Według Stanisława Czerepa, autora Łucka 1916, 4 czerwca 1916 roku arcyksiążę Józef Ferdynand, dowódca austro-węgierskiej 4. Armii na Wołyniu, fetował swoje urodziny — a przy okazji zwycięstwo na froncie włoskim. Datę tę dobrze znano także po rosyjskiej stronie okopów. Termin natarcia, pisze Czerep, „wybrany został nieprzypadkowo”: gen. Aleksiej Brusiłow uderzył właśnie w dniu, w którym jego przeciwnik miał uroczyście świętować.
Sygnałów nie brakowało. Już w lutym jeńcy rosyjscy zeznawali, że między Ołyką a Łuckiem szykuje się ofensywa, potwierdzały to podsłuchy telefoniczne, 13 maja alarmował wywiad samej 4. Armii, a 20 maja przez attaché w Wiedniu dotarło ostrzeżenie rumuńskiego gen. Aleksandra Averescu. „Wszystkie te sygnały zostały zlekceważone” — kwituje autor. Szef austro-węgierskiego wywiadu Max Ronge wspominał po latach: „Nasze dowództwo ufnie oczekiwało ataku”. Gen. Conrad von Hötzendorf w przeddzień bitwy zapewniał szwedzkiego dziennikarza: „drugi raz nie damy się pokonać”.
Arcyksiążę toczył zresztą własne wojny. Z szefem sztabu gen. Ottonem Berndtem był skłócony tak, że nie chciał jeździć z nim jednym samochodem. Gdy zwierzchnik, gen. Alexander von Linsingen, przysłał mu na inspekcję swojego szefa sztabu, arcyksiążę w ulewę kazał wozić gościa odkrytym autem, „aby go »upokorzyć«”, a sam wyjechał z bratem na trzydniowe polowanie nad Styr.
Tuż po północy 4 czerwca ruszyła kanonada — rosyjska 8. Armia prowadziła ostrzał przez 29 godzin. Linsingen jeszcze tego dnia uważał natarcie za „prostą demonstrację”. Dzień 7 czerwca austro-węgierskie komunikaty nazwały „dniem katastrofy”: rano sztab 4. Armii opuścił Łuck, o 21.00 wkroczył do miasta rosyjski 16. pułk strzelców. Arcyksięcia odwołano, a z około 120 tys. bagnetów i szabel jego armii do wieczora 8 czerwca zostało około 28 tys.
Najbardziej gorzkie jest to, że ten sam scenariusz obie strony przerabiały już rok wcześniej — w odwrotnych rolach. Michał Klimecki w Gorlicach 1915 opisuje, jak w maju 1915 roku dowództwo rosyjskiego Frontu Południowo-Zachodniego „długo ignorowało sygnały o nadciągającej ofensywie wroga”, nie dając wiary nawet alarmującemu gen. Radko Dmitriewowi. 2 maja niemiecka 11. Armia Augusta von Mackensena i podporządkowana mu 4. Armia — tak, arcyksięcia Józefa Ferdynanda — przełamały front; pułki arcyksięcia zdobyły Luboczę i przekroczyły Dunajec. Do wieczora 2 czerwca padły północno-zachodnie forty Przemyśla, a Brusiłow — wtedy dowódca 8. Armii, której oddziały broniły twierdzy — rozkazał obrońcom wycofać się na wschód. Trzy dni po wejściu pruskiej gwardii na Zasanie Austriacy „z pompą obchodzili odzyskanie Przemyśla”; do miasta przybył między innymi gen. Conrad.
Rok później, niemal co do dnia, Brusiłow oddał pięknym za nadobne. Austriacy znów świętowali — tylko tym razem to on wybrał im datę przyjęcia.
