Włodzimierz Czarzasty poinformował, że nie poprze wniosku o przyznanie pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Donaldowi Trumpowi. Zamiast jednozdaniowego oświadczenia wygłosił przemówienie, w którym de facto mianował się kolejnym – po rządzie i prezydencie – ośrodkiem władzy państwowej uprawnionym do formułowania i oceniania polskiej polityki zagranicznej.
Marszałek Sejmu surowo ocenił politykę Stanów Zjednoczonych, podkreślając, że Polska „nie będzie żadną wysuniętą kasztelanią Trumpa” ani „niezatapialnym lotniskowcem USA”. Przekonywał, że nie musimy wybierać między Stanami Zjednoczonymi a Europą, bo „sami Amerykanie zdecydowali, że ich zaangażowanie w Europie będzie się zmniejszać”.
W jego wizji realnym i pożądanym mocarstwem powinna być Unia Europejska: silna, mówiąca jednym głosem, a nie podzielona na państwa zabiegające osobno o względy pana -„bogatego prezydenta Stanów Zjednoczonych”. Podkreślił również, że nie da się mówić o spokojnej Polsce bez Ukrainy, ponieważ „Ukraińcy walczą o nasze bezpieczeństwo”, a śmiertelnym wrogiem jest Rosja, nie Zachód.
Kulminacją wystąpienia była ocena, że prezydent Trump destabilizuje sytuację w wielu organizacjach międzynarodowych, prowadząc „politykę siły”, opartą na transakcyjności, łamiącą zasady, wartości, a „często także prawo międzynarodowe”.
I właśnie to ostatnie stwierdzenie przesądziło o reakcji ambasadora Stanów Zjednoczonych. Zarzut „częstego łamania prawa międzynarodowego” wobec urzędującego prezydenta USA, wypowiedziany nie w emocjonalnej dyskusji „w autobusie” – gdzie według znanego publicysty TVN można więcej - lecz z mównicy sejmowej przez drugą osobę w państwie, nie mógł pozostać bez odpowiedzi. Ambasador, reprezentujący mocarstwo sojusznicze oraz godność urzędu prezydenta USA, nie miał pola manewru.
Reakcja ta nie była ani pouczaniem Polski, ani próbą ingerencji w nasze sprawy wewnętrzne, ani – tym bardziej – żądaniem odwołania marszałka Sejmu. Ambasador nie wypowiadał się o przydatności Czarzastego w Sejmie. Oświadczył jedynie, że nie widzi możliwości dalszych kontaktów z osobą, która publicznie obraziła prezydenta jego kraju. To zasadnicza różnica, którą część komentatorów świadomie zaciera.
Polityka zagraniczna to nie konkurs na najostrzejszą frazę ani audycja publicystyczna nadawana z sejmowej mównicy. Gdy marszałek Sejmu zaczyna mówić jak komentator, a komentator chce mówić jak suweren, dyplomacja kończy się tam, gdzie zaczyna improwizacja. A wtedy pretensje do ambasadora są już tylko próbą zagłuszenia własnej niekompetencji i braku odpowiedzialności.