I actually can’t believe it. He got booed on draft night, trade talks every offseason, and all he did was go to work and leave it all on the court.
And we traded him for 35 year old Paul George.
#konowałposting
Bardzo się dla mnie podoba ten tag. Duża część mojej rodziny pracuje w szpitalach, część jako lekarze, część jako technicy, jest ratownik, położna. Ogólnie to 95% osób nie zdaje sobie sprawy jak to wygląda od środka, to, że typiarz z PO brał po 1,5mln na rok nie jest niczym niezwykłym. To, że go nie było na dyżurze jest abolutnie standardowe dla wszystkich szpitali w Polsce. Podam wam kilka ciekawostek z życia wziętych i to nie są fejki usłyszane od pijanego starego. O tym normalnie gadają w swoim kręgu i rodzinie.
- Brak lekarza na dyżurze, całkowicie normalne i nikt nie daje o to jebania. Czasy gdzie spał sobie w kanciapce, albo peklował piguły to były może ze 20 lat temu. Teraz normalnie wychodzi ze szpitala. Może nie aż tak, że idzie na prywatną praktykę, ale w powiatowych to normalnie siedzą w domu o ile to nie jest więcej niż kilkanaście kilometrów. I nie piszę tutaj o gotowości do udzielania świadczeń. Bo coś takiego też jest. Telefon, podjeżdża 5-10 minut i robimy. Jak ktoś powie, że to niemożliwe, bo przecież czekają na przykład na wypadki, to jest w błędzie. Zanim dojedzie kareta to już zdążą do niego zadzwonić. Oczywiście jeżeli ma akurat SOR w większym mieście to rzadko ma okazję leżeć na chacie, ale w powiatowych to normalne.
- gotowość do udzielania świadczeń, czyli dyżur pod telefonem. Kolejna patologia. Po pierwsze w kodeksie pracy dla śmiertelników za dyżur dostajesz gówno. Warujesz pod telefonem jak debil, ale jak sie nic nie wydarzy to nic z tego nie masz. U nadludzi konowałów to jest z góry płatne 50%. Bardzo porządane, ale dostępne tylko dla tych, którzy są dobrze dogadani z dyrekcją. Samo w sobie byłoby to może do przełknięcia, ale oni są tak dogadani, że za chiny ludowe nie chcą wzywać konowała do pracy. Stąd też pojawiają się czasem wtopy. Nie wezwany kardiolog, okulista. Ten zmarł, ten stracił wzrok. Wezwanie konowała na awaryjnym przez szpital to absolutna ostateczność, mimo, że i tak bierze z góry już 50%. Ale nadludziom nie wolno przeszkadzać.
- czy w szpitalach da się załatwić po znajomości? Absolutnie, całkowicie, zawsze i wszędzie. Jak jesteś poukładany z branżą, z daną placówką. Załatwisz sobie wszystko. Konsultacja bez czekania, pierwszy z SOR, sala jedynka, lepsze procedury, lepszy sprzęt, diagnostyka bez czekania. Pamiętacie tego paprucha z Senatu co się dał przyłapać? Dla konowałów i ich przyjaciół robienie po znajomości to taki standard, że aż zapomnieli, że większość co siedzi w Matrixie może się oburzyć, dlatego była wtopa.
- Ile realnie jest pracy? To zależy. Moja ciotka - położna w powiatowym. W ostatnim roku urodziło się 600 dzieci. Na dyżurze są dwie położne, lekarz ze specjalizacją. Są sytuacje, że 2-3 dni nie ma absolutnie NIC do roboty, bo nie ma rodzących, siedzisz cały dzień scrolujesz tik-tok i do domu. Z drugiej strony, mój kuzyn, ratownik kierowca z wojewódzkiego, to mówi, że nigdy nie miał pustego dyżuru. Z trzeciej strony brat teścia, pediatra wspolwlasciciel przychodni. To jest fabryka ludzie, w przychodni jest przemysłowy przerób dla rodzinnego / pediatry. Obecnie zalecenie (właścicieli placówki) dla pediatry to jest 4 minuty na pacjenta (w zeszłym roku było 5). 4 minuty, na wywiad, podstawowe badanie, diagnozę. Do tego maksymalizacja usług medycznych. Przykład: Nawet jak dziecko nie gorączkuje wciskają wszędzie PRC. To też jest wciskane w te 4 minuty.
