@quanttrade25 Gdy zacząłem od najprostszych rzeczy czyt. Średnie kroczące i strefy popytu oraz podaży, zacząłem eksperymentować po swojemu, dostosowałem trading pod siebie i pod moją głowe żeby nie zerkać co chwilę na telefon, zacząłem podejmować lepsze decyzje niż jeżeli robiłem ich setki.
@quanttrade25 Ok, po przeczytaniu całości czas na moją opinie:
- Jedną z najbardziej trafnych rzeczy jakie napisałeś jest “eksperymentowanie” po swojemu. Gdy zaczynałem przygodę z tradingiem na poważnie, nie licząc innych wtop wcześniej testowałem setki strategii.
@quanttrade25 Nie brałem pod uwagę zapisywania swoich błędów i analizie swoich decyzji podejmowanych i ilości decyzji to bardzo ważne jak na to teraz spojrze. Max 3-4 transakcje dziennie to już i tak wystarczająco, dla mnie. Każdy jest inny.
@quanttrade25 Po czasie i tak wychodziło szydło z worka i rynek weryfikował moją psychikę, fomo i złe zarządzanie pozycją. Z góry zakładałem wtedy że ta strategia nie działa i leciałem do kolejnej i kolejnej.
Dziennik tradera , moje początki, błędy i droga przez kilka zbankrutowanych kont
Piszę ten wpis przede wszystkim dla osób, które dopiero wchodzą albo planują wejść w świat tradingu. Nie po to, żeby kogokolwiek zniechęcać, ale żeby pokazać, jak łatwo uwierzyć w nierealne oczekiwania i przez wiele lat powtarzać te same błędy.
Moim pierwszym i prawdopodobnie największym błędem były zbyt wysokie i całkowicie nierealne oczekiwania.
Brały się one głównie z oglądania polskich i zagranicznych profili tradingowych na YouTube oraz w innych mediach społecznościowych. Pokazywano tam świat, w którym zarabianie na rynku wyglądało niezwykle łatwo.
Telefon, kilka kliknięć, dowolne miejsce na świecie i kolejny zysk. Plaża, samochód, kawiarnia albo wakacje. Życie bez normalnej pracy, pełnoetatowy trading i konto, które praktycznie każdego dnia staje się większe.
Od czasu do czasu pokazywano oczywiście jakąś przegraną transakcję, najlepiej niewielką, żeby całość wyglądała bardziej naturalnie i wiarygodnie.
Przekaz pozostawał jednak taki sam:
Trading jest łatwy, można zarabiać praktycznie każdego dnia, a przy odpowiedniej strategii konto będzie stale rosło.
Kiedy mi nie wychodziło, odpowiedź była zawsze podobna:
„To proces”.
„Potrzebujesz więcej czasu”.
„Musisz się jeszcze uczyć”.
„Strategia działa, tylko źle ją stosujesz”.
Problem zawsze miał być po mojej stronie.
Zamiast zakwestionować to, co oglądałem, szukałem kolejnych filmów, kursów, strategii i metod. Skoro innym wychodziło tak łatwo, zakładałem, że brakuje mi tylko jednego elementu. Jednego sekretu, którego jeszcze nie poznałem.
Ciągle porównywałem własne wyniki z tym, co pokazywano w internecie.
Kiedy widziałem, że ktoś rzekomo zarabia codziennie, również chciałem osiągać zyski każdego dnia. Jeżeli rynek nie dawał dobrej okazji, próbowałem znaleźć ją na siłę.
Jeżeli pojawiała się strata, chciałem ją natychmiast odrobić.
Jeżeli zysk był zbyt mały, czułem niedosyt, ponieważ nie pasował do obrazu tradingu, który wcześniej oglądałem.
Właśnie wtedy pojawiały się zbyt duże pozycje, overtrading, pogoń za ceną, brak cierpliwości i próby szybkiego odrabiania strat.
Kolejnym etapem było szukanie magicznego wskaźnika, który powie mi dokładnie, kiedy wejść w pozycję, a kiedy z niej wyjść.
