Spodziewaliśmy się oczywiście, że @elukacijewska nie odpowie na nasze pismo. Dla porządku, żeby wszystko było jasne, skierowaliśmy kolejne do @pawelkowalpl.
Podkarpacie, 26 sierpnia 2026 roku
Szanowny Pan
Poseł Paweł Kowal
Przewodniczący Koalicji Obywatelskiej na Podkarpaciu
Ujawnienie nieprawidłowości w Szpitalu Południowym skłaniało, by wrócić do zdarzeń na Podkarpaciu, dotyczących działalności europosłanki Elżbiety Łukacijewskiej — jednego z czołowych polityków KO w regionie. Pozwoliliśmy sobie (jeszcze w lipcu) skierowań do niej pismo, w następującej sprawie. Na początku 2023 roku, podczas debaty nad finansowaniem przez Rzeszów procedury in vitro z inicjatywy prezydenta Konrada Fijołka, środowiska katolickie zgłaszały wątpliwości moralne i prawne. Elżbieta Łukacijewska odpowiedziała: „Nie rozumiem, skąd w ludziach jest tyle zła, zacietrzewienia i niezrozumienia". W reakcji skierowaliśmy do niej pytania o status zarodka, prawa dziecka, odpowiedzialność instytucji i skutki możliwych pomyłek. Pozostały bez odpowiedzi. Wydarzenia w Szpitalu Południowym pokazały, że problemy te nie były abstrakcyjne. Ponownie zwróciliśmy się więc do europosłanki, pytając również, czy przeprosi działaczy katolickich, których obrażała chyba bezzasadnie. Niestety, pismo również pozostało bez odpowiedzi, stąd za celowe uznaliśmy zwrócenie się do Pana Przewodniczącego. Mieszkańcy Podkarpacia, tradycyjnie przywiązani do Wiary i Kościoła, mają prawo poznać oficjalne stanowisko Koalicji Obywatelskiej w tej sprawie, jak również w kolejnej, dotyczącej również działalności Elżbiety Łukacijewskiej.
W 2025 roku Elźbieta Łukacijewska włączyła się także w medialne działania zmierzające do usunięcia z pracy prawnika współpracującego z naszym Stowarzyszeniem, reprezentującego kapłanów i broniącego nauczania Kościoła. Działania te znalazły wyraz https://t.co/vX8OsFuG10. w artykule Agaty Kulczyckiej „Kogo zatrudnił nowy dyrektor szpitala MSWiA” opublikowanym 26 listopada 2025 roku w rzeszowskim wydaniu „Gazety Wyborczej". Nie zarzucono prawnikowi braku kompetencji ani uchybień zawodowych; obciążające miały być występowanie w obronie nauczania Kościoła. Kuria Diecezjalna w Rzeszowie, pismem Kanclerza ks. prof. Piotra Steczkowskiego z 30 września 2025 roku, określiła takie działania jako „naganne ataki medialne” i „akty dyskryminacji ze względów światopoglądowych". Kopię niniejszego pisma przekazujemy również Kurii.
Zasadnym pozostaje zatem pytanie do regionalnego lidera Koalicji Obywatelskiej, czy działania Elżbiety Łukacijewskiej realizują oficjalne stanowisko ugrupowania na Podkarpaciu. Czy ona sama albo regionalne władze KO przeproszą działaczy katolickich za bezpardonowe ataki w sprawie in vitro? Czy KO podtrzymuje pogląd, że katolicy publicznie broniący nauczania Kościoła nie powinni być zatrudniani w instytucjach publicznych, szczególnie jako prawnicy?
Ryszard Skotniczny
Prezes Stowarzyszenia Europa Tradycja
do wiadomości:
Kuria Diecezjalna w Rzeszowie
Ostentacyjne łamanie prawa gwarancją bezkarności
Od 29 września 2026 r. zwolennicy aborcji chwalą się uruchomieniem przy ul. Wiejskiej w Warszawie, naprzeciwko Sejmu, urządzenia nazwanego „Abortomatem”. Women Help Women i Aborcyjny Dream Team przedstawiają je jako pierwszy na świecie system paczkomatowy przeznaczony do wydawania tabletek aborcyjnych. Organizatorzy podkreślają, że nie jest to instalacja ani polityczny happening, lecz działające urządzenie: po kontakcie internetowym i konsultacji osoba zainteresowana otrzymuje kod PIN umożliwiający odebranie przygotowanych preparatów. Sam Aborcyjny Dream Team opisuje urządzenie jako „w pełni funkcjonalny paczkomat”, który wydaje mifepriston i mizoprostol.
Towarzyszy temu przekonanie, że zastosowanie automatu pozwala obejść art. 152 § 2 Kodeksu karnego, ponieważ tabletki nie są wręczane kobiecie przez drugą osobę z ręki do ręki. Art. 152 § 2 k.k. penalizuje udzielenie kobiecie ciężarnej pomocy w przerwaniu ciąży z naruszeniem przepisów ustawy albo nakłanianie jej do tego. Nie wymaga osobistego kontaktu, fizycznego wręczenia preparatu ani obecności pomocnika przy jego przyjmowaniu. Sąd Najwyższy w wyroku z 23 października 2019 r., V KK 517/18, analizował odpowiedzialność z art. 152 § 2 k.k. właśnie w odniesieniu do działań ułatwiających przeprowadzenie aborcji, niezależnie od bezpośredniego wykonania jej przez pomocnika. Automat nie usuwa zatem z całego mechanizmu ludzi: ktoś zdobywa i dostarcza preparaty, umieszcza je w skrytkach, prowadzi kontakt z konkretną osobą, przekazuje PIN i umożliwia odebranie środków. Jeżeli takie działania służą przerwaniu ciąży z naruszeniem warunków określonych przez ustawę, techniczne zastąpienie człowieka automatem w ostatnim momencie dystrybucji nie tworzy przewidzianego przez prawo wyłączenia odpowiedzialności.
