Nie byłem pilotem myśliwskim. Byłem od demolki na ziemi.
Lubiłem to. Wyobraźcie sobie salwę 128 rakiet niekierowanych z czterech pełnych zasobników UB-32. Wchodzicie w nurkowanie, zapusk lasera, przełącznik na S-60 na drążku marka celownika na cel, obserwujecie skalę odległości na szybie celownika, wchodzi w strefę dozwolonego ognia, zielona lampka na celowniku, więc dociskacie odbezpieczony już przycisk "podwieski".
I słyszycie takie dźwięki, jakby ktoś otwierał 132 butelki szampana. Takie pum-pum-pum, taki głuchy dźwięk jak otwierana butelka. Takie dziwne trochę. Nie tak jak z działek, kiedy huk wystrzałów wstrząsa wami do szpiku kości, samolot drży, a w kabinie pojawia się smród spalonego prochu, bo niewielka część dymu zasysana jest do wlotu do wentylacji kabiny. Tylko właśnie takie głuche pum-pum-pum!
Przed samolotem pojawia się cała kupa ognia i dymu. W sekundę zasłania Wam to cały widok do przodu, ale nie można spękać, bo jak zaczniecie wyprowadzać, to wysiejecie rakiety daleko za poligon, a one cały czas lecą: pum-pum-pum! I lecicie w ten ogień i dym kuląc się odruchowo w kabinie, jakby Was miało poparzyć, nie widać już ziemi. To tylko dwie i pół sekundy, zaraz przestaje "pukać", wszystkie 128 rakiet poleciało. Puszczacie przycisk "podwieski" i wyprowadzacie ostro, bo pod Wami za chwilę rypnie na ziemi 132 rakiety wywalając odłamki w niebo. Przeciążenie wgniata Was w fotel, ale trzeba drzeć w górę, trzeba przelecieć nad tą chmurą odłamków która Was goni, a każdy z tych odłamków ma szansę zamienić Wasz samolot w spadający wrak lub kulę ognia. Kiedy przed sobą widzicie już tylko niebo, idąc ostro w górę, 5-7 sekund po tym jak zaczęliście opróżniać bloki rakiet UB-32, można złapać powietrze: jeszcze raz się udało!
Odchodzicie w bok i wtedy możecie popatrzeć: tam gdzie był wasz cel jest teraz wielka kupa dymu i kurzu, dymu który zamienia się w coraz wyższy słup. Czy jest coś lepszego co można robić w piątkowe popołudnie?
Ale latałem też na przechwycenia. Jako bombol, nie miałem radaru, korzystałem z nawigatora naprowadzania, który wyprowadzał mnie na cel, wyprowadzając w jego tylną półsferę, gdzie rejestrowałem parametry odpalenia imitatorem pocisku rakietowego na podczerwień UZR i robiłem ze dwa ataki na "foto" jak bym strzelał z działek. Raz goniłem cel, bo był daleko, włączyłem sobie dopalanie na wysokości 6800 m i nagle coś mi nie pasuje: prędkość przyrządowa prawie 900 km/h, ale rzeczywista... Rzeczywista jakieś1400 km/h, rzut oka na Machomierz i o kuuźwaa!! Ma=1,3. Ja pierdylę... No to szklarze zacierają ręce, gdzieś pod Chojnicami poleciały szyby w całej okolicy. Wyhamowałem do poddźwiękowej jakoś i dokończyłem przechwycenie. Ale co usłyszałem od dowódcy nie będę powtarzał. Gdyby usunąć słowa uznane za nieprzyzwoite, to nic nie powiedział.
A teraz wyobraźcie sobie F-16C idącego ze strefy CAP (Combar Air Patrol) w stronę granicy skąd lei wrogi pocisk. Na ekranie radaru ma nadlatujący pocisk, prędkość zbliżania to 1800 km/h, zbliża się do niego pół kilometra na sekundę. Dwie sekundy i jest kilometr bliżej.
Idealne warunki do odpalenia AMRAAM na czołowej, echo na dopplerowskim radarze jest pewne i wyraźne, nawet na tle odbić od ziemi, jak pilot podkręci zakres MTI (Moving Target Indicator).
Jak by była wojna to trzeba zrobić dwie rzeczy. Krzyknąć do kolegi Ukrainca po drugiej stronie granicy: break, break, break, sharply to south-east, go south-east! (albo north-east), w zależności od ułożenia obu myśliwców i celu. Musi zejść z linii strzału, bo co jak rakieta AMRAAM zgubi w czasie lotu śledzenie celu i zrobi "lock-on" na ukraińskim F-16? Niech spada jak najdalej! Tylko kuźwa nie pod kątem prostym, bo wejdzie w zakres "blind speed" i zniknie Wam z radaru, bo to radar dopplerowski. Ale miejmy nadzieję, że wie o tym, pamięta i pójdzie skosem, żebyście widzieli, jak się oddala ze strefy ognia.
