Robię dokładnie to samo, co apologeci „ziem odzyskanych”, tylko na odwrót. To jak, można wyśmiewać się z Kresów, porównując „bagniste Polesie” z najbogatszą prowincją jaką był Śląsk, a już wyśmiewać się z „ziem odzyskanych” porównaniami Lwowa do jakże „bogatej” Warmii - już nie można? A dlaczego nie?
W ogóle to ja przestrzegam przed przeliczaniem wszystkiego na wskaźniki gospodarcze. Liczba dróg, torów kolejowych, czy tych ulubionych przez apologetów „ziem odzyskanych” kibelków (widać dla wielu ludzi to stanowi wyznacznik ich poczucia elitarności i cywilizacji) nie odpowie, jak wiele Polska straciła.
(Skądinąd to zabawne - nawet z Twojego krytycznego dla Kresów zestawienia nie wynika jakaś straszliwa przepaść cywilizacyjna - mamy 9 mld dolarów PKB na Kresach do 11,5 mld dolarów PKB na zachodzie - różnica naprawdę niewielka, biorąc pod uwagę jakie to „bogactwo” miało być na zachodzie. A po odjęciu Śląska - przypomnę, regionu bardziej uprzemysłowionego, niż cała Polska w 1939 roku - i Szczecina - bo to on wypracowywał w większości ten PKB, a nie Stargard, czy Słupsk; zresztą do końca 1947 roku port w Szczecinie był we władaniu Sowietów - już w ogóle tego „bogactwa” coś nie widać)
Straciła przez oderwanie jej dwóch niezwykle ważnych ośrodków historii, kultury i nauki, jakimi były Lwów i Wilno - miast równie polskich, jak Kraków, czy Warszawa. Przed wojną hasło „Polska bez Lwowa/Wilna” uchodziłoby za najcięższą z możliwych herezję. Chciałbym zobaczyć reakcję Polaków 90 lat temu na warszawskiej, czy krakowskiej ulicy, gdyby ktoś ośmielił się to powiedzieć na głos. Raczej taki gagatek musiałby odwiedzić ichniejszy OIOM po wypowiedzeniu tak ciężkiej zniewagi.
Ani jak wiele Polska straciła ze swego dziedzictwa historycznego przez oderwanie od niej Grodna - ulubionej siedziby króla Batorego, Gródka Jagiellońskiego - miejsca śmierci króla Jagiełły, czy Stanisławowa - twierdzy Potockich. Jak wiele z turystycznego bogactwa w Truskawcu, Delatynie, czy Zaleszczykach, jak wiele z lokalnych, zapomnianych już tradycji i kolorytu Smorgoni, Berdyczowa, Troków, Mizoczy.
Jak wiele z potencjalnego rozwoju gospodarczego w Borysławiu, Drohobyczu, Sokalu, Chodorowie i wielu innych miejscach. Kresy to nie były tylko „bagna i lasy” (ciekawe, czy bagna i lasy północnej Wielkopolski i Pomorza Środkowego są coś więcej warte), albo zapuszczone wsie (ciekawe, ile z tych wioseczek na Lubuszczyźnie i Warmii jest tak bezcennych i zadbanych - bo ilekroć tam jestem mam wrażenie, że oglądam ruiny po jakiejś bitwie - tak zapuszczonych miejsc nie widziałem nigdzie indziej).
To także złoża surowców, kopalnie, urodzajne gleby, które jednak wymagały rozwoju i nakładów. Polska przedwojenna próbowała coś z tym zrobić (przykładem Janowa Dolina), ale zabrakło jej czasu i funduszy.
I jak wiele krwi polskiej przelano za te ziemie przez wieki, od Jazłowca i Zbaraża, po Święciany i Brasław, by teraz machać na to lekceważąco ręką, wyśmiewać to i stawiać wyżej ten obtłuczony poniemiecki kibel ze spłuczką (a często i bez niej) od tego poświęcenia.
Przepraszam, ale szacunek do minionych pokoleń mi na to nie pozwala. Szczególnie, że wielu z najlepszych Polaków pochodziło z tamtych regionów i potwierdzało - samymi sobą i swoimi dokonaniami - że „Polska jest jak obwarzanek”...
Ile z tych nazw znają ci wszyscy apologeci „ziem odzyskanych” od kibelków? To pytanie retoryczne. Bo zanim „ziemie odzyskane” dosięgną pięt w dorobku kulturowym Kresom, to minie jeszcze co najmniej 100 lat. Jak nie więcej.
Bierut, Gomułka i Stalin wygrali. Wmówili Polakom, że nie ma po czym płakać i nie ma o czym mówić, że właściwie to ten dobrotliwy Związek Radziecki to nas charytatywnie uwolnił od problemu tych okropnych Kresów Wschodnich. Przerażające.
Aha, i jako człowiek z „ziem odzyskanych” zapewniam - na Pomorzu kibelki na podwórzu były codziennością, a i do dzisiaj w poniemieckich kamienicach toalety na półpiętrach są częste.