Źródła:
- Stanisław Czerep, Łuck 1916, Bellona, Warszawa 2002
- Michał Klimecki, Gorlice 1915, Bellona, Warszawa 2009
Latem 1877 r. do tak zwanego czworoboku twierdz we wschodniej Bułgarii ruszył oddział, jakiego nie przewidywał żaden regulamin. Stu dziesięciu żołnierzy w tureckich mundurach, ale na głowach czerwone krakuski z orłem. Nad nimi sztandar: na czerwonym polu półksiężyc, gwiazda i biały orzeł. Tak wyglądał polski legion przy armii osmańskiej, wyjednany przez emigrację w Stambule. Turcy zgodzili się na niego niechętnie, dopiero pod naciskiem Anglików, i od razu zastrzegli, że osobnych polskich oddziałów finansować nie zamierzają: ochotnik dostaje w koszarach wikt, a broń dopiero wtedy, gdy wychodzi na linię. Dowodził mjr Józef Jagmin, weteran powstań narodowych. 23 sierpnia, w pierwszej bitwie, legion poniósł ciężkie straty. Zginął młody pisarz i dziennikarz Benedykt Rahoza, a sam Jagmin po kilku dniach zmarł z ran w Szumli. Pod koniec roku władze osmańskie legion rozwiązały.
Po drugiej stronie frontu Polaków było nieporównanie więcej. Szacunki dla carskiej armii dunajskiej wahają się od 20 do 50 tysięcy żołnierzy, a drugą osobą po wielkim księciu Mikołaju był jej szef sztabu, gen. Artur Niepokojczycki: rodzina z kresów dawnej Rzeczypospolitej, kariera od petersburskiego korpusu paziów całkowicie romanowowska. Tureckie twierdze znał nie od dziś. Już w 1853 r. płynął z księciem Mienszykowem parowcem „Gromonosiec” do Stambułu, z poleceniem, by przyjrzeć się tureckim fortyfikacjom, wojskom i terenom możliwych walk. Wojna krymska, która wybuchła niedługo potem, pokazała Polaków po tureckiej stronie w pełnej krasie. Pod Silistrią w 1854 r. wartę pełnili i konwoje z amunicją oraz prowiantem eskortowali „znakomicie prezentujący się” kozacy Sadyka-paszy, czyli Michała Czajkowskiego, powstańca listopadowego, który przyjął islam i zbudował dla sułtana kozacką formację.
Ćwierć wieku później ten sam pomysł obrócił się przeciwko swojemu autorowi. Przed wojną 1877 r. Czajkowski porzucił Turcję, wyparł się swego dzieła i poddał się Rosji. Osierocone pułki dostały turecki strój i turecką komendę, a resztka trafiła do armii Osmana-paszy w Plewnie i dzieliła jej los do końca. Gdy 10 grudnia 1877 r. Osman poszedł na ostatni, desperacki wypad za rzekę Wit, „grad kul” w rosyjskich okopach zapamiętał płk Czajkowski, szef sztabu jednego z rosyjskich zgrupowań. To tylko zbieżność nazwisk, nie ta sama osoba, ale trudno o bardziej przewrotny podpis pod tą historią. Tego samego dnia ranny Osman skapitulował. Z kozaków Sadyka-paszy przeżyło zaledwie kilkunastu.
Kilka lat po wojnie Jan Grzegorzewski chodził po szypczeńskim pobojowisku i czytał nazwiska poległych oficerów wyryte na pomniku. Doliczył się wśród nich wielu Polaków i przesadził z proporcjami, twierdząc, że Polacy stanowili niemal połowę rosyjskiej armii. Jedno zdanie miał jednak celne: Polacy „złożyli więcej swych kości na ziemi bułgarskiej niż przed laty pod Warną”.
