Miasto z piasku albo o tym, jak niemożliwe staje się fundamentem.
Był kiedyś brzeg. Tylko brzeg… wiatr, szare niebo i piasek, który nie wiedział jeszcze, czym może się stać. Świat dookoła chylił się ku upadkowi, wielki kryzys zbierał swoje żniwo, a ludzie uczyli się chodzić z głowami nisko, żeby wiatr nie przewrócił im marzeń.
Ale pewien człowiek stanął na tym brzegu i zamiast pochylić głowę podniósł ją wyżej. Nie zobaczył piasku. Zobaczył miasto. Nie zobaczył kryzysu. Zobaczył kierunek.
Tam gdzie inni widzieli koniec lądu,
on widział początek czegoś,
co nie miało jeszcze nazwy.
I tak właśnie rodzi się misja. Nie z grzmotu. Nie z pewności. Rodzi się cicho, jak wewnętrzny głos, który mówi „To Twoje miejsce. Tu masz budować.”
Nie wiesz jeszcze jak. Wiesz tylko, że musisz.
Bo tak właśnie działa scenariusz zaczyna się od jednego kroku, który nie wygląda jak krok ku miastu. Wygląda jak szaleństwo.
„Jeżeli możemy o czymś pomyśleć, możemy to także zrealizować. Potrzebna jest determinacja, by tego dokonać.”
Pisałem to w mojej książce „Wyprawa”
Molo powstało, zanim był port. Port powstał, zanim było miasto. Miasto powstało, zanim była legenda. I tak jest zawsze z tym, do czego jesteś powołany nie widzisz całości, widzisz tylko następny krok. I ten krok jest wystarczający.
Każdy człowiek nosi w sobie taki brzeg. Coś, co inni nazywają niemożliwym, a ty gdy uciszysz hałas świata, czujesz jako coś nieodparcie swojego. Jak gdybyś był do tego stworzony.
Miasto rosło wbrew logice czasu.
Człowiek rośnie wbrew logice strachu.
Obaj budują ten sam fundament
wiarę, że to, co jeszcze nie istnieje, już jest prawdziwe.
Gotowość przychodzi w trakcie budowania, nigdy przed nim. Pierwsze kroki nie będą pewne. Ale będą twoje i to wystarczy.
Gdzie jest twój brzeg? Co w tobie czeka, żeby przestać być piaskiem i stać się fundamentem?
Gdynia wiedziała, że zostanie miastem bo ktoś miał scenariusz i nie zawrócił. Jej historia może być świetną analogią do życia każdego z Nas.
Wasz,
Marek
At 15 years old, I convinced my parents to let me travel alone to Morocco by ship.
Later I hitchhiked across the Soviet Union, Scandinavia, Cuba, and Mexico.
People often ask when I became an explorer.
I think they're asking the wrong question.
The real question is:
Why are some people unable to ignore what's beyond the horizon?
I've spent my entire life trying to understand that.
„Wierzę, że wszyscy jesteśmy z gwiazd.”
Tę myśl Robert Bernatowicz powtarza z pełnym przekonaniem po latach poszukiwań. I wiecie co? To jedno zdanie potrafi zmrozić bardziej niż -40°C na Antarktydzie.
Bo kiedy ja walczyłem z fizycznym zimnem i granicami wytrzymałości, Robert drąży zimno zupełnie innego rodzaju, pytania, na które nauka nie ma odpowiedzi. O nieśmiertelność duszy, o reinkarnację, o Agarthę i o to, czy naprawdę jesteśmy sami.
W mojej książce „Polaris” Agartha jest metaforą granicy. U Roberta to nie metafora.. on naprawdę szuka tych miejsc.
Słucham go i czuję szacunek. Nie ze wszystkim się zgadzam, ale na ekstremalnych wyprawach nauczyłem się jednego, największą odwagą jest pokora wobec tego, czego jeszcze nie rozumiemy.
Myślę, że nasze drogi powinny się w końcu skrzyżować. Dwie różne wyprawy. Te same fundamentalne pytania.
A Wy?
