Drodzy Przyjaciele, walczę z rakiem nerki z przerzutami. Całe życie budowałem mosty między ludźmi – dziś jestem zmuszony prosić Was o pomoc. Każda wpłata, udostępnienie i modlitwa ma znaczenie. Bez Was sobie nie poradzę! Bóg zapłać!🙏
🇬🇧MILLIONS all over Poland took to the streets today, proudly and unashamedly, to celebrate their devotion to God, their traditions, and their homeland as 'Boże Ciało' (Corpus Christi) celebrations were observed nationwide!
THIS IS POLAND!✝️🇵🇱
🇵🇱MILIONY ludzi w całej Polsce wyszły dziś na ulice, dumnie i bez cienia wstydu, aby zamanifestować swoje przywiązanie do Boga, tradycji i Ojczyzny podczas obchodów Bożego Ciała, które odbyły się w całym kraju! TO JEST POLSKA! ✝️🇵🇱
Love Life 🤍❤️
🟥X PROTEST PRZECIW PRZYMUSOWI SZCZEPIEŃ
➡️6 czerwca 2026 | 11:00 | Warszawa
➡️Protest przed Pałacem Prezydenckim, ul. Krakowskie Przedmieście 48/50
➡️Przemarsz ulicami Warszawy.
O sytuacji w kulturze, albo czy brakuje nam dojrzałych dramatów?
Zacznę może od rynku książki. Jak wiele osób wie padła hurtownia Azymut, która była największym chyba graczem na całym polskim rynku książki. Wziąłem stamtąd książki może raz, a może dwa w całej swojej karierze wydawcy. Było to obudowane takimi procedurami, jakby chodziło o dostęp do jakichś tajnych druków, albo wydawnictw wyjątkowej jakości. Z mojego punktu widzenia więc nie miało sensu. No i dziś Azymutu już nie ma. Nie znam dokładnych przyczyn upadku hurtowni, ale sądzę, że jedną z nich mogła być właśnie taka polityka.
Masę upadłościową Azymutu przejęła ponoć hurtownia Platon. I z tego powodu nie dobiera ona książek od wydawców, albowiem ma ich mnóstwo po Azymucie. Sprzedaż tego wszystkiego nie będzie raczej możliwa w najbliższym czasie, ale w Platonie chyba nikt się tym nie martwi, bo firma ta ma olbrzymie magazyny. Położone zresztą niedaleko stąd. No, a jak ktoś ma magazyn, to nie martwi go w zasadzie nic, najmniej zaś to czy książki, które tam zalegają sprzedadzą się w tej dekadzie czy w kolejnej. To martwi jedynie wydawców, którzy sprzedawali swoje książki Platonowi, a dziś nie mogą tego robić, bo ludzie z Platona zatowarowali się na długie lata.
Pisałem już o tym, ale pewnie nie pamiętacie. Wydawcy podpisują z hurtowniami umowy o charakterze zabójczym. To znaczy oddają około 60 procent ceny okładkowej egzemplarza i czekają na pieniądze przez długie miesiące. W zasadzie więc można powiedzieć, że rynku nie ma, bo nie ma obrotu gotówki. Jest obrót towarem, który wymienia się na inny towar, a cały ten układ zasilany jest dotacjami. Pieniądze mogą też pochodzić z jakichś przedsięwzięć o charakterze masowym czyli sprzedaży tytułów – Jak zostać milionerem nie wychodząc z domu. Mamy więc taką sytuację, że wszyscy mówią o pieniądzach, łącznie z klientami, ale nikt ich nie ogląda.
Ja, dla przykładu, rozliczam się z hurtownią, ale nie z Platonem, na zasadach kompensaty. Nie tylko zresztą z hurtownią, ale także z pewną dużą, pełniącą rolę hurtowni księgarnią. To jest lepsze niż czekanie na pieniądze przez lata całe. Wolę wziąć od nich książki, które może ktoś kupić od razu niż iść na udry i kłócić się o zaległe wypłaty, albo wysyłać pisma przedprocesowe.
