ORDER ORŁA BIAŁEGO TO NIE JEST MAGNES NA LODÓWKĘ.
Order Orła Białego miał być świętością państwową. Nie ozdobą do garnituru, nie medalikiem za lojalność wobec aktualnego pałacu, nie błyszczącą blaszką przypinaną każdemu, kto odpowiednio długo klęczał przy właściwym biurku i nie zapomniał, komu ma nosić teczkę. To miało być odznaczenie dla ludzi formatu większego niż kadencja, większego niż partia, większego niż chwilowa medialna sraczka. Dla tych, którzy naprawdę położyli coś na stole dla Rzeczypospolitej jak choćby ryzyko, dorobek życia, kręgosłup, wolność, czasem zdrowie, czasem własne bezpieczeństwo. I żeby była jasność, nie chodzi o to, że Order ma leżeć w szufladzie i rdzewieć, bo wszyscy są niegodni. Nie. Są ludzie, przy których państwo powinno stać na baczność. Andrzej Poczobut, człowiek, który zapłacił realną cenę za polskość i wolność, to nie jest partyjny dekoracyjny manekin. Franciszek Pieczka, Henryk Chmielewski, czy inni ludzie kultury, nauki, wolności i pracy organicznej, to są nazwiska, przy których można dyskutować o zasługach, ale nie trzeba się kąpać po samej rozmowie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy obok takich ludzi zaczynają stawać zawodowi polityczni ślusarze od zamków do państwowej kasy, partyjni kapłani własnej nieomylności i funkcjonariusze układu, którym zasługą życiową było to, że przez trzydzieści lat nie puścili klamki władzy. Bo polscy politycy zrobili z najwyższego odznaczenia państwowego coś, co coraz częściej wygląda jak wewnętrzny system premiowy klasy politycznej. Jeden prezydent przypina swoim, drugi swoim, trzeci robi z tego moralny casting według własnej kapliczki. I nagle Order Orła Białego przestaje być znakiem wspólnoty państwa, a zaczyna wyglądać jak złota karta lojalnościowa dla ludzi, którzy akurat dobrze trafili z poglądami, znajomościami albo politycznym timingiem.
Jeszcze gorzej robi się wtedy, kiedy najwyższy polski order zaczyna być traktowany jak dyplomatyczny gadżet dla cudzoziemców. Bo przyjechał prezydent, król, emir, książę, premier, ktoś ważny, ktoś z ochroną, ktoś z limuzyną, ktoś z flagą na masce, więc trzeba mu coś przypiąć, żeby było miło. Kurwa, bombonierkę mu kupcie, album o Polsce. Szablę z Cepelii lub kilogram krówek. Cokolwiek. Ale nie najwyższe odznaczenie Rzeczypospolitej. Order Orła Białego to nie jest magnes na lodówkę z wycieczki po ciepłych krajach ani pamiątka z hotelowego lobby, błyskotka do gabloty, ani dyplomatyczna czekoladka wręczana na pożegnanie, żeby zagraniczny gość wyjechał zadowolony i poklepał nas po plecach.
W III RP Order Orła Białego nadano już 290 osobom: 194 Polakom i 96 cudzoziemcom. Prawie jedna trzecia najwyższego polskiego odznaczenia poszła poza Polskę. I nie, nie twierdzę, że cudzoziemiec nigdy nie powinien go dostać. Są ludzie spoza Polski, którzy realnie zasłużyli się dla naszej wolności, bezpieczeństwa, kultury, historii albo interesu państwa. Ale jeżeli najwyższy order Rzeczypospolitej dostają całymi seriami urzędujące głowy państw, monarchowie, prezydenci i politycy, bo tak wypada w protokole, to przestaje być świętością, a zaczyna być pałacową gadżetem. Czy nasi Prezydenci muszą wymieniać się błyskotkami jak dzieci naklejkami w szkolnym kiblu. Ale po naszej historii, po rozbiorach, wojnach, zdradach, Sybirze, Katyniu, Powstaniu Warszawskim, komunie i tej całej trzydziestoletniej politycznej menażerii, naprawdę powinniśmy już wiedzieć, że symbol państwa to nie jest gadżet promocyjny z napisem „Polska zaprasza”, kupiony na Dworcu Centralnym przy kasach.