- Dlaczego 10 minut wizyty u specjalisty prywatnie kosztuje 400-1000 zł? Są różne powody. Aktualnie cena za wizytę u lekarza specjalisty jest zawyżona około 2-4 krotnie. Wiem dokładnie jakie stawki są oferowane przez ubezpieczalnie typu PZU i Luxmed. Tam gdzię typ z ulicy płaci 400 zł za konsultacje ubezpieczyciel nie da więcej niż 150 - 200. Czasem nawet mniej. Ale ludzie chodzą, koroposy chodzą, bo mają pakiety, frajernia chodzi i płaci. Standardową praktyką jest pierwsza wizyta prywatnie, później magiczne odblokowanie miejsca w kalendarzu lekarza na NFZ i leczymy już normalnie. To, że to istnieje, to powinien wiedzieć każdy. Zapytajcie dowolnej osoby 50+. Wam się oczy na starość otworzą jak system działa. Jak pójdziecie na raka prostaty to się dowiecie gdzie trzeba iść prywatnie, żeby dostać robotem na NFZ. Standardowa praktyka. Kolejnym klasykiem jest, że mile widziane przez konowałów jest pooperacyjna opieka już prywatnie.
- Jak to jest, że lekarz ma dyżur 3 dni w ciągu? To normalne i nie dotyczy tylko lekarzy. Piguły, technicy, to tam 24 czy 48 jest klasykiem przy kontrakcie. Nic niezwykłego. Wy myślicie, że jak chodzicie do fabryki smrodu i wam brygadzista dyszy w kark przez 12 godzin i wracacie rozjebani, że nie ma siły na nic to oni też? To wróćcie do fragmenty o tym ile jest pracy. W przychodni nie wytrzymasz więcej niż 8-10 godzin, bo ci łeb pęknie. Ale w szpitalu? Jakby nie było przypału to by siedzieli po 2 tygodnie. Nie ma aż tyle roboty między pacjentami, kawka, herbatka, drzemka, pogaduszki, pacjent i od nowa.
- zarobki? To zależy, jak jesteś ciućmok to może faktycznie zarobisz 250-300 tysięcy rocznie jako lekarz. Ale to musisz być wyjątkową niedorajdą. Absolutne minimium dla zwykłego lekarza ze specką rocznie to jest 400-500 tysięcy ze wszystkich medycznych źródeł. To jest ta dolna granica, gdzie jeszcze nie musisz kombinować jak koń pod górę. Tu dyżur, tu prywatna praktyka, tu konsultacje, tu awaryjne. Sky is the limit, jak ci się chce i to 700k-1mln jest na wyciągnięcie ręki. 2-3 miliony to już jest śliska sprawa, trzeba mocno chapać i mocno chachmęcić. Ale do wykonania. Jak ci lekarz powie, że on to 12 tysięcy miesięcznie zarabia, to absolutnie w to nie wierz. Tyle to może ma z uop o ile posiada. Ale i tak wątpie. Cała reszta to konował ciągnie na kontraktach. Inni już na miesiąc brutto: Piguła 12-20k (staż, liczba godzin), technik 9-15k (staż, liczba godzin), ratownik 10-20k (staż, liczba godzin, miasto), sanitariusze, salowe, sekretarki, opiekunki 7-10k.
- inne. No to kwoty brutto nie są może najwyższe w europie dla naszej nadkasty, ale kwoty w łapę przy ich formach opodatkowania, dodatkach i kosztach życia są w TOP3 w europie i jestem tego absolutnie pewien. Oni nigdzie nie wyjadą, bo nigdzie nie będą żyli na tak komfortowym poziomie jak u nas. Teraz to i tak jest nieszczęście, bo za COVID było bajlando. Lekarze lekko po milion mieli. Roczne przychody mojego technika były wtedy rekordowe ponad 300 tysięcy złotych. Kumacie to? Osoba ze średnim wykształceniem, na działalności za około 200 godzin w miesiącu te pare lat temu miałą łącznie dochody na poziomie 25k na miesiąc. Liczę wszystkie dodatki covidowe, tarcze covidowe (sic).
Jakiś tam bzdetów typu bigfarma robi imprezki, wszyscy ci dupe liżą to mi się nie chce opowiadać.
A teraz do fabryk smrodu i ARBEIT!!! Kolejne unity betonowego złota się im nie spłacą same.