Przecież prawie wszyscy używali wskaźników. RSI, MACD, średnie kroczące, oscylatory, chmury, strzałki i gotowe sygnały kupna albo sprzedaży.
Coś z tego musiało działać.
Jeżeli jeden wskaźnik nie działał wystarczająco dobrze, dodawałem drugi. Jeżeli dwa nadal dawały błędne sygnały, dokładałem trzeci, czwarty i piąty.
W końcu na wykresie było wszystko poza ceną.
Jeden wskaźnik pokazywał kupno, drugi sprzedaż, trzeci wykupienie rynku, a czwarty nadal silny trend wzrostowy.
Zmieniałem ustawienia, okresy średnich i kombinacje wskaźników. Dopasowywałem system do danych historycznych i wydawało mi się, że w końcu znalazłem rozwiązanie.
Na starym wykresie wszystko wyglądało idealnie.
Na żywym rynku już nie.
Tak wyglądało moje poszukiwanie Świętego Graala.
Kolejne konto zostało stracone w drodze do znalezienia magicznego wskaźnika.
Następna porażka była związana z wiarą w przekaz jednego z najbardziej rozpoznawalnych spekulantów na polskiej scenie, że stop loss jest dla słabych, a prawdziwy trader zawsze poradzi sobie z pozycją.
Dzisiaj wiem, że sposób, w jaki wtedy to rozumiałem i stosowałem, był znacznie bliższy hazardowi niż profesjonalnemu tradingowi.
Problemem nie był nawet sam brak klasycznego stop lossa.
Istnieją strategie wykorzystujące hedge, redukcję pozycji albo inne sposoby ograniczania ryzyka.
Problemem był brak wcześniej określonego maksymalnego ryzyka.
Nie wiedziałem, ile mogę stracić, jak dużą ekspozycję może wytrzymać moje konto, kiedy moje założenie przestaje być aktualne, ile wolnego depozytu muszę zachować i co zrobię, jeżeli rynek pójdzie znacznie dalej, niż zakładałem.
W tamtym czasie na polskiej scenie właśnie ten głos przebijał się bardzo mocno. Dochodziły do tego dobre wejścia pokazywane na transmisjach na żywo oraz trafne przewidywania dotyczące kryptowalut.
Wszystko wyglądało tak, jakby ta osoba dokładnie wiedziała, co robi.
Uwierzyłem w ten sposób działania, mimo że sam nie posiadałem podobnego doświadczenia, kapitału ani odporności na ryzyko.
Kolejny ślepy strzał.
Kolejny margin call.
Następnym etapem było ciągłe skakanie ze strategii na strategię.
Kilka dni handlowałem według jednej metody. Po kilku stratach uznawałem, że strategia nie działa, więc przechodziłem do kolejnej.
Nowy film, nowy wskaźnik, nowy mentor i nowa nadzieja.
Najgorsze było jednak mieszanie wszystkiego naraz.
Pozycję otwierałem według jednej strategii, prowadziłem według drugiej, a zamykałem według trzeciej.
Jeżeli transakcja zaczynała przynosić stratę, zmieniałem pierwotne założenia, żeby uzasadnić dalsze trzymanie pozycji.
Analizę techniczną mieszałem z wiadomościami, wskaźnikami, liniami, formacjami, opiniami innych traderów oraz własnymi emocjami.
Zamiast systemu powstawał chaos.
Każdą pozycję można było jakoś uzasadnić.
Każdą stratę można było wytłumaczyć.
Każde złamanie zasad można było przedstawić jako elastyczne reagowanie na rynek.
W rzeczywistości nie posiadałem jednej sprawdzonej metody. Posiadałem masę niepowiązanych ze sobą założeń, których używałem w zależności od tego, co w danym momencie chciałem zobaczyć.
Kolejnym niezwykle niebezpiecznym etapem była seria dobrych wejść.
Kilka albo kilkanaście udanych transakcji i pojawiało się uczucie:
„Teraz już wszystko działa”.
„Wiem, co robię”.
„Wreszcie rozumiem rynek”.
Skoro zarobiłem 1000 złotych w jeden dzień, to wystarczy zwiększyć pozycję, aby następnym razem zarobić 3000 albo 5000.
Przecież skoro metoda działa, większa pozycja oznacza po prostu większy zysk.
Nic bardziej mylnego.
Po serii wygranych wcześniej czy później przychodzi seria strat. To normalna część każdego systemu.
Problem polegał na tym, że wchodziłem w nią już ze znacznie większą pozycją.
To, co budowałem przez kilka tygodni, potrafiłem oddać w ciągu jednego dnia. Czasami razem z całym kapitałem początkowym.
Najbardziej niebezpiecznym momentem nie zawsze jest więc seria strat.
Czasami najbardziej niebezpieczna jest seria wygranych, ponieważ przekonuje nas, że znaleźliśmy sposób, ryzyko przestało istnieć, a rynek wreszcie znajduje się pod naszą kontrolą.
Później przyszedł czas na mentorów i szkolenia u szamanów.
Na świecie istnieje ogromna liczba osób sprzedających kursy, sygnały, grupy premium i prywatne analizy. Prawdopodobnie tylko niewielka część z nich posiada prawdziwe, długoterminowe i możliwe do zweryfikowania wyniki.
Oczywiście nie szukałem wtedy osób mówiących o cierpliwości, zarządzaniu kapitałem i umiarkowanych stopach zwrotu.
Szukałem tych, którzy obiecywali, że podwojenie konta w ciągu miesiąca nie stanowi żadnego problemu.
Bo właśnie tego chciałem.
Mając przykładowo 10 000 złotych, wynik 10% w ciągu kilku miesięcy wydawał mi się żartem.
Przecież taka kwota nie zmieni mojego życia.
Ale jeżeli co miesiąc podwoję konto, to po roku nie będę już musiał normalnie pracować.
Kupię szkolenie, zastosuję metodę, kilka razy pomnożę kapitał i pieniądze będą zarabiały się praktycznie same.
Tak działał mój sposób myślenia.
Im większa obietnica zysku w krótszym czasie, tym większe prawdopodobieństwo, że metoda wymaga ogromnego ryzyka albo prezentowane wyniki nie pokazują całej prawdy.
Kolejne szkolenie.
Kolejna nadzieja.
Kolejne zbankrutowane konto.
Nie twierdzę, że wszystkie płatne szkolenia i grupy są złe.
Jak najbardziej jestem za płaceniem za wartościową wiedzę, jeżeli ktoś rzeczywiście posiada doświadczenie, którego możemy się od niego nauczyć.
Warunek jest jednak jeden:
Obietnice muszą pokrywać się z rzeczywistością.
Nie wystarczą screeny zyskownych pozycji, zdjęcia wypłat, wyniki z jednego dobrego miesiąca ani transakcje pokazywane dopiero wtedy, gdy znalazły się na zysku.
Potrzebna jest możliwa do zweryfikowania historia realnego konta obejmująca kilka lat, pełne obsunięcia, wielkość ryzyka, wpłaty, wypłaty, pozycje stratne i gorsze okresy.
Trzeba sprawdzić, czy osoba rzeczywiście zarabia na tradingu, czy przede wszystkim na sprzedaży marzenia o tradingu.
Przez kilka lat wyzerowałem kilka rachunków.
Bezpośrednie przyczyny były różne:
zbyt duże pozycje, uśrednianie bez limitu, pogoń za stratą, brak kontroli depozytu, zmienianie strategii, zwiększanie ryzyka po sukcesach, ślepe kopiowanie innych, wiara w magiczne wskaźniki i próby szybkiego podwojenia konta.
Jednak główna przyczyna była praktycznie zawsze taka sama:
nierealne oczekiwania.
Jeżeli ktoś oczekuje podwojenia konta w miesiąc, musi podejmować ryzyko odpowiednie do takiego celu.
A ryzyko potrzebne do regularnego osiągania takich wyników wcześniej czy później prowadzi do ogromnego obsunięcia albo wyzerowania rachunku.
Drogi do margin call mogą być różne, ale bardzo często zaczynają się dokładnie w tym samym miejscu.
Od nierealnych oczekiwań.
Dzisiaj wiem również, że samego dobrego tradera nie można oceniać wyłącznie na podstawie procentowej stopy zwrotu.
Trzeba patrzeć także na maksymalne obsunięcie, wielkość używanej dźwigni, zmienność wyników, długość historii, skalowalność systemu i ryzyko bankructwa.
10% miesięcznie brzmi dla wielu osób jak rozsądny cel.
Po kapitalizacji oznacza jednak około 214% rocznie.
To nie jest spokojny, profesjonalny wynik.
To rezultat ekstremalny, szczególnie jeżeli miałby być powtarzany przez wiele lat.
Nawet 5% miesięcznie daje prawie 80% rocznie, a 2% miesięcznie to około 27% rocznie.
To pokazuje, jak ogromne znaczenie ma regularność.
Nie trzeba podwajać konta każdego miesiąca.
Trzeba przede wszystkim nie stracić go w miesiącu, w którym rynek przestaje współpracować.
Na małym rachunku łatwiej osiągać duże procenty i podejmować ogromne ryzyko.
Jeżeli ktoś straci 5000 albo 10 000 złotych, może wrócić do pracy, odłożyć pieniądze i ponownie zasilić konto.
Przy dużym kapitale sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Straty kilkuset tysięcy albo kilku milionów nie da się szybko odrobić kolejną wypłatą.
Trading przestaje wtedy być próbą szybkiego wzbogacenia się.
Staje się zarządzaniem majątkiem.
Wraz ze wzrostem kapitału musi zmieniać się psychologia, odpowiedzialność i podejście do ryzyka.
Ważniejsza od maksymalnego zysku staje się ochrona tego, co zostało już zbudowane.
Jeżeli uda się stworzyć system, który działa na koncie o wartości 10 000 złotych, jego podstawowe założenia powinny działać również na większym rachunku.
Różnica polega na tym, że przy większym kapitale potrzebujemy znacznie mniejszego procentu, aby końcowy wynik finansowy był satysfakcjonujący.
Dzisiaj najważniejsze są dla mnie cztery rzeczy:
Po pierwsze to money management.
Najpierw określam ryzyko, a dopiero później potencjalny zysk.
Wyliczam, jaką ekspozycję konto może utrzymać na określonym odcinku ruchu. Biorę również pod uwagę sytuację, w której rynek pójdzie znacznie dalej, niż początkowo zakładałem.
Dobra analiza bez zarządzania kapitałem może zakończyć się bankructwem.
Przeciętna analiza połączona z dobrą kontrolą ryzyka może pozwolić przetrwać wystarczająco długo, aby system miał szansę wykorzystać swoją przewagę.
Po drugie to realne oczekiwania.
Nie oczekuję już, że rynek każdego dnia wypłaci mi określoną kwotę.
Rynek niczego mi nie obiecuje.
Są okresy pełne okazji, ale są też tygodnie, w których najrozsądniejszą decyzją jest ograniczenie aktywności.
Celem nie jest zarabianie każdego dnia.
Celem jest osiąganie dodatniego wyniku w odpowiednio długim okresie bez ryzyka wyzerowania rachunku.
Po trzecie to pokora.
To, że przez kilka tygodni albo miesięcy wszystko działa, nie oznacza, że będzie działało zawsze.
Seria wygranych nie czyni nas nieomylnymi.
Każdego dnia trzeba kontrolować ekspozycję, zachowanie systemu i własną dyscyplinę.
Rynek może w ciągu tygodnia odebrać zyski budowane przez wiele miesięcy, jeżeli po dobrym okresie zwiększymy ryzyko, stracimy ostrożność i odejdziemy od własnych zasad.
Po czwarte to elastyczność.
Rynek zmienia się każdego dnia.
Zmienia się zmienność, płynność, korelacja instrumentów, reakcja na informacje oraz siła trendów.
To, co działało przez kilka miesięcy, może przestać działać.
Nie oznacza to, że po kilku stratach trzeba natychmiast wyrzucać cały system.
Trzeba jednak umieć odróżnić normalną serię strat od rzeczywistej zmiany charakterystyki rynku.
Obecnie korzystam głównie z pustych wykresów bez klasycznych wskaźników.
Używam zwykłych poziomych linii pokazujących miejsca, w których cena wcześniej reagowała, oraz linii trendu pomagających określić kierunek i możliwe osłabienie ruchu.
Stosuję minimalne pozycje dostosowane do wielkości rachunku, money management, hedge, kontrolę całkowitej ekspozycji i rozproszenie ryzyka pomiędzy różne instrumenty.
Nie chodzi o to, żeby na każdym instrumencie natychmiast zarabiać.
Część pozycji może przynosić zysk, część pozostawać w okolicach zera, a inne chwilowo budować stratną strukturę.
Zyski z jednych instrumentów mogą dać czas pozostałym pozycjom na dojście do miejsca, w którym będzie można zamknąć je na poziomie break even albo z zyskiem.
Nie oznacza to jednak, że strata może rosnąć bez ograniczeń.
Każda struktura musi mieścić się w ramach ryzyka, które konto jest w stanie wytrzymać.
Przykładowo na WTI mogę posiadać wiele pozycji, w tym pozycje zabezpieczające.
Jeżeli suma ekspozycji kierunkowej jest bliska zeru, ruch ceny w jedną ze stron powinien wyrządzić rachunkowi znacznie mniej szkody.
Hedge nie usuwa jednak całego ryzyka.
Pozostają spready, swapy, koszty finansowania, zmiany wymaganego depozytu oraz ryzyko związane z utrzymywaniem wielu pozycji.
Dlatego najważniejsza nie jest liczba transakcji, lecz całkowita ekspozycja rachunku.
Im mniejsza niekontrolowana ekspozycja w jednym kierunku, tym większa szansa przetrwania ruchu, którego wcześniej nie przewidziałem.
Piszę to wszystko, żeby nowe osoby wchodzące w świat tradingu miały świadomość, że większość obietnic pokazywanych na YouTube, Instagramie, TikToku i innych publicznych profilach to marketing.
Bardzo często za materiałami o łatwym zarabianiu znajduje się oferta płatnego szkolenia, grupy premium, sygnałów, brokera afiliacyjnego albo zarządzania rachunkiem.
Nie oznacza to, że każda płatna usługa jest oszustwem.
Jestem zwolennikiem płacenia za wartościową wiedzę, ale tylko wtedy, gdy deklarowane wyniki można sprawdzić i pokrywają się one z rzeczywistością.
Im większe obietnice, tym dokładniej należy je weryfikować.
Trading może dawać ogromne możliwości, ale nie jest łatwą drogą do szybkiego bogactwa.
To trudna praca oparta na statystyce, kontroli ryzyka, cierpliwości, doświadczeniu i umiejętności przetrwania okresów, w których nic nie układa się zgodnie z planem.
Dzisiaj nie szukam już Świętego Graala.
Szukam sposobu, który pozwoli mi pozostać na rynku wystarczająco długo, żeby wykorzystać przewagę, kiedy rzeczywiście się pojawi.
Bo w tradingu nie wygrywa ten, kto raz osiągnie największy procent.
Wygrywa ten, kto potrafi zarabiać, chronić kapitał i nadal posiadać konto po wielu latach.
#trading #forex #inwestowanie #riskmanagement #psychologiatradingu #dzienniktradera
@__phlp Czytałem wszystko, sam handluje na złocie tylko jak ty ogarniasz tak małe interwały to dla mnie jest niepojęte na ten moment, upaliłem obecnie kilka kont już i kilka kafli na cfd, forex… Teraz tylko futures i jestem pod wrażeniem. Relatywnie szybko znalazłem twój profil, dzięki.