Bo jak się patrzy na niektóre nazwiska cudzoziemców odznaczonych Orderem Orła Białego, to człowiek ma prawo zapytać: gdzie tu była Rzeczpospolita, a gdzie dyplomatyczny odruch kelnera z tacą? Łeonid Kuczma prezydent Ukrainy z czasów postsowieckiego bagna. Nursułtan Nazarbajew wieczny gospodarz kazachskiego systemu władzy. Abd Allah ibn Abd al-Aziz Al Su’ud król Arabii Saudyjskiej. Gerhard Schröder, człowiek, którego późniejsze moskiewskie ciągoty i gazowe interesy z Rosją śmierdziały na pół Europy. Petro Poroszenko, Wołodymyr Zełenski, Tamim ibn Hamad Al Sani, Abd Allah II ibn Husajn (kurwa za co???) i nie chodzi o to, żeby każdemu urządzać sąd kapturowy, tylko o pytanie podstawowe. Czy to naprawdę są nazwiska, przy których polskie państwo ma z automatu sięgać po własny najświętszy order? Czy może wystarczyłby medal niższej rangi, dyplom, obiad, uścisk dłoni i zdjęcie do kroniki?
Największy grzech polega nie na tym, że odznaczono za dużo osób. Największy grzech polega na tym, że rozmyto kryterium. Bo jeżeli najwyższy order ma dostawać ktoś za prawdziwą służbę państwu, to dobrze. Ale jeżeli dostaje go ktoś, kto przez lata dzielił, niszczył instytucje, robił z państwa własny folwark, był tylko wiernym żołnierzem partyjnej plebanii albo zagranicznym nazwiskiem potrzebnym do ładnej fotografii, to nie jest honor. To jest dewaluacja. To jest inflacja świętości. Jakby ktoś wziął królewską szablę, przeciął nią kiełbasę na partyjnym pikniku, a potem tłumaczył, że przecież stal nadal błyszczy. Order Orła Białego nie powinien być dla „naszych”. Nie powinien być dla „waszych”. Nie powinien być dla ludzi, którzy mają dobre dojście do prezydenta, premiera, biskupa, prezesa, salonu albo redakcji. I nie powinien być dla cudzoziemców tylko dlatego, że mają koronę, pałac, ochronę, flagę na limuzynie albo stanowisko, które dobrze wygląda w komunikacie prasowym. Powinien być dla tych, przy których nawet przeciwnik polityczny zaciska zęby i mówi: dobra, sukinsyn może nie z mojej bajki, ale dla Polski zrobił coś wielkiego. Dopiero wtedy odznaczenie ma sens. Dopiero wtedy nie jest blaszką z odpustu w Polsce Jest znakiem państwa.
Dlatego może najwyższy czas skończyć z fikcją, że jednoosobowa decyzja prezydenta, niezależnie od tego, czy nazywa się Duda, Komorowski, Kwaśniewski, Kaczyński, Wałęsa czy Nawrocki, jest wystarczającym bezpiecznikiem dla takiego symbolu. I nie chodzi mi tylko o Nawrockiego. Chodzi o cały chory mechanizm, w którym każdy kolejny lokator Pałacu Prezydenckiego dostaje do ręki najwyższy order państwa i może nim budować własną legendę, nagradzać własne środowisko, drażnić przeciwników, głaskać sojuszników albo robić dyplomatyczne prezenty cudzoziemcom, bo akurat tak wyszło z kalendarza wizyty. To jest zbyt poważne odznaczenie, żeby zależało od jednego człowieka, jego politycznego zaplecza, jego urazów, sympatii, kalkulacji i pałacowych doradców od wizerunku. Prezydent z urzędu jest Wielkim Mistrzem Orderu i przewodniczy Kapitule, ale może właśnie tu leży problem. Za dużo majestatu państwa w jednej politycznej dłoni. Bo każda prezydentura prędzej czy później ma własną ekipę, własne rachunki, własnych świętych, własnych wrogów i własne potrzeby symboliczne. A Order Orła Białego nie jest narzędziem do budowania prywatnego panteonu żadnego prezydenta.