Źródła:
- Bogusław Brodecki, Szypka i Plewna 1877, Wydawnictwo MON, Warszawa 1986
- Michał Klimecki, Krym 1854–1855, Bellona, Warszawa 2006
Noc z 18 na 19 lutego 1831 roku pod karczmą Wawer była ciemna i mroźna. Świeżo ścięte gałęzie z okolicznych zarośli nie chciały się palić, konie 5. pułku strzelców konnych pchały łby do ognia, bo dokuczał lodowaty wiatr, a od lasów Miłosnej biła szeroka łuna rosyjskich ognisk — znak, że rano będzie bitwa. Porucznik Napoleon Sierawski usiadł przy ognisku swojego plutonu. Któryś z żołnierzy rzucił: „Już spać nie będziemy... Zapalmy fajki”. Rozmowa zeszła, jak to zwykle bywa, na romanse z warszawiankami, a potem porucznik zaczął opowiadać o Grunwaldzie. Żołnierze dopytywali o wszystko, łącznie z tym, czy Niemcy mieli armaty, aż jeden zerwał się na nogi i ze ściśniętą pięścią zawołał: „Będziemy się bić i z Rosjanami, ale wolałbym z Prusakami...”.
Na tym się nie skończyło. „Ej, poruczniku? Jeszcze prosimy nam co opowiedzieć, łakomi jesteśmy słuchania” — i Sierawski zgodził się pod jednym warunkiem: „przyłóżcie gałęzi do ogniska”. Zebrało się wokół niego ze trzydziestu ludzi z fajkami, a on opowiadał im o husarzach Zbierzchowskiego pod Wiedniem w 1683 roku, którzy kłusem, a potem pełnym pędem rozbijali tureckie tłumy aż do namiotów wezyra. Przy okazji przemycał lekcję, jakiej uczyli „starzy nasi oficerowie”, którzy wojnę widzieli: konie trzymać w cuglach, ostróg nie żałować, szablą kręcić gęsty młynek, nie rozpraszać się, jechać kolano przy kolanie, a w pojedynku zajeżdżać przeciwnikowi z lewej strony, bo wtedy jego cięcie jest trudniejsze. Około północy porucznik obszedł szwadrony i zasnął na zagonie, przykryty przez żołnierzy końskimi derami. O świcie ordynans nabrał do kociołka śniegu z bruzdy, żeby zagotować mu herbatę.
Kilka godzin później nocna szkoła przy ognisku zdała egzamin. Dywizjon „piątaków” — około 300 szabel pod płk. Józefem Millerem, w czarnych czapkach i długich szarych płaszczach z żółtymi kołnierzami, na kasztanach — uderzył na 400 kozaków czarnomorskich. Wiesław Majewski zauważa, że strzelcy „stosują się pewno do rad” usłyszanych w nocy. Kozacy zostali odrzuceni, a ich ataman Własow padł ranny; garstka jego ludzi zdołała go jeszcze wyrwać Polakom.
Ta sama szosa brzeska, którą w lutym armia cofała się ku Pradze, sześć tygodni później zmieniła kierunek ruchu. Tomasz Strzeżek w Iganiach 1831 przytacza relację tego samego Sierawskiego z 1 kwietnia, dzień po rozbiciu Rosjan pod Dębem Wielkim: pluton szaser��w puszczony skrajem lasu przyprowadził całą kompanię jegrów z kapitanem i trzema oficerami. 5. pułk strzelców konnych nie musiał już nikogo ścigać — zbierał tylko jeńców. Na szosie powstały dwa pasma ruchu: jednym polskie oddziały szły na Siedlce, drugim ciągnęły coraz dłuższe kolumny jeńców. Aleksander Kociałkiewicz z 4. pułku ułanów nazwał to najpiękniejszym dniem całej wojny i zapisał odpowiedź, którą dawał każdy Rosjanin zapytany, dokąd idzie: „W Warszawu, w plen” — do Warszawy, do niewoli. W lutym tą drogą cofali się ku Warszawie Polacy, którzy przy mroźnym ognisku krzepili się Grunwaldem i Wiedniem. W kwietniu do Warszawy rzeczywiście szli Rosjanie — tylko zupełnie nie tak, jak planowali.