Powstaje więc drugie pytanie: dlaczego organy ścigania nie reagują na publicznie ogłoszony i dokładnie opisany mechanizm, który może prowadzić do popełniania kolejnych czynów z art. 152 § 2 k.k.? Nie chodzi o prawo Policji i prokuratury do zainteresowania się sprawą, lecz o ich obowiązki. Art. 10 § 1 k.p.k. ustanawia zasadę legalizmu i nakazuje organowi powołanemu do ścigania przestępstw wszcząć i przeprowadzić postępowanie o przestępstwo ścigane z urzędu. Ustawa o Policji zalicza do podstawowych zadań tej formacji ochronę życia i zdrowia przed bezprawnymi zamachami oraz inicjowanie i organizowanie działań zmierzających do zapobiegania przestępstwom. Najbardziej jednoznacznie problem ujął Sąd Najwyższy w wyroku z 7 lutego 2013 r., WA 1/13, stwierdzając, że organy ścigania mają także procesowy obowiązek zapobiegania popełnianiu przestępstw, powiązany ze stosowaniem środków przewidzianych w prawie karnym. Nie oznacza to obowiązku zastosowania zawsze tego samego środka — zatrzymania człowieka, przeszukania czy zajęcia urządzenia — lecz oznacza obowiązek działania zmierzającego do ścigania czynów już popełnionych i zapobiegania następnym. Jeżeli właściwe organy posiadają wiedzę o działającym mechanizmie mogącym generować przestępstwa i pozostawiają go bez reakcji, powstaje pytanie już nie tylko o odpowiedzialność organizatorów przedsięwzięcia, ale także o niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych. W konkretnych okolicznościach takie zaniechanie może być oceniane również na gruncie art. 231 k.k.
Jest w tej sprawie jeszcze jedna polityczna ironia. Środowiska popierające aborcję sięgają po metodę, którą przez lata stosowało PiS: zamiast ukrywać działanie kwestionowane prawnie, należy wykonywać je jawnie, demonstracyjnie, zuchwale i uczynić z niego fakt polityczny, którego państwo nie odważy się zakwestionować. Teraz podobna logika pojawia się po przeciwnej stronie sporu: urządzenie nie zostało ustawione w ukryciu, lecz naprzeciwko Sejmu, organizatorzy podają adres, opisują sposób działania i publicznie przedstawiają rozwiązanie jako sposób na ominięcie odpowiedzialności. Ostentacja ma działać jak zabezpieczenie: skoro wszystko odbywa się jawnie, pod kamerami i w ramach politycznej manifestacji, reakcja państwa staje się politycznie trudniejsza. Jeśli organy ścigania rzeczywiście pozostawią tę działalność bez reakcji, powstanie niebezpieczna reguła znacznie szersza niż spór o aborcję: najlepszą gwarancją bezkarności staje się nie ukrywanie naruszenia prawa, lecz jego jawność, zuchwałość i polityczne nagłośnienie.
Pytania do Kowala, Łukacijewskiej i Fijołka
Pisaliśmy wcześniej o fundamentalnej zmianie stanowiska państwa polskiego w sprawie rozumienia małżeństwa. Przełom nie polega na tym, że państwo polskie samo udziela ślubów osobom tej samej płci. To jest problem techniczny. Istota sprawy leży gdzie indziej. Z moralnego i doktrynalnego punktu widzenia mniejsze znaczenie ma praktyczne zagadnienie, czy państwo polskie samo zawiera takie małżeństwa, czy też uznaje małżeństwo zawarte przez inne państwo. Tak czy inaczej doszło do zasadniczej zmiany: w polskim porządku prawnym związek dwóch osób tej samej płci może być traktowany jako małżeństwo. Od 23 sierpnia 2026 r. obowiązują wzory dokumentów dostosowane właśnie do takich transkrypcji, a w Rzeszowie dokonano już pierwszych dwóch. Powstaje więc kolejne pytanie: co oznacza to dla katolików, którzy jako urzędnicy albo przedstawiciele władz mają uczestniczyć w wykonywaniu takich przepisów?
Nauczanie Kościoła pozostawia w tej sprawie niewiele wątpliwości. Kongregacja Nauki Wiary w „Uwagach dotyczących projektów legalizacji związków między osobami homoseksualnymi” przypominała najpierw, że małżeństwo istnieje pomiędzy osobami różnej płci. W odniesieniu do prawnego zrównywania związków osób tej samej płci z małżeństwem dokument mówi następnie, że „konieczne jest przeciwstawienie się w sposób jasny i wyrazisty”, nakazuje unikanie formalnej współpracy przy wprowadzaniu takich rozwiązań, a – jeśli to możliwe – również „działania na poziomie wykonawczym”. Wprost wskazuje też możliwość odwołania się do sprzeciwu sumienia (Kongregacja Nauki Wiary, Uwagi dotyczące projektów legalizacji związków między osobami homoseksualnymi, 2003, pkt 5 in fine). Nie jest to więc nauczanie skierowane wyłącznie do parlamentarzysty głosującego nad ustawą. Kościół dostrzega również moralny problem osoby, która ma takie rozwiązanie wykonywać.
Jeszcze precyzyjniej istotę zagadnienia ujmuje „Fiducia supplicans”. Dokument przypomina konieczność unikania „uznawania za małżeństwo czegoś, co nim nie jest” i definiuje małżeństwo jako wyłączny, trwały i nierozerwalny związek mężczyzny i kobiety (Dykasteria Nauki Wiary, Fiducia supplicans, 2023, pkt 4). Jeśli zatem konkretna czynność urzędowa polega na wpisaniu do państwowego rejestru związku dwóch osób tej samej płci właśnie jako małżeństwa, katolikowi trudno potraktować ją jako czynność całkowicie neutralną moralnie. Powstaje co najmniej problem odmowy osobistego udziału, sprzeciwu sumienia albo takiego zorganizowania pracy urzędu, aby osoba związana nauczaniem Kościoła nie musiała sama dokonywać aktu, który w świetle tego nauczania oznacza uznanie za małżeństwo tego, co małżeństwem nie jest.
Nasze środowisko ma szczególne powody, by pochylić się nad tym zagadnieniem. W ostatnim czasie kierowaliśmy pytania najpierw do europosłanki Elżbiety Łukacijewskiej, a następnie do Pawła Kowala, przewodniczącego Koalicji Obywatelskiej na Podkarpaciu. Powodem były wcześniejsze działania Łukacijewskiej wobec prawnika współpracującego z naszym środowiskiem, który w przeszłości występował publicznie z pozycji obrony nauczania Kościoła. Europosłanka podjęła działania, aby taka osoba nie pracowała w instytucji publicznej. Problem nie sprowadzał się więc do ostrej polemiki światopoglądowej. Dotyczył znacznie poważniejszej zasady: czy obrona katolickiego nauczania może stać się podstawą do kwestionowania prawa człowieka do wykonywania zawodu w instytucji publicznej.