Szkoda, że w konflikcie o pizzę, krewetki i 2500zł najwięcej jest emocji, szumu oraz uproszczeń, a najmniej racjonalnego wyjaśnienia.
Jako zainteresowany właściciel kilku restauracji, który ma za sobą zapłaconych kilkadziesiąt tysięcy kar, przedstawię szerszy punkt widzenia.
Dla tych co wyszli spod kamienia:
Kilka dni temu panie ze skarbówki nałożyły karę 2500zł za nieprawidłową stawkę VAT za pizzę z krewetkami (winno być 23%, było 8%).
Jedynie głosy jakie słychać to:
@K_Stanowski - shame shame, my im płacimy z podatków a te zachowują się jak ostatnie… niemiłe panie, skandal, tak urzędnik nie może pracować, w przenośni - pod pręgierz z nimi
A pani @AgataJagodzisk1 z KAS w emocjach broni się jak może i zaczyna używać dziwnych, powiedziałbym ryzykownych, argumentów
Zróbmy kilka kroków w tył i po kolei.
Prawo, wedle którego inna stawka VAT obowiązuje „standardowo” w gastronomii, inna na owoce morze i dania z nimi (a jeszcze inna na napoje, a jeszcze inna na usługi cateringowe) to masywne, nie bójmy się użyć tego słowa, GÓWNO. Idiotyczny, kretyński przepis, którego uzasadnienie jest równie durne i aby go stworzyć i zatwierdzić należy być albo częścią jakiegoś lobbystycznego układu (mniej prawdopodobne, choć kto wie), albo niespełna rozumu.
Prawo to funkcjonuje od 1 lipca 2020 roku. Czy ktokolwiek z głównonurtowych mediów się tym kiedykolwiek zainteresował? Czy poddano w wątpliwość zasadność tego przepisu? Czy wytworzono jakąkolwiek presję na to, aby ten - no przepraszam, ale inaczej się nie da - debilny przepis usunąć?
Nic, zupełnie.
A zatem prawo, a raczej tak zwana matryca VAT, funkcjonuje od 6 lat. I możemy klnąć i się wściekać, co jest bardzo uzasadnione, ale nijak ma się to do pracy pani inspektorki.
W pełni kupuję argument o tym, że urzędnicy powinni być mili, dostępni, pomagający, wręcz opiekujący się i żyjący w pełnej symbiozie z tymi, których praca ich dotyczy. Zgadza się, dokładnie tak powinno być. I z mojego doświadczenia kilkunastoletniego - dokładnie tak jest.
Osoby zatrudnione w ZUSie, w Skarbówce, w Inspekcji Handlowej, w Sanepidzie, w Państwowej Inspekcji Pracy - wszyscy super mili. Do pogadania, do wyjaśnienia, do przedyskutowania i do pomocy.
Nie zapominajmy jednak o jednym i najważniejszym: nie jest zadaniem urzędnika, będącego najniższym szczeblem w całej drabinie administracyjnej, interpretacja prawa. Jego zadaniem jest egzekwowanie prawa, nawet debilnego, z którym często się nie zgadza (warto pogadać z nimi też o tym).
Oczekiwanie, że to urzędnik czy inspektor będzie decydował czy „penalizować” czy też karać to zrzucanie na niego nie tylko odpowiedzialności za nasze niedopatrzenia, za niewykonanie przez tej osoby zleconego obowiązku, ale też za uchwalone prawo, z którym ta osoba nie ma absolutnie nic wspólnego.
Kierując się gastronomicznym porównaniem, jeśli szef kuchni przygotuje danie i procedurę kuchenną, a inny pracownik kuchni je wykona, następnie kelner poda do stołu - to jeśli nie smakowało, „opierdol” należy się kelnerowi? Temu, co przygotował zgodnie z procedurą? Czy temu, który wymyślił, że ma ono wyglądać tak, a nie inaczej?
Kontrolerzy to właśnie ci „kelnerzy”, którzy na kształt serwowanych potraw mają niewielki wpływ.
Mało tego, porównanie jest o tyle trafne, że również i w restauracji to my jako goście opłacamy całą załogę. Podniesiony został argument, że przecież oni opłacani są z naszych podatków, więc niesłychane, że naliczają nam kary.
Jeśli argumentem, że opłacanie przez nas powinno upoważniać wyłącznie do bycia miłym to trochę przeczymy sensowi istnienia choćby rad nadzorczych, ciał doradczych czy kontrolingu.
Argument wydaje się oczywisty i nie ma go co tłumaczyć.
I jeszcze trzy kwestie.
Relatywizacja prawa.
Tak, ten przepis o owocach morza jest kretyński. Nie brakuje innych, głupich. Ale NASZA SUBIEKTYWNA OCENA nie zwalnia nas z obowiązku ich przestrzegania. Ani też subiektywna ocena urzędnika.
Z bardzo prostego powodu.
Bo najpierw uznamy, że kretyńska jest krewetka. A potem, że w sumie to jebać te paragony, tylko niepotrzebny wydatek na kasę fiskalną i papier do niej. Takie przesuwanie linii „tolerancji na prawo” krok po kroku prowadzi tylko i wyłącznie w kierunku anarchii (wypiłem małego dziubka, przecież mogę jechać). A jedyne, co może to powstrzymać to PRESJA NA OSOBY DECYZYJNE. Na tych, co o prawie decydują. A nie tych, co je egzekwują.
Oni naprawdę do powiedzenia nie mają nic, a tylko najłatwiej się na nich wyżyć.
(tu miejsce na kontrargument o "wykonawcach rozkazów z obozów koncentracyjnych", ale jest tak głupi, że też miejmy go już za sobą)
Specyfika branży.
Pozwolę sobie, nie pierwszy raz zresztą, odrobinę nasrać do własnego gniazda. Ale przecież pan Stanowski równie krótko jedzie z innymi redakcjami. :)
Choć owszem, jest coraz lepiej, to i tak branża gastronomiczna przeżarta jest patologią na wielu poziomach. Mobbing, niewywiązywanie się z umów, brak umów, pomijanie fiskalizowania transakcji i można tak długo. Na pewno miliony, może miliardy, brakujące w budżecie i ZUSie.
Czy zdarzyło mi się coś zrobić nie tak i zapłacić karę?
Tak, ostatnio choćby 5000zł z Inspekcji Handlowej za brak gramatur w menu (sprawdźcie menu swoich ulubionych knajp, he he).
Czy karając wszystko jak leci wylejemy dziecko z kąpielą?
Być może, trochę tak.
Czy gra jest tego warta?
Tak, jest tego warta i tak powinniśmy zrobić, bo jako aktywny uczestnik tej branży mam mdłości od tej patologii dookoła, z którą jestem zmuszony nieuczciwie konkurować na co dzień. Albo słuchać historii pracowników, bez pieniędzy, traktowanych jak niewolników na polu bawełny.
Zaorać, do spodu, oczyścić środowisko i cześć. Karać dla przykładu, wysoko i dotkliwie, a nawet nagłaśniać.
(choć to oczywiście nie takie proste, bo patola nie omija tych najbardziej cenionych miejsc, a tam ładni ludzie w ładnych garniturach ładnie się uśmiechają, a to - tak mamy tu wiele rzeczy poukładane - pozwala pokryć się warstwą nieprzywierającego teflonu).
I po trzecie, niedobory kadrowe.
Pięknie, w idealnym i bezkontekstowym świecie brzmi sytuacja: urzędnik na kontroli przychodzi, stwierdza nieprawidłowości, wydaje upomnienie i polecenia naprawy i tydzień/miesiąc później wraca sprawdzić progres.
W realnym świecie kontrole są raz na ruski rok (w przenośni, bo realnie to jest raczej ruska dekada) i nie ma szans, żeby ktoś zaraz znów się pojawił. Nie wiem czym te osoby się zajmują, ale ewidentnie jest ich zbyt mało.
60 000 osób w KASie? No to przecież więcej jest lokali gastronomicznych w Polsce. A co dopiero wszystkich innych form działalności? Bez jaj.
Kto odpowiada w rządzie, na górze, za tę jednostkę? To tam należałoby uderzyć.
—
I oczywiście pełna zgoda z tym, że te polityczne zagrywki, ustawione kontrole, oranie uczciwych firm do spodu na zlecenie - te wszystkie północnokoreańskie zagrywki powinny zostać zglebione już dawno. Obrzydliwy ściek.
Ale za nie nie odpowiadają urzędnicy na kontroli. Za to odpowiadają ci bardziej cwani, którzy chowają się w cieniach gabinetów - urzędniczych i politycznych - i to oni są największymi gnojami w tej przedsiębiorczej grze.
Tam dużo trudniej się dostać i złapać za rękę. Ale wyłącznie media mogą to zrobić. Jeśli tylko uznają, że sięgną po coś wyżej, niż najniżej wiszący owoc.
Nie jestem zwolennikiem pomysłu Razemitow ale artykułu z BI to nie są dane. W Nevadzie jest CIT 0% i jak wygląda exodus dużego biznesu z sąsiedniej Californii? Oczywiście mały i średni biznes częściowo się przeniósł, jednak CA generuje dużo większe trudności niż podatki: rygorystyczne przepisy środowiskowe, ekstremalnie drogie nieruchomości i bardzo drogi prąd. Niestety to dużo bardziej złożone niż uga buga podatki
Dość brutalny koniec miał ten sezon dla Boston Celtics.
(Uwaga, długi tekst – jest trochę podsumowania sezonu, trochę o finansach i tym, co przed nami, więc zapraszam do czytania wszystkich fanów #nbapl, a nie tylko kibiców bostońskiej ekipy!)
56 zwycięstw w fazie zasadniczej, 3-1 po pięciu meczach pierwszej rundy. No nic nie wskazywało na to, że Celtowie zaraz pojadą na ryby, przegrywając u siebie Game 7 bez Jaysona Tatuma, który nie zagrał ze względu na przeciążenie lewej nogi (tej zdrowej). Celtics po raz pierwszy w historii klubu wypuścili z rąk prowadzenie 3-1 w serii. Przegrali też serię przeciwko 76ers po raz pierwszy od ponad 40 lat. I po raz pierwszy od 2021 roku pożegnali się z rywalizacją w fazie play-off tak szybko.
Chyba mało kto spodziewał się jednak takiego sezonu, gdy Brad Stevens latem ubiegłego roku robił kolejne transfery i żegnał kolejnych zawodników z mistrzowskiej drużyny 2023-24.
To miał być sezon przejściowy. I był, tylko że w stylu Boston Celtics.
Rok temu Celtics po zakończeniu sezonu nie mieli Jaysona Tatuma, który dopiero co zerwał Achillesa, ale za to mieli rekordowe przewidywania wydatków na następne rozgrywki. To mogło być łącznie grubo ponad pół miliarda dolarów w kontraktach i podatku. A to oznaczało też drugi kolejny sezon nad drugim progiem apron.
Z klubem pożegnali się więc Jrue Holiday, Kristaps Porzingis, Al Horford czy Luke Kornet, co dało ogromne oszczędności. Potem już w trakcie sezonu – jeszcze przed zamknięciem okienka – udało się Celtom zrobić kolejne kroki i zejść już nie tylko pod drugi, a potem pierwszy próg apron, ale też pod próg podatkowy, w czym posłużyła przede wszystkim wymiana Anfernee Simonsa na Vucevicia.
Brad Stevens zaoszczędził jakieś 350 milionów dolarów i zrobił finansowy reset, a mimo to Celtics pod wodzą Joe Mazzulli i rozgrywającego najlepszy w karierze sezon Jaylena Browna utrzymali drugie miejsce w tabeli Wschodu, wygrywając tylko pięć meczów mniej niż w poprzednich rozgrywkach.
To jest właśnie przejściowy sezon w stylu Boston Celtics.
Nie dotknęli dna, nie będzie ich w niedzielnej loterii draftu NBA, więc nie będą mieli wysokiego wyboru w drafcie. Zamiast tego jest sezon progresu, czego nie wyklucza nawet frustrująca porażka w pierwszej rundzie. Bo gdy z biegiem sezonu – gdy widzieliśmy jak ten zespół gra i jak postępy robią kolejni zawodnicy, a wracający do gry Tatum szybko wszedł na wysokim poziom – oczekiwania urosły, to oczywiste jest, że przegrana w takim stylu i z 76ers zabolała tym bardziej.
Wymaga też ona oczywiście zadania sobie kilku pytań. Dlaczego tak często Celtics przegrywają u siebie w fazie play-off? Dlaczego nie potrafili zamknąć tej serii? Dlaczego tak często nie radzą sobie w roli faworytów? Czy można było lepiej zarządzać minutami Jaysona Tatuma? Co się stało z rzutem Derricka White'a? Czy Neemias Queta jest rozwiązaniem, któremu można zaufać? Czy Joe Mazzulla to trener, który sufit podnosi tylko w fazie zasadniczej?
Tak naprawdę nie ma jednoznacznych odpowiedzi. I także dlatego ten przejściowy sezon to taki rzadki przypadek, gdy szklanka jest do połowy pełna i do połowy pusta. Da się obronić ten sezon: chwalić za 59 wygranych meczów (56+3, a między tymi zwycięstwami po trzy porażki z rzędu na początek i koniec sezonu; dwie jedyne takie serie porażek w całych rozgrywkach), docenić postęp, nawet zrozumieć dlaczego Jaylen Brown – mistrz i MVP finałów – mówi, że to jego ulubiony rok. To jednak nie wyklucza poczucia frustracji i złości, nawet wezwania do większych czy mniejszych zmian. A one będą. Większe lub mniejsze, ale będą.
Tak można wywnioskować z konferencji prasowej Brada Stevensa, który chyba nie miał jeszcze takiego wystąpienia, w którym aż tak dałoby się wyczuć frustrację i u niego. Oczywiście nie kipiał złością – to nie ten typ człowieka – ale mimo wszystko widać było, że jest wkurzony. Sam to zresztą przyznał. – Wolałbym dziś grać z Knicks – oznajmił w pewnym momencie.
– Nie ma wątpliwości, że choć zrobiliśmy sporo dobrych rzeczy, to przegraliśmy w pierwszej rundzie, a do tego mieliśmy bilans 3-11 z najlepszymi zespołami obu konferencji. Więc musimy stać się lepsi – dodał menedżer C's.
Mówił też o tym, że od jakiegoś czasu (de facto w trzech ostatnich seriach play-off – z Magic i Knicks rok temu oraz z 76ers w tym roku) jego zespół ma problem ze stwarzaniem sobie dobrych pozycji do rzutu. Że jako zespół potrzebuje większej siły rażenia przy obręczy. I że żeby to mieć, to pewnie trzeba będzie kogoś do składu dodać. Bo w Bostonie każdy wolałby wsad, a nie trójkę, ale o wsady jest jednak dużo ciężej.
Stevens pochwalił też sztab szkoleniowy z Mazzullą na czele za pracę w ciągu roku, przyznając przy tym, że w serii z 76ers każdy – zawodnicy, trenerzy – mogli zrobić więcej. Raczej nie należy spodziewać się, że "Psycho Joe" wyląduje na gorącym krześle.
Zresztą sam Stevens przyznał, że trener musi działać z tym, co ma do dyspozycji. Stworzyć styl pod zawodników. I to się ogólnie w tym sezonie udało. Tutaj pytanie do Stevensa, czy on stworzył odpowiednio mocny skład. Pewnie nie, bo jednak w tym sezonie chodziło też w Bostonie o pewien finansowy reset, a niekoniecznie o walkę o mistrzostwo, dlatego trzeba było dokonać pewnych wyborów, które dały więcej pod kątem finansowym, a nie kadrowym. I jeśli kibice Celtics będą o tym pamiętać, to rzeczywiście ten poziom frustracji po porażce w pierwszej rundzie może nieco opaść.
Jak zwykle jednak po zakończeniu rozgrywek pojawia się jeszcze jedno pytanie. Najważniejsze.
Co dalej?
Celtics mają pod kontraktem na przyszły sezon 14 zawodników, przy czym sześciu ma opcje zespołu (czas na ich wykorzystanie jest do 29 czerwca). Jedynym graczem, któremu z końcem czerwca skończy się umowa i który wejdzie na rynek wolnych zawodników, jest Nikola Vucević.
Zaraz będą konkretne liczby, natomiast warto zaznaczyć, że Celtics za przyszły sezon tylko trójce Tatum-Brown-White zapłacą 145 milionów dolarów. Na ten moment nikt inny w składzie nie zarobi w kolejnych rozgrywkach więcej niż 11 milionów. Kontrakt Pritcharda nadal pozostaje jednym z najlepszych w lidze (w związku z czym nie ma chyba większego sensu go transferować; bardziej prawdopodobne jest chyba nowe przedłużenie kontraktu w październiku), a małe umowy Gonzaleza czy Scheiermana są dziś na wagę złota.