Źródła:
- Wiesław Majewski, Grochów 1831, seria Historyczne Bitwy (Wydawnictwo MON, Warszawa 1982)
- Tomasz Strzeżek, Iganie 1831, seria Historyczne Bitwy (Bellona, Warszawa 1999)
14 stycznia 1858 roku koło Opery w Paryżu Feliks Orsini i Karol Rudio rzucają bomby w stronę powozu Napoleona III i cesarzowej Eugenii. Zamach nie udaje się — cesarska para wychodzi cało, a Orsini ląduje w celi, czekając na proces i gilotynę. Z więzienia pisze list do człowieka, którego właśnie próbował zabić. Nie prosi o łaskę. Pisze: „Nie ukorzę się przed człowiekiem, który zabił wolność mojej ojczyzny”. I zaraz potem — u progu śmierci — zaklina cesarza, by dał Włochom wolność, którą Francja zabrała im w 1849 roku. Przypomina, że Włosi, w tym jego ojciec, szafowali krwią pod Napoleonem Wielkim i dochowali wiary stryjowi nawet po upadku. Domknięcie jest zimne jak stal: dopóki Italia jest w niewoli, spokój Europy i spokój samego Napoleona III to tylko chimera.
List odczytał na sali sądowej obrońca Juliusz Favre. Alfred Liebfeld pisał, że tekst „nie przypominał tłumaczenia, ale raczej mistrzowski oryginał” — i że zapewne został odczytany za aprobatą cesarza, a może nawet był pisany pod jego dyktando. Tomasz Wituch w biografii Garibaldiego idzie dalej: zamach Orsiniego stał się katalizatorem włoskiej polityki Napoleona III. Oburzenie na Turyn było elementem gry. Kilka miesięcy później, 20 lipca 1858 roku, Kamil Cavour zjawia się incognito w Plombières; oberżysta niemal wzywa żandarmów, bo gość wygląda jak z listu gończego — aż zjawia się wysłannik dworu i zaprasza „tajemniczego podróżnego” na rozmowę z cesarzem. Z tej rozmowy wychodzi sojusz, a z sojuszu wojna 1859 roku: Magenta, Solferino i krwawa rzeź, po której — jak przypomina Dzieszyński — datuje się idea międzynarodowej organizacji humanitarnej z czerwonym krzyżem w herbie.
Orsini w liście nie wołał abstrakcyjnej Francji. Wołał do cienia stryja. W Austerlitz 1805 Robert Bielecki pisze o „apogeum cesarstwa” i o „słońcu znad Austerlitz” jako symbolu najlepszych dni Wielkiej Armii — bitwy, do której sam Napoleon I wracał myślami na Świętej Helenie. Bratanek nosił to samo imię cesarskie, ale nie miał własnego Austerlitz w legendzie; miał za to Włochy, Austrię i list skazańca, który przypomniał mu, że legenda Napoleona Wielkiego wciąż zobowiązuje. Dlatego droga od bomby pod Operą do Solferino nie jest przypadkiem — to polityka, która zaczyna się od listu napisanego w celi, a może nawet od cesarskiego pióra podsuniętego zamachowcowi.
Źródła:
- Ryszard Dzieszyński, Magenta–Solferino 1859, seria Historyczne Bitwy (Bellona)
- Robert Bielecki, Austerlitz 1805, seria Historyczne Bitwy (Bellona)
24 czerwca 1898 roku, na drodze przez kubańską dżunglę do Las Guásimas, sześćdziesięcioletni gen. Joseph Wheeler — „Fighting Joe”, dowódca dywizji kawalerii w korpusie Shaftera — widzi, że Hiszpanie odchodzą. Nie czeka na piechotę Lawtona. Pcha swoje oddziały naprzód, zajmuje wzgórze Sevilla i dopiero wtedy pozwala sobie na chwilę triumfu. Według relacji z epoki były generał Konfederacji, myląc rok 1861 z 1898, krzyknął do oficerów: „Pogoniliśmy tych cholernych Jankesów”.
