Z PODSTAW EKONOMII: Im więcej paneli i wiatraków (nOZE) tym drożej. INACZEJ NIE BĘDZIE.
Szanowni Państwo,
Poniżej przedstawiam analizę kosztów systemowych (czyli całego systemu energetycznego) i jak one zmieniają się wraz z zwiększaniem nOZE w systemie. Jest to najbardziej podstawowe i przejrzyste podejście do tego tematu, dlatego zachęcam do uważnego przeczytania całego artykułu.
Należy podkreślić, że w "rzeczywistości" jest jeszcze gorzej, bo analiza nie obejmuje kosztów następczych nOZE: rozbudowy sieci i infrastruktury magazynowo-stabilizacyjnej.
Koszty systemu energetycznego
LCOE_SYS = TC_SYS / E_SYS
gdzie TC_SYS = koszt stałe systemu + koszy zmienne systemu
koszty stałe sys = koszty stałe el. węglowej + koszty stałe nOZE
Koszty zmienne systemu = koszty węgla + zero
E_SYS - wyprodukowana/sprzedana energia
W analizie przyjęto:
- LCOE_BPP (koszty jednostkowe elektrowni węglowych): 586 zł/MWh
- LCOE PV: 250 zł/MWh
- LCOE lądowych farm wiatrowych: 330 zł/MWh
Na poniższym rysunku widać wyniki analizy dla wybranych parametrów odpowiadających sytuacji w polskim systemie.
Można zauważyć, że koszty stałe AFC_SYS rosną wraz ze zwiększaniem się ilości nOZE w systemie. Dzieje się tak dlatego, bo:
- inwestujemy w nowe nOZE
- rosną koszty jednostkowe stałe elektrowni dyspozycyjnych, ponieważ mniej produkują.
Z drugiej strony maleją koszty zmienne systemu AVC_SYS, ponieważ spalamy mnie paliwa. Jest to jedyny zysk z dodawania nOZE.
W omawianym przypadku można zauważyć minimum kosztów systemu LCOE_SYS dla około 23GW nOZE, jednak dla wyższych nOZE koszty całkowite szybko rosną, gdyż zaoszczędzone paliwo nie rekompensuje już wzrostu kosztów stałych systemu.
Podsumowując:
1. Dla pewnych specyficznych warunków można znaleźć minimum dla kosztów systemowych (tutaj specjalnie przyjęto wysokie koszty elektrowni węglowych, aby to minimum istniało, częściej takiego minimum nawet nie ma).
2. Minimum jeżeli istnieje, to dla niskiej mocy zainstalowanej nOZE, potem już tylko rośnie.
3. nOZE jedynie pozwala zaoszczędzić na niespalonym paliwie, które jest znacznie tańsze niż koszty stałe nOZE + koszty następcze nOZE, w rezultacie koszty systemowe zawsze będą rosły.
4. Aby pkt 3. aż tak bardzo nie "kłuł" w oczy wprowadzono bardzo wysoki podatek ETS (około 2 razy wyższy niż koszt wytwarzania energii przez elektrownie węglowe)
5. Należy zauważyć, że przyjęte w analizie koszty LCOE elektrowni węglowej oznacza "nową elektrownię", dla elektrowni "spłaconych", LCOE byłoby dużo niższe.
Załączona grafika przedstawia wzrost kosztów/opłat łącznego obciążenia podatkami i opłatami dodatkowymi energii elektrycznej w Niemczech oraz ich korelację ze wzrostem mocy zainstalowanej nOZE.
Można zauważyć:
1. Korelację wzrostu mocy zainstalowanej nOZE oraz wzrostu opłat dodatkowych dodatkowych.
2. Znaczący spadek całkowitej produkcji energii elektrycznej (od roku 2017) mimo szybkiego wzrostu nOZE.
3. "Kreatywną księgowość w akcji", rok 2022, kiedy główny składnik kosztów dodatkowych, tj. opłata OZE (EEG-Umlage), została przeniesiona z rachunków na budżet.