AMRAAM leci do celu na czołowej, choćby z bliska, z20-30 km kiedy na wszelki wypadek puścimy go na zakresie "LBL" (Lock-On Before Launch), blokując mu głowicę na celu, żeby mu nie przyszło do głowy uchwycić coś innego, niż ruski pocisk. Poszedł! I za chwilę słyszycie nawigatora w słuchawkach: kill confirmed, break left! I po sprawie. Wracacie i macie zaliczony "kill", zestrzelenie.
Ale jest pokój. Wyprowadza Was nawigator ze strefy CAP (Combat Air Patrol) i wydaje polecenie: "execute Vi-aj-di! Angel twenty zero-zero" (angel to wysokość celu w kodzie "myśliwskim, 2000 to stopy, 600 m) Odpowiadacie: "roger, going visual, vector me!" (kieruj mnie). Nawigator odpowiada "heading nine-zero, maintain speed". Prowadzi Was w bok od nadlatującego celu. Zanim się zrównacie "Viper one, hard left for two seven zero! Execute now!" Kładziecie samolot ostro w lewo zawracając o 180 stopni, na kurs zachodni (270), a poświata księżyca oświetla leciutko ziemię gdzieś za lewym skrzydłem. Widać na ziemi pojedyncze światła, poza tym ciemno, tylko czerwona poświata od przyrządów i ekranów.
I znów nawigator: "bandit two o'clock, distance six! Czyli 9-10 km przed Wami, lekko z prawej, bo te sześć to mile morskie. Wyświetlacie na ekranie po prawej IIR z zasobnika Sniper przełączając zakresy zobrazowań MFD (Multi Function Display) , włączacie zakres slave zasobnika. Radar macie na TWS (Track While Scan), tak by po uchwyceniu celu od razu przeszedł na śledzenie, ale żeby nie gubić z pola widzenia sytuacji powietrznej. Potwierdzacie, że Wasz prowadzony zawrócił za Wami i jest gdzieś z prawej, z tyłu, osłania Was. W każdym razie nie plącze się przed Wami, bo jak będzie "positive VID", to dostaniecie komendę na otwarcie ognia. Radar złapał cel i na "slave mode" skierował oś optyczną zasobnika na niego.
Na ekranie majaczy wam połyskująca, zamazana sylwetka rakiety skrzydlatej. Krzyczycie do nawigatora: "Eagle, Viper one, VID positive, VID positive!" I nawigator woła podniesionym głosem "cleared hot, cleared hot! Take it!" Obramowanie na wskaźniku HUD zapala się na czerwono, w słuchawkach wyje - jest "Lock"! Drżącą ręką naciskacie przycisk odpalenia na bocznym drążku sterowym, AMRAAM z wyciem opuszcza wyrzutnie na końcu skrzydła, błysk silnika ciągnącego kitę ognia oślepia Was. Mrużycie oczy, bo przez ten cholerny ogień gówno widzicie, odruchowo drążek na siebie, do góry, do góry! Dalej od ziemi. Nawigator krzyczy: "Kill confirmed!" Break, break!" Odchodzicie w bok, by nie wlecieć we fruwające szczątki. Można wracać do Łasku albo z powrotem do strefy dyżurowania CAP.
A teraz popatrzmy. Jest wojna, idziecie na czołowy (head-on BVR - Beyond Visual Range Engagement). 20-30 km od granicy i pocisk spada.
Jest pokój, dostajecie komendę na VID. Zrównujecie się z celem 50-60 km od granicy. Po zwrocie o 180 stopni pocisk jest już ponad 70 km od granicy. Radar go szuka, jest! Jakieś 90 km od granicy. Teraz na ekranie obraz ze Snipera, jest! Mam positive VID, pocisk 100 km od granicy. Jest zgoda i odpalacie pocisk, 110 km od granicy. Dostał, 120 km od granicy, spadł. I gitara! Ale de facto spadł 92 km od granicy sam z siebie, nim opisana sekwencja została zakończona. A wg. gen. Nowaka brakowało do końca 1-2 minuty.
A wiecie dlaczego mu wierzę? Bo jak to rozliczyłem minuta po minucie, to mi też tak wyszło. Dokładnie, 1-2 minuty.
VID powoduje że potrzebujecie dodatkowych pięciu minut, na dolot do niego (dwie minuty), zwrot (minuta), ponowne przechwycenie na radarze po zwrocie i skierowanie osi optycznej Snipera (minuta), zgodę na strzał i sam strzał (minuta), razem 5 minut. 80-90 km dalej od miejsca 20-30 km od granicy kiedy został przez Was uchwycony na radar po raz pierwszy, i kiedy mogliście zrobić Head-on BVR, gdyby była wojna, zdjąć go tam.