Order Orła Białego powinien być wyjęty z bieżącej politycznej łapy. Decyzja o jego nadaniu powinna wymagać realnej, jawnej, mocnej procedury: niezależnej kapituły z autorytetem, publicznego uzasadnienia, możliwości zgłoszenia sprzeciwu, a przy cudzoziemcach dodatkowego pytania: jakie konkretne, wielkie zasługi ta osoba położyła dla Polski, a nie dla miłej atmosfery przy stole, wspólnego zdjęcia i dyplomatycznego pierdzenia w aksamitne fotele. Bo jeżeli najwyższy order państwa ma być naprawdę najwyższy, to musi być trudny do dostania. Tak trudny, żeby polityczny karierowicz nawet nie próbował podskakiwać, a zagraniczny dygnitarz nie traktował go jak kolejnej błyskotki do gabloty obok pamiątkowej szabli, kryształowego orła i folderu „Visit Poland”.
A dziś coraz częściej wygląda to tak, jakby politycy uznali, że skoro wszystko już upodlili, język, Sejm, prokuraturę, media, wojsko, pamięć historyczną. To czemu nie upodlić jeszcze orderów. Przypniemy swoim, oburzymy tamtych, nasi będą klaskać, tamci będą wyć, telewizje zrobią paski, internet się zagotuje, ambasadorzy będą zadowoleni, pałac będzie miał zdjęcia, a majestat Rzeczypospolitej znowu dostanie po ryju.
I piszę to jako Kafir, nie jako polityk, nie jako dziennikarz, nie jako nadęty komentator w marynarce, który musi być do bólu poprawny, zgodny z linią redakcji, partią, sponsorem albo wydawniczą smyczą, co samo w sobie jest kurestwem, a nie dziennikarstwem. Piszę to jako człowiek, którego zwyczajnie trafia szlag, kiedy symbole państwa zamienia się w dekoracje do politycznej szopki i dyplomatycznego miziania się po plecach.
Dlatego trzeba powiedzieć jasno. Order Orła Białego powinien wrócić na półkę najwyższą. Tak wysoką, żeby partyjni karierowicze nie dosięgali jej nawet z drabiny podstawionej przez własnego rzecznika prasowego, a zagraniczni goście nie dostawali jej tylko dlatego, że ktoś w Warszawie uznał, że trzeba się ładnie ukłonić. Bo państwo, które rozdaje najwyższe honory jak cukierki na dożynkach, samo sobie odbiera powagę. A potem się dziwi, że obywatele patrzą na ordery, tytuły, urzędy i mówią. Ładne świecidełko, tylko coraz mniej w nim Polski, a coraz więcej politycznego tombaku.
ZAMACH STANU W ROSJI? TRACĄ CIERPLIWOŚĆ, ALE TO WCALE NIE OZNACZA, ŻE BESTIA ZDYCHA SPOKOJNIE
Od początku tej wojny mówiłem, że rosyjskie imperium może skończyć się tylko na trzy sposoby i żaden z nich nie pachnie pokojem, demokracją ani europejską elegancją. Pierwszy wariant to uderzenie z dwóch stron, od zachodu czyli Europy i od wschodu czyli z Kanady na Syberie, ale przy obecnym układzie sił, przy tej całej zachodniej sraczce strategicznej, przy NATO, które umie produkować komunikaty szybciej niż realną odwagę, to scenariusz bardziej do thrillera niż do raportu sztabowego. Drugi wariant (co już się dzieje ale nie wiemy na ile poszło już do przodu) to pełzające zwasalizowanie Rosji przez Chiny. Bez fanfar, bez triumfalnych pochodów, bez wielkich map w telewizji. Po cichu, na zimno, przez surowce, technologię, handel, logistykę i zależność. Wielkie mocarstwo zamieniane krok po kroku w zaplecze magazynowo-energetyczne dla silniejszego gracza. To już się dzieje, tylko wielu dalej udaje, że nie widzi, jak ten cały ruski „świat” zaczyna coraz bardziej przypominać prowincjonalny skład opału dla Pekinu. Czyli historia zatacza koło i Wielka Rosja zmienia się w raba Wielkich Chin… Jest trzecia opcja i uważam ją za najbardziej prawdopodobną. Wolta odśrodkowa. Rewolucja 2.0. Nie żadna romantyczna bajeczka o wolności, tylko stara rosyjska metoda. Zdrada, strach, krew, walka frakcji, walka służb, walka wojskowych, walka gangsterów w garniturach i gangsterów bez garniturów o to, kto pierwszy usiądzie na resztkach tego gnijącego tronu. Bo Rosja nie jest monolitem. Rosja jest imperium zszytym drutem, terrorem i mitem wielkości. Z zewnątrz wygląda groźnie, bo jeszcze ma rakiety, atom i odruch zabijania. Od środka coraz bardziej przypomina wilgotny bunkier, w którym śmierdzi starym potem, strachem i rozkładem.