4. Koszt EEG-Umlage od roku 2014 dd 2021 znacząco przekraczał 20 mld euro rocznie, max 25 mld euro w roku 2018.
Pozostałe znaczne opłaty związane z nOZE, rosnące wraz z mocą zainstalowaną nOZE:
- opłata za koszy sieciowe (finansująca ulgi w opłatach sieciowych dla dużych, przemysłowych odbiorców energii o stałym poborze):
wzrost z 0,5 mld (2012) euro do 4 mld euro (2026)
(wzrost 8-krotny)
- Opłata pokrywająca koszty przyłączenia morskich farm wiatrowych do sieci lądowej oraz odszkodowania za opóźnienia:
wzrost z około 1,5 mld euro (2019) do ponad 3 mld euro (2026)
(wzrost 2-krotny)
Dlaczego to ważne ? Bo obecnie kroczymy dokładnie tą samą błędną ścieżką co Niemcy. U nas oczywiście koszty, finansujące nOZE, są również bardzo znaczące.
źródło danych: BDEW
Szanowni Państwo,
Pogoda piękna, 20 kilka stopni, a w tramwaju ostrzeżenie przed upałami...
Natchnęło mnie to aby podzielić się fragmantem książki, którą niedawno wydałem (dla zainteresowanych linki w komentarzu), która pasuje to obecnych trudnych czasów i może służyć jako ostrzeżenie przed zbliżającą się apokaplipsą ;)
Lud Chaco i kontrola pogody
Na meksykańskiej prerii czasem stoi suche drzewo. Zamiast dzikich zwierząt, jak bizony, pasą się krowy. Samochód mknie jak rumak, a melodie z radia szumią w rytmie wiatru. Trudno rozróżnić, co się porusza: samochód czy otoczenie. Jedynie wędrujące słońce i rosnące góry na horyzoncie przypominają, że czas wciąż płynie, a cel podróży jest coraz bliżej.
Odbijamy z gładkiego asfaltu. Zjeżdżamy na długą, szutrową drogę prowadzącą do ruin tysiącletniego miasta. Trasa okazuje się potężnym wyzwaniem dla naszego samochodu, który nie ma ani napędu na cztery koła, ani wysokiego zawieszenia. Każdy większy kamień to modlitwa o miskę olejową. Cel jest jednak wart ryzyka. Miasto zostało wybudowane przez tajemniczy lud Chaco. Do dziś badacze głowią się, czy była to regularna osada, czy raczej olbrzymi kompleks o przeznaczeniu sakralnym, naukowym i administracyjnym.
Lud Chaco był zafascynowany niebem. Perfekcyjnie opanowali obserwację Słońca – potrafili z niesamowitą dokładnością wyznaczać cykle pór roku, przesilenia, równonoce i kierunki świata. Ich monumentalna architektura była z tym ściśle powiązana: promienie słoneczne wpadały do wnętrz budowli w ściśle określonych miejscach i tylko w konkretne dni roku. Ten potężny kult widać na każdym kroku – w wyrytych na skałach symbolach oraz w tajemniczych, okrągłych, podziemnych pomieszczeniach zwanych kivami. Naukowcy uważają, że jeden z petroglifów przedstawia pełne zaćmienie Słońca, a inny – wybuch supernowej. Oba te zjawiska miały miejsce, gdy Chaco tętniło życiem. Dla ludu żyjącego z powtarzalnych cykli natury takie nagłe, niewytłumaczalne anomalie musiały być kosmicznym szokiem, który mógł dramatycznie zachwiać ich całym porządkiem świata.
Największe budowle miały setki pomieszczeń i wznosiły się nawet do pięciu pięter – część ukryto pod ziemią, część dumnie strzelała w górę. W planach architektonicznych dominował kształt okręgu lub półokręgu. To fascynujący paradoks, bo powszechnie uważa się, że mieszkańcy nie znali koła albo po prostu uparcie go nie używali.
Podobnie jak inne słynne osady w regionie (choćby Mesa Verde), kompleks Chaco powstał dzięki gigantycznemu, morderczemu wysiłkowi ludzkich mięśni. I nagle, w tajemniczych okolicznościach, został opuszczony. Najpopularniejsza teoria mówi o wielkiej, trwającej czterdzieści siedem lat suszy. Ale na miejscu nikt nie ukrywa prawdy: nic nie jest pewne, a cała współczesna wiedza o Chaco to tylko luźne domysły i akademickie spekulacje.
Po Chetro Ketl, drugiej co do wielkości budowli, oprowadza nas lokalny ranger. Gość ma świetny dystans i raczy nas zabawną historią o filmowcach z Niemiec. Przyjechali tu kiedyś, żeby nakręcić paradokument. Wmawiali w nim widzom, że tajemnicze kivy w rzeczywistości służyły do… kontroli pogody. Według ich teorii, w pewnym momencie mieszkańcy popełnili błąd, budując kivę w kształcie ósemki, co ściągnęło na nich ostateczny kataklizm.