Ponieważ pytania skierowane do Elżbiety Łukacijewskiej pozostały bez odpowiedzi, zwróciliśmy się do Pawła Kowala. Pytaliśmy wprost, czy postawa Łukacijewskiej odpowiada stanowisku Koalicji Obywatelskiej na Podkarpaciu i czy KO uważa, że katolicy publicznie broniący nauczania swojego Kościoła nie powinni być zatrudniani w instytucjach publicznych. Także to pismo pozostało bez odpowiedzi. Dziś pytanie wraca. Co będzie z urzędnikami, osobami pełniącymi funkcje publiczne, których obowiązki zawodowe zostaną bezpośrednio skonfrontowane z jego obowiązkiem sumienia w sprawie tzw. transkrypcji?
Mieszkańcy Podkarpacia mają zatem prawo wiedzieć, jakie stanowisko zajmie Koalicja Obywatelska, a w szczególności Elżbieta Łukacijewska, która jest obecnie wiceprzewodniczącą regionalnych struktur ugrupowania, a podjemuje czynne działania, przeciwko takim osobom. Paweł Kowal jako przewodniczący KO na Podkarpaciu powinien powiedzieć jasno, czy katoliccy urzędnicy, samorządowcy i pracownicy instytucji publicznych mogą czuć się bezpiecznie, jeżeli zastosują się do nauczania Kościoła. Czy ich sprzeciw sumienia będzie respektowany? Czy też mają liczyć się z naciskami, odsunięciem od obowiązków, utratą stanowiska albo publicznym żądaniem usunięcia ich z pracy? Wypowiedzieć powinien się również Konrad Fijołek. Prezydent Rzeszowa należy do szerokiego środowiska politycznego współpracującego z Koalicją Obywatelską, a właśnie w Rzeszowie, podczas jego prezydentury, dokonano pierwszych transkrypcji zagranicznych aktów małżeństwa osób tej samej płci. Również Fijołek powinien zadeklarować, czy urzędnik będący katolikiem i odmawiający osobistego udziału w podobnej czynności może liczyć na poszanowanie własnego sumienia, czy też wierność nauczaniu Kościoła zostanie uznana za przeszkodę w pracy dla miasta.
Jeżeli Konrad Fijołek, Paweł Kowal i Elżbieta Łukacijewska sami nie zajmą w tej sprawie jednoznacznego stanowiska, w najbliższym czasie skierujemy do nich oficjalne pisma. Po doświadczeniach z wcześniejszą korespondencją możemy oczywiście spodziewać się, że również tym razem odpowiedź może nie nadejść. Brak odpowiedzi także będzie informacją. W pewnym sensie podobnie stało się przecież z samym pojęciem małżeństwa: nie trzeba było zmieniać ani art. 18 Konstytucji, ani kodeksowej konstrukcji małżeństwa, aby praktyka państwa uległa zasadniczej zmianie. Nie zawsze potrzebna jest więc formalna deklaracja. Czasem z działań – a czasem również z konsekwentnego milczenia – można wystarczająco jasno zrozumieć, jakie stanowisko naprawdę zostało przyjęte. Innymi słowy: wasze milczenie zabrzmi dla katolików jednoznacznie. Złowróżbnie.
"W wypadku prawnego zalegalizowania związków homoseksualnych bądź zrównania prawnego związków homoseksualnych i małżeństw wraz z przyznaniem im praw, które są właściwe temu ostatniemu, konieczne jest przeciwstawienie się w sposób jasny i wyrazisty. Należy wstrzymać się od jakiejkolwiek formalnej współpracy w promowaniu i wprowadzaniu w życie praw tak wyraźnie niesprawiedliwych, a także, jeśli to możliwe, od działania na poziomie wykonawczym. W tej materii każdy może odwołać się do prawa odmowy posłuszeństwa z pobudek sumienia".
Kongregacja Nauki Wiary, Uwagi dotyczące projektów legalizacji związków między osobami homoseksualnymi, 2003, pkt 2
Nie istnieje żadna podstawa do porównywania czy zakładania analogii, nawet dalekiej, między związkami homoseksualnymi a planem Bożym dotyczącym małżeństwa i rodziny. Małżeństwo jest święte, natomiast związki homoseksualne pozostają w sprzeczności z naturalnym prawem moralnym.
Dykasteria Nauki Wiary, Fiducia supplicans, 2023, pkt 4
Fijołek dokonał tzw. transkrypcji – co z tego wynika
W Polsce doszło do zasadniczej zmiany stanowiska państwa w zakresie rozumienia małżeństwa. Dotychczas państwo polskie przyjmowało, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny. Obecnie uznaje, że małżeństwem może być również związek dwóch osób tej samej płci, jeżeli status małżeństwa uzyskał w innym państwie i podlega uznaniu w Polsce. Od 23 sierpnia 2026 r. obowiązują nowe wzory aktów stanu cywilnego, które nie wymuszają już oznaczenia małżonków jako kobiety i mężczyzny. W medialnych komentarzach i wypowiedziach polityków – po wszystkich stronach sporu – istota tej zmiany bywa rozcieńczana sporem o procedury, kompetencje urzędów czy o to, czy państwo polskie samo powinno udzielać takich małżeństw. Z punktu widzenia moralnego i doktrynalnego, nauczania Kościoła, jest to jednak kwestia wtórna. Fundamentalne znaczenie ma zaakceptowanie przez państwo, że związek dwóch osób tej samej płci w ogóle może być małżeństwem. Rozróżnienie, małżeństwa udzielają władze państwa polskiego, czy innego – to tylko zagadnienia proceduralne.
Nad tą kwestią musimy się szczególnie pochylić na Podkarpaciu, regionie tradycyjnie silnie przywiązanym do katolicyzmu i nauczania Kościoła, tym bardziej że władze Rzeszowa kierowane przez prezydenta Konrada Fijołka przyjęły praktykę, w ramach której dokonano już transkrypcji takich związków do polskiego rejestru stanu cywilnego. Politycy deklarujący katolicką tożsamość, duchowni i sami wierni powinni więc odpowiedzieć sobie na pytanie, co oznacza sytuacja, w której państwo i Kościół nie posługują się już tym samym pojęciem małżeństwa.
Dobrą odpowiedzią nie byłoby rozpętanie kolejnej wojny światopoglądowej. Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że retorykę religijną i moralną chętnie wykorzystują politycy – niezależnie od tego, czy ich katolicyzm jest autentyczny, czy wyłącznie deklarowany – do wywoływania medialnego zgiełku, budowania podziałów i mobilizowania własnego elektoratu. Z realizowaniem nauczania Kościoła ma to często niewiele wspólnego. Polaryzacja sprawia natomiast, że stanowisko katolickie zostaje utożsamione z jednym obozem politycznym i wraz z nim zaczyna tracić społeczne poparcie. Sztandarowym przykładem jest ochrona życia: kwestia należąca do fundamentów katolickiej nauki moralnej została wciągnięta w partyjną wojnę do tego stopnia, że dla znacznej części społeczeństwa zaczęła być postrzegana jako element programu politycznego jednej strony, a nie jako samodzielny problem moralny.
Pierwszym krokiem powinno być raczej oficjalne zauważenie przez właściwe władze kościelne, że w fundamentalnej kwestii stanowiska Kościoła i państwa właśnie się rozeszły. Dotychczas prawo kanoniczne i państwowe różniły się w wielu sprawach dotyczących małżeństwa, przede wszystkim jego nierozerwalności, ale były zgodne co do podstawowego elementu: małżeństwo tworzą kobieta i mężczyzna. Było to jasne również po stronie państwowej co widać piśmiennictwie, komentarzach do państwowych ustaw. Wskazywano wprost, że stosunek prawny małżeństwa „może powstać de lege lata wyłącznie pomiędzy mężczyzną a kobietą”, określając to jako zasadę odmienności płci małżonków (K. Osajda [red. serii], M. Domański, J. Słyk [red. tomu], Kodeks rodzinny i opiekuńczy. Komentarz, wyd. 11, 2024, komentarz do art. 1, Nb 4). W innym komentarzu odmienność płci określono jako „konstytutywny wyznacznik małżeństwa”, wynikający zarówno z Konstytucji, jak i Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (M. Załucki [red.], Kodeks rodzinny i opiekuńczy. Komentarz, wyd. 1, 2023, komentarz do art. 1). Także najważniejszy komentarz do Konstytucji ujmował przedmiot ochrony art. 18 - „małżeństwo – jako związek kobiety i mężczyzny” (M. Safjan, L. Bosek [red.], Konstytucja RP. Tom I. Komentarz do art. 1–86, wyd. 1, 2016, komentarz do art. 18, Nb 1). Kościół nauczał tego samego w punkcie podstawowym. Różnił się z państwem co do natury i trwałości małżeństwa, ale nie co do tego, że zakłada ono różnicę płci. Dzisiaj ta wspólna podstawa przestała istnieć.
Nie oznacza to, że wcześniejsze relacje obu porządków były wolne od poważnych trudności. Niektóre skutki modelu przyjętego w realizacji Konkordatu okazały się wręcz tragiczne dla społecznego rozumienia małżeństwa przez samych katolików. Sposób powiązania ceremonii kościelnej z bezpośrednim powstaniem skutków prawa państwowego zatarło dla przeciętnego wiernego różnicę między małżeństwem kanonicznym a jego skutkami cywilnymi. Utrwaliło się przekonanie, że ślub kościelny jest zarazem zwykłym małżeństwem państwowym. Skoro zaś to państwowe małżeństwo można rozwiązać przez rozwód, łatwo powstał następny schemat: najpierw rozwód cywilny, potem sąd kościelny i to, co w języku potocznym zaczęto nazywać „rozwodem kościelnym”. Formalnie określenie to jest oczywiście błędne – sąd kościelny nie rozwiązuje ważnego małżeństwa, lecz może stwierdzić, że od początku nie zostało ono ważnie zawarte – ale społeczny obraz ukształtował się inaczej.
Praktyka sądów kościelnych dodatkowo tę różnicę zaciera. Od osób wnoszących o stwierdzenie nieważności wymaga się wcześniejszego wyroku rozwodowego. W świadomości wiernych powstaje ciąg: ślub kościelny – rozwód państwowy – stwierdzenie nieważności – kolejny ślub. Dla kanonisty są to różne instytucje, ale dla zwykłego człowieka bardzo łatwo stawały się etapami jednej procedury. Strona kościelna po zawarciu Konkordatu nie zadbała dostatecznie o jasne rozróżnienie między małżeństwem kanonicznym a jego skutkami w prawie państwowym. Konkordat mówi o małżeństwie kanonicznym, które po spełnieniu określonych warunków wywołuje skutki przewidziane przez prawo polskie. Polska implementacja poszła natomiast w kierunku konstrukcji, w której podczas ceremonii religijnej nupturienci wyrażają również wolę zawarcia małżeństwa podlegającego prawu polskiemu. W praktyce utrwaliło to obraz jednego ślubu kościelnego, który następnie może zostać objęty państwowym wyrokiem rozwodowym.
Z Konkordatu nie wynika wprost obowiązek wprowadzenia zasady, że małżeństwo katolickie ze skutkami cywilnymi nie podlega rozwodowi. Z punktu widzenia jasności katolickiego nauczania jedynie konsekwentny byłby jednak model, w którym osoba dobrowolnie wybierająca małżeństwo kanoniczne ze skutkami państwowymi przyjmuje również jego cywilną nierozerwalność. Takiego modelu nie przyjęto, a praktyka kościelna często nie pomagała wiernym zrozumieć różnicy. Wcześniej problem dotyczył przede wszystkim trwałości małżeństwa. Dzisiaj dotyczy już tego, co w ogóle może być małżeństwem. Skoro jednak wcześniej strona kościelna poszła na kompromis, małżeństwo tylko w Kościele, ale godzimy się na to, by cywilnoprawne skutki rozwiązywać w sądzie, a potem sami uczymy ludzi, że to ma coś z procedurami stwierdzania nieważności?