I właśnie dlatego Kreml jest dziś w sytuacji niebezpiecznej. Nie dlatego, że Zachód nagle pokazał charakter. Zachód od lat pokazuje głównie biegunkę, oburzenie i produkcję deklaracji. Kreml jest w sytuacji niebezpiecznej dlatego, że system oparty na strachu zaczyna się dławić własnym jadem. Tam już nie chodzi o to, że coś skrzypi. Tam już słychać trzask pękających belek. Elity jeśli o bandytach można tak mówić, tracą cierpliwość, bo wojna miała być szybka, zwycięska i użyteczna politycznie i biznesowo, a zamiast tego zrobiła się drogim bagnem, które żre ludzi, pieniądze, sprzęt i resztki wiarygodności. Aparat siły coraz bardziej przypomina stado wściekłych psów pilnujących własnej budy, a nie imperium, które kontroluje sytuację. Im więcej czystek, demonstracji lojalności, aresztowań i pokazowych spektakli, tym bardziej widać, że centrum boi się nie tylko świata, ale własnego zaplecza. Nawet jeśli dojdzie tam do przewrotu, pałacowej wojny, zamachu stanu albo jakiejś wewnętrznej jatki na szczycie, to nie znaczy, że nagle robi się bezpiecznie. To może być moment jeszcze groźniejszy. Bo tej władzy nie przejmie żaden święty ani ruski Dziadek Mróz demokracji, żaden cywilizowany reformator z konstytucją pod pachą. Rosja nie produkuje takich ludzi już od dawna. To będzie kolejny drapieżnik, psychopata w dobrze skrojonym garniturze, fanatyk siły i Wielkiej Rosji, który wie, że bez przemocy nie utrzyma ani państwa, ani własnego karku. Jeśli Putin poleci, to przyjdzie kolejny Putin, tylko młodszy, szybszy, sprawniejszy medialnie, bardziej wściekły i jeszcze bardziej gotowy udowodnić światu, że Rosja nadal potrafi gryźć. I właśnie dlatego Rosja może nie chcieć pokoju. Nie dlatego, że nie umie skończyć wojny, ale dlatego, że pokój jest dla niej groźniejszy niż dalsza wojna. Pokój oznacza rozliczenie. A rozliczenie to dla rosyjskiej elity słowo bardziej niebezpieczne niż sankcje, drony i pociski. Pokój oznacza pytania o ukradzione miliardy, o rozjebane rodziny, o tysiące trupów wysłanych do ziemi za imperialny delirium kilku bandytów w garniturach. Pokój oznacza, że trzeba będzie wyjąć z ust te wszystkie patriotyczne szmaty i odpowiedzieć, kto zbudował pałace na krwi własnych żołnierzy, kto kłamał, kto mordował, kto rabował i kto zamieniał całe państwo w mafijny interes przykryty flagą. Wojna daje im osłonę. Wojna pozwala wrzeszczeć o ojczyźnie, zdradzie, NATO, nazistach, oblężonej twierdzy i konieczności poświęceń. Pokój zdziera tę zasłonę i pokazuje nagi, zgniły trup systemu. Dlatego moment słabości Rosji może być jednocześnie momentem jej największej nieprzewidywalności. Rosja rozdygotana wewnętrznie, może spróbować uderzyć na państwa bałtyckie. Nie dlatego, że ma przed sobą wielki plan zwycięstwa. Tylko dlatego, że chce odwlec własny rozkład, sprawdzić NATO, podbić temperaturę, przestraszyć Europę i jeszcze raz sprzedać swoim ludziom bajkę, że imperium nie gnije, tylko walczy. Największy błąd Zachodu polega na tym, że ten Zachód wciąż myli z gangrenę z anginą. Wystarczy jakaś wolta na Kremlu i od razu pojawią się ci wszyscy eksperci od dialogu, odprężenia i nowego otwarcia ze swoim pierodalamenti. Wyskoczą jak karaluchy spod lodówki. Będą pieprzyć o szansie na reset, o odpowiedzialności, o potrzebie rozmowy, o nowym przywództwie, które trzeba zrozumieć i wciągnąć do stołu. A tu nie ma żadnego kurwa resetu, dopóki rosyjski rdzeń imperialno- mafijny nie zostanie złamany tak, żeby nie odrósł za pięć czy dziesięć lat pod nową nazwą, z nową twarzą i tym samym odruchem duszenia sąsiadów. Tu trzeba rozpalić grilla w mauzoleum Lenina…
Too on point not to share, “Aussie reply to Trump rant about NATO not being there for us.