Ale nie ma wojny. I chyba dobrze, nie?
Jak doczytaliście do tego miejsca, to jesteście zuchy! Nie usnęliście?
No to super!
Na zdjęciu Su-22 w czasie nocnych lotów, Świdwin
Fot. Michał Fiszer
Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlNfq
Uwaga - moja hipoteza
Wszystko wskazuje na to, że to był pocisk Ch-101. Tak przekazali Ukraińcy z myśliwca, który wykonał na niego nieskuteczny atak tuż przed granicą, w pośpiechu, odchodząc na 20 sekund przed wejściem w polską przestrzeń powietrzną, wykonując ostry odwrót o 180 stopni.
Tak wynika ze śledzenia jego toru lotu (plot) z systemu dowodzenia ukrainską OP "Wiraż-Planszet". Ploty z systemu obserwują https://t.co/LLcxjx4Jv8. Amerykanie z komórki łącznikowej. Pilot ukraińskiego F-16 i polskiego F-16 byli na łączności radiowej. Przypuszczalnie wymienili również dane po Link-16.
Co do leja - niemal idealnie okrągły. Widziałem wiele lejów po bombach i rakietach na poligonie i wiele świeżych śladów po różnych środkach bojowych na wojnie w Jugosławii (rok, UNPROFOR, 1993).
Wiecie kiedy powstaje idealnie okrągły lej? Kiedy coś spada pionowo w cel (teren). PIONOWO, jak ze Stukasa. Jak spada pod kątem robi się owalne jajo. Im bardziej płasko, tym bardziej rozwleczone wzdłuż.
Tu się pojawia pierwsza zagrycha. Ch-101 nie atakuje z górki, choć np. Tomahawk ma taki zakres. Jedyne wyjaśnienie jest takie, że pocisk nie leciał bardzo nisko. Ch-101 dla wydłużenia zasięgu stosują zmienne profile lotu. Wystarczy, że leciał jakieś 500+ m nad ziemią, a po wyczerpaniu paliwa z silnika, przeciągnął i zwalił się do lotu nurkowego, po czym rypnął jak kamień, pionowo. Zapalnik piezzoelektryczny (wytwarzający prąd przy ściskaniu, taki jak głowica w gramofonie) spracował nawet bez prądu (jak zgasł silnik, mogło nie być, choć Ch-101 ma akumulator). Pocisk spadający pionowo z prędkością jakieś 500-600 km/h (wyjaśnię dlaczego tyle) wjechał w rzepak jak w masło rozbijając się na drobne kawałeczki.
Niestety, na konferencji prasowej nikt nie zapytał ani min. WKK, ani Dowódcę DORSZ (gen. Ireneusza Nowaka) o wysokość lotu pocisku. Słyszałem, jak gen. Nowak albo jego rzecznik RAZ wspomniał że leciał ok. 600-800 m i POWOLI się zniżał. Jeśli silnik mu zgasł nawet na 500 m, to wyglądało to tak. Pocisk leciał dalej sterowany z akumulatora przez autopilota, ale bez silnika tracił prędkość. Prędkość przeciągnięcia Ch-101 to ok. 370 km/h. Po jej osiągnięciu, pocisk przeciągnął i runął pionowo w dół, rozpędzając się do wspomnianych 500-600 km/h (plus/minus).
To jest oczywiście hipoteza, efekt modelowania logicznego wynikający ze znajomości pocisku, aerodynamiki, i wiedzy empirycznej o uzbrojeniu lotniczym.
Notabene pocisk był obserwowany dość pewnie, czyli nie drapał brzuchem po rzepaku, tylko leciał na tych wspomnianych 600-800 m, bo mu się system nawigacji pewnie sknocił. Leciał wyżej, by wyeksploatować zasięg znad Morza Kaspijskiego (zapewne) do Polski (zamiar zapewne to cel w okolicach Lwowa), jak powiedziałem, Ch-101 może mieć profil "Hi-Medium-Lo".
Pocisk ewidentnie wjechał w ziemię, bo prokuratorzy mówią, że jego szczątki (drobne) poleciały na 200 m. Ch-101 ma identyczny ładunek jak bomba FAB-500M62, a jej odłamki przy wybuchu na powierzchni lecą na ponad 2 km. Te 10x mniej to spowolnienie wywalaniem z setkami kilogramów ziemi, czyli wjechał głębiej zanim wybuchł, większość (w tym pewnie silnik) się sama zasypała po wbiciu się w lubelski czarnoziem.
Na zdjęciu z "Polskie Radio 24", zakładam że prawdziwym, wygląd leja.
Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS