Polska 🇵🇱 powinna ZAŻĄDAĆ PRZYWRÓCENIA PORZĄDKU w Unii Europejskiej 🇪🇺 i wezwać do SANKCJI ZA KRYMINALNE ZANIEDBANIA rządu francuskiego 🇫🇷 w ochronie Europejczyków — w tym licznych Polaków 🇵🇱 — mieszkających na jego terytorium.
Francja nie jest prywatnym folwarkiem Macrona. Jest państwem członkowskim Unii Europejskiej, na którego terytorium mieszkają i pracują obywatele pozostałych państw członkowskich.
Kiedy francuskie miasta ogarniają zamieszki, płoną budynki, dochodzi do grabieży i napaści, zagrożone jest również bezpieczeństwo naszych obywateli.
Utrzymanie porządku publicznego jest jedną z podstawowych funkcji państwa, co wyraźnie uznaje art. 4 ust. 2 Traktatu o Unii Europejskiej.
Bruksela przez lata pouczała Polskę o praworządności. Tymczasem trudno mówić o skutecznym państwie prawa, jeśli nie potrafi ono zapewnić bezpieczeństwa mieszkańcom, ochronić ich własności i egzekwować własnych przepisów.
Praworządność nie polega wyłącznie na niezależności sądów. Prawo musi jeszcze obowiązywać na ulicach.
Polska powinna PRZYNAJMNIEJ domagać się formalnych wyjaśnień od rządu francuskiego oraz europejskiej oceny ewentualnych systemowych zaniedbań. Jeżeli zostaną wykazane poważne i trwałe naruszenia wartości Unii, istnieje również procedura sankcyjna przewidziana w art. 7 TUE.
Nie może być tak, że Polska jest rozliczana z praworządności, a Francja miałaby być zwolniona z odpowiedzialności za bezpieczeństwo obywateli europejskich tylko dlatego, że jest Francją.
Unia Europejska nie może wymagać przestrzegania prawa od jednych państw, a od innych jedynie wygłaszania przemówień o wartościach republikańskich.
Warto dodać inne anegdoty dotyczące Sylvestra Stallone, jak np. podczas kręcenia Rocky'ego IV Stallone wpadł na pomysł, że sceny walki z Ivanem Drago (Dolph Lundgren) wyglądają zbyt sztucznie. Chcąc uzyskać maksymalny realizm, podszedł do potężnego Szweda i powiedział: "Po prostu wyjdź tam i spróbuj mnie znokautować. Przez pierwsze kilkanaście sekund walczmy naprawdę".
Lundgren, który był mistrzem karate, potraktował to śmiertelnie poważnie. Uderzył Stallone'a w klatkę piersiową tak mocno, że uderzenie sparaliżowało worek osierdziowy i serce aktora zaczęło puchnąć. Sly ocknął się dopiero w helikopterze medycznym, a w szpitalu na oddziale intensywnej terapii spędził 9 dni. Lekarze powiedzieli mu, że takie obrażenia widuje się zazwyczaj u ofiar czołowych zderzeń samochodowych.
Przez całe lata 80. Stallone i Arnold Schwarzenegger szczerze się nienawidzili i rywalizowali o miano największego twardziela kina. Arnold postanowił wykorzystać obsesję Sly'ego na tym punkcie. Schwarzenegger dostał do rąk fatalny scenariusz komedii Stój, bo mamuśka strzela. Wiedząc, że film będzie kompletną klapą, Arnold zaczął głośno rozpowiadać w mediach i wśród agentów, że "marzy o tej roli i zrobi wszystko, by ją dostać".
Sly natychmiast połknął haczyk. Zadzwonił do producentów i zażądał, by odebrali rolę Arnoldowi i dali ją jemu. Arnold tylko na to czekał i z uśmiechem odpuścił. Film okazał się artystyczną i finansową katastrofą, a Stallone do dziś powtarza, że to najgorszy film, w jakim kiedykolwiek zagrał, i publicznie gratuluje Arnoldowi genialnego podstępu.
Mało kto pamięta, że Stallone zagrał malutką, epizodyczną rolę (nawet niewymienioną w napisach) w Ojcu Chrzestnym z 1972 roku – grał faceta w klubie. Na planie poznał Jamesa Caana (grającego Sonny'ego Corleone). Obaj mieli bzika na punkcie tężyzny fizycznej. Ponieważ na planie nie było profesjonalnego sprzętu, w przerwach między ujęciami Stallone i Caan robili pompki i wyciskanie, używając jako ciężarów... ciężkich, dekoracyjnych mebli oraz siebie nawzajem, ku kompletnemu zdziwieniu reżysera Francisa Forda Coppoli.
👇🤩👇
"Urodził się z trwałym uszkodzeniem nerwu twarzowego. Słyszał, że niczego wielkiego w życiu nie osiągnie. W jednym z najtrudniejszych momentów sprzedał ukochanego psa za zaledwie 50 dolarów, bo nie miał za co kupić jedzenia.
Kilka lat później miał na koncie tylko 106 dolarów i scenariusz, którego żadne studio nie chciało zrealizować pod jednym warunkiem: jeśli to on miałby zagrać główną rolę.
Sylvester Stallone podjął wtedy jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu.
Postawił na siebie.
I zmienił własny los.
Sylvester Gardenzio Stallone urodził się 6 lipca 1946 roku w nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen na Manhattanie.
Jego pierwsza walka zaczęła się właściwie już w chwili narodzin.
Podczas trudnego porodu doszło do uszkodzenia nerwu twarzowego, przez co lewa strona jego twarzy pozostała częściowo sparaliżowana. Kącik ust był opuszczony, a sposób mówienia wyraźnie różnił się od innych.
Głos, który wiele lat później stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Hollywood, w dzieciństwie był dla niego powodem przykrych komentarzy i drwin.
Wielu nauczycieli nie wierzyło w jego możliwości. Dodatkowo dorastał w trudnej atmosferze rodzinnej. Jego rodzice rozwiedli się, gdy był jeszcze młody. Zmieniał szkoły, miał problemy z nauką i zachowaniem, a z niektórych placówek został nawet usunięty.
Niewiele osób widziało w nim przyszłego człowieka sukcesu.
Coś zaczęło się zmieniać, gdy odkrył trening siłowy. Budując ciało, stopniowo odbudowywał również własną pewność siebie.
Później studiował w American College of Switzerland, a następnie na Uniwersytecie Miami. Studiów jednak nie ukończył. Uznał, że chce zaryzykować i spróbować spełnić marzenie o aktorstwie.
Początek tej drogi był brutalny.
Odmowa za odmową.
Stallone imał się różnych zajęć, żeby się utrzymać, a jednocześnie chodził na kolejne castingi.
W 1975 roku znalazł się w dramatycznej sytuacji finansowej.
Miał zaledwie 106 dolarów.
Jego żona była w ciąży.
Brakowało pieniędzy nawet na podstawowe potrzeby.
Wtedy podjął jedną z najbardziej bolesnych decyzji w swoim życiu. Sprzedał swojego ukochanego bullmastiffa o imieniu Butkus za 50 dolarów.
Niedługo później obejrzał walkę Muhammada Alego z Chuckiem Wepnerem.
Wepner, skazywany przez wielu na porażkę, długo nie dawał się złamać jednemu z największych bokserów w historii. Jego upór zrobił na Stallone ogromne wrażenie.
Wrócił do domu i w ciągu zaledwie kilku dni napisał pierwszy szkic scenariusza „Rocky’ego”.
Hollywood szybko zainteresowało się tekstem.
Proponowano mu bardzo duże pieniądze za prawa do scenariusza.
Był jednak jeden problem.
Studio nie chciało Stallone’a w roli głównej.
Producenci widzieli jako Rocky’ego bardziej znanego aktora. Stallone miał sprzedać scenariusz i odejść.
Nie zgodził się.
Odrzucił ofertę, która w jego sytuacji finansowej mogła wydawać się fortuną, ponieważ był przekonany, że to właśnie on powinien zagrać Rocky’ego Balboę.
Ryzykował wszystko.
W końcu studio ustąpiło, choć budżet filmu był ograniczony, a Stallone zgodził się na znacznie mniejsze wynagrodzenie, niż mógł dostać za sam scenariusz.
„Rocky” trafił do kin w 1976 roku.
I wydarzyło się coś, czego wcześniej prawie nikt się nie spodziewał.
Film stał się światowym hitem.
Zdobył Oscara dla najlepszego filmu, a Stallone otrzymał nominacje do Oscara zarówno za główną rolę, jak i za scenariusz.
Gdy tylko pojawiły się pierwsze większe pieniądze, Stallone odnalazł człowieka, któremu wcześniej sprzedał Butkusa.
Chciał odzyskać swojego psa za wszelką cenę.
