Dlaczego wojsko zakazało noszenia koszulek typu "dry-fit"? Brutalna lekcja z Iraku:
W 2006 roku w irackiej prowincji Al-Anbar termometry pokazywały 50°C. Przepisowe bawełniane T-shirty Marines nasiąkały potem w kilka minut. Żołnierze zaczęli więc masowo kupować prywatne, sportowe koszulki z poliestru. Były lekkie, przewiewne i schły w mgnieniu oka – idealne pod ciężką kamizelkę kuloodporną.
Wszystko zmieniło się, gdy nasiliły się ataki za pomocą aidików. Wybuch pod pojazdem generuje falę ognia trwającą zaledwie sekundę lub dwie. Bawełna w tym czasie się osmali. Poliester zamienia się w płynny plastik.
Chirurdzy ze szpitali polowych zaczęli raportować o przerażających urazach. Sztuczny materiał topił się na ciałach żołnierzy, po czym stygł, tworząc twardą skorupę wtopioną w tkanki. Rany, które normalnie byłyby do wyleczenia, stawały się śmiertelnym zagrożeniem, bo lekarze musieli dosłownie wycinać stopiony plastik ze skóry.
W kwietniu 2006 roku dowództwo wydało kategoryczny zakaz noszenia syntetyków na misjach bojowych. Armia musiała znaleźć coś, co oddycha, szybko schnie i nie topi się w ogniu. Ratunek znaleziono w Nowej Zelandii. Do dziś standardem dla jednostek narażonych na kontakt z ogniem jest noszona bezpośrednio na ciele wełna merino. To kolejny raz w historii, kiedy nowoczesna technologia przegrała z naturą, a właściwą odpowiedź dała owca.