ROZKŁAD PŁACOWY CELTICS NA SEZON 2026-27:
Jayson Tatum – 58,5 mln (35,4% całego salary cap)
Jaylen Brown – 57 mln (34,6%)
Derrick White – 30,3 mln (18,4%)
Sam Hauser – 10,8 mln (6,6%)
Payton Pritchard – 7,7 mln (4,7%)
Hugo Gonzalez – 2,9 mln (1,8%)
Luka Garza – 2,8 mln (1,7%)
Dalano Banton – 2,8 mln (1,7%) | opcja zespołu
Baylor Scheierman – 2,7 mln (1,7%)
Neemias Queta – 2,6 mln (1,6%) | opcja zespołu
Ron Harper Jr. – 2,5 mln (1,6%) | opcja zespołu
Jordan Walsh – 2,4 mln (1,5%) | opcja zespołu
Amari Williams – 2,1 mln (1,3%) | opcja zespołu
Max Shulga – 2,1 mln (1,3%) | opcja zespołu
ŁĄCZNIE W KONTRAKTACH – 187,7 mln
PROGNOZOWANY PRÓG SALARY CAP – 165 mln
PROGNOZOWANY PRÓG PODATKOWY – 201 mln
PROGNOZOWANY PIERWSZY PRÓG APRON – 209 mln
PROGNOZOWANY DRUGI PRÓG APRON – 222 mln
Celtics wejdą więc w offseason z przestrzenią około 13 milionów pod progiem podatkowym. Ten sezon zakończyli pod progiem, więc jeśli chcą rzeczywiście zrobić reset podatkowy – i na nowo zacząć okres liczenia recydywy podatkowej (w skrócie: im dłużej jesteś nad progiem podatkowym, tym potem co roku musisz płacić coraz więcej i więcej podatku w przeliczeniu na jednego dolara nad progiem) – to przyszły sezon też musieliby zakończyć pod progiem. Zakończyć, czyli mieliby czas na zejście pod próg aż do lutego 2027 (do zamknięcia okienka transferowego).
Celtowie mają też sporo przestrzeni do obu progów apron. Dla przypomnienia: te progi zostały wprowadzone po to, by utrudnić życie tym, którzy wydają w NBA najwięcej. Bycie nad pierwszym progiem to dodatkowe obostrzenia w budowaniu zespołu, a bycie nad drugim progiem to wersja hardcore. Boston uciekł więc z tego drugiego progu w ubiegłym sezonie (bo im dłużej jest się nad tym progiem, tym te obostrzenia są coraz mocniejsze), ale że byli nad nim po zakończeniu rozgrywek 2024-25, to liga zamroziła ich wybór w drafcie w 2032 roku (czyli nie mogą nim teraz handlować, dopóki nie będą pod drugim progiem apron w trzech z czterech ostatnich sezonów).
Celtics jako drużna nad progiem salary cap nie będą mieli wolnych środków (cap space), żeby zaszaleć na rynku FA i np. zaproponować komuś maksymalny kontrakt, ale będą mogli polować na graczy nieco mniejszego kalibru, co umożliwi im dostęp do wyjątków: pełnego mid-level (15 milionów) oraz dwurocznego (5,4 miliona). Szczególnie wyjątek mid-level (MLE) może okazać się przydatny, tym bardziej że można go rozbić na kilku zawodników. Warto przy tym pamiętać, że wykorzystanie tego wyjątku w kwocie 6,1 miliona lub więcej sprawia, że potem już do końca sezonu Celtics nie mogą przekroczyć pierwszego progu apron (czyli mają nałożony tzw. hard cap na swoje wydatki na poziomie 209 mln).
To samo (hard cap na poziomie pierwszego progu apron) dzieje się, gdy Celtics skorzystają z któregoś ze swoich trade exceptions (TPE). W ubiegłym sezonie udało się Celtom wytworzyć kilka takich wyjątków podczas transferów, przy czym największą wartość mają te trzy:
1) TPE z wymiany Simonsa (27,7 mln – ważne do 5.02.2027),
2) TPE z transferu Georgesa Nianga (8,2 mln – ważne do 06.08.2026),
3) TPE z transferu Jrue Holidaya (4,7 mln – ważne do 07.07.2026).
Szczególnie to największe może okazać się bardzo przydatne w ewentualnych ruchach transferowych, bo pozwala przyjąć zawodnika bez konieczności wysyłania w zamian kontraktów. TPE po Simonsie to zresztą w tej chwili drugi największy taki wyjątek w całej lidze. Jak każde TPE ma datę ważności – rok od momentu wytworzenia, czyli w tym przypadku 5 lutego 2027. Celtics mają więc całkiem sporo czasu, żeby coś z tym zrobić. W tym miejscu trzeba przypomnieć, że TPE w wymianach nie można łączyć – ani ze sobą, ani z kontraktami zawodników.