„Jesteśmy z gwiazd” i „śmierć nie istnieje”, brzmi dla Was jak piękna bajka, czy czasem czujecie, że może w tym jest więcej prawdy niż chcecie przyznać?
Piszcie szczerze w komentarzach.
Ciekaw jestem, ilu z Was ma w sobie tego drugiego polarnika, tym razem duszy.
Wasz,
Marek
In 1995, I became the first person in history to reach both the North Pole and the South Pole in the same calendar year.
The North Pole with a teammate.
The South Pole completely alone.
No resupply.
No rescue.
No GPS.
Just ice, uncertainty, and a question that has followed me ever since:
What remains of a person when everything familiar disappears?
Thirty years later, I'm still trying to answer it.
That's why I'm here.
Zdziwienie jest siłą napędową życia
Każdy podróżnik, który zdobywa się na pobicie rekordu albo podjęcie ekstremalnego wyzwania, mierzy się z opinią części społeczeństwa:
„Czy to komuś coś dało?”, „No i po co to robić?”, „Zwykła fanaberia”.
Erling pisze o tym, że zdziwienie jest czymś naturalnie obecnym u dzieci poznających świat. Z wiekiem codzienność przestaje nas zadziwiać. Każdy kolejny dzień traci swój smak odkrycia, przestaje być bramą do czegoś nowego i wyjątkowego.
Czy każdy z nas nie wraca jednak do wspomnień z dzieciństwa, do chwil, w których cieszyliśmy się rzeczami z pozoru małostkowymi?
W dalszym fragmencie swojej książki, Erling wspomina, że dwudziestego drugiego dnia wędrówki przez Antarktydę, zapisał: „W domu czerpię przyjemność jedynie z dużych kawałków. Tutaj uczę się doceniać drobne przyjemności.”
Stawianie sobie ekstremalnych wyzwań jest więc naszym wewnętrznym powrotem do dzieciństwa… do chwil, w których tak niewiele nam było potrzeba, by poczuć zachwyt i nauczyć się czegoś o sobie.
Każdy nowy dzień młodego człowieka to wkraczanie w nieznane, które jest jednocześnie wyjściem ze strefy komfortu. I właśnie to wyjście poza utarty schemat, poza bezpieczną przestrzeń rutyny stanowi najbardziej wartościowy grunt dla rozwoju naszego wnętrza i osobowości.
Wyzwania, podróże i rekordy dają dorosłym coś bezcennego: chwilę, w której znów czują się jak dziecko czerpiące radość z każdej nowości i osiągnięcia czegoś niemożliwego, wyjątkowego.
Być może więc problem nie leży w tym, że świat przestał być zadziwiający. Problem leży w tym, że my przestaliśmy mu na to pozwalać. Ekstremalne wyprawy, maratony, samotne rejsy przez oceany to nie fanaberia i nie ucieczka od rzeczywistości.
To jeden z niewielu sposobów, by wyrwać się z pancerza przyzwyczajenia i przypomnieć sobie, że zdumienie nie jest przywilejem dzieci.
Jest przywilejem każdego, kto odważy się wyjść za drzwi.
Wasz,
Marek
Jedyny powód, dla którego nie osiągasz tego, czego chcesz.. to Ty.
Erling Kagge napisał kiedyś zdanie, które wygląda jak żart, a jest jedną z głębszych rzeczy, jakie czytałem o życiu: „Tajemnica dotarcia na biegun południowy polega na stawianiu jednej nogi przed drugą dostateczną liczbę razy." Prosto. Niemal banalnie.
A potem dodaje, że najtrudniejsze wyzwanie to nie mróz, nie odległość, nie wyczerpanie ciała. Najtrudniejsze jest pogodzenie się ze sobą.
I tu zaczyna się prawdziwa wyprawa.
Kagge nie mówi o biegunie. Mówi o każdym z nas o tym, co robimy rano, zanim wstaniemy z łóżka. O projektach, które odkładamy. O rozmowach, których nie zaczynamy. O życiu, które czeka, aż skończymy się bać.
Biegun to tylko bardzo czytelna analogia.
Bezlitośnie prosta przestrzeń, w której nie ma gdzie uciec ani przed warunkami, ani przed samym sobą. Zostaje tylko jeden krok. Potem następny. Potem jeszcze jeden.
To jest tajemnica, która nie jest żadną tajemnicą.
Każdy ją zna. Niewielu stosuje.
Nie musisz lecieć na Antarktydę. Nie musisz wchodzić na Everest…
Ale rozumiem, dlaczego niektórzy to robią i dlaczego po powrocie są innymi ludźmi. Nie dlatego, że zobaczyli coś niezwykłego. Dlatego, że przez tygodnie czy miesiące żyli w jednej, czystej zasadzie: rób to, co zaplanowałeś, nawet kiedy nie chcesz. Szczególnie kiedy nie chcesz.
I coś w tym człowieku pęka albo raczej odpada. Jakiś stary nawyk tłumaczenia sobie, że to nie ten moment, że jutro, że jak będą lepsze warunki. Na biegunie nie ma jutro. Jest tylko dziś, jest śnieg i jest następny krok.
Biegun nie zmienia świata. Zmienia skalę odniesienia. W tym momencie przypominam sobie słowa mojego syna - Kaya: „Najlepsze w takich rzeczach jak everest czy biegun jest to, że nie trzeba tego robić.” To zdanie bardzo uzupełnia tę wizję.
Wracając do słów Kagge… ma rację, że najtrudniejsza jest akceptacja własnej sytuacji, własnego tempa, własnych ograniczeń. Nie chodzi o to, żeby być najszybszym. Chodzi o to, żeby nie przestawać.
To działa w śniegu przy minus czterdziestu.
Działa też przy biurku, na macie do ćwiczeń, w środku trudnego projektu, w szóstym miesiącu czegoś, co jeszcze nie przynosi efektów.
Jeden krok. Potem drugi. Dostateczną liczbę razy.
Satysfakcja, która z tego przychodzi, nie jest głośna. Nie ma konfetti ani fanfar. To ciche, spokojne poczucie, że dotarłeś, że byłeś konsekwentny, kiedy nikt nie patrzył, kiedy było ciężko, kiedy miałeś ochotę zawrócić.
To jest ładunek, który zostaje na długo. I który inaczej niż zewnętrzne nagrody, nikt Ci nie może zabrać
Wasz,
Marek
Co napędza dzieci w ośrodkach? Nadzieja, że ktoś o nie zawalczy. Krzysiu wie, że jego los jest w rękach dorosłych. Stara się i czeka, marząc o tym by opuścić mury ośrodka znacznie wcześniej niż wybije jego osiemnastka
„Agartha jest jedyną szansą na odwrócenie losów ginącej planety. Dawno temu zamieszkali tam ludzie, szukając ocalenia przed zagładą, a schronienie z czasem stało się prawdziwym rajem, miejscem wyśnionym i nieosiągalnym dla tych, którym udało się przetrwać na powierzchni”
To zdanie z mojej książki Polaris. Jest zimno, cieplej nie będzie.
Nie napisałem go jako wyznanie wiary. Napisałem je, bo ta legenda towarzyszyła ludziom wszędzie, gdzie szli na krańce świata. Na bieguny. W Himalaje. Pod lód. I zawsze zadawali to samo pytanie: a co, jeśli pod tym wszystkim jest coś jeszcze?
Agartha. Pradawna cywilizacja ukryta pod powierzchnią Ziemi. Według różnych wersji mitu, pod Himalajami, pod Tybetem, pod biegunami- przechowująca wiedzę, którą zagubiliśmy na powierzchni.
Legendą interesowali się mistycy i podróżnicy. Ale fascynowała też ludzi o mrocznych intencjach. W 1938 roku Himmler wysłał ekspedycję SS-Ahnenerbe do Tybetu. Oficjalnie - badania naukowe. Nieoficjalnie - poszukiwanie dowodów na istnienie pradawnej aryjskiej cywilizacji i wejścia do podziemnego królestwa.
Kierujący wyprawą biolog Ernst Schäfer sprzeciwiał się pseudonaukowym celom, ale ekspedycja trwała, bo za nią stał Himmler osobiście.