To nie był żart dla dziennikarzy. Wheeler ukończył West Point w 1859 roku, w wojnie secesyjnej dowodził kawalerią Południa i w wieku dwudziestu ośmiu lat został generałem porucznikiem; do historii przeszedł m. in. ostatnią szarżą jazdy konfederackiej pod Farmville tuż przed kapitulacją w kwietniu 1865. Trzydzieści trzy lata później prezydent McKinley celowo obsadzał dawnych generałów Konfederacji na kluczowych stanowiskach — jako symbol pojednania Północy i Południa. Wheeler dostał dywizję kawalerii. Założył granatowy mundur Unii. A gdy w kubańskim gąszczu zobaczył uciekających przeciwników, z gardła wyszło słowo z innej wojny.
W tej poprzedniej wojnie generałowie Południa nauczyli Jankesów bać się własnych tyłów. Pod Chancellorsville w maju 1863 Robert E. Lee, mając niespełna połowę sił Josepha Hookera, manewrami i tempem ataku zniwelował ponaddwukrotną przewagę Armii Potomaku. To była też ostatnia bitwa Thomasa „Stonewalla” Jacksona — tego samego, którego przydomek wziął się z okrzyku gen. Bee’ego pod Manassas: „Tam stoi Jackson jak kamienny mur!”. Rok później Grant, sfrustrowany pesymizmem oficerów Armii Potomaku, wściekał się, że niektórzy z nich najwyraźniej myślą, iż Lee „nagle wykręci podwójne salto, wyląduje na naszych tyłach i jednocześnie zagrozi obu flankom”. Wheeler nie był pod Chancellorsville — ale był produktem tej samej szkoły: przeciwnik, który ucieka, to dla niego wciąż „Jankes”. Dlatego w 1898, w granatowym mundurze, nad Las Guásimas, krzyczy do swoich — już federalnych — oficerów słowami z 1861.
Źródła:
- Bogusław W. Winid, Santiago 1898, seria Historyczne Bitwy (Bellona)
- Jan Szkudliński, Chancellorsville 1863, seria Historyczne Bitwy (Bellona)
16 kwietnia 1945 roku, w dniu, w którym zaczynała się operacja berlińska, 2. Armia Wojska Polskiego forsowała Nysę Łużycką pod Rothenburgiem. Nad urwistym brzegiem zagrzmiały najpierw salwy „Katiusz”, potem poszła piechota — łodziami, środkami podręcznymi, czasem wpław. Niemcy z dywizji grenadierów pancernych „Brandenburg” wracali na pozycje po huraganie artylerii i bronili się zaciekle. W pewnym momencie z zagajnika wyszła grupa niemieckich żołnierzy z sierżantem na czele — ręce w górę, jak do poddania się. Podbiegli do stanowisk 2. plutonu ppor. Jana Wronki z 2. kompanii ppor. Edwarda Boryły. Polacy powstali, żeby zabrać jeńców. Wtedy Niemcy wydobyli spod płaszczy automaty i otworzyli ogień. Kilku żołnierzy padło od razu. Wronka nie zawahał się: skoczył do sierżanta, uderzył go automatem w głowę i wyrwał mu broń. Kompania, przez chwilę zdezorientowana, oprzytomniała błyskawicznie.
Tego samego dnia, dalej na północ, 1. Armia WP gen. Stanisława Popławskiego wchodziła w tę samą operację znad Odry — z przyczółków i rozlewisk, o których gen. Jerzy Bordziłowski pisał, że to „bezmiar wody”, gdzie trudno było nawet znaleźć koryto rzeki. Cel był wspólny: rozbić zgrupowanie osłaniające Berlin i doprowadzić do upadku stolicy III Rzeszy. Kilka tygodni później w Karlshorst podpisano bezwarunkową kapitulację — już bez sztuczek z rękami w górę i automatami pod płaszczem. A biało-czerwone sztandary w zdobytym Berlinie zatknęli, obok żołnierzy radzieckich, właśnie Polacy.