Tego lata trzeba też podjąć kilka decyzji co do umów tych graczy, którzy mają na przyszły sezon wpisane opcje zespołu. To między innymi Neemias Queta i Jordan Walsh. Możliwości jest tutaj kilka. Można te opcje po prostu wykorzystać, a o przedłużeniach pomyśleć za rok, ale wtedy taki gracz będzie mógł też wejść na rynek wolnych zawodników, więc tracimy pełną kontrolę. Można też te opcje wykorzystać teraz i w zasadzie od razu negocjować przedłużenie kontraktu, które weszłoby w życie od sezonu 2027-28. Albo można te opcje odrzucić i się pożegnać lub zaproponować nową umowę począwszy od sezonu 2026-27.
Wydaje się, że w przypadku Quety czy Walsha można pomyśleć nad opcją numer dwa – wykorzystać opcję zespołu i od razu negocjować przedłużenie. Czyli w przyszłym sezonie nadal zagrają za "frytki", co pozwoli nam zachować jeszcze całkiem niezłą elastyczność finansową, ale już od rozgrywek 2027-28 dostaną podwyżkę. Jak dużą? To już kwestia dogadania się z nimi i tego, ile jeden czy drugi jest wart według Stevensa.
Warto przy tym pamiętać, że na ten moment na sezon 2027-28 gwarantowane kontrakty w Bostonie mają już tylko Tatum, Brown, White (ostatni rok umowy przed opcją zawodnika), Hauser oraz Pritchard (ostatni rok umowy) + Gonzalez i Scheierman (opcje zespołu).
A co z wyborami w drafcie?
Celtics w tegorocznym naborze mają na ten moment dwa numerki: 27. w pierwszej rundzie (to ich własny wybór) oraz 40. w drugiej rundzie (od Bucks). Dodatkowo bostońska ekipa posiada też wszystkie swoje wybory w pierwszej rundzie draftu w kolejnych latach, oprócz w 2029 roku – bo ten wybór oddany został do Portland w wymianie Jrue Holidaya. Należy też wspomnieć, że wybór w 2028 to możliwa zamiana z San Antonio Spurs (z zastrzeżeniem "jedynki" w drafcie; to efekt wymiany po Derricka White'a), a wybór w 2032 jest zamrożony.
To wszystko oznacza, że Celtics mogą w tej chwili handlować trzema swoimi wyborami w pierwszej rundzie draftu w kolejnych latach: w 2027, 2031 i 2033 roku. Do tego do dyspozycji mają też cztery wybory w drugiej rundzie.
Czyli podsumowując: lato będzie (jak zwykle) ciekawe.
W tym roku – w przeciwieństwie do poprzedniego lata – już nie muszą zrzucać kontraktów ani szukać na rynku wolnych zawodników wśród graczy na minimum. Oczywiście pytanie brzmi, czego konkretnie Celtics będą szukać. Wzmocnienia pod koszem? To raczej pewne. Ale jak dużego wzmocnienia? Czy może jednak powalczą o grubą rybę (typu Giannis)? To by z automatu oznaczało, że paczkę transferową trzeba budować wokół White'a lub Browna. Pomóc mogłoby także TPE. Ale to też zależy, czy i jak dużo są w stanie zapłacić właściciele. Czy wrócą nad próg podatkowy? To też się dopiero okaże.
Ja odpowiedzi na te pytania nie znam i nie wiem, czy Brad Stevens już je zna.
Ale jako kibic Celtics wiem jedno: Brad, ufam Tobie.
P.S. Dzięki za przeczytanie, w razie pytań czy niejasności jestem do dyspozycji. Za ewentualne błędy, jeśli się pojawiły – przepraszam. Starałem się jak najmocniej.
Jutro na @bostoncelticspl jak co niedzielę pojawi się też Tygodnik (wydanie numer 532), tym razem w całości poświęcony Celtics i obecnej sytuacji ORAZ najprawdopodobniej również kolejny odcinek podcastu @PL_Garden, którego miałem przyjemność być gościem. I tam też sporo o Celtach. 😉