To jest właśnie coś, co mnie w tej legendzie uderza najbardziej. Agartha przyciągała zarówno tych, którzy szukali sensu jak i tych, którzy szukali władzy.
Ten sam mit, dwa zupełnie różne pragnienia.
Pisząc Polaris, nie pytałem, czy Agartha istnieje.
Pytałem, dlaczego tak wielu ludzi jej szukało.
Na biegunie, gdy wszystko się upraszcza do kroku i oddechu, myślałem o tym często.
Arktyka i Antarktyda nie są tylko miejscami geograficznymi. Przez wieki były ekranem, na który ludzkość rzutowała swoje lęki i marzenia. Miejsce, gdzie kończy się znany świat i zaczyna się cokolwiek, w co chcesz wierzyć.
Może Agartha nigdy nie była pod lodem.
Może była zawsze pod powierzchnią nas samych. Ukryta wiedza, do której nie docieramy, dopóki nie zejdziemy wystarczająco głęboko.
A czym dla Ciebie byłaby Agartha?
Wasz, Marek
„Zdecydowałam, że będę delektować się życiem aż do samego końca.”
To jedno z tych zdań Anne-France Dautheville, które zostają z człowiekiem na długo. Może dlatego, że kiedy patrzy się na jej życie, ma się wrażenie, że potraktowała te słowa poważnie.
Wyobraźcie sobie rok 1973. Młoda Francuzka w zwiewnej sukience w kwiaty zakłada kask i siada na małym Kawasaki 125. Nie ma sponsorów, wielkiego budżetu ani szczegółowego planu. Ma za to coś znacznie rzadszego - ogromną ciekawość świata i wewnętrzną zgodę na to, by nie żyć „tak jak trzeba”. Rusza sama w podróż dookoła świata. Przez Kanadę, Alaskę, Japonię, Indie, Pakistan, Afganistan i Iran. Ponad 20 tysięcy kilometrów przez trzy kontynenty w czasach, gdy dla wielu ludzi sama myśl o samotnej kobiecie na motocyklu była czymś absurdalnym.
Rok wcześniej wystartowała jako jedyna kobieta w rajdzie Orion-Raid z Paryża do Isfahanu. Jechała ciężką Moto Guzzi 750 V7 - maszyną wielką, niewygodną i wymagającą ogromnej siły. Po powrocie do Francji zamiast podziwu pojawiły się plotki. Mówiono, że „na pewno większość trasy przejechała ciężarówką”. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co chyba najlepiej pokazuje jej charakter. Anne-France nie zaczęła się tłumaczyć. Nie próbowała nikogo przekonywać. Po prostu spakowała plecak i pojechała jeszcze dalej.
Jest w tym coś niezwykle pięknego - ta cicha odmowa życia według cudzych ograniczeń.
Dla niej motocykl nigdy nie był symbolem brawury ani sposobem na robienie wrażenia. Był sposobem przeżywania świata. Pisała, że na motocyklu czuje zapach ziemi, słyszy ptaki i każdy kamyk pod kołem, a całe ciało naprawdę żyje. „W samochodzie jesteś jak ryba w puszce. Na motocyklu jesteś częścią natury” - mówiła.
I chyba właśnie dlatego jej historia do dziś działa na wyobraźnię. Bo nie opowiada wyłącznie o podróży. Opowiada o wolności rozumianej dużo głębiej.
Jest taka scena z Afganistanu. Kiedy Anne-France złapała gumę na pustej drodze, miejscowi mężczyźni zrobili nad nią daszek z własnych rąk, żeby osłonić ją przed słońcem. Jeden z nich naprawił oponę, a ojciec rodziny podał jej na ręce swoje niemowlę, bo uznał ją za dobry znak. Anne-France zrozumiała wtedy coś bardzo ważnego - że kiedy jedzie się przez świat z otwartością i szacunkiem, ludzie częściej odpowiadają dobrocią niż strachem.
Właśnie o tej niezwykłej kobiecie opowiada książka „Dziewczyna na motocyklu” Amy Novesky. To historia pozornie prosta, ale pod jej powierzchnią kryje się coś dużo większego - opowieść o ciekawości świata, o samotności, która nie boli, i o tym szczególnym momencie, kiedy człowiek po raz pierwszy mówi sobie: „spróbuję”.