– W jednej ze scen – opowiada z uśmiechem ranger – niemiecki para-naukowiec stoi na środku największej kivy, macha komicznie rękami i z przejęciem przekonuje do kamery, że „pole energetyczne” jest tu tak potężne, że fizycznie nie da się podnieść rąk. Ranger parska śmiechem.
– Sprawdziłem to potem z chłopakami ze straży. Ręce podnosiliśmy bez żadnych przeszkód, obalając ten cały niemiecki hit. Pozostaje tylko pytanie, ilu naiwnych widzów wciąż w to wierzy.
Gdy pytam go o prawdziwe przyczyny porzucenia tego spektakularnego miasta, ranger tylko kręci głową, rzucając standardowe: „może to, a może tamto”. W końcu jednak poważnieje i mówi coś, co zapada w pamięć: – A może ludzie po prostu doszli do wniosku, że styl życia, jaki wiedli zanim zbudowali to wszystko, był po prostu lepszy? Współcześni potomkowie ludu Chaco są w tej kwestii mocno podzieleni. Dla jednych tamte czasy to szczyt i rozkwit ich cywilizacji, dla innych – mroczny, ponury okres.
I to drugie mocniej do mnie przemawia. Ciągnięcie dziesiątek tysięcy potężnych drewnianych bali z odległości wielu mil, łupanie skał na setki tysięcy cegieł. Pokolenia niewolniczej, katorżniczej pracy. Raczej niewielu widziało w tym wyższy sens. A już na pewno nie ci, którzy musieli te drągi targać na plecach i kruszyć kamienie w pełnym słońcu. Wizję wielkości mieli zapewne tylko ci, którzy zamiast narzędzi trzymali w rękach baty. Może w końcu ludzie przejrzeli na oczy? Zrozumieli, że ta harówka odbiera im resztki radości życia. Powiedzieli „dość”, rzucili kilofy, rozliczyli się z nadzorcami i po prostu wrócili do swoich rodzinnych wiosek. Rewolucja.
Niestety, powrót na parking brutalnie sprowadza mnie z poziomu filozoficznych rozważań na ziemię. Kubeł zimnej wody: dwie dziurawe opony. Chodzę wokół auta, myślę, kopię w gumę, bezradnie sprawdzając, czy to ordynarny flak, czy tylko jakaś fatamorgana. Moje zakłopotanie dostrzega kierowca potężnego, amerykańskiego pickupa, dla którego ta szutrowa droga była ledwie rozgrzewką. Z kabiny wysiada Teksańczyk.
– Co tam się stało, przyjacielu? – pyta z tym swoim uroczym, głębokim, południowym przeciąganiem samogłosek. Pokazuję palcem na koła i tłumaczę sytuację. Gość pochyla się, przygląda oponom i kiwa głową.
– Przebite jak nic. Ale głowa do góry, mam coś na to. Specjalne korki do łatania z Walmarta. Prosta robota: znajdziemy dziury, wyciągniemy to, co tam siedzi, wciśniemy korek, napompujemy i ruszacie w drogę.
Nigdy w życiu nie bawiłem się w wulkanizatora, ale wyjścia nie ma. Środek pustyni, brak odpowiedniego ubezpieczenia, trzeba działać. Szukam dziur, lokalizuję, wciskam korki, pompuję. Udało się! Powietrze nie schodzi.
Z całego serca dziękuję mojemu wybawcy. Zanim się rozjeżdżamy, ucinamy sobie jeszcze krótką pogawędkę – o Teksasie, o Polsce, o życiu. Mój mechanik z przypadku okazuje się inżynierem pracującym w przemyśle naftowym. Szybko znajdujemy wspólny język i psioczymy na ekologiczne, absurdalne unijne i amerykańskie pomysły wtłaczania dwutlenku węgla pod ziemię w ramach „ratowania planety”.
Jak się okazało, obie opony załatwiły malutkie, ale ostre jak igły metalowe opiłki. Złapaliśmy je najpewniej jeszcze gdzieś na autostradzie, a szuter dokończył dzieła. Na szczęście koła trzymają ciśnienie, więc ruszamy dalej.