Źródła:
- Kazimierz Kaczmarek, Budziszyn 1945, Wydawnictwo MON, 1982
- Zdzisław Stąpor, Berlin 1945, Bellona
W armii rosyjskiej łączność miała iść „z dołu”, a nie „z góry”. Brakowało kabla polowego, ekipy naprawcze godzinami szukały przerwy w linii, gońcy gubili się na niedokładnych mapach. Sięgnięto więc po radio. Brakowało szyfrantów, ginęły kody, w sztabach panował bałagan — i czę��ć rozkazów leciała w eter otwartym tekstem.
Rankiem 25 sierpnia 1914 w sztabie niemieckiej 8. Armii przechwycono właśnie taką depeszę z dowództwa Armii Wileńskiej gen. Rennenkampfa: kierunki marszu korpusów i zapowiedź, że do 26 sierpnia nie wejdą głębiej niż na linię oddaloną o dwa–trzy dni marszu od spodziewanego pola bitwy. Wkrótce w ten sam sposób w ręce Niemców wpadł rozkaz nr 6346, wydany przez gen. Aleksandra Samsonowa o godz. 3:30 — z celami dnia dla całej Armii Warszawskiej. Niemcy nagle wiedzieli, gdzie stoją rosyjskie skrzydła i jak cienka jest osłona centrum.
Jako pierwszy przeczytał to Max Hoffmann. Wsiadł do samochodu, dogonił drugi wóz — z Hindenburgiem i Ludendorffem — i podczas jazdy przekazał im odpis. Oba auta stanęły; oficerowie rozłożyli mapy. Trzy korpusy Samsonowa były zbite w środku, a skrzydeł broniły tylko dwa, z czego VI Korpus od sił głównych dzieliło około 40 kilometrów. Potem lotnicy i kawaleria tylko potwierdzili to, co radio już zdradziło.
Kilka dni później okrążona 2. Armia rozsypała się. Samsonow z garstką oficerów próbował wyjść lasami spod Wielbarka. Noc była bezksiężycowa, skończyły się zapałki, kompas stał się bezużyteczny. Generał powtarzał, jak ma się w takiej sytuacji pokazać carowi. Około pierwszej w nocy z 29 na 30 sierpnia ciszę przeszył pojedynczy strzał. Zwłoki bez dystynkcji pochował miejscowy leśniczy; dopiero wdowa i wskazówki towarzyszy pozwoliły odnaleźć mogiłę.
Osiem miesięcy później, już nie nad jeziorami mazurskimi, lecz pod Gorlicami, historia wschodniego frontu dopisała kolejny rozdział — i to, jak pisze Michał Klimecki, brzemienniejszy w skutki niż jesień 1914. Wieczorem 1 maja 1915 gen. August von Mackensen wydał krótki rozkaz: „Natarcie rozpocząć rano 2 maja o godzinie 10:00”. Noc była ciepła; o świcie mgła spowiła niższe stanowiska, a słońce wzeszło około 4:30. W sztabie 11. Armii Mackensen i płk Seeckt czekali spokojnie — Seeckt skracał czas listem do żony. O szóstej odezwały się baterie; po próbnych salwach otworzyło ogień ponad tysiąc dział. Odwrót spod Gorlic i Tarnowa pociągnął za sobą cały front, od Bałtyku po Karpaty. Tam, gdzie w sierpniu wystarczyła niezaszyfrowana depesza, w maju wystarczył huragan artylerii — i znowu rosyjskie Naczelne Dowództwo zbyt późno zrozumiało, co się dzieje.
Źródła:
- Piotr Szlanta, Tannenberg 1914, Bellona
- Michał Klimecki, Gorlice 1915, Bellona
8 września 1939 w sztabie niemieckim w Zossen oficer przesuwał na mapie niebieskie strzałki coraz głębiej w Polskę i machnął ręką: wojna właściwie skończona. Gen. Johannes Blaskowitz, dowódca 8. Armii, spieszył na Warszawę — chciał oddać płonącą stolicę Führerowi. Przed ostrzeżeniami Mansteina o odsłoniętym północnym skrzydle machnął: niech się von Kluge tym martwi. O armiach „Poznań” i „Pomorze” w niemieckich sztabach jakby zapomniano — uznano je za pobite i niezdolne do większej akcji.
Tymczasem gen. Tadeusz Kutrzeba, od którego Wielkopolanie żądali walki zamiast bezkrwawego oddawania domów, zaproponował zwrot zaczepny. Łączność z Naczelnym Wodzem w Brześciu długo milczała. Wreszcie późnym wieczorem nadeszła depesza o dwóch słowach: „Słońce wschodzi”. To była zgoda na bitwę zaczepną.
9 września Polacy uderzyli przez Bzurę. Pod Michałowicami zaskoczenie było obopólne — szybciej opanowali je Polacy; rozstrzygnęły bagnety i kolby. O świcie 10 września Łęczyca była wolna. Mieszkańcy witają żołnierzy czym mogą; w ogrodach leżą porzucone niemieckie działa i tabory. Hans Breithaupt, weteran 30. DP, napisze później, że „w Łęczycy rozszalał się jednak szatan” — cywilne miasto nagle znów stało się frontem.
Przez kilka dni największa bitwa kampanii wrześniowej zmusiła Wehrmacht do zatrzymania marszu i przerzucenia posiłków.
Tego samego 8 września, gdy Blaskowitz marzył o triumfie w stolicy, wzmocniona niemiecka 4. Dywizja Pancerna próbowała z marszu zająć Warszawę — sądząc, że miasto jest niebronione. Załoga gen. Waleriana Czumy odparła ten szturm u krawędzi zabudowy. Dwa fronty, jeden dzień, ta sama niemiecka pycha — i ta sama odpowiedź Polaków.
Źródła:
- Tadeusz Jurga, Bzura 1939, Bellona
- Lech Wyszczelski, Warszawa 1939, Bellona
12 października 1943 r. 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki idzie do pierwszego boju pod Lenino. Gen. Zygmunt Berling stoi na punkcie obserwacyjnym między 1. a 2. pułkiem: gdy rakiety dają sygnał i pułki wstają, w piersi zrywa się okrzyk „Poszli!”. Żołnierze — według jego relacji — idą wyprostowani „jak na defiladę”, mimo że krótkie przygotowanie artyleryjskie nie zniszczyło niemieckich gniazd ogniowych.
Płk Bolesław Kieniewicz (doświadczony frontowiec) mówi wprost: „Widziałem różne natarcia, ale nigdy tak żołnierze nie szli pięknie, jak Polacy pod Lenino. Szyki bojowe, jak wyrysowane… dywizja szła jak na paradzie”.
Wrażenie jest tak silne, że obserwatorzy radzieckiej artylerii wspierającej kościuszkowców wyskakują przed okopy na przedpiersia, rzucają czapki w górę i w „szaleńczej euforii” krzyczą: „Niech żyją Polacy! Niech żyje polska dywizja! Wot idut kak mariaki” („Idą jak marynarze” — wyprostowani, pewnym krokiem).
Dowódca 33. Armii, gen. płk Wasilij Gordow — frontowiec z ponad dwuletnim doświadczeniem, znający natarcia gwardyjskich dywizji radzieckich — jest tak wstrząśnięty widokiem, że w trakcie bitwy dzwoni do Berlinga: „Generale Berling, ja długo wojuję, ale takiego natarcia dawno nie widziałem. Gratuluję Wam”. Sobczak podkreśla, że taki brawurowy atak tyralierą w szyku wyprostowanym, bez zatrzymywania się na linii szturmowej, nie powtórzył się już do końca wojny — i że zaskoczył także Niemc��w.