Mate. You run a country with 600,000 homeless people sleeping on the street tonight. A country where 40% of adults can't cover a $400 emergency without borrowing money. A country where insulin costs more than a car payment and people are rationing it to survive. A country where medical debt is the number 1 cause of bankruptcy. A country where women are dying in hospital car parks because doctors are too scared of abortion laws to treat a miscarriage.
You lock up more of your own citizens than any nation on earth. More than China. More than Russia. More than North Korea. The land of the free has 2 million people in cages, and a quarter of them haven't even been convicted of anything. They're just too poor to make bail.
Your life expectancy is going backwards. You're the only developed nation where that's happening. Your infant mortality rate is worse than Cuba's. Your kids do active shooter drills between maths and English while you sell the gunmaker's stock to your mates.
Your minimum wage hasn't moved in 15 years. You've got teachers working 2 jobs and veterans sleeping under bridges and you just spent a trillion dollars flattening a country that didn't attack you.
And you’ve got a convicted felon, adjudicating raping, paedophile protecting, porn star shagging insurrectionist running the biggest dumpster fire war campaign since the Taliban thanked you very much for losing again.
And you're calling Greenland poorly run?
Greenland has universal healthcare. Free education. One of the lowest incarceration rates in the world. Nobody goes bankrupt there because they got sick. Nobody dies in a waiting room because their insurance said no.
"NATO wasn't there when we needed them." When exactly was that, champ? September 11? Because NATO invoked Article 5 for the first and only time in history FOR YOU. Soldiers from dozens of countries deployed, fought, bled, and died in Afghanistan FOR YOU. Australia wasn't even in NATO and we still showed up. For 20 years.
And you pulled out at 2am without telling anyone and left them to deal with the mess.
So maybe before you start calling other countries poorly run, have a look at your own backyard, you spray-tanned aluminium siding salesman. The only thing poorly run in this picture is your fucking mouth. Credit (borrowed from) Jim Scroggins - original author 📷 unknown”
Obiecałem Pani Teresie, że jej ostatni koncert zobaczy jak najwięcej osób.🥹
Proszę, pomóżmy spełnić tę obietnicę – jeśli odsłuchacie jej występ, zostawcie polubienie i udostępnijcie dalej.🙏
Dla Pani Teresy to wyjątkowy moment, a każde Wasze wsparcie sprawia, że czuje się otoczona miłością i troską. Udostępniając jej koncert, dajemy jej poczucie, że nie jest sama.❤
Dziękuję Wam za to, że jesteście!
Dzwoni do mnie nieznany numer.
Odbieram.
Po drugiej stronie starszy mężczyzna. Spokojny, trochę niepewny głos.
„Dzień dobry, Panie Damianie… czy jest Pan mi w stanie pomóc?”
Odpowiadam, że mam nadzieję, że tak
Jak mogę pomóc.
Pan opowiada, że kilka dni temu chciał wymienić żarówkę. Zsunął się z krzesła, zerwał lampę.
Od tamtej pory w pokoju ma ciemność.
Nie poprosił nikogo o pomoc. Bał się.
„Wie Pan… w telewizji cały czas mówią, że seniorów okradają. Nie wiem, komu można zaufać.”
Zadzwoniłem do Pana Jarka.
To ten człowiek, który już nie raz bez wahania pomagał w takich sytuacjach.
Podjechałem po nową lampę i żarówkę.
Pan Jarek przyjechał, wszedł na drabinę i po chwili w pokoju znów było jasno.