Nasz kolejny przystanek to absolutna nagroda za pustynne trudy – gorące źródła San Antonio. To kaskada cudownych, ciepłych basenów termalnych, usytuowana na stoku góry, z której rozpościera się uroczy widok na przeciwległe formacje skalne. Plan na ten dzień jest prosty: ciepła kąpiel, relaks w cieniu, i znowu ciepła kąpiel.
W pewnym momencie z głębi lasu wyłania się kowboj na rumaku. Scena jak z westernu. Gość zanurza się w basenie obok nas. Wskazuje palcem na majaczącą w oddali górę i zaczyna snuć mroczną opowieść o ukrywającym się tam seryjnym mordercy, którego lokalni nazwali Cookie Bandit.
– Gość ubił kilka par – mówi z kowbojskim akcentem. – Polował na tych, którzy żyli bez ślubu. A ksywkę dostał stąd, że regularnie okradał namioty i przyczepy kempingowe. Głównie z jedzenia i słodyczy.
Słucham tej historii z mocnym przymrużeniem oka. Gawędziarz ma już swoje lata, a na dodatek właśnie popala jakieś mocno podejrzane, pachnące zioła… Jednak wieczorem odpalam internet i okazuje się, że Google nie kłamie. Historia jest w stu procentach prawdziwa. Co gorsza, fatum tego miejsca dopada również mnie. Może nie sam Ciasteczkowy Bandyta, ale gang jego godnych potomków. Ich bezczelnym łupem padają moje niemal nowe, markowe sandały trekkingowe, które zostawiłem na polu namiotowym. Od tej chwili muszę zadowolić się gumowymi klapkami.
O tym temacie pisałem także na łamach https://t.co/Q4QdwqjOgX @PaweP2908213730@MarStaniszewski@WiktorSwietlik
w kontekście polityki węglowej Chin, oraz reaktora IV generacji HTR:
Technologia przyszłości: Polski HTR ze Świerka i chiński wzorzec
https://t.co/NqpYcNeRf7
Obywatele! Obywatelki!
Niczym w pamiętnym wystąpieniu z chwili ogłoszenia stanu wojennego mam dziś dla Państwa ważny komunikat.
Fizyka ponownie zaatakowała polską transformację energetyczną.
W godzinach szczytu zapotrzebowanie wynosi 20 411 MW, krajowa generacja 16 618 MW, a brakujące 3 794 MW musimy… zaimportować.
A OZE?
Wiatr lądowy: 351 MW.
Fotowoltaika: 0 MW.
Inne OZE: 0 MW.
Tak, zero.
I teraz najważniejsze: przez lata tłumaczono nam, że trzeba budować coraz więcej niestabilnych źródeł, a jednocześnie jakoś zapominano wspomnieć, że te „niepotrzebne” elektrownie sterowalne nadal muszą istnieć.
Bo kiedy słońce robi sobie nocną zmianę, a wiatr bierze wolne, ktoś jednak musi dostarczyć te megawaty.
Czyli mamy genialny model:
budujemy system A → utrzymujemy system B → płacimy za oba → importujemy brakującą energię → a następnie pytamy, dlaczego prąd jest drogi.
Obywatele!
To nie jest spisek elektrowni węglowych.
To nie jest sabotaż transformacji.
To nawet nie jest wina pogody.
To jest po prostu rachunek za próbę zbudowania dwóch systemów energetycznych zamiast jednego.
Ale proszę się nie martwić.
Transformacja postępuje.
Tylko prąd, jak zwykle, musi być dostępny wtedy, kiedy go potrzebujemy, a nie wtedy, kiedy prezentacja w PowerPoincie przewiduje. ⚡
I dlatego, obywatele, pozostaje nam życzyć sobie dużo słońca, dużo wiatru…
…i dużo importu.
@d_lisx Pełna zgoda, a pieniędzy na Polę nie ma... chociaż to kropla w porównaniu do wydatków na nOZE...
należy podkreślić, że taki reaktor działa już w Chinach.
Drodzy Państwo,
W rozmowie o trasformacji energetycznej kluczowe jest także zrozumienie jak działa towarowa giełda energii TGE, a w szczególności jak ustalana jest cena na TGE.
należy podkreślić, że TGE, nie ma nic wspólnego z rynkiem towarowym, jest jego "karykaturą", a zasady tam wprowadzone służą de facto promocji nOZE. Do tego tematu jeszcze wrócę, a póki co poniżej przesyłam mój krótki tekst, który jakiś czas temu opublikowałem na DoRzeczy:
https://t.co/cKTHQ29jsC
Czy budowa bloków węglowych ma sens?
(zagadka dla osób przerażonych zmianami klimatycznymi)
Załóżmy jako stan wyjściowy 20 GW elektrowni węglowych pod postacią "gierkowskich 200-
tek" ze sprawnością 0,33. Dla porównania bierzemy blok klasy "Jaworzno lub Kozienice (oba co do zasady Made in Poland)" ze
sprawnością 0,44.
Efekt obliczeń: (1- 0,33/0,44)*20 GW daje nam oszczędność węgla na poziomie 5 GW. Czyli w ujęciu rocznym 43,8 TWh energii elektrycznej.
Cała fotowoltaika 2025 PL dostarczała średniorocznie 2,2 GW, czyli 19,3 TWh.
Zatem w wyniku wymiany starych bloków węglowych na nowe osiągnęlibyśmy większą redukcję emisji CO2, niż z nOZE zainsalowanego w PL, a sama fotowoltaika jest aż tak
niewydajna (także w ochronie klimatu).
Poniżej streszczenie artykułu, w którym przedstawiam bardziej dokładną analizę powyższego oraz link do artykułu.
Streszczenie – Celem niniejszego badania była analiza wpływu zwiększenia sprawności bloków energetycznych opalanych węglem na redukcję emisji CO₂ w Polsce w latach 2010–2024 oraz określenie rzeczywistego udziału nowych bloków węglowych i niestabilnych odnawialnych źródeł energii (nOZE) w obserwowanym spadku emisji. Studium przypadku oparto na danych dotyczących produkcji energii elektrycznej oraz terminu przekazywania do eksploatacji wysoko-sprawnych bloków węglowych na parametry nadkrytyczne.
Analiza ilościowa wykazała, że modernizacja wszystkich elektrowni węglowych do poziomu sprawności 45% mogłaby zredukować emisję CO₂ o około 33 Mt rocznie – czyli o około 6 Mt więcej niż w scenariuszu priorytetowo traktującym rozwój nOZE. Oszacowano również, że nowe, wysokoefektywne bloki węglowe odpowiadały za redukcję emisji o 12,4 Mt CO₂, podczas gdy nOZE przyczyniły się do spadku o 22,6 Mt CO₂.
Wyniki wskazują, że w systemach elektroenergetycznych o wysokim udziale węgla większe efekty w postaci redukcji emisji można osiągnąć poprzez poprawę sprawności jednostek konwencjonalnych przy jednoczesnym zachowaniu stabilności sieci.
treść pełnego artykułu:
https://t.co/FP1114WHVg
Poniższy rysunek przedstawia korelację między emisjami jednostkowymi całego systemu (Uem, kg CO2/kWh) oraz produkcję energii elektrycznej z węgla (Coal) i paliw kopalnych (Coal + Gas + Oil). należy zwrócić uwagę, że w np. w latach 2014 do 2018, obserwuje się wzrost produkcji energii z paliw kopalnych przy jednoczesnym spadku UEm, tutaj między innymi uwidacznia się wpływ modernizacji elektrowni węglowych na emisje (należy zauważyć, że w tych latach nOZE było stosunkowo nie wiele, bez znaczącego wpływu na spadek UEm)
@sjastrzebowski Protrip jest taki aby koniecznie korzystać z bezpłatnej sztucznej inteligencji i absolutnie nie zmieniać ustawień na zaawansowane myślenie. Pod żadnym pozorem nie włączać głębokiego myślenia.
@sjastrzebowski Po pierwsze ona jest profesorem "uczelnianym" a drugą sprawą zapewne nauk humanistycznych... Podsumowują żaden profesor w dodatku pseudo nauki.
@Michal1984W@Jretbdamcziypd1 Dokładnie szkoda środków i czasu na ratunek. Dobić, truchło oddać służbie usuwającej truchła zwierząt. Przy takim poziomie IQ bliżej mu do zwierząt niż ludzi.
Kiedyś PO to była wybitna partia prawdziwych fachowców. Potrafili kręcić lody na wszystkim, wał leciał na każdym przetargu i nikt nie został złapany. Wszystko w białych rękawiczkach. Teraz, co chwilę jakiś działacz zostaje przyłapany na jakiejś aferze. Ta partia zeszła na psy!