest lokali gastronomicznych w Polsce. A co dopiero wszystkich innych form działalności? Bez jaj.
Kto odpowiada w rządzie, na górze, za tę jednostkę? To tam należałoby uderzyć.
—
I oczywiście pełna zgoda z tym, że te polityczne zagrywki, ustawione kontrole, oranie uczciwych firm do spodu na zlecenie - te wszystkie północnokoreańskie zagrywki powinny zostać zglebione już dawno. Obrzydliwy ściek.
Ale za nie nie odpowiadają urzędnicy na kontroli. Za to odpowiadają ci bardziej cwani, którzy chowają się w cieniach gabinetów - urzędniczych i politycznych - i to oni są największymi gnojami w tej przedsiębiorczej grze.
Tam dużo trudniej się dostać i złapać za rękę. Ale wyłącznie media mogą to zrobić. Jeśli tylko uznają, że sięgną po coś wyżej, niż najniżej wiszący owoc.
@AM_Zukowska@JAMaciejewski Czarzasty zawsze wiedział gdzie się przykleić. Tylko w stanie wojennym przestrzelił licząc na to, że komuna tak szybko nie upadnie i zrobi karierę w PZPR.