Starszy Pan zapytał z zakłopotaniem:
„To ile jestem winien?”
Pan Jarek tylko się uśmiechnął i powiedział:
„To prezent świąteczny. Proszę się niczym nie martwić.”
Zrobiłem zdjęcie w trakcie tej pomocy, gdy trzymałem drabinę.
Po to, żeby zwrócić uwagę, jak wielu samotnych seniorów wokół nas naprawdę potrzebuje wsparcia.
I żeby z całego serca podziękować Panu Jarkowi za serce, czas i zwykłą ludzką dobroć.
Bo dzięki takim ludziom ktoś dziś ma światło w domu.
I poczucie, że nie jest sam.
Będę wdzięczny jak uda się ten post nagłośnić a Panu Jarkowi zostawić małą reakcję i dobre słowo. ❤️
Końcówka roku miała być miła na Twitterze ale nie będzie.
Polecam uwadze nowym cywilnym władzom w MON @pawelbejda@CTomczyk@KosiniakKamysz
kwestię tego jak za wszelką cenę próbuje się storpedować wdrożenie polskiej amunicji precyzyjnego rażenia APR155 programu "Szczerbiec".
Na wstępie - amunicja owa to polska wersja rozwojowa ukraińskiego Kwitinika który z kolei jest pochodną sławnego Krasnopola oraz kuzynem rosyjskiego Krasnopola-M. Całość to rodzina amunicji naprowadzanej na znacznik laserowy (SAL). Jest to jedyna amunicja 155mm zdolna do trafiania w cel z precyzją poniżej 3m - do tego jest niewrażliwa na zakłócenia GPS. Może też zwalczać pojazdy poruszające się do 40km/h.
Oczywiście jak każda amunicja ma pewne cechy szczególne - przy niskim pułapie chmur/mgle nie może być strzelana a do tego wymaga na polu walki "kogoś" z podświetlaczem laserowym - dron, lotniczy zasobnik celowniczy, zespół naprowadzania artylerii itp. Podświetlanie owe w sprzyjających warunkach może być robione z dystansu ponad 20-30km (zasobniki lotnicze) lub 5-10km (jak teren pozwoli) przez urządzenia zespołów naprowadzania.
Rosjanie używali tej amunicji z wielkimi sukcesami w Syrii zaś Ukraińscy w Donbasie. W 2022 roku amunicja SAL była jednym z kilku czynników który pozwolił na uratowanie Kijowa. Niestety zapasy "Kwitników" skończyły się Ukrainie około maja-czerwca 2022 roku.
Polski APR155mm programu szczerbiec to korpus (płatowiec) oraz elementy sterowania kupione od Ukrainy i polska głowica samonaprowadzajaca - dostosowana do dowolnych podświetlaczy NATO.
Na testach odpalono już ponad 50 APRów - za każdym razem trafiając w cel. Udało się też wydłużyć zasięg znacznie ponad 20km - przekraczając tym samym pierwotne wymogi wojska (18km).
Na czym polega problem z APRem?
Cóż, uczciwie należy przyznać że wymagania operacyjne programu "Szczerbiec" to proceduralny trup w szafie a ludzie którzy go zainicjowali już dawno są na emeryturach. Nie zmienia to faktu że to potrzebny i od strony technicznej udany program.
Niestety wmieszała się w to polityka w pewnym momencie i ów program usiłowano nieco przepchnąć - telegram na poufnej rozmowie z przecieków z meili @michaldworczyk pokazuje jak próbowano testami przemysłu na które zaproszono płk Gaja (tak, "tego" Gaja) ruszyć temat. Znów - cel i idea może i były słuszny ale proceduralnie zrobiono to z finezją słonia w składzie porcelany i rozwścieczono "wojsko". Jak ekipa od Macierewicza spadła z rowerka w MONie to oficerowie z kilku pionów SZ RP poczuli się cholernie urażeni powyższym i zablokowali piekielnie potrzebny program na zasadzie "nie bo nie". To już jest kwestia tylko urażonej dumy i ambicji personalnych.