Ostatecznie zapłacił za niego wielokrotnie więcej, niż wcześniej dostał przy sprzedaży.
Butkus znów był z nim.
Później przyszły kolejne wielkie role i filmy: „Rambo”, „Cobra”, „Na krawędzi” czy seria „Niezniszczalni”. Stallone stał się jedną z największych ikon kina akcji.
Ale jego życie nie było pasmem samych sukcesów.
Przeżył również ogromne osobiste tragedie. Jedną z najboleśniejszych była śmierć jego syna Sage’a w 2012 roku.
Mimo tego przez całe życie próbował iść dalej.
Być może właśnie dlatego Rocky nigdy nie był dla niego tylko filmową postacią.
W pewnym sensie Rocky Balboa był odbiciem samego Stallone’a — człowieka, którego wielokrotnie lekceważono, skreślano i przekonywano, że nie pasuje do świata, do którego chciał należeć.
A jednak nie pozwolił, by inni napisali za niego zakończenie jego historii.
Bo czasami największe zwycięstwo nie polega na tym, żeby zostać mistrzem.
Największym zwycięstwem jest odmówić światu prawa do decydowania, kim możesz się stać. Przytulność"
الست الفرنسية المزهولة دي .. عضوة في حزب اليسار الفرنسي وناشطة من اكبر دعاة فتح الهجرة لشعوب شمال افريقيا وبتدافع عنهم كل مايعملوا مصيبة وكارثة وتتهم الأخرين اللي عايزين يوقفوا طوفان الهمج دول بالعنصرية ...
هي عندها محل شيك صغير في مكان راقي وقفت في محلها تحاول تنقذه من النهب والسرقة وعشان هي ناشطة مشهورة
بتقولهم انا فلانة الناشطة بتاعة اللجوء انا معاكوا انا دافعت عنكم وعن دخولكم و بقائكم في فرنسا زقوها وقعوها وداسوا عليها بأقدامهم كويس انها لسه حية
ونهبوا المحل كله الست بقت علي الحديدة خسرت كل كفاح وشغل عمرها في لحظة ..
واقفة مذهولة مش مصدقة ان اللصوص الغوغاء المجرمين البرابرة دول هما اللي طول عمرها بتدافع عنهم وعن انهم يغزوا بلدها ويخربوه
عشان شهرتها في الدفاع عن لاجئين شمال افريقيا كل الميديا الفرنسية امبارح جايبة قصتها وصورتها قدام محلها المنهوب شقي عمرها كله وهي مش مصدقة مدي غبائها اللي وصل فرنسا للخراب والدمار ده كله 😢
@Agnieszka_Opole wkurzamy się na nich ale pomyślcie wszyscy jak bezwolnymi istotami stali się europejczycy podatni na manipulacje mimo że wiedzą skąd one przychodzą. to mnie najbardziej przeraża!
I’m furious and heartbroken to see my country like this.
I could be prosecuted for this, but so be it. It needs to be said.
Our empathy is killing us. I stand with MY people, and they’re not my people.
Share this. We’ve had enough, and time is running out for France.
🇲🇫Przeglądam sobie zamieszki we Francji, zwane przez niektórych, dla zmylenia przeciwnika (czyli narodu) demonstracjami i mam dwa przemyślenia.
Po pierwsze chyba największym symbolem jest demolka sklepu Francuzki, która próbuje przekonywać bandytów, żeby ją zostawili w spokoju, bo w zasadzie ich popiera.
Bandyci oczywiście nie wykazali zrozumienia, gdyż wbrew rojeniom części ludzi nie mają z nimi tego samego interesu społecznego - troski o najuboższych, sprawiedliwości społecznej itp.
Nie o to tu chodzi.
Generalnie w ogóle ciężko nazwać tych "demonstrantów" częścią społeczeństwa.
Po drugie komentarze.
I to chyba ważniejsze - obserwuję je z niezmienną radością, ponieważ widzę powolne, ale jednak postępujące przesuwanie się okna Overtona.
Jeszcze 20 lat temu komentarze wskazujące nawet nie na porażkę imigracji na Zachodzie (co dziś w zasadzie już jest oczywistością, powtarzaną przez wszystkich), ale choćby na to, że ma ona jakiekolwiek wady, uchodziły za ekstremizm i rasizm.
W przypływach największej głupoty za neonazim wręcz.
W zasadzie z miejsca definiowały człowieka jako skrajną prawicę (poza pewnymi wyjątkami jak duńska socjaldemokracja).