Ten sam rok wojny, drugi front: 6 czerwca 1944 rangersi ppłk. Ruddera na Pointe du Hoc nie mają łączności między grupami. Radiostację obsługuje Polak z Pensylwanii, Ludwik Lisko. O 9:00 przekazuje meldunek: „Pointe du Hoc zajęty — zadanie wykonane — potrzebuję amunicji i posiłków — liczne straty”. Odpowiedź gen. Huebnera dopiero po dwóch godzinach: posiłków nie ma. Lisko nawiązuje wtedy łączność z niszczycielem Satterlee i przekazuje namiary punktów oporu — okręt niszczy je kolejno i kładzie zaporę ogniową przed stanowiskami rangersów. Pod Lenino sowiecki dowódca armii dzwoni z gratulacjami, bo Polacy idą „jak na paradzie”; w Normandii Polak-Amerykanin trzyma radiostację, bez której rangersi zostaliby bez wsparcia artylerii okrętowej.
Źródła:
- Kazimierz Sobczak, Lenino 1943, Bellona, s. 150–151
- Robert Bielecki, Normandia 1944, Bellona, s. 155–156
18 maja 1944 r. o godz. 9:50 na ruinach klasztoru Benedyktynów na Monte Cassino zawisł najpierw proporczyk 12. Pułku Ułanów Podolskich. Patrol ppor. Kazimierza Gurbiela (trzynastu ułanów) wszedł jako pierwszy na Górę Klasztorną — ziemię, po której, jak pisał ppor. Witold Domański, stąpali jak po Everescie: „dla nas ta góra była najbardziej niedostępnym szczytem świata […] Lecz tędy prowadziła droga do Polski”.
O 10:45 gen. Bronisław Duch kazał wywiesić polską flagę państwową; o 11.45 rozkaz wykonał mieszany patrol 5. Batalionu. Z rozkazu gen. Andersa obok biało-czerwonej zawisła flaga brytyjska. O 14:00 przyjechali korespondenci — i wtedy plut. Emil Czech odegrał z murów klasztoru Hejnał Mariacki.
Najmocniejszy szczegół zapisał plut. Władysław Choma, siedzący wśród kamieni na wzg. 593 z żołnierzami 4. Batalionu — zarośniętymi, brudnymi, ze „śmiertelnym zmęczeniem” w zapadniętych oczodołach. Gdy nad ruinami pojawiła się biało-czerwona chorągiew, a przez powietrze poszarpane wybuchami popłynęła trąbka krakowskiego hejnału, ci zahartowani w wielu bojach ludzie „rozmazali się jak dzieci”. Nie z radia: z niezdobytej dotąd niemieckiej twierdzy, wśród padających pocisków, usłyszeli „sygnał hejnału — głos Polski”. I wtedy — szczegóły, którego nie wymyśli żadna propaganda — pytali Chomę, gdzie ta Polska, i kazali sobie na horyzoncie pokazywać kierunek.
Trzy miesiące później, w sierpniu 1944, 1. Dywizja Pancerna gen. Stanisława Maczka dostała zadanie zamknięcia luki pod Falaise: zdobyć węzeł Chambois i obsadzić masyw Mont-Ormel. Maczek nazwał to zgrupowanie wzgórz „Maczugą” — od układu poziomic 262 północnego i południowego. Gdy Polacy usiedli na Maczudze jak korek w szyjce butelki, Montgomery miał później powiedzieć: „Pod Falaise Niemcy byli zamknięci jak w butelce, a wy (Polacy) byliście korkiem tej butelki”. Od hejnału na Monte Cassino do Maczugi pod Falaise — w jednym roku 1944 dwa polskie związki (2. Korpus Andersa i 1. DPanc Maczka) otwierały drogę do domu. Motto Maczka: „Żołnierz polski bije się o wolność wielu narodów, ale umiera tylko dla Polski”.
Źródła:
- Zbigniew Wawer, Monte Cassino 1944, Bellona
- Jadwiga Nadzieja, Falaise 1944, Bellona