Ta sama metoda – jasne rozdzielenie porządków i pojęć – powinna zostać zastosowana obecnie, gdy zmiana po stronie państwa dotyczy już nie tylko rozwiązywalności małżeństwa, lecz także odmienności płci małżonków. Jeżeli nie chcemy za kilka czy kilkanaście lat przekonać się, do jakich kolejnych osobliwości prowadzi dalsze mieszanie obu porządków – być może jeszcze większych niż sytuacja, w której podczas ceremonii kościelnej zawiera się związek nierozerwalny w prawie kanonicznym, a jednocześnie małżeństwo podlegające rozwiązaniu przez rozwód – trzeba zacząć od jasnego określenia problemu. Władze kościelne, katoliccy politycy i działacze powinni powiedzieć wprost: nasze rozumienie małżeństwa i obecne rozumienie małżeństwa przez państwo polskie to już dwa różne pojęcia. Małżeństwo katolickie nie jest małżeństwem w tym samym znaczeniu, w jakim terminem tym posługuje się dziś państwo. To powinien być pierwszy krok, gdy pytamy, co katolicy na Podkarpaciu powinni zrobić wobec stanowiska władz Rzeszowa, prezydenta Konrada Fijołka i nowej praktyki państwa. Jednoznaczne stwierdzenie, że w kwestii samego rozumienia małżeństwa drogi Kościoła i państwa polskiego się rozeszły. Gdy Konrad Fijołek dokonuje tzw. transkrypcji, używa pojęcia małżeństwa dokładnie w ten sam sposób co wówczas, gdyby mówił o przysłowiowym żonatym kawalerze.
Krucjata wątpliwej sprawy
Konto Jack Strong, które duża część komentariatu wiąże z Patrycją Kotecką, opublikowało grafikę przedstawiającą Michała Sopińskiego jako krzyżowca: z mieczem, czerwonym krzyżem na piersi i hasłem „ON WALCZY! BIERZCIE Z NIEGO PRZYKŁAD”. Sopiński pozostaje w ostrym sporze po odwołaniu go z funkcji rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości, a wobec sposobu kierowania przez niego uczelnią sformułowano poważne zarzuty dotyczące https://t.co/vX8OsFuG10. procedur doktorskich, politycznego zaangażowania i wykonywania obowiązków publicznych. Jeśli za Strongiem rzeczywiście stoi Kotecka, szczególnie wymowne jest, że środowisko związane z Ziobrą, samo obciążone dziś poważnymi pytaniami moralnymi, ponownie sięga po katolicką symbolikę, przedstawiając swojego człowieka jako bezkompromisowego wojownika słusznej sprawy.
Czas powiedzieć jasno: katolicy nie powinni się na to dłużej godzić. Kościół nie uczy, że przynależność do katolickiego obozu daje komukolwiek moralny immunitet. Przeciwnie — wiara ma być kryterium oceny własnych czynów, a nie tarczą chroniącą przed odpowiedzialnością. Nadużycie zaczyna się wtedy, gdy zamiast poddać swoje postępowanie osądowi chrześcijańskich zasad, używa się Krzyża, Kościoła i katolickiego języka po to, by samemu wystawić sobie świadectwo moralnej słuszności.
To szczególnie niebezpieczne, bo tworzy prosty przekaz: my jesteśmy krzyżowcami, więc stoimy po stronie dobra, a ci, którzy pytają o nasze czyny, są po stronie przeciwnej. W ten sposób Wiara przestaje być wymaganiem wobec siebie, a staje się narzędziem politycznej legitymizacji. Na to zgody być nie może. Jeśli ktoś chce występować jako obrońca wartości chrześcijańskich, musi najpierw pokazać, że jego własne działania dają się obronić w świetle prawdy, sprawiedliwości i odpowiedzialności.
Podkarpacie, 15.07.2026r.
Szanowna Pani
Elżbieta Łukacijewska
Poseł do Parlamentu Europejskiego
Na początku 2023 roku, gdy prezydent Konrad Fijołek forsował finansowanie procedury in vitro z budżetu Rzeszowa, komentując moralne zastrzeżenia zgłaszane przez środowiska katolickie, powiedziała Pani: „Nie rozumiem, skąd w ludziach jest tyle zła, zacietrzewienia i niezrozumienia”.
W odpowiedzi na te słowa Stowarzyszenie Europa Tradycja skierowało do Pani szczegółowe pytania dotyczące moralnych i prawnych konsekwencji zapłodnienia pozaustrojowego. Pytaliśmy między innymi o status ludzkiego zarodka, znaczenie biologicznego pochodzenia człowieka, prawo dziecka do poznania własnej tożsamości, adopcję i kwestie związane z ewentualnym dalszym rozpatrywaniem sporów między osobami, których dotyczy in vitro i procedur pokrewnych. Pismo zostało zignorowane.
Obecne wydarzenia w Szpitalu Południowym pokazują, że nie były to pytania abstrakcyjne ani przejaw światopoglądowego zacietrzewienia: Pomyłkowe podanie pacjentce zarodka pochodzącego od innej pary unaoczniło realne konsekwencje sytuacji, w której ludzkie zarodki są tworzone, przechowywane, identyfikowane i przekazywane do transferu przez personel medyczny.
Czy zarodek należy traktować jedynie jako niewłaściwie użyty materiał biologiczny, czy jako początek konkretnego ludzkiego życia, posiadającego własną tożsamość? Gdyby transfer doprowadził do narodzin dziecka, kto powinien zostać uznany za jego rodziców? Czy dziecko miałoby prawo poznać swoje biologiczne pochodzenie? Jakie prawa przysługiwałyby obu parom i kto odpowiadałby za nieodwracalne skutki błędu?
Sprawa rodzi również pytanie o standardy obowiązujące we wszystkich klinikach wykonujących procedury in vitro. Czy mamy pewność, że pomyłki takie jak w Szpitalu Południowym są jednorazowym zdarzeniem, a inne używane procedury są w pełni bezpieczne? Czy obecny stan nadzoru pozwala wykluczyć podobne sytuacje w przyszłości? Czy dodatkowe regulacje, których tym razem domaga się prezydent Fijołek, są wystarczające?
Czy po aferze w in vitro w Szpitalu Południowym, będą pod uwagę brane wcześniejsze zaangażowanie w sprawę, w tym pytania, które zadaliśmy? Czy dodatkowe regulacje, o które Pani pyta, są wystarczające?
Z poważaniem,
Ryszard Skotniczny
Prezes Stowarzyszenie
Europa Tradycja
IV Departament wiecznie żywy?
Wątek Sercanów wrócił do sprawy Romanowskiego w zaskakującym miejscu — w Naddniestrzu. To stamtąd ścigany w aferze Funduszu Sprawiedliwości Marcin Romanowski wysyła pisma do polskiego sądu. A właśnie tam Sercanie od ponad trzydziestu lat prowadzą rozbudowaną misję i obsługują parafie https://t.co/vX8OsFuG10. w Tyraspolu, Benderach i Rybnicy.
Sercanie nie pojawiają się w tej historii po raz pierwszy. To zgromadzenie założyło Fundację Profeto kierowaną przez ks. Michała Olszewskiego, zakon był współwłaścicielem nieruchomości, na której za pieniądze Funduszu Sprawiedliwości powstawał Archipelag, a przez jego rachunek przeszedł jeden z badanych przez prokuraturę przepływów finansowych. Medialna opowieść była więc prosta: zakon uczestniczy w wielkim szwindlu na publicznych pieniądzach. Jeśli jednak akcja przeniosła się do Nadniestrza, aż narzuca się spojrzenie z innej perspektywy. W Nadniestrzu wszystko jest grą służb. A co, jeśli ten wątek istotny był dla sprawy Sercanie – Romanowski od początku? Porzućmy na chwilę wersję narzucaną medialnie. Czy inna nie tłumaczy tego wszystkiego znacznie lepiej? To partia i służby od początku instrumentalnie używali Sercanów na swojej kombinacji. Oczywiście, po stronie zakonu musieli być ludzie, którzy wykazali się naiwnością, czy brakami moralnymi, ale tak właśnie zawsze działają służby.
To prowadzi do pytania znacznie szerszego niż odpowiedzialność kilku zakonników: jak naprawdę PiS i podległe mu służby traktowały Kościół? Oficjalnie retoryka była/jest ostentacyjnie katolicka. Jednak dziś nie jest już wielką tajemnicą, Pegasus, wszelkie metody operacyjne – one były stosowane również wobec ludzi Kościoła. Stąd zasadne staje się pytanie, kto realnie działał, kto był obiektem manipulacji nawet bardziej wrednych i toksycznych, niż w czasach IV Departamentu. Komunistyczna bezpieka otwarcie traktowała Kościół jako przeciwnika. Tutaj publicznie składa się deklaracje wiary i sojuszu, a za kulisami można było traktować kościelne struktury jak kolejny teren działań operacyjnych.
Sprawa Romanowskiego jest pod tym względem szczególnie wymowna. Jest co najmniej wysoce prawdopodobne, że jego „ucieczka” z Polski nastąpiła za przyzwoleniem/z pomocą służb. Późniejsza akcja w klasztorze dominikanów w Lublinie tylko tę tezę wzmacnia: służby szukały Romanowskiego w klasztorze, choć wszystko wskazuje na to, że wiedziały już, iż znajduje się poza Polską. Kościół po raz kolejny został więc wykorzystany jako plansza do operacyjnej gry i medialna tarcza. Ciekawe, kto może być zainteresowany medialnym przekazem – to Kościół, Opus Dei, Sercanie, ukrywają Romanowskiego? Kogo może wręcz bawić budowanie takiego przykrycia?
Naddniestrze może być dobrym miejscem, żeby złapać koniec tej nitki i rozplątać cały kłębek. Nie pytać właśnie, czy któryś Sercanin pomaga Romanowskiemu, ale kto przez lata budował wpływy w strukturach Kościoła, jakimi metodami, po co i do czego później tych struktur używano. Wreszcie: dlaczego po 2023 roku także tego mechanizmu nie ujawniono i nie rozliczono?
Kaczyński: „nie bić się w piersi, nie przeprowadzać ekspiacji” – praktyczne i moralne konsekwencje doktryny
Sprawa Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego S.A. dotyczy pieniędzy przeznaczonych na pomoc po powodzi. Według ujawnionych informacji część środków miała trafić do osób związanych rodzinnie, towarzysko lub politycznie z lokalnym środowiskiem Koalicji Obywatelskiej. Jeśli przy ich przyznawaniu łamano zasady, faworyzowano wybranych beneficjentów albo niewłaściwie wykorzystywano publiczne pieniądze, winni muszą zostać rozliczeni.
Jednak trudno nie zauważyć czegoś osobliwego. Do roli najgorliwszych tropicieli sprawy natychmiast zgłosili się politycy PiS — często właśnie ci, których nazwiska pojawiają się przy zarzutach, aktach oskarżenia, śledztwach albo poważnych kontrowersjach dotyczących sprawowania władzy i publicznych pieniędzy. Często są to na dodatek politycy określający się jako konserwatyści, nieraz ostentacyjnie podkreślający związki z Kościołem. Warto więc skonfrontować ich zachowanie z katolickim nauczaniem moralnym.
Zajrzyjmy przede wszystkim do św. Tomasza z Akwinu. Poświęca on zagadnieniu osobny artykuł Summy: „Czy grzesznik powinien upominać winowajców?” (Suma teologiczna, II–II, q. 33, a. 5; wydanie londyńskie: tom 16, Miłość, przełożył i objaśnieniami zaopatrzył ks. Andrzej Głażewski, Katolicki Ośrodek Wydawniczy „Veritas”, Londyn). Nie twierdzi, że grzesznik zawsze musi milczeć. Pisze jednak wprost, że „popełniony grzech czyni człowieka niegodnym upominać innych”, zwłaszcza gdy sam dopuścił się grzechu cięższego.
Drugi problem pojawia się wtedy, gdy własne przewinienia są jawne. Takie upominanie może wyglądać na działanie „nie z miłości, lecz raczej żeby się pokazać”. Św. Tomasz przytacza też przestrogę, „dawaniem dobrej nauki pokryć własne występki”, nie jest właściwym. Trzecim problemem jest pycha: upominający „lekceważąc własne grzechy, w własnym mniemaniu stawia się wyżej”, a cudze osądza „jakby sam był niewinny”.
Jeszcze raz. Nie wynika z tego, że sprawy Karkonoskiej Agencji Rozwoju Regionalnego nie należy rozliczać. Wynika coś innego: nie powinni stawać na czele tych rozliczeń akurat ludzie obciążeni własnymi, niewyjaśnionymi sprawami. To odbiera wiarygodność samym procedurom, jest źródłem zgorszenia. No chyba że właśnie chodzi o próbę zasugerowania Polakom: z tego, że w KO są przypadki nadużyć, ma wynikać, należy uznać za niebyłe to, co czyniło PiS. Jednak św. Tomasz chyba nie poparłby moralnie takiej koncepcji.
