Steph Curry w Finale Igrzysk Olimpijskich 2024:
⏰ 30 minut
👌 24 punkty
🔥 8/12 za trzy punkty
🤝 5 asyst
🫱 2 przechwyty
Kolejny legendarny występ wybitnego zawodnika.
🧵 10 ciekawostek na temat Stepha Curry'ego, których mogliście nie znać.
1. Kończąc szkołę średnią chciał pójść w ślady ojca (Dell również grał w NBA) i pójść na uczelnię Virginia Tech. Nie był jednak przez nich uznany za talent, głównie ze względu na wątłą budowę ciała i nie dostał oferty stypendium.
Steph wybrał inną, lokalną szkołę - Davidson, która bardzo go chciała w swoich barwach. Ich determinacja się opłaciła. Steph jest jedynym zawodnikiem w historii uczelni, który ma zastrzeżony numer (#30) - co ciekawe, stało się to możliwe dopiero w 2022 roku po tym… jak uzyskał tytuł naukowy, gdyż tego wymagał regulamin szkoły.
Hubert Hurkacz wins the second ATP Masters 1000 title of his career in Shanghai, beating Andrey Rublev 6-3, 3-6, 7-6(8) in the final. Saved a match point.
A fantastic tournament in a season that wasn't exactly going as planned for him.
Now 11th in the Rankings and Race.
Depresja dotyka nawet największych sportowców. Tyson Fury mówi o niej otwarcie!
Tyson Fury podpisał kontrakt na walkę z Aleksandrem Usykiem. Mistrz wagi ciężkiej tak naprawdę największe zwycięstwo ma już za sobą. I wcale nie chodzi tutaj o starcia w ringu.
Gdy pokonał Władimira Kliczkę, stał się niekwestionowanym mistrzem świata kategorii ciężkiej. Chwilę później był bliski samobójstwa. Tyson Fury w swojej najnowszej autobiografii "Na gołe pięści" z perspektywy czasu opowiada o walce z największymi demonami. ➡️ https://t.co/4SMqqkulBl
Fragment książki:
""Nic mnie nie interesowało. Boks przestał dla mnie cokolwiek znaczyć, i to pomimo faktu, że organizowano już pojedynek rewanżowy z Kliczką. Wstawałem, o której mi się żywnie podobało, jadłem, co mi się żywnie podobało, piłem tyle, ile mi się podobało.
Treningi? Jakie treningi? Nie widziałem w tym sensu, miałem natomiast poczucie, że zbijanie bąków w domu i obżeranie się śmieciowym jedzeniem to coś dla mnie. Kiedy już wybrałem się do klubu, stawałem w ringu i dawałem się okładać sparingpartnerom. Nawet się nie broniłem, ponieważ wszedłem w tryb samookaleczenia. Chciałem, żeby zadawano mi ból. Godziny przemykały koło mnie niczym kule, a następnie zamieniały się w dni, tygodnie i miesiące. Rok 2015 niezauważalnie przeszedł w 2016, a mnie nie robiło to najmniejszej różnicy. Osunąłem się na samo dno. Sam fakt, że żyję i oddycham, był dla mnie doświadczeniem równie atrakcyjnym jak szczanie pod wiatr.
Na przełomie 2015 i 2016 r. całkowicie odszedłem od codziennej rutyny i zacząłem masakrycznie tyć. Doszedłem do 190 kg, co tylko wzmocniło we mnie poczucie apatii i wzgardy dla samego siebie. Za każdy razem, gdy spojrzałem w lustro, widziałem w nim oczy należące do kogoś, kogo nienawidziłem – wielkiej, grubej świni i kompletnego frajera. Faceta, który ma wszystko i chce to wszystko wyrzucić w błoto. Faceta, który nie wie, dokąd zmierza i co zrobi dalej. Faceta będącego zaledwie cieniem siebie samego z nieodległej przeszłości. Faceta zasługującego na śmierć, przede wszystkim jednak kogoś niestabilnego psychicznie, kogoś, kto nie umiał poprosić o pomoc.
W tamtym okresie Paris i dzieciaki dużo wycierpiały, ponieważ doświadczałem gwałtownych i częstych wahań nastroju. W jednej chwili byłem radosny i gotowy, by wszystko naprawić, a w drugiej popadałem w smutek. Tak naprawdę jednak czułem się tak, odkąd pami��tam. Zdarzało mi się zmienić zdanie w jakiejś sprawie 30 razy na dzień. Najpierw podchodziłem do czegoś śmiertelnie poważnie (na przykład postanowiłem zorganizować weekendowy wypad albo nauczyć się grać na fortepianie), by zaraz potem zupełnie stracić zainteresowanie tym projektem. Podejmowałem pochopne decyzje. Kiedy moja choroba się nasiliła, nasiliły się również moje skłonności.
Straciłem wszystko. Nie widziałem żadnego sensu, żeby to ciągnąć, emocjonalnie znalazłem się w najgłębszym możliwym dołku, dalej była już tylko śmierć. Niekiedy budziłem się rano i moja pierwsza myśl dotyczyła kompletnej pustki. Po co się dzisiaj obudziłem? Dlaczego nie umarłem we śnie? Depresja i choroba psychiczna ścisnęły mnie za gardło i dusiły, powoli odbierając mi życie. Wszystko wydawało mi się mroczne i puste, więc zalewałem te uczucia alkoholem.
Często chodziłem z braćmi do pubu, choć w 2016 r. nasz dom był w remoncie, więc wraz z Paris i dzieci mieszkaliśmy w przyczepie kempingowej. Zamiast opiekować się rodziną, wypiąłem się na wszystkie obowiązki i chlałem, bo chlanie pozwalało mi zagłuszyć cierpienie na kilka zbawiennych godzin. Za jednym posiedzeniem pochłaniałem od 10 do 18 browarów. Czasami zachodziła we mnie niezbędna zmiana: wewnętrzny głos, który szeptał mi, że jestem do niczego, nagle cichł, a wtedy wracał stary, dobry Tyson Fury. Wtedy nie wiedziałem bardzo wielu rzeczy, między innymi tego, że choroby nie da się zalać alkoholem. Te chwile rzekomej poprawy były jedynie plastrem na wielkiej, jątrzącej się ranie, a gdy rankiem nadchodził kac, wszystko zaczynało się od początku.
Potrafiłem pić po kilka dni z rzędu, więc Paris obawiała się najgorszego. Trudno jej się dziwić. Dzieciaki kompletnie nie rozumiały, co dzieje się z ich tatą. Pijąc na umór i wypinając się na rodzinę, sprzeniewierzyłem się wszystkim moim zasadom, tyle że wtedy miałem to kompletnie gdzieś – wstyd i zażenowanie w najmniejszym stopniu nie wpływają na kogoś, komu doskwierają problemy psychiczne i kto chce umrzeć. To emocje typowe dla osób stabilnych emocjonalnie, a ja zdecydowanie kimś takim nie byłem. Dzięki Bogu, że Paris wytrwała u mojego boku.
Gdy to wszystko się rozkręcało, już kilka tygodni po walce federacja IBF pozbawiła mnie tytułu. Jako posiadacz pasa byłem zobowiązany do walki z pretendentem do tytułu, 31-letnim Ukraińcem Wiaczesławem Hłazkowem, zwycięzcą 21 z 22 walk stoczonych w zawodowym ringu. Miałem już jednak podpisany kontrakt z Kliczką, w którym znajdowała się klauzula dotycząca rewanżu. Nie było mowy, żebym stoczył oba te pojedynki. W tym przypadku pas odebrano mi dlatego, że nie mogłem skrzyżować rękawic z Hłazkowem, co wydawało mi się trochę nie fair. Z tego względu federacja IBF przestała dla mnie istnieć.
Prędzej naszczałbym na ten ich pas, niż znowu o niego walczył. Niestety, najgorsze ciągle jeszcze było przede mną. Czułem, że zbliża się wielkimi krokami. Wspominałem już tutaj o wstrząśniętej butelce napoju gazowanego – nadszedł czas eksplozji. Miałem narobić wszędzie cholernego bałaganu.
Wtedy sięgnąłem po kokainę. Nie pamiętam dokładnie, kiedy wciągnąłem pierwszą kreskę, ale było to jakoś kilka tygodni albo kilka miesięcy po walce z Kliczką. Zapewne ktoś mnie nią poczęstował. "Stary, nie chcesz trochę?" Jako że wtedy nic mnie nie interesowało, wciągnąłem się i przez dwa lata goniłem za uczuciem, które nie istniało. To okropna rzecz, straszne gówno i nikomu tego nie polecam (jak zresztą wszystkich innych narkotyków). Za każdym razem, gdy brałem kokainę, następnego ranka budziłem się w znacznie gorszym stanie emocjonalnym niż wcześniej, więc gdybym mógł się cofnąć w czasie i poradzić coś samemu sobie, powiedziałbym: "Po prostu odmów".
Wiosną 2016 r. można było odnieść wrażenie, że runąłem w dół i cały czas przyspieszam. Na szczęście nie wyniszczałem się finansowo, jak to bywa w przypadku wielu osób w moim położeniu. Po prostu nie wydawałem olbrzymich pieniędzy na hazard, drinki czy imprezy. Bo gdy już wychodziłem na miasto, to nie odwiedzałem najmodniejszych londyńskich klubów, tylko zaszywałem się w pubie w Morecambe, gdzie piwo kosztuje około dwóch funtów. Najgorsze było to, co przeżywała Paris. Musiało być jej strasznie trudno patrzeć, jak rozpadam się na kawałki.
Mimo to poza naszą rodziną świat kręcił się tak, jak gdyby nic się nie stało. Pięściarska maszyna pracowała pełną parą. W kwietniu 2016 r. ogłoszono, że latem odbędzie się mój rewanżowy pojedynek z Kliczką. Tym razem zamierzaliśmy skrzyżować rękawice w Manchester Arena, co miało dać mi jakąś tam przewagę: moje rękawice, moja waga, mój ring. Niestety, nie zapowiadało się na to, żebym mógł wziąć udział w kolejnym pojedynku o tytuł mistrzowski. Gdy nadszedł termin pierwszej konferencji prasowej, pojawiłem się na niej i zachowywałem jak wariat. Zerwałem z siebie nawet koszulę, żeby pokazać światu skutki kilkumiesięcznego obijania się i objadania.
"Spuścizna niewiele dla mnie znaczy – powiedziałem, zaczynając wystąpienie, o którym potem dużo myślałem. – Sam boks niewiele dla mnie znaczy. Gdyby był dla mnie ważny, nie przyjeżdżałbym na każdy kolejny obóz przygotowawczy z 25-kilogramową nadwagą, nie zjadałbym każdego ciasta upieczonego w Lancashire i nie wypijał każdego browara w Wielkiej Brytanii". Uwaga, czas na najdziwniejszy fragment: "Nie znoszę trenować – powiedziałem. – Nienawidzę boksu. Nienawidzę tego wszystkiego. Nie cierpię z wami rozmawiać. Wolałbym siedzieć w domu, oglądać telewizję i jeść czekoladę". Jak powinieneś wiedzieć z lektury tej książki, trudno o mniej prawdziwe słowa.
Zwróciłem się do Kliczki i wskazałem na mój brzuch. "Czy to ci wygląda na ciało pięściarza? Nie. Wstydź się. Dałeś się pokonać grubasowi".
Na koniec powiedziałem zgromadzonym tam ludziom, co naprawdę sądzę o mojej pracy – sporcie, o którym marzyłem przez całe dzieciństwo. "Nienawidzę go, ale jestem zbyt dobry, żeby po prostu z niego zrezygnować. Mam nadzieję, że Kliczko mnie znokautuje, bo wtedy będę mógł zakończyć karierę i wyjechać na wakacje".
W ramach przygotowań do walki biegałem trochę po Lake District i skręciłem nogę w kostce. Poślizgnąłem się na jakimś krawężniku albo stopniu i upadłem. Pojedynek z Kliczką został przełożony. Nie za bardzo dzisiaj pamiętam, czy poczułem wtedy ulgę, czy nie, ponieważ wszystko zasnuwała mi mgła depresji. Nie bardzo rejestrowałem, co się dzieje, nie miałem nawet pewności, czy wydarzenia w moim życiu mają jakiekolwiek znaczenie. Ktoś, kto stracił chęć życia, naprawdę nie przejmuje się jakąś tam walką.