Dziś jest diametralnie inaczej - krytyczne komentarze widzę zarówno po stronie lewicowej, jak i liberalnej.
Komentarze stawiające dobrze znane chochoły pod tytułem „pokojowe demonstracje nic nie dają” albo „chodzi o dobro edukacji, a biali też czasem demolują” wciąż się zdarzają, ale coraz rzadziej...
Komentarzy fanatycznie wręcz broniących bandytów prawie już nie ma, choć oczywiście i takie się zdarzają.
Niektórzy koledzy z prawej strony - mam wrażenie - śnią o triumfie, w którym, wygrywając wybory i wykorzystując przy okazji obrazki takie jak te z Francji, śmieją się w twarz lewicy i liberałom, krzycząc: „Mieliśmy rację!”.
Ale to nic nie daje, bo nawet po wygraniu wyborów większość nadal myśli inaczej, a w końcu przyjdzie przegrana - tak jak to bywa w demokracjach.
I kółko się domyka bez większej zmiany.
Tu chodzi o to, by to, co wczoraj było skrajnie prawicowe, dziś uchodziło za „niby masz rację, ale...”, a jutro stało się absolutną normą.
Tu chodzi o to, by człowiek, który wczoraj bał się czegoś powiedzieć publicznie, bo to trochę dziwne, trochę wstyd, niby coś tam jest racji, ale ale ale...jutro przekonywał, że zawsze tak myślał.
Dlatego tak naprawdę znacznie mniejsze znaczenie ma to, czy tu i tam wygrywa „skrajna prawica”.
Nie na tym polega wygrana.
Ten proces ma zachodzić i zachodzi w sercach i umysłach ludzi - ogółu, normików, ludzi nie interesujących się polityką.
Nie u własnego elektoratu.
Wolno i ogromnym kosztem, ale zachodzi.
I to jest małe światełko w tunelu.
Nie pozwólmy, żeby te protesty przeciw Trumpowi i jego technokratom zniknęły w czeluściach internetu.
Bardzo na tym zależy Elonowi i temu od Meta ‼️
Podawajcie gdzie się da.
Rok temu, na przełomie października i listopada, Maja Chwalińska (wówczas 133 tenisistka na świecie) udała się za punktami na dość egzotyczne dla światowej czołówki tournee po Ameryce Południowej. 3 turnieje WTA 125 na ulubionej mączce. Wróciła z czterema wygranymi meczami i nie uzbierała punktów na styczniowe Australian Open.
Dziś wygrała turniej WTA 1000 pokonując po drodze 4 rywalki z TOP 35. Cztery miesiące temu zagrała w finale Roland Garros wydostając się z eliminacji. Za moment może być w TOP 10.
Napisać, że to NIESAMOWITE! to nie napisać nic🙂
@martinvars@gomezdelpozuelo Enhorabuena Martin por el trabajo que haces!
España te estará eternamente agradecida!
BE LIKE POLAND.
Por qué nadie habla de que esto no pasa en Polonia… ?? y de que tiene unos grados de bienestar cada vez más altos.
🚨 هذا الخبر سيفجر الإنترنت رسمياً! إيلون ماسك يكشف عن أقوى قنبلة لـ Neuralink: "سنعيد البصر للمكفوفين تماماً.. ومن ولد أعمى سيرى لأول مرة في حياته!"
في تصريح صاعق يزلزل عالم الطب والتكنولوجيا، يعلن ماسك الموعد الحاسم:
"خلال الـ 6 إلى 12 شهراً القادمة، سنقوم بزراعة أول أجهزة بصرية. حتى لو كنت كفيفاً بنسبة 100% منذ الولادة، سنكتب البيانات مباشرة إلى القشرة البصرية في دماغك.. وسترى بوضوح!"
🔥 والأمر لا يتوقف عند حدود العلاج، بل يتخطاه للخيال العلمي المطلق:
رؤية خارقة بدقة فائقة التحديد.
رؤية الأشعة تحت الحمراء، وفوق البنفسجية، وحتى الرادار!
لتصبح حرفياً مثل أبطال الخارقين.
المستقبل لم يعد خيالاً علمياً في الروايات.. المستقبل يُصنع الآن في مختبرات Neuralink.
احفظ هذا المنشور وشاركه مع العالم ليرى أين وصل تطوير البشرية! 🧵👇
J'ai vu une Tesla décoller. Et j'ai entendu beaucoup de bêtises.