Pomocną dłoń programowi próbowała podać rok temu Agencja Uzbrojenia która świetnie wie jak potrzebna jest 155mm amunicja SAL w SZ RP. Ale AU nie może sobie tworzyć wymagań tylko owe realizuje na podstawie już określonych wymagań jakie dostaje. A osoby za nie odpowiedzialne w innych obszarach MONu celowo blokowały APRy na zasadzie retorsji za Gaja i min Dworczyka. Słodko nie? I Było to już po wybuchu wojny na Ukrainie. Mimo tego AU próbowała coś zrobić ale tutaj wyszła fatalna biurokratyczna pomyłka w Mesko SA na skutek której gotowe APRy nie poszły na testy zapoznawcze. A potem zmieniono APRom gestora.
Co się stało? Ano na biurko MONa powinien trafić kwit który miałby wrócić podpisany ze zgodną na testy zapoznawcze. Kwit nigdy do min. Błaszczaka nie dotarł ponieważ "ktoś" w ZWRiA po prostu zablokował jego przesłanie po otrzymaniu z przemysłu podania o powtórne testy zapoznawcze.
Za to na testach pojawili się zaproszeni włosi z Volcano 155mm. Który przenosi ponad 2x MNIEJSZY ładunek wybuchowy w skorupie pocisku i który nie nadaje się do zwalczania np. bunkrów i schronów polowych, mostów, etc. Po prostu lata dalej ALE kosztem mikro-głowiczki która zniszczyć to sobie może radar na polu ale nie okopane SD np. Oczywiście miłość do Volcanoo i otwieranie im drzwi w momencie kiedy celowo i złośliwie się owe zatrzaskuje przed polskim APR155 każe postawić pytania o powody takiego działania. W najlepszym razie jest to "tylko" wciąż urażona duma i niechęć do polskiego przemysłu jaka cechuje cześć oficerów.
Obecnie jedyna szansa na ruszenie tego programu to wdrożenie APR155mm jako PPO (pilna potrzeba operacyjna). Można to odblokować z poziomu Panów @pawelbejda@CTomczyk. Amunicja ta jest piekielnie potrzebna polskiej artylerii, zaś przemysł ją opracował. Jest gotowa. A jej ukraińscy i rosyjscy kuzyni w tysiącach sztuk dowiedli swej śmiertelnej wręcz skuteczności.
Zachęcam do przesyłania dalej.
Widzę że zaczyna się manipulacja wypowiedzą @MorawieckiM a przecież można wprost przytoczyć oba fragmenty:
"Na pewno nie będziemy ryzykowali bezpieczeństwa Ukrainy, dlatego nasz hub w Rzeszowie w porozumieniu z Amerykanami i NATO cały czas pełni taka samą role jaka pełnił. I będzie pełnił. "
Tutaj nie trzeba nic więcej dodawać. Dostawy materiałów na potrzeby obrony Ukrainy były, są i będą kontynuowane.
Natomiast zmanipulowany w przekazie fragment drugi:
"My już nie przekazujemy żadnego uzbrojenia na Ukrainę z tego względu że my teraz sami się zbroimy
w najnowocześniejszą broń. Jeżeli nie chcesz się bronić to musisz się mieć CZYM bronić -taką zasadę wyznajemy. I dlatego dokonaliśmy zwiększonych zamówień (...) stawiamy na szybkie uzbrojenie polskiej armii."
Oczywiście wypowiedź jest wyrywana z kontekstu i manipulowana ale taka jest prawda: podczas gdy inne duże kraje NATO dają sprzęt ze składnic uzbrojenia po rozformowanych jednostkach Polska jako jedyny kraj z licznymi Wojskami Lądowymi podarował sprzęt ściągany z linii. Zabrany polskim żołnierzom z jednostek liniowych. Niemcy dają sprzęt muzealny - Leopardy 1A5 którego nawet Ukraińcy nie chcieli przyjąć. My dajemy Leopardy 2 które zabieramy z linii w 10BKPanc, dajemy batalion Rosomaków który zabieramy z 17WBZ, daliśmy i dajemy "Twarde" PT-91 zabrane z linii w Braniewie i Giżycku.
Ponad 270 podarowanych Ukrainie T72M1/M1R to były czołgi świeżo po remontach z jednostek liniowych SZ RP.
Polska w 2019 roku posiadała nominalnie 861 czołgów. Z tego około 350 podarowaliśmy Ukrainie.
40%! Nikt nie dał więcej od nas w relacji do sił zbrojnych. Artyleria?