Może być jeszcze gorzej, wystawienie przez PiS obecnie właśnie tych ludzi, jako czołowych rozliczających, brzmi trochę jak oferta: my mieliśmy swoje afery, wy macie swoje, więc nikt nikogo naprawdę nie rozlicza. Dla całej klasy politycznej przecież wystarczy — można dalej wspólnie doić Polaków.
Przywołajmy może jeszcze św. Augustyn. Komentując słowa Chrystusa o źdźble w oku brata i belce we własnym oku (Mt 7,3–5), mówi wprost: „oskarżanie występków jest obowiązkiem ludzi dobrych, gdy to czynią źli, czynią co do nich nie należy”. Każe też przed osądzaniem drugiego najpierw zapytać, czy sami nie dopuściliśmy się tego samego. Jeśli zaś nadal tkwimy w podobnym grzechu, radzi: „nie róbmy mu wyrzutów lecz współczujmy z nim i wezwijmy go do wspólnej poprawy”.
Smutne jest również to, że stanowisko tych właśnie polityków, których sposób działania tak trudno pogodzić z uwagami św. Tomasza i św. Augustyna, propaguje przede wszystkim Radio Maryja. Nie trzeba jednak długo szukać, czyja wizja jest w ten sposób realizowana. Jarosław Kaczyński mówił po wyborach, w Przysusze: „Po pierwsze nie płakać, nie bić się w piersi, nie przeprowadzać ekspiacji — to nie ma sensu, to jest tylko działanie na korzyść naszych przeciwników”. Mateusz Morawiecki, na tym samym kongresie zadeklarował: „ani kroku wstecz”.
Takie jest konsekwentne stanowisko PiS, a za nimi Radio Maryja. Brak rozliczeń okresu własnych rządów, wszystko było świetnie. Zamiast tego ofensywa i rozliczanie innych. Tyle że z punktu widzenia katolickiej moralności trudno oczekiwać dobrych owoców po metodzie opartej na pomijaniu własnej odpowiedzialności i surowym osądzaniu cudzej.
Prof. Marcin Matczak zapomniał
Marcin Matczak w artykule „Dlaczego na prawicy jest tak wielu formalistów prawnych”, GW 29 lipca 2026 r., analizuje spór między literą a duchem prawa. Punktem wyjścia czyni znany żart o facecie, który przyszedł do domu z dziesięcioma bochenkami po instrukcji małżonki: „Kup dwa bochenki chleba, a jak będą jajka, weź dziesięć”, pokazując, że samo brzmienie zdania nie wystarcza do ustalenia jego sensu. Znaczenie zależy także od kontekstu i celu wypowiedzi.
Matczak odwołuje się do teorii Waltera Kintscha, który rozróżnia „bazę tekstową” – to, co wynika bezpośrednio ze zdań – oraz „model sytuacyjny”, budowany przez odbiorcę z użyciem wiedzy o rzeczywistości. W prawie odpowiednikiem bazy tekstowej jest litera przepisu, a modelu sytuacyjnego – jego duch i funkcja. Autor przekonuje, że nie istnieje czysto literalna wykładnia prawa. Także formalista, który twierdzi, że tylko czyta przepis, posługuje się określonym obrazem świata i ustroju. Antyformalista ujawnia swoje założenia, formalista zaś przedstawia je jako oczywiste znaczenie samych słów. Dzięki temu może nimi manipulować.
Matczak ilustruje tę tezę przykładami z polskich sporów konstytucyjnych. Przepis o składaniu ślubowania przez sędziego Trybunału Konstytucyjnego „wobec Prezydenta RP” nie mówi wprost, że chodzi o urzędującego prezydenta; wynika to z przyjętego modelu ustrojowego. Podobnie spory o wybór sędziowskiej części KRS przez Sejm czy o możliwość zastosowania prawa łaski przed prawomocnym wyrokiem nie są sporami wyłącznie o słowa. Zależą od tego, czy przyjmiemy model dominacji większości parlamentarnej i szerokiej władzy prezydenta, czy model podziału władz, niezależności sądów i konstytucyjnych ograniczeń organów politycznych.
Główna teza tekstu brzmi więc: pytanie nie powinno brzmieć „litera czy duch prawa?”, lecz „jaki model sytuacyjny przyjmujemy i co go uzasadnia?”. Matczak trafnie pokazuje, że formalizm często ukrywa wybór polityczny pod pozorem językowej oczywistości. Jednak jest pewien problem z tekstem Matczaka. Zapomniał odpowiedzieć na pytanie z tytułu: dlaczego właśnie na prawicy jest tak wielu formalistów prawnych? Dlaczego PiS, środowisko propagandowo kreujące się na obrońcę prawdziwych zasad, wyrabia rzeczy o których każdy człowiek powie, że to drwiny z prawdy I zdrowego rozsądku? Odpowiedź prowadzi głębiej niż spór o metody wykładni. Do samego rdzenia kwestii, gdzie zmierza rzeczywistośc polityczna współczesności.
Fukuyamowska teza, że liberalna demokracja jest ostatecznym i bezalternatywnym ustrojem, upadła. Dla konserwatystów powinien to być moment triumfu, ale także odpowiedzialności: skoro liberalizm nie jest końcem historii, trzeba pokazać, jaki porządek ma go zastąpić. Nowa prawica takiej całościowej alternatywy jednak nie ma. Ma przeciwników, urazy i katalog instytucji przeznaczonych do zniszczenia, ale nie ma przekonującej teorii nowego ładu. Zakłada, że po rozbiciu liberalnej demokracji tradycyjny porządek wyłoni się niejako sam. To złudzenie. Liberalna demokracja była z punktu widzenia tradycyjnej Europy częściowo herezją, lecz zachowała wiele jej zasad: ograniczenie samowoli władzy, godność osoby, autonomię prawa, odpowiedzialność za słowo, trwałość instytucji i przekonanie, że człowiek nie może być wyłącznie narzędziem silniejszego.
Nowa prawica niszczy te pozostałości w imię walki z liberalizmem, stosując metody sprzeczne również z własną deklarowaną moralnością: instrumentalizację prawa, kłamstwo, cynizm, pogardę dla procedur i zasadę, że dobry cel uświęca każdy środek. Nie da się jednak przywrócić porządku opartego na zasadach przez nauczenie społeczeństwa, że żadna zasada nie obowiązuje, gdy przeszkadza w zdobyciu władzy.