« Ça ne sert à rien. » « Gadget de milliardaire. » « Qui a besoin d'une voiture qui vole ? »
Personne. Et c'est exactement pour ça que c'est important.
En 1978, Brabham a aligné en Formule 1 une voiture équipée d'un ventilateur géant à l'arrière. Il aspirait l'air sous le châssis et plaquait la voiture au sol. Elle a gagné sa première course avec une avance insolente. Elle a été interdite immédiatement.
Quarante-huit ans plus tard, on y revient. Un système de succion qui colle la voiture à la route et lui permet de passer sous la seconde au 0 à 100.
Personne n'a « besoin » de faire le 0 à 100 en moins d'une seconde. Comme personne n'a besoin d'une Formule 1. Et pourtant : les freins carbone de votre berline, l'hybridation de votre moteur, l'aérodynamique de votre SUV, les palettes au volant — tout ça vient de voitures de course que personne n'utilisera jamais pour aller au travail.
La Formule 1 ne sert à rien. Pourtant elle sert à tout.
En 1973, quand la France a lancé Ariane, l'Europe sortait de onze échecs consécutifs du programme Europa. La presse parlait d'argent jeté dans l'espace. Vingt ans plus tard, Ariane détenait la moitié du marché mondial des lancements commerciaux, et chaque satellite de télévision, de météo ou de GPS que vous utilisez a bénéficié de cette obstination.
Le progrès a toujours la même tête au début : un truc inutile, cher, ridicule, construit par des gens qu'on prend pour des fous.
Ce que j'ai vu à Dallas, ce n'est pas une voiture volante. C'est un châssis, une gestion de l'énergie et une maîtrise des flux d'air que l'industrie automobile mettra dix ans à digérer.
Les applications viendront : sécurité, freinage, stabilité, consommation. Elles finiront dans des voitures ordinaires conduites par des gens qui expliqueront, en 2036, que tout ça était évident.
La question n'est jamais « à quoi ça sert ».
La question est : qui ose encore construire des choses qui ne servent à rien ?
Il y a cinquante ans, c'était nous. La fusée, le TGV, le Concorde, le Minitel.
L'Europe construisait des choses absurdes et magnifiques.
Aujourd'hui, on commente depuis le siège arrière car nous sommes hors course.
Merci @elonmusk de nous faire rêver
Do wszystkich matołów, którzy motoryzację znają głównie z gum Turbo.
Elon Musk zaprezentował latającą Teslę.
Czym właściwie był ten pokaz? Demonstracją możliwości technologicznych, horyzontu myślenia i odwagi intelektualnej. Pokazaniem, jak daleko można przesunąć granice inżynierii, kiedy zamiast zastanawiać się, dlaczego czegoś nie można zrobić, zaczyna się szukać sposobu, żeby to zrobić.
Był to demonstrator technologii, nośnik idei, pokaz możliwości znajdujących się jeszcze daleko od SOP (Start of Production). I właśnie w tym tkwiła jego wartość. W zestawieniu z nadętymi durniami z Wolfsburga, Stuttgartu i Monachium, którzy od lat doskonalą sztukę organizowania strategicznych warsztatów, alignment meetingów, transformation roadmap i niekończących się dyskusji o przyszłości mobilności, Musk pokazał coś znacznie prostszego: przyszłość trzeba najpierw umieć sobie wyobrazić.
To trochę jak drybling genialnego piłkarza przed pustą bramką. Nie dlatego, że musi jeszcze raz udowodnić, iż potrafi strzelić gola, ale dlatego, żeby przypomnieć rywalom i publiczności, kto dyktuje tempo gry i wyszło to znakomicie.
Tymczasem natychmiast pojawili się rodzimi „Janusze inżynierii”, którzy z powagą godną komisji badającej katastrofę lotniczą zaczęli liczyć siłę ciągu, masę pojazdu, czas lotu, zapotrzebowanie energetyczne, możliwości homologacji i zagrożenia dla bezpieczeństwa.
„A jak długo to poleci?”, „A gdzie homologacja?”, „A jaki stosunek ciągu do masy?”, „A przecież to niebezpieczne!”, „A przecież to się nie nadaje do seryjnej produkcji!”.
No kurwa, odkrycie stulecia!!!
„Janusz z Cinquecento”, uzbrojony w ołówek, kalkulator i nieograniczone przekonanie o własnej nieomylności, właśnie odkrył, że demonstrator technologii nie jest produktem seryjnym. Tymczasem istotą tego pokazu nie było udowodnienie, że jutro będziemy latać Teslami do Biedronki czy Żabki.