I chyba dlatego ta historia tak mocno rezonuje również dzisiaj. Bo niezależnie od tego, czy marzymy o podróży motocyklem przez pół świata, zmianie życia, czy po prostu o odrobinie większej odwagi w codzienności — wszyscy czasem czujemy to ciche drżenie na myśl: „a co gdyby jednak ruszyć?”
Dlatego jesteśmy dziś ciekawi Was.
O czym marzycie naprawdę?
Jaka podróż albo przygoda wraca do Was od lat?
I co być może wydarzyłoby się, gdyby w końcu powiedzieć sobie: „dobrze, spróbuję”?
Bo może właśnie od tego zaczynają się wszystkie najważniejsze historie.
„Usiadłam na śniegu i płakałam…”
Tak Felicity Aston opisuje pierwszą chwilę swojej wyprawy przez Antarktydę zaraz po tym jak jej samolot odleciał.
W 2012 roku, jako pierwsza kobieta w historii, przeszła samotnie cały kontynent. 1744 kilometrów w 59 dni, wyłącznie siłą własnych mięśni. Bez kiteów. Bez żadnej pomocy.
Przez całą drogę, przez białe nic, przez zamiecie, przez dni gdy nie widziała nawet powierzchni pod nartami… każdego dnia robiła to samo: wstawała, topiła śnieg, pakowała namiot i szła. Mówiła też o tym jak wyglądało to z perspektywy ludzi którzy śledzili jej wyczyn „Nie jestem szczególnie płaczliwą osobą, a jednak każdy, kto śledził moje tweety, widział mnie wybuchającą płaczem. Czasem siedziałam rano w namiocie, ryczałam i miałam napady złości. To nie było ładne."
Krytycy mówili o niej „Płacząc przez Antarktydę."
Miało być złośliwe… miało podkopać jej osiągnięcie. Dla mnie brzmi jak najpiękniejszy opis odwagi, jaki można sobie wyobrazić.
Bo największa siła nie polega na tym, że się nie boisz. Polega na tym, że się boisz i następnego ranka wstajesz, topisz śnieg i idziesz dalej.
Jest taki moment podczas wyprawy, zwykle gdzieś w środku nocy albo o szóstej rano kiedy wszystko w tobie mówi, nie warto, zostań, to za trudne. I właśnie w tym momencie rozstrzyga się, kim jesteś. Nie na szczycie. Nie na mecie. Tam, w śpiworze, w ciemności.
Felicity doszła do końca. A potem powiedziała „Fakt, że przeszłam Antarktydę, mimo łez, mimo strachu, mimo samotności, pogłębił moją wiarę, że każdy z nas jest zdolny do znacznie więcej, niż mu się wydaje."
To jest ta lekcja. Nie ma złego dnia, nie ma złego momentu jest tylko decyzja, którą podejmujesz rano, zanim wyjdziesz z namiotu.
Wasz,
Marek
Na Antarktydzie cisza jest tak głęboka, że słyszysz bicie własnego serca.
Tam, gdzie nie ma wiatru, nie ma ptaków, nie ma niczego tylko biały horyzont i ty.
Erling Kagge, mój przyjaciel, który jako pierwszy człowiek w historii stanął na wszystkich trzech biegunach: Północnym, Południowym i na szczycie Everestu napisał kiedyś:
„Cisza jest największym luksusem naszych czasów."
Ja też to czułem. Gdy maszerowałem setki kilometrów przez lód, w pewnych momentach świat nagle milkł. Żadnych samolotów, samochodów, powiadomień, rozmów. Tylko skrzypienie nart sunących po śniegu i oddech. W tej ciszy nagle słyszysz siebie, swoje myśli, swoje lęki, ale też swoją siłę.
W dzisiejszym świecie uciekamy od ciszy. Włączamy muzykę, podcasty, rolki, żeby nie zostać sam na sam ze sobą. A na wyprawie nie ma gdzie uciec.
Musisz zostać. I właśnie tam, w tej ciszy, rodzi się coś, czego nie znajdziesz w hałasie.
Antarktydę masz bliżej, niż myślisz. Jest tuż pod powierzchnią każdego dnia, w którym pozwolisz sobie na chwilę ciszy.
Wasz,
Marek
Grzeczne dziewczynki nie jeżdżą na Biegun Południowy. I właśnie dlatego pojechały.
Ann Bancroft z Minnesoty przez połowę życia walczyła o prawo do ekspedycji. Nie miała bogatych sponsorów. Miała dysleksję i upór.
Liv Arnesen z Norwegii jako pierwsza kobieta na świecie dotarła samotnie na Biegun Południowy. Kiedy wróciła, napisała książkę i nadała jej tytuł: „Grzeczne dziewczynki nie jeżdżą na Biegun Południowy.”
Te dwie kobiety nie znały się. Nie łączyły ich wspólne znajomości ani branżowe kontakty. Połączył je list, bo Ann pewnego dnia przełamała własną nieśmiałość i po prostu napisała.
Kiedy się spotkały, odkryły, że mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego.
Obie były nauczycielkami. Obie wierzyły, że ekspedycja może stać się lekcją dla dzieci na całym świecie. I obie przez lata słyszały, że to niemożliwe.
W 2001 roku udowodniły, że możliwe. Jako pierwsze kobiety w historii przeszły przez całą Antarktydę. 2747 kilometrów w 94 dni, na nartach i pod żaglem, ciągnąc sanie ważące ponad 100 kilogramów każda. Przez szczeliny lodowe, białe zamiecie i mróz sięgający -40°C. Przez całą drogę prowadziły połączenia satelitarne z klasami szkolnymi. Ponad 3 miliony dzieci w 65 krajach śledziło każdy ich krok.
Liv napisała później.. „Kiedy jestem na łonie natury, wiem, po co tu jestem, o co chodzi w życiu, kim jestem.”
Spotykam wiele kobiet na spotkaniach autorskich, podczas wydarzeń w całej Polsce. I często myślę o Ann i
Liv właśnie wtedy, gdy słyszę od Was: „Nie wiem, czy dam radę.”
Ann odpowiedziała kiedyś dziennikarzowi tak: „Staję się uparta, gdy ktoś mówi mi, że czegoś nie mogę, a ja myślę, że mogę.”
Nie chodzi o to, żeby być najsilniejszą. Chodzi o to, żeby być wystarczająco upartą, żeby zacząć. Reszta dzieje się w drodze.
Każda wielka historia zaczęła się od kobiety, która zignorowała słowo „nie”.
Wasz,
Marek
„Niech rutyna dowodzi uczuciami.”
To zdanie Erlinga Kagge.
W świecie, który bez przerwy krzyczy „zmieniaj się!”, „próbuj nowego!”, stała się nagle jedną z najbardziej pociągających rzeczy.
Bo choć pogoń za ciągłą nowością na początku daje zastrzyk energii i ekscytacji, to bardzo szybko zaczyna nas wypalać. Wypala zawodowo przez nieustanną adaptację, nowe narzędzia, projekty i presję bycia ciągle „na bieżąco”.
Wypala też uczuciowo przez brak stabilności, płytkie relacje i niekończące się szukanie „czegoś lepszego”.
Na Antarktydzie i na każdej wyprawie przekonałem się, że to właśnie rutyna trzyma człowieka w pionie.
Nie heroizm, nie wielka motywacja, nie muzyka w słuchawkach. Rutyna. Wstajesz. Topisz śnieg. Pakujesz. Idziesz.
Uczucia przyjdą… strach, zmęczenie, wątpliwości. Rutyna mówi „idź dalej”.
Przed naszą wspólną wyprawą na biegun mój syn Kay powiedział coś, co bardzo mnie wzruszyło.
„Chce być Twoim partnerem. Partnerem wyprawy, na którego możesz liczyć.”
Najgłębsza forma miłości to poczucie, że ktoś jest pewny. Że możesz na nim polegać jutro, za rok i za dziesięć lat.
Wasz,
Marek