Co więcej, szczególnie w USA widać, że skutkiem może być nie restauracja tradycyjnej Europy, lecz dalszy krok w przeciwnym kierunku. Sojusz z technologicznymi oligarchami pokroju Petera Thiela nie prowadzi ku wspólnocie, obowiązkowi i ograniczonej władzy, lecz ku systemowi prywatnej potęgi, nadzoru, technokracji i kultu efektywności. To, co Matczak nazywa formalizmem, szeroko rozumiana kultura tej postawy, służy tu rozmontowaniu liberalnych zabezpieczeń, ale powstałej próżni nie wypełnia tradycja. Wypełniają ją ci, którzy dysponują kapitałem, technologią i informacją.
Dlatego prawicowy formalizm jest atrakcyjny: pozwala niszczyć liberalny porządek pod pozorem technicznego stosowania prawa, bez przedstawienia rzeczywistej alternatywy. Problem polega na tym, że droga od liberalnej demokracji nie musi prowadzić ku takim jak uprzednie lub nowym rozwiązaniom lepszym. Może prowadzić dalej – ku ustrojowi jeszcze bardziej antytradycyjnemu niż ten, który nowa prawica chce pogrzebać. Nie wiadomo, czy Matczak też tak to widzi, skoro jedna zapomniał odpiwiedzieć na własne pytanie, spróbowaliśmy uczynić to za niego. Po prostu to, co obecnie chce sie nazywać prawicą czy konserwatyzmem, nie ma żadnego prawdziwego pomysłu, ani autentycznych przekonań moralnych, nie mówiąc o formacji. Może uda im się takimi metodami wysadzić w powietrze liberalno-demokratyczny porządek, ale ludzie tradycyjnej Europy, wcale automatycznie nie muszą dla tej wizji oszaleć z radości. Wygląda bowiem na lekarstwo znacznie gorsze, od choroby. W Polsce, po ośmiu latach rządów PiS, wiemy to najlepiej.
@paul_8219 Może. Co nie zmienia faktu - istota sprawy jest chyba gdzie indziej. W imię tego samego zdrowego rozsądku, nikt chyba nie uwierzy, że jakiś tam sobie pan, jest w stanie, bez pomocy, rozkręcać takie kampanie medialne. A kto rozkręca kampanie medialne?
@paul_8219 Trzeba by znać akta, a jeszcze lepiej, ludzi bezpośrednio. To trudno weryfikowalne, więc łatwo się podłożyć na ulubiony zarzut - ofiarom nie współczujecie. Natomiast szczególnie po sprawie Epstina to raczej wiadomo, co się za takimi grami najczęściej kryje...
@paul_8219 W to trudno wnikać. Każdy sam musi sobie wyrobić pogląd, o wiarygodności. Kwestie prawne bardziej obiektywne i tam dzieją się rzeczy dziwne. Chyba że IV Dep. - wiecznie żywy...
To zaczyna się robić nieznośne. Biskup miejsca, powinien chyba zabrać głos. To jawne pochwalanie skrajnej niemoralności autorytetem Kościoła. Katolicy nie pogodzili się z podporządkowywaniem Kościoła jednej partii i służbom. A. Jarząbek i A. Dudek o wybrykach wokół D. Obajtka.
@RadioMaryja Generalnie @RadioMaryja zajmuje się szerzeniem propagandy politycznej PiS. W takim razie, jak pada info o in vitro, nie należałoby przypominać, co to środowisko o tym? Zresztą od dawnych czasów, projektu obywatelskiego dot. in vitro?
Podkarpacie, 15.07.2026r.
Szanowna Pani
Elżbieta Łukacijewska
Poseł do Parlamentu Europejskiego
Na początku 2023 roku, gdy prezydent Konrad Fijołek forsował finansowanie procedury in vitro z budżetu Rzeszowa, komentując moralne zastrzeżenia zgłaszane przez środowiska katolickie, powiedziała Pani: „Nie rozumiem, skąd w ludziach jest tyle zła, zacietrzewienia i niezrozumienia”.
W odpowiedzi na te słowa Stowarzyszenie Europa Tradycja skierowało do Pani szczegółowe pytania dotyczące moralnych i prawnych konsekwencji zapłodnienia pozaustrojowego. Pytaliśmy między innymi o status ludzkiego zarodka, znaczenie biologicznego pochodzenia człowieka, prawo dziecka do poznania własnej tożsamości, adopcję i kwestie związane z ewentualnym dalszym rozpatrywaniem sporów między osobami, których dotyczy in vitro i procedur pokrewnych. Pismo zostało zignorowane.
Obecne wydarzenia w Szpitalu Południowym pokazują, że nie były to pytania abstrakcyjne ani przejaw światopoglądowego zacietrzewienia: Pomyłkowe podanie pacjentce zarodka pochodzącego od innej pary unaoczniło realne konsekwencje sytuacji, w której ludzkie zarodki są tworzone, przechowywane, identyfikowane i przekazywane do transferu przez personel medyczny.
Czy zarodek należy traktować jedynie jako niewłaściwie użyty materiał biologiczny, czy jako początek konkretnego ludzkiego życia, posiadającego własną tożsamość? Gdyby transfer doprowadził do narodzin dziecka, kto powinien zostać uznany za jego rodziców? Czy dziecko miałoby prawo poznać swoje biologiczne pochodzenie? Jakie prawa przysługiwałyby obu parom i kto odpowiadałby za nieodwracalne skutki błędu?
Sprawa rodzi również pytanie o standardy obowiązujące we wszystkich klinikach wykonujących procedury in vitro. Czy mamy pewność, że pomyłki takie jak w Szpitalu Południowym są jednorazowym zdarzeniem, a inne używane procedury są w pełni bezpieczne? Czy obecny stan nadzoru pozwala wykluczyć podobne sytuacje w przyszłości? Czy dodatkowe regulacje, których tym razem domaga się prezydent Fijołek, są wystarczające?
Czy po aferze w in vitro w Szpitalu Południowym, będą pod uwagę brane wcześniejsze zaangażowanie w sprawę, w tym pytania, które zadaliśmy? Czy dodatkowe regulacje, o które Pani pyta, są wystarczające?
Z poważaniem,
Ryszard Skotniczny
Prezes Stowarzyszenie
Europa Tradycja