Napiszę tutaj na dobranoc moje przemyślenie po rozmowie z kilkoma znajomymi policjantami. Będzie trochę długo i trochę nudno więc nikogo nie zmuszam. Ale muszę napisać żeby potem nie opisywać każdemu w każdej dyskusji osobno. Rozmowa ta moim kolegom nie była w smak mimo to /1
❗️”Instytut Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza (wcześniej Instytut Dziedzictwa Myśli im. R. Dmowskiego i I. Paderewskiego) jak squot?” - czyli krótka historia o tym jak pani @KSuchanow i pan @Tomasz5ek chcieli zarejestrować swoją fundację w siedzibie Instytutu utworzonego przez państwo polskie i finansowanego ze środków publicznych, a ten… absolutnie się na to nie zgadzał i protestował w sądzie.
Mało kto wie, że znani tropiciele „ruskich wpływów” @KSuchanow oraz @Tomasz5ek powołali na początku 2025 r. fundację o poważnej nazwie „Instytut Strategicznych Badań i Analiz” w Warszawie.
https://t.co/HZ0o9oJEvk
W zarządzie tej Fundacji zasiadają oboje fundatorzy.
Fundacja za skromnym funduszem założycielskim 1050 zł miała pozyskiwać finansowanie m. in. z grantów, zbiórek, sponsoringu i… odpisu „1% podatku” dochodowego (twórcy Fundacji chyba nie sprawdzili, że od 2023 r. można odpisać 1,5% podatku 🙂).
Czy Fundacja podlegająca MSWiA min. @MKierwinski, otrzymała jakieś pieniądze ze źródeł polskich czy zagranicznych tego nie wiemy, bowiem Fundacja nie złożyła dotychczas sprawozdań.
W momencie rejestracji Fundacja jako adres wskazała ul. Powsińską 64a w Warszawie.
To adres siedziby Instytutu utworzonego zarządzeniem @kultura_gov_pl i finansowanego ze środków publicznych (wcześniej Instytut Dziedzictwa Myśli im. R. Dmowskiego i I. Paderewskiego, a obecnie - po zmianie władzy - Instytut Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza).
Sąd Rejonowy dla m. st. Warszawy w Warszawie po kilku uzupełnianych brakach, w końcu zarejestrował Fundację @Tomasz5ek i @KSuchanow, doręczając potwierdzenie rejestracji na adres ul. Powsińska 64a w Warszawie.
Jakie musiało być zdziwienie w Instytucie Myśli Politycznej im. G. Narutowicza, że jakaś prywatna fundacja @Tomasz5ek i @KSuchanow próbuje im się „wkręcić” do siedziby, skoro sam dyrektor Instytutu w piśmie z Sądu z 4.06.2025 stanowczo zaprotestował i wskazał, że fundacja obojga „tropicieli ruskich wpływów” ani nie ma żadnego tytułu do nieruchomości ani nigdy Instytut nie zgadzał się na wykorzystanie nieruchomości dla celów jakiejś fundacji.
Sąd w związku ma związane ręce. Grozi grzywnami za niewskazanie poprawnego adresu, ale gdzie ma przesyłki doręczać, to już wiedzą tylko fundatorzy, zapewne zajęci walką z „ruską dezinformacją”, choć sami skłamali dobro faktycznej siedziby fundacji 😉
Komedia.❗️
Była w zasadzie jedna rzecz, jaką w życiu kolekcjonowałam. Wycięte z gazet i wsadzone do żółtego segregatora felietony Macieja Rybińskiego. Zapamiętałam z nich, że potrafił dostrzegać niedorzeczność sytuacji, gdy reszta dopiero nieśmiało ją rozważała.
Kiedy byłam na studiach dziennikarskich, wpadł do nas na jakieś ćwiczenia opowiedzieć o pisaniu, choć miał ten rodzaj inteligentnego poczucia humoru, jakiego nie da się nauczyć na żadnych zajęciach. Można go było jedynie podziwiać. I tak siedziałam z otwartą buzią w pierwszym rzędzie, jak nastolatka na koncercie boysbandu. Wstydziłam się zadać jakiekolwiek pytanie, bo każde wydawało mi się głupie, a on nawet nie zwrócił na mnie większej uwagi, bo sala była pełna. Każdy chciał przyjść „na Rybińskiego”.