Chodziło o wyznaczenie technologicznego North Star, punktu odniesienia, który przesuwa horyzont możliwości, nadaje kierunek rozwojowi i zmusza inżynierów do wychodzenia poza granice dotychczasowych rozwiązań.
Oczywiście, ten North Star będzie ewoluował. Niektóre rozwiązania zostaną odrzucone, inne zmodyfikowane, a jeszcze inne być może nigdy nie trafią do produkcji. Tak właśnie wygląda rozwój technologii. Nie jest prostą linią prowadzącą od prezentacji PowerPoint do homologowanego produktu.
Ale żeby przesuwać granice możliwości, trzeba najpierw mieć odwagę je zakwestionować i na tym polega fundamentalna różnica między wizją inżynierską a korporacyjną administracją rozwoju technologii.
W jednej rzeczywistości ktoś wyznacza kierunek, buduje demonstrator i sprawdza, jak daleko można przesunąć granice fizycznej realizacji pomysłu.
W drugiej powołuje się komitet, który przez osiemnaście miesięcy będzie analizował, czy pomysł mieści się w aktualnej strategii, istniejącej strukturze organizacyjnej, zatwierdzonym budżecie i kompetencjach odpowiedniego działu.
A potem projekt zostanie odrzucony z powodu braku jednoznacznego business case.
I właśnie dlatego jeden człowiek pokazuje samochód wykonujący manewry w powietrzu, a cała armia korporacyjnych dupków wciąż próbuje ustalić, kto powinien być właścicielem procesu innowacji.
Nie trzeba być bezkrytycznym wielbicielem Elona Muska, żeby dostrzec wartość tego pokazu. Można krytykować jego terminy, obietnice i ekonomiczną realność przedsięwzięcia. Ale czym innym jest rzeczowa ocena wykonalności technicznej, a czym innym intelektualna niezdolność do rozpoznania znaczenia demonstratora technologii.
Inżynieria zaczyna się od marzenia, przechodzi przez fizykę, a kończy na realizacji. Nigdy odwrotnie.
A Janusz? Janusz nadal siedzi w swoim Cinquecento, liczy siłę nośną na odwrocie paragonu z Orlenu i triumfalnie oznajmia, że Tesla nie ma prawa latać.
No właśnie. Problem w tym, że Tesla już oderwała się od ziemi. A Janusz od własnego sposobu myślenia nadal nie potrafi.
It’s 2026, and people are still criticizing @elonmusk for pursuing ambitious projects that supposedly make no sense. This time, the debate is about flying cars - whether anyone actually needs them and all the practical problems they might create.
So let me explain this once again.
Whether it’s a mission to Mars, a next-generation vehicle, a flying car, or any other seemingly unrealistic ambition, the ultimate value of these projects goes far beyond the products themselves.
Ambitious projects are catalysts for extraordinary engineering breakthroughs.
To make them possible, we need innovation on an unprecedented scale across materials science, chemistry, physics, mathematics, computer science, artificial intelligence, robotics, energy storage, thermodynamics, aerodynamics, advanced manufacturing, control systems, telecommunications, and countless other disciplines.
These challenges force us to solve problems we would otherwise never attempt to solve. They push the boundaries of what is technically possible, generate new technologies, create entirely new industries, and accelerate scientific discovery.
And crucially, the resulting innovations rarely remain confined to their original purpose. They spill over into other sectors, improve productivity, reduce costs, and create economic value far beyond the initial investment.
The point is not whether humanity desperately needs a flying car. The point is what humanity must invent to make a flying car possible.
Of course, you can disagree with Elon Musk’s worldview, his political opinions, his decisions, his communication style, or many other aspects of his personality and business practices. That’s perfectly reasonable. Admiring technological ambition does not require agreeing with the person behind it.
But we should be able to separate our opinions about individuals from our appreciation of the engineering challenges they are willing to take on.
We should also stop evaluating ambitious engineering projects exclusively through the lens of their immediate commercial utility. Not every ambitious project will succeed, but even failures can produce knowledge and technologies that become the foundations of future breakthroughs.
Sometimes the greatest value of building something extraordinary lies in everything we discover along the way.
And one thing is certain: what an extraordinary time to be alive, to witness breakthroughs that previous generations could only dream of.
We should appreciate that more often.