Jestem całkowicie i wyłącznie odpowiedzialny za moje ówczesne zachowania autodestrukcyjne i nikogo o to nie obwiniam, ale zauważyłem coś niepokojącego w ludziach otaczających mnie w tamtym okresie: ewidentnie przyglądali się zachodzącemu w zwolnionym tempie dramatowi i naprawdę nie potrzeba było geniusza, żeby zauważyć, że jest ze mną niedobrze i rozpadam się na kawałki (oczywiście nie mam tu na myśli Paris ani najbliższej rodziny i przyjaciół, bo oni stanowili dla mnie opokę). Pomimo mojego załamania, do którego doszło na oczach całego świata, nikt nie przyszedł i mi nie pomógł. Nikt z branży bokserskiej nie wziął mnie na bok i nie zapytał, czy wszystko u mnie w porządku. Nikt nie dociekał, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami albo czy potrzebuję wsparcia bądź rady. Ludzi ze świata boksu nie interesowało, że jestem niestabilny emocjonalnie. Interesował ich mój rewanż z Kliczką, a nie mój stan psychiczny.
W głowie wybuchł mi pożar. Traciłem panowanie nad sytuacją i doświadczałem silnych ataków paniki, podczas których miałem poczucie, że rozerwie mi się serce. Pewne— go razu byłem nawet przekonany, że Dave, mój przyjaciel, usiłuje mnie zabić. Zacząłem sypiać z włączonym światłem, ponieważ inaczej słyszałem w ciemności głosy demonów. Bałem się nieznanego i gdy nie widziałem, co znajduje się w pomieszczeniu, wpadałem w panikę.
W najtrudniejszych chwilach często myślałem o samobójstwie, aż któregoś ranka postanowiłem to zrobić. Otworzyłem oczy, nienawidząc tego, w kogo się zamieniłem. Żałowałem, że nie zmarłem we śnie. Uznałem, że najwyższy czas z tym wszystkim skończyć. Później tego samego dnia postanowiłem rozbić się w moim ferrari o podporę wiaduktu. Z gazem do dechy i słysząc ryk silnika, wiedziałem, że od tego gwałtownego i zbawiennego końca dzielą mnie już tylko sekunda lub dwie.
Wtedy nagle usłyszałem w głowie jakiś głos. Nie.
Nie rób tego.
Pomyśl o dzieciach.
Nie pozwól, by dorastały bez ojca.
Nie pozwól im dorastać w przekonaniu, że popełniłeś samobójstwo, bo nie poradziłeś sobie z samym sobą.
W ostatniej chwili odbiłem kierownicą i uniknąłem zderzenia, a potem dałem po hamulcach. Poczułem, że samochód zwalnia, a serce wali mi jak młotem. W tym momencie w głębi siebie poczułem, że muszę zwrócić się do innych o pomoc, ponieważ bez niej umrę i zniszczę życie wszystkim ludziom z mojego otoczenia. "Potrzebuję pomocy – pomyślałem – pomocy lekarskiej".
Mój problem polegał na tym, że nie wiedziałem, gdzie zwrócić się z prośbą o uleczenie mojej głowy. Nie wiedziałem kompletnie nic o kwestiach związanych ze zdrowiem psychicznym, ponieważ w społeczności Travellersów nie mówi się o takich sprawach. Gdy potem powiedziałem mojej rodzinie o przygniatających mnie problemach emocjonalnych, nikt nie wiedział, jak mi pomóc."
Jeśli jesteś osobą, która potrzebuje natychmiastowej pomocy, możesz udać się do Ośrodków Interwencji Kryzysowej, które znajdują się w każdym większym mieście. Możesz tam otrzymać bezpłatną pomoc psychologiczną, prawną, materialną."
Jeśli masz problem - nie bój się sięgnąć po pomoc!
– Bezpłatny kryzysowy telefon zaufania dla młodzieży: 116 111 (czynny całodobowo, 7 dni w tygodniu).
– Bezpłatny kryzysowy telefonu zaufania dla dorosłych: 116 123 (czynny 7 dni w tygodniu od 14:00 do 22:00).