Do wiosny 2022 roku SZ RP otrzymały około 82 AHS Krab. Na Ukrainę trafiło 54. 65%! Pomijam dostawy z tego roku. Takich przykładów można mnożyć wiele. Nikt nie dał tyle co Polska i tak szybko jak Polska. My już po prostu nie mamy czego dawać. Bo już zabraliśmy polskiemu żołnierzowi żeby dać ukraińskiemu. Przejściowo osłabiliśmy SZ RP ale dzięki temu że sprzęt z Polski uratował Ukrainę nasze bezpieczeństwo per se wzrosło - poprzez powstrzymanie rosyjskiego imperializmu na polu walki i poprzez wykrwawianie SZ FR. W zamian kupujemy nowy sprzęt ale owe zakupy - pod wpływem potrzeby nie są optymalne - kupujemy na warunkach różnych bo nie mamy wyjścia. No i sprzęt dociera do nas dopiero. Wyrwę na około 30-40% stanu Wojsk Lądowych zamykać będziemy do 2027-2028 roku minimum.
Ja naprawdę mam nadzieję że nieprzemyślane wypowiedzi strony ukraińskiej i awantura o zboże to wypadkowa pozycji oligarchów i jakości klasy politycznej na Ukrainie a nie cyniczna konstatacja że my już daliśmy wszystko co mogliśmy dać...
Proszę o przesyłanie wpisu dalej. Szkód jakie nieprzemyślany i wyrwany z kontekstu tweet z wypowiedzi premiera to nie nadrobi ale może nieco lepiej wyjaśni.
#WojskoPolskie #UkraineRussiaWar️️ #Ukraine
ps. przetłumaczy ktoś na ukraiński?
Może się obejdzie bez burzy.
Popieram ogólny kierunek zmian w prawie z powrotem słynnego "zakazu fotografowania" na czele. Przy czym po raz n-ty z rzędu widzę co do ogółu słuszne działania rządzących ale robione w sposób który wiele nie zmieni...
Czemu ogólne słuszne?
Bo sytuacja w której można było sobie LEGALNIE ustawić kamerkę IP na bramę jednostki, węzły kolejowe itp i monitorować transporty sprzętu, amunicji, paliw był bardzo niebezpieczny. Tak samo fotografowanie z dronów, lub dobrej klasy sprzętem. Nawet komórka może być niebezpieczna.
Skąd jestem tego pewien? A bo tak przez lata rozpoznawałem Ruskich. Dzięki głupocie i wojskowych i cywili którzy setkami na Vk, TikToka i inne wrzucali filmiki i zdjęcia z jednostek ich okolic itp. Jezu ale to była żyła złota. Zwłaszcza Q4 2021 - Q1 2022. Można było dokładnie liczyć co gdzie i jak poszło.
Ba, już potem sam tak liczyłem dzięki kamerkom przydrożnym ile i kiedy Krabów poszło na Ukrainę ;) I nie tylko.
Komórka w rękach nieogarniętego obywatela jest śmiertelnym zagrożeniem. Dlatego obok edukacji musi być też niestety "bat" czyli groźba kar i konfiskaty sprzętu.
No dobrze a czemu nieudolne?
Bo sam zakaz fotografowania nie zmieni realnie problemu. Pomoże go ograniczyć ALE problemem są socjal media: Telegram, Facebook, Instargram, Twitter, TikTok itp Czyli tam gdzie się wrzuca w socjale cokolwiek. No i kwestie kamerek drogowych, IP, na skrzyżowaniach, na posesjach itp. Da się to ogarnąć ale to wymaga wielotorowych i szerokich działań które są kompletnie poza uchwalonymi zmianami w prawie. Czyli edukacja obywateli, uchwalenie o publicznym utrwalaniu foto/video czyjejś własności, tożsamości itp. a na końcu legislacyjna "pała" do walenia po głowie tych którzy nie rozumieją że po kilku TokToach może nadlecieć Ch-101 lub też pojawiać się grupa dywersyjno-rozpoznawcza która wysadzi ten konkretny magazyn do którego wjechały dzień wcześniej określone pojazdy.
Dlatego mam problem z tymi przepisami: co do zasady dobrze że to zrobiono. Co do detali: jak zawsze to co zwykle.