W takiej sytuacji najlepiej czują się wydawcy, którzy żyją z dotacji. Ich nic nie obchodzi. W drugiej kolejności są ci, którzy sprzedają książki w subskrypcji, to znaczy informują, że dana książka będzie na rynku i ludzie za nią płacą, a potem czekają na wydrukowanie i wysyłkę. Myśmy też tak zrobili, w przypadku Casanovy, nad którym, niestety jeszcze pracujemy, ale był to chyba pierwszy i ostatni raz. No, ale są wydawnictwa, które mają taki modus operandi.
Wracajmy jednak do rynku. Wszedłem sobie niedawno na stronę hurtowni Platon i oniemiałem. Ceny niektórych książek są horrendalne, wcale nie hurtowe. To zaś znaczy, że nikt nie zamierza ich sprzedawać masowo, a hurtownia chce zarabiać na marży wyduszonych jak małe kotki księgarni, a także – już niebawem – na marży sprzedawców internetowych. Mając takie ceny, a do tego widoki na współpracę z wydawnictwami dotowanymi albo działającymi na zasadzie subskrypcji, hurtownicy zabetonują rynek, książki staną się dekoracją, a pieniądze mitem.
I na to wychodzi minister Cienkowska i mówi – trzeba się zrzucić na emerytury dla artystów. Czy dla pisarzy także? Czy pisarz też jest artystą, czy on akurat nie? Oczywiście drwię, ale drwiny swoje odłożę teraz na później. Proszę Państwa, jeśli ktoś jest muzykiem i płaci minimalną składkę do ZUS, a zarabia na graniu, ale nie jest ani Marylą Rodowicz, ani Borysewiczem, ani nawet Edwardem Hulewiczem, powinien się trochę nad swoim życiem zastanowić. Powinien też zrozumieć, że rynek sztuki i kultury w Polsce połączony jest – od roku 1945 – z propagandą państwową, a także antypaństwową, finansowaną przez państwo. No i z propagandą państw ościennych działających na szkodę naszego państwa. Ta kwestia jest ukryta, ale nie na tyle starannie, żebyśmy jej nie mogli zauważyć. Czym jest granie do kotleta każdy mniej więcej wie. I jeśli liczy przy tym, że na emeryturze ktoś będzie mu dosypywał do składki, to mam nadzieję, że się przeliczy. No, ale widząc determinację minister Cienkowskiej, czuję że moja nadzieja umiera. Kiedy ona to przeprowadzi, a potem PiS wróci do władzy, na pewno niczego nie zmieni. Politycy tej partii będą bowiem liczyć na to, że asekurowani przez państwo artyści, będą gotowi na różne usługi. To jest myślenie obłąkane, ale ma ono swoje podstawy w znanej już polityce ministra Glińskiego.
Wiele osób płacze też nad aktorami, którzy nie mają się gdzie realizować, bo teatrów jest mało, wszystkie są obsadzone jakimiś klikami, a o etatach można tylko pomarzyć. Aktorzy, moim zdaniem, jeśli nie liczyć osób aktoropodobnych, którym wykształcenie i warsztat nie są potrzebne do niczego, bo role i gaże załatwiają sobie kluczem towarzyskim, muszą być powiązani ze służbami. Gdyby było inaczej ludzie ci robiliby wszystko, żeby zaistnieć. To zaś znaczy, że latem graliby na ulicy po prostu. A cóż to jest za problem dla wykształconego aktora? On ma za zadanie zdobyć i utrzymać publiczność. I do tego jest przygotowywany w szkole. Jeśli tego nie robi, a zaczyna płakać, że będzie biedował na emeryturze, to znaczy że nie umie grać. I z tego tytułu właśnie nie należy mu się nic.
I nie mówcie mi, że zdobycie i utrzymanie publiczności jest niemożliwe, albo że to jest niepoważne, bo artysta musi czekać na to, aż państwo mu coś da. Ja sam, korzystając z dostępnych środków zdobyłem i utrzymuję od 17 lat liczną publiczność. Co prawda nie tak liczną, jak Cejrowski, który opowiada o strzelaniu z dmuchawek, ale to wynika wprost z rozkładu potencjałów na krzywej Gaussa. Moja publiczność nie wierzy w UFO, łażenie boso po dżungli, ani w to, że kultura w Polsce powinna być dotowana przez państwo. Wszystkie bowiem, najważniejsze dzieła polskiej kultury, powstały w tych latach kiedy państwo to nie istniało, albo było rozpaczliwie biedne. Te zaś, które wywołują wymioty, ale zaliczane są w poczet dzieł wybitnych, stworzono właśnie w czasach, kiedy kulturą zawiadywało państwo. I kiedy państwo kulturę dotowało.
Zastanówmy się teraz jaka jest moc propagandowa Polski i jej kultury. Czasem oglądam sobie, wprost z nostalgii, takie filmy które prezentują Francuzi, gdzie AI pokazuje najwybitniejszych francuskich aktorów z lat największej świetności tamtejszego kina. I powiem Wam, że chce mi się płakać. Głębia zrozumienia problemu kultury i jej oddziaływania na zewnątrz jest tam niespotykana i nie będzie nigdy powtórzona. Amerykanie ze swoją machiną filmową, która zdycha lansując propagandę gender, też tego nie zrobią. Oto widzicie kochani, aktorzy francuscy, grali w swoich filmach ludzi. W odróżnieniu od polskich współczesnych aktorów, którzy grają wyłącznie siebie samych albo karykatury ludzi. Tej prostej prawdy nikt zrozumieć nie chce. Skala prezentowanych przez Francuzów po wojnie emocji i spektrum postaw powinny być przedmiotem osobnych studiów. No, ale nie będą, bowiem wszystkie człowiecze zachowania, jak również wrażliwość, zostały nam odjęte. Jaką przestrzeń w spektrum wrażliwości i emocji zajmowali ci ludzie, najłatwiej pokazać na typach męskich. Z jednej strony umieszczamy, żyjącego jeszcze Pierre’a Richarda, a z drugiej Jeana Gabin. I każdy wie o co chodzi. Po drodze mamy młodego Delona, Belmondo, Lino Venturę, starego Delona i Jeana Marais i Yvesa Montanda. No i paru innych jeszcze, mniej znanych. Jeśli chodzi o kobiety francuskiego kina, to w zasadzie każda była osobnym zjawiskiem. Poczynając od Simone Signoret, a na Romy Schneider kończąc.
W Polsce zaś ludzi grają Karolak z Braciakiem, którzy są tak oczywistymi reptilianami, że w ogóle nie ma o czym gadać. O tym, jak bardzo się nie mylę przekonacie się wkrótce, kiedy na ekrany kin wejdą nowe ekranizacje Lalki. Przygotujcie sobie przed seansem dużo woreczków plastikowych, bo wiecie jak to jest podczas dużych przeciążeń w samolocie. Tutaj będzie tak samo.
Hierarchia artystów w Polsce odzwierciedla hierarchie w państwie, a także hierarchie tematów, które są w sztuce podejmowane. To znaczy, że każdy sławny artysta jest zblatowany przez władzę. I koniec. Teraz zaś dzięki Cienkowskiej wszyscy ci, którzy się za artystów uważają, ale ni cholery nie robią, będą gotowi na wszelkie wobec władzy usługi. W imię lepszej emerytury, której mogą przecież nie doczekać.
W związku z hierarchią tematów i aktorami mam do wypowiedzenia taką kwestię: czy ktoś widział może jakiś monodram poświęcony Piotrowi Bartoszcze i jego tragicznej śmierci? Albo aranżację sceniczną wypadków w Lubinie zakończonych śmiercią Adamowicza? Są takie rzeczy? Bezrobotni, źle opłacani aktorzy porywają się za takie przedsięwzięcia? Mogliby na tym nieźle zarobić. Może ktoś ich zasponsoruje jeśli nie mają odwagi? Na przykład Sakiewicz? Źle myślę?
Bo ja sam, widzicie, mając pełną świadomość czym jest rynek kultury w Polsce oddalam się w kierunku tematów takich, jak handel barwnikami w średniowieczu i pogmatwane losy Rzeczpospolitej w XVI i XVII wieku. Wiem jednak, że zarówno ludziom kultury, jak i urzędnikom państwowym bardzo zależy na tym, by uwrażliwić ludzi, szczególnie młodych na problemy historii najnowszej i najważniejsze z nich przenieść do świadomości zbiorowej. Po co więc wystawiać tysiączną interpretacje Hamleta, który niebawem już będzie w Katowicach godoł po ślunsku…Może zamiast tego wystawmy w tych Katowicach sztukę o rodzinach górników pomordowanych na Wujku? Zły pomysł? Albo może jakiś wybitny, sponsorowany przez ministerstwo kultury dramaturg napisze sztukę o Emilu Barchańskim, którego na iksie wspominają co roku w rocznicę śmierci trzy przynajmniej osoby. W wiki zaś czytamy o nim co następuje: Emil Barchański (ur. 1965) – po wykryciu, że na czele tajnej organizacji, do której należał, stał tajny współpracownik SB, został poddany torturom w Pałacu Mostowskich, ciało utopiono w Wiśle (nie ma pewności co do okoliczności śmierci i do rzekomego wykrycia TW w ramach organizacji)
Nie ma pewności, jak piszą, a to oznacza że otwiera się pole do interpretacji. Ileż jest tu możliwości dla człowieka z talentem! Ile szans dla młodych aktorów wkraczających na ścieżkę zawodowej kariery!
A może słyszeliście o jakiejś sztuce wystawione na podstawie okoliczności śmierci Grzegorza Przemyka? Najlepiej jakby to było przedstawienie imitujące salę sądową, a w kulminacyjnym momencie, na korytarzu Siła Nowicki tłumaczyłby matce Przemyka, że powinna odwołać zeznania? Co o tym myślicie? Zły pomysł?
Pewnie, że zły, podobnie jak każdy z wymienionych tu przeze mnie pomysłów. To są wszystko złe i bardzo złe pomysły. Dlatego właśnie ja jadę jutro do Wrocławia, żeby opowiadać tam o wydarzeniach sprzed niemal tysiąca lat. Bo wreszcie wolno. I to jest właściwa oraz słuszna droga. Płacę, jak wszyscy artyści, najniższą składkę do ZUS, ale na żadne wyrównania i zapomogi nie liczę, tak więc nie zapominajcie o naszych książkach. A na razie zostawiam plakat reklamujący mój wieczorek u karmelitów.
🔥 Trois jours de marche, de chaleur, de fatigue et surtout de joie jusqu’à Chartres.
⛪ Bravo aux pèlerins pour leur courage, leur foi et leur fidélité !
🙏 Et surtout, merci à Dieu pour toutes les grâces reçues sur cette route de que beaucoup n’oublieront jamais.
#NDC2026
To, co dzieje się od roku w „przychodni aborcyjnej” AboTak, pod ochroną władz Rzeczypospolitej, naprzeciwko Sejmu, woła o pomstę do nieba.
Dlatego warto przyjść dzisiaj o 17:00, by wziąć udział we wspólnej modlitwie Różańcem i Litanią do św. Józefa w intencji ochrony dzieci nienarodzonych oraz ich matek. Zaproszeni są wszyscy, którym leży na sercu dobro polskich rodzin.
Ja osobiście będę się dodatkowo modlić o opamiętanie dla mojej ukochanej Francji, która aborcję na żądanie zalegalizowała już 50 lat temu, gdzie zabija się ponad 220 tys. dzieci rocznie w łonie matki i gdzie prawo do dzieciobójstwa zostało niedawno zapisane w Konstytucji.
Oby nie była za 50 lat w podobnym położeniu Polska, która przez te wszystkie lata stała się jeszcze bliższa mojemu sercu niż moja własna ojczyzna i którą zawsze tak szanowałem za to, że chroni prawo do życia od poczęcia.
➡️https://t.co/0IMCgik8TH
"STRAJK DZIECI WRZESIŃSKICH
👉 Września to miasto, które w 1901 r. dało wielkie świadectwo patriotyzmu. W obronie polskiego języka i polskiej kultury stanęły dzieci – uczniowie miejscowej Katolickiej Szkoły Ludowej.
Protest rozpoczął się na przełomie marca i kwietnia 1901 r. wraz z odczytaniem przez inspektora szkolnego, dr. P. Wintera, pisma regencji, informującego o wprowadzeniu z nowym rokiem szkolnym (rok szkolny rozpoczynał się w kwietniu) nakazu nauczania religii i śpiewu kościelnego w języku niemieckim.
Symbolem protestu dzieci z Wrześni stała się postawa Bronisławy Śmidowiczówny, która niemiecki katechizm zwróciła nauczycielowi trzymając podręcznik przez fartuszek. Do strajku dołączyli uczniowie klasy I (najstarszej), którzy odmawiali wykonywania pole-ceń zadawanych w języku niemieckim. Nauczyciele przystąpili do wymierzania surowych kar, przede wszystkim chłosty.
Do największego nasilenia strajkowego doszło 20 maja 1901 roku. Czytaj więcej na: https://t.co/cVs7BV5Muu
📻 Audycja Urszuli Lipińskiej poświęcona walce z germanizacją. Zawiera wypowiedź historyka prof. Lecha Trzeciakowskiego oraz archiwalną rozmowę z Bronisławą Matuszewską (z d. Śmidowicz) uczestniczką strajku dzieci we Wrześni. Słuchaj na: https://t.co/pK9Y5ZVPvb...
📖 Strajk dzieci z Wrześni we wspomnieniach Jędrzeja Moraczewskiego. Czytaj więcej na: https://t.co/8kJB15HsSd..."
za Monika Najdowska
📸 Uczestnicy strajku dzieci wrzesińskich, u góry pośrodku Bronisława ŚmidowiczFoto: Wikimedia Commons/dp
O różnicach między prywatnym a państwowym
Patrzę na aferę związaną z imprezą w Wilanowie i przyznam, że moje niedawne spostrzeżenia dotyczące relacji z własnością osób mianowanych, były mocno niedojrzałe i niepełne. Oto założona w listopadzie ubiegłego roku fundacja, zorganizowała masówkę, ze wszystkimi pozwoleniami, na terenie obiektu, który jest otoczony rezerwatami przyrody, a sam stanowi jedną z głównych atrakcji stolicy. Przypomniało mi się też, jak valser chciał tam zorganizować targi książki, ale nie było o tym nawet mowy.
No, ale do rzeczy. Jak ludzie inwestujący w taką imprezę i spodziewający się po niej zysków mogli nie rozumieć, że natychmiast rozejdzie się smród? Co oni mieli w głowach? Tego zgadnąć nie sposób, ale widzimy na zdjęciach z zeszłego roku pana Brzoskę i jego żonę przebranych w stroje z XVIII wieku. I uśmiechniętych do tego. W zasadzie więc nie trzeba nic dodawać. Może tylko to, że choć nie wiadomo co mieli w głowach, w sercach mieli dużą pewność, że nic się nie stanie. Ustaliła się bowiem pewna hierarchia, oni zajęli w niej ważne miejsce, a reszta miała się dostosować.
Po wszystkim zaś, pan dyrektor, próbował się bronić mówiąc, że był to happening, który miał zwrócić uwagę na niedofinansowanie obiektu. No, ale jak wszyscy wiemy stał się on – mimo swoich wielkich starań – kozłem ofiarnym całego zajścia. Jestem jednak przekonany, że nic mu się nie stanie i miękko gdzieś wyląduje. Może w Łańcucie, może gdzie indziej, w jakimś mniejszym obiekcie.
No, ale widzimy jak głęboko posunięta została degeneracja środowiska muzealników, które uzurpuje sobie prawo do prywatnego sposobu zarządzania obiektami, które do nich nie należą. Przyjmuję bowiem za dobrą monetę decyzję minister Cienkowskiej, usuwającą dyrektora z posady. Nic nas nie obchodzi to co wyżej, bo ktoś musi za takie rzeczy odpowiedzieć. Gdyby pan Jaskanis podał się do dymisji przed imprezą, zostałby bohaterem. No, ale wyszło jak wyszło i został kimś innym. Chciałem zwrócić uwagę na coś innego. Na pewien istotny fałsz, który towarzyszy opiece nad zabytkami i zarządzaniu ruchomym mieniem o wartości historycznej. Trwa to od wojny, czyli od dekretu Bieruta. Oto w kulturze popularnej PRL muzealnicy przedstawiani są niczym anioły. Wizerunek ten utrwalił przede wszystkim Karol Estreicher, ale także literatura popularna dla młodzieży, no i Wiktor Zin, którego tu ostatnio wychwalałem. Praktyka jednak, samego Estreichera i jemu podobnych, przeczy niebiańskiemu pochodzeniu muzealników. A ostatnie przykłady z Wilanowa wręcz wskazują, że owo pochodzenie może być wcale nie niebiańskie. Może się okazać, że na mieniu, umownie nazwijmy to historycznym, uwłaszczone są rodziny całe i organizacje o proweniencji znanej i mniej znanej. Czyli – wskazując rzecz wprost – mienie to jest strzeżone nie tylko poprzez prawo kraju, w którym się aktualnie znajduje, ale także przez jakieś inne – mniej formalne, ale jednak wiążące – postanowienia. I na to wskazuje przykład Wilanowa. Ktoś bowiem ewidentnie zapomniał o dyskrecji i przekroczył granicę. I za to należało go ukarać. Pytanie co dalej? Czy zapowiedziane imprezy w Łazienkach i na Bielanach się odbędą? Tam też są rezerwaty, tam też mieszkają zwierzęta i ptaki, tam też są zabytki. I co na temat tych imprez powiedzą zarządzający nimi historycy sztuki i muzealnicy. Bo, że coś powinni rzec to, moim zdaniem, oczywistość. Nie są bowiem, według reguł, które nam wmówiono, stójkowymi, bezmyślnymi gamoniami do pilnowania rzeczy, których wartości i pochodzenie nie są świadomi. Czy są? Jeśli Trzaskowski podejmie decyzję, albo pani minister, oni nie mogą zrobić nic, poza podporządkowaniem się jej? Jeśli tak, to istnienie zasugerowanych tu przeze mnie nieformalnych pionów decyzyjnych jest faktem. Jeśli bowiem komuś powierzono obiekt, jego otoczenie i znajdujące się w tym obiekcie przedmioty, to musi je chronić według obowiązującego prawa. Ono zaś jest dość surowe i obowiązuje wszystkich. Pytanie więc dotyczące Wilanowa nie powinno być naznaczone histerią i brzmieć – dlaczego wam wolno, a nam nie? Musi zabrzmieć inaczej – w czyim imieniu pan dyrektor Jaskanis pełnił swoją funkcję? Jaki był organ nadrzędny? Czy był to ratusz stołeczny, osoba prezydenta Trzaskowskiego, czy ktoś jeszcze inny? Jak wiemy dyrektora zwolniła pani minister, ale też każdy zdaje sobie sprawę, że trwałość pani minister jest silnie ograniczona, jeśli porównać ją z takim prezydentem Trzaskowskim. Ona jest jak serek topiony na słońcu, a on jak kawał wołowiny w zamrażarce. Bez młotka nie ma się nawet co do tego zabierać. Pozostaje jeszcze kwestia kadencyjności. Coś wypadałoby z tym zrobić. Pan dyrektor Jaskanis pełnił swoją funkcję w Wilanowie aż 24 lata. Ksiądz na parafii pozostaje zwykle przez lat pięć. I to jest z wielu powodów dobre i higieniczne. Ta sama zasada powinna obowiązywać w muzeach, albowiem usunęła by ona złudzenie – zaimplementowane celowo – że zarządzający może się, w czyimś imieniu, uwłaszczyć na obiekcie. Granicą zaś tego uwłaszczenia jest emerytura, śmierć, albo niezrozumiałe dla postronnych roszady za kulisami. Znając trochę środowisko historyków sztuki rzec mogę, że nie jest łatwo utrzymać się na stanowisku dyrektora ważnego obiektu. A jeśli ktoś to potrafi z całą pewnością nie reprezentuje tylko jednego środowiska, tego z którym jest kojarzony, stanowiącego źródło jego zawodowych kompetencji.
Okoliczności, w których istnienie wierzyliśmy do imprezy w Wilanowie, pozwalały nam wierzyć, że nie żyjemy w komunistycznej dystopii. Ta bowiem – jak pamiętamy - starała się ukrywać przed nami fakty, zasłaniając je ciekawymi historiami, gawędami prowadzonymi, przez kompetentnych profesorów, czy inną jakąś sieczką, która uwiodła nas całkiem i zaległa w sercach. No, ale mimo tego, przez ostatnie dwie dekady – mniej więcej – wydobyliśmy się z tego bagna, żeby nie powiedzieć – szamba - i wydawało się, że wszystko jest może nie w porządku, ale prawie w porządku. Dziś okazuje się, że nie jest. Jest nawet gorzej niż za komuny, bo wtedy – w imię zachowania pozorów – nikt by nie pomyślał nawet o tym, żeby coś takiego zorganizować w zabytkowym obiekcie. Na tym bowiem, by za pomocą różnych chwytów owe obiekty przesunąć w strefę cienia, komunie bardzo zależało. Sakralizowano więc muzea i muzealników. Można rzec, że była to tendencja światowa, ale u nas miała swoje indywidualne rysy. Czy to właśnie się odwróciło? I czy ma to jakieś znaczenie? Zobaczymy niebawem.
No dobrze, ale nie dramatyzujmy niepotrzebnie. Prócz bowiem obiektów państwowych, na których uwłaszczone są różne rodziny albo organizacje polityczne, istnieją jeszcze obiekty prywatne. Ich właściciele zaś są otwarci na udostępnienie takiego obiektu, nie tylko dla gości, którzy przyjeżdżają tam jak do hotelu czy restauracji, ale także na imprezy masowe i kameralne. W ramach obowiązującego prawa rzecz jasna. I my taką kameralną imprezę organizujemy w lipcu, w pałacu w Ojrzanowie. Gdzie zawsze jesteśmy mile widziani. Nie płoszymy bowiem ptaków, ani zwierząt, jesteśmy dyskretni i zachowujemy się cicho. Mamy bowiem do zaprezentowania książki, obrazy i grafikę czyli przedmioty kojarzące się z dyskrecją. A impreza ta to trzecie już Targi Książki i Sztuki, które odbędą się w tym roku w dniach 4-5 lipca.
I w tym właśnie momencie widać, jaka jest przewaga własności prywatnej nad państwową. Państwo, to przynajmniej, które właśnie do nas powróciło w czarnej wizji komunistycznej dystopii zarządza mieniem zabytkowym, poprzez uwłaszczonych na mieniu urzędników. Prywatni właściciele zaś po prostu zapraszają do siebie ludzi, którzy mają coś ciekawego do zaprezentowania i są na tyle kulturalni i przytomni, by zrozumieć, że są tam jedynie gośćmi, a to znaczy, że obowiązują ich zasady. Czy tak było w Wilanowie? No nie. Ale tak będzie w Ojrzanowie 4-5 lipca. Zapraszam.
Impreza jest otwarta, każdy może przyjść, nie trzeba się zapisywać.
Excellent read. Cultivate the virtues within yourself and your children. I have read a few books from the FIRE community but they never touched on this aspect. Virtues are the the key. @JohannKurtz
Ależ perełka się odnalazła!
Odnaleziono kompletnie nieznany film z pogrzebu Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Nagranie zostało zrealizowane 18 maja 1935 r. przez Tadeusza Rowińskiego, krakowskiego stomatologa i filmowca-amatora.
Źródło: @NAC_GOV_PL