Potem chodziłam na spotkania Klubu Ronina, który w tamtych czasach często zmieniał lokalizacje, ale pan Maciej pojawiał się prawie zawsze. Czasem zabierał głos, a czasem tylko stał gdzieś z boku z tym swoim lekko ironicznym uśmiechem. Lubiłam go wtedy obserwować i miałam wrażenie, że jednocześnie bardzo chce i nie chce być wśród tych wszystkich ludzi. Ale może tylko mi się zdawało.
Po raz pierwszy pomyślałam, że marzenia naprawdę się spełniają, kiedy zaczęłam staż w „Rzeczpospolitej” i minęłam go na schodach.
Tyle. Minęłam go na schodach.
Dla niego to było wydarzenie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, ze mną zostało do dziś. Nie poznaliśmy się, bo wpadał do redakcji tylko od czasu do czasu, a rozmowy ze stażystami nie były wysoko na liście celów tych wizyt, ale pracowałam tam, gdzie Maciej Rybiński i ta świadomość w zupełności wystarczała mi do szczęścia.
Minęło trochę czasu. Nadal wycinałam felietony, choć już wtedy pisał je do „Faktu”, a w „Rz” zaprzyjaźniłam się z Olą @ARybinska z działu zagranicznego. Spędzałyśmy razem dużo czasu, ale nie opowiadała szczegółów o rodzinie. Kiedyś, nawiązując do jej nazwiska, rzuciłam:
– Zabawny zbieg okoliczności, że się zaprzyjaźniłyśmy, a masz tak samo na nazwisko jak mój dziennikarski idol.
Na co Ola, z właściwym sobie poczuciem humoru, tak podobna w tym do Taty, odpowiedziała z udawaną analizą:
– Ty wiesz, że to bardzo prawdopodobne, bo jestem jego córką.
Osłupiałam.
Potem spełniło się moje kolejne marzenie. Pan Maciej i jego wspaniała Żona (och, cóż to była za kobieta!) zabrali mnie na Bal Dziennikarzy w gmachu Politechniki. Wtedy miał zupełnie inną rangę i prestiż. Do dziś mam koronkową suknię z tego dnia, na którą wydałam wtedy całą miesięczną pensję i później musiałam pożyczać na czynsz. Niczego nie żałuję.
To był czas, kiedy urządzałam swoje studenckie mieszkanie, poskładane z przypadkowych mebli czy używanych zasłon.
Pojechałam po coś z Olą do podwarszawskiego domu jej rodziców, którzy właśnie wymieniali meble i ktoś akurat wynosił z niego dwa ogromne, skórzane fotele z drewnianym wykończeniem.
– To do wyrzucenia?
– Tak, są stare, rodzice zamówili nowe.
I tak oba znalazły się w moim patchworkowym salonie. Jeden był pewnie wart więcej niż wszystkie inne meble razem wzięte i z podobną konsekwencją pasował do reszty wystroju. Skóra miejscami była lekko przetarta albo ze śladami pazurów ich ukochanego labradora. Ale ja byłam przeszczęśliwa. Miałam coś, czego nie dałoby się kupić w żadnym sklepie meblowym. Ulubiony fotel pana Macieja. Ola mówiła, że kiedy nie pisał, właśnie tam siadał z książką i potrafił spędzać tak długie godziny.
Tak dobrze pamiętam jej telefon tamtego 22 października 2009 i to jedno zdanie, na które nie można nic odpowiedzieć.
– Tata nie żyje.
Tak bardzo za wcześnie.
Podczas pogrzebu, na warszawskich powązkach, zagrał zespół jazzowy, a na pomniku został napis: Maciej Rybiński. Rzecznik prasowy Polski rozumnej, uczciwej i uśmiechniętej.
Nie mam już tych foteli. Nie pamiętam, gdzie wsadziłam żółty segregator z felietonami. Bycie dziennikarką dawno mi się znudziło, zamiast schodów wolę windę, a od chodzenia na bale spacer do lasu. Ale jeśli ktoś zapyta mnie dziś o idola, zawsze odpowiem: Maciej Rybiński.