Komisja Europejska po raz kolejny pokazuje, że demokrację traktuje jak instrukcję obsługi: zagląda do niej tylko wtedy, gdy naprawdę musi. Gdy zaczyna przeszkadzać — odkłada ją na najwyższą półkę, poza zasięgiem rąk i pytań.
W zaciszu brukselskich gabinetów, bez fanfar i bez wstydu, z pakietu dokumentów dotyczących umowy handlowej UE–Mercosur zniknęła deklaracja, że porozumienie nie może wejść w życie bez zgody Parlamentu Europejskiego. Prezydencja cypryjska usunęła ją pod presją KE. Zniknęła jak poprawka wprowadzona nocą. Jak gwiazdka w regulaminie. Jak sumienie w procedurze „przyspieszonej”.
Komisja zapewne uzna, że to nie „usunięcie”, lecz „optymalizacja procesu decyzyjnego”. Parlament? Owszem, ważny. Ale później. Po fakcie. Gdy cła zostaną zniesione, towary ruszą w obieg, a rzeczywistość stanie się trudna — jeśli nie niemożliwa — do cofnięcia.
To stara sztuczka znana z polityki europejskiej od lat: najpierw fakty dokonane, potem debata. Najpierw handel, potem wartości. Najpierw interesy, dopiero na końcu europosłowie — by mogli sobie co najwyżej pogratulować, że zostali elegancko pominięci.
Ironia polega na tym, że ta sama Komisja Europejska, która godzinami poucza państwa członkowskie o praworządności, przejrzystości i roli parlamentów, w praktyce traktuje Parlament Europejski jak zbędny załącznik. Coś, co można odpiąć, gdy zaczyna być niewygodne. Demokracja — tak. Ale bez realnego udziału demokratycznie wybranych przedstawicieli.
Warto przy tym jasno powiedzieć: zgodnie z traktatami Parlament Europejski musi wyrazić zgodę na umowy handlowe tej rangi. Problem polega na tym, że Komisja od lat testuje granice, rozważając podział porozumień na części, które można wdrażać tymczasowo lub omijać pełną kontrolę parlamentarną. Formalnie wszystko się zgadza. Prawnie — coraz mniej.
Komisja znów wybiera skrót. Tyle że ten skrót prowadzi dokładnie tam, gdzie Unia najmniej chce trafić: do przekonania, że europejska demokracja jest dekoracją, a decyzje zapadają gdzie indziej. Bez głosowania. Bez sprzeciwu. Bez Parlamentu.
Na koniec zostaje więc pytanie, które w Brukseli powinno być słyszalne już głośno: czy europosłowie, sprowadzeni w tej historii do roli statystów, pracują nad wnioskiem o votum nieufności wobec Komisji Europejskiej?
https://t.co/Nli8bjCrvO Niestety w zamian za pochówki niewinnych ofiar ludobójstwa na Ukrainie, polskie władze zgodziły się na renowację pomników zbirów z UPA. To ogromny i haniebny błąd. To spełnienie zasadniczego celu strony ukraińskiej, czyli doprowadzenia do symetrii. A to nie jest żadna symetria, bo w Polsce leżą bandyci z UPA, którzy polegli w walce z bronią w ręku w starciach z polskim wojskiem, a po tamtej stronie kobiety, dzieci, okrutnie pomordowani i bezbronni. W filmie „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego pada sentencja, że „Kresowian zabito dwukrotnie: raz przez ciosy siekierą, a drugi raz przez przemilczenie”. Na naszych oczach dokonuje się trzeci akt martyrologii Wołyniaków. Zrównanie morderców z ofiarami. Znakiem tego: „Kresowian zabito trzykrotnie”.
Na platformie X jeden pan napisał, że wspierając Ukrainę „trzymamy armię Putina z dala od naszych granic”. Inny grzmi, że „kretyni albo zdrajcy”, atakując Ukrainę, przyspieszają marsz Rosjan ku Polsce. Jeszcze inny twierdzi, że czołgi Putina są „zaledwie 900 km od naszej granicy”, a osłabienie Ukrainy skróci ten dystans.
Wszystkim komentatorom o ograniczonej spostrzegawczości donoszę, że armia Putina stoi na polsko-rosyjskiej granicy od dawna. Dokładnie od grudnia 1991 roku, w obwodzie kaliningradzkim na odcinku 210 km. Stoją nie tylko czołgi, ale i mobilne wyrzutnie Iskander-M, zdolne przenosić głowice konwencjonalne i jądrowe. Dystans do Warszawy taka rakieta pokonuje w trzy minuty.
Z wypowiedzi naszych strategów i ekspertów wynika, że rosyjskie wojska są tak doskonale zamaskowane, iż nie mogą ich dostrzec.
Prezydent Nawrocki uznał, że świadczenie 800+ powinno przysługiwać wyłącznie tym obywatelom Ukrainy, którzy podejmują pracę w Polsce. Zawetowana przez niego ustawa była projektem rządowym, przedłużającym prawa do świadczenia wychowawczego dla wszystkich Ukraińców przebywających w naszym kraju.
Obecny mechanizm, którego rządowa nowelizacja nie zmieniała, sprzyjał masowym nadużyciom ujawnianym podczas kontroli ZUS i samorządów. Raport NIK z 2023 roku wskazywał na brak skutecznych narzędzi weryfikacji oraz opóźnienia w wymianie danych z Ukrainą.
Nawrocki zrobił więc to, na co wielu wcześniej nie miało odwagi – szczególnie wobec obywateli Ukrainy. Wyciągnął wtyczkę z maszyny drukującej pieniądze dla wszystkich i pokazał, że polityka socjalna to nie tylko festiwal empatii na cudzy rachunek.
Pozostaje mieć nadzieję, że taka praktyka stanie się trwała.
Rząd Donalda Tuska planuje znaczące podwyżki akcyzy na napoje alkoholowe. Od 1 stycznia 2026 roku stawki mają wzrosnąć o 15% w stosunku do poziomu z 2025 roku, a od 1 stycznia 2027 roku – o kolejne 10%. Rząd tłumaczy ten krok troską o zdrowie publiczne i potrzebą ograniczenia dostępności alkoholu. W rzeczywistości zasadniczym celem jest zwiększenie wpływów do budżetu – zarówno z samej sprzedaży, jak i z tytułu kosztów zdrowotnych związanych ze spożyciem alkoholu.
Z ogromnymi problemami budżetowymi zmagał się także mój rząd. Sposobem na poprawę sytuacji nie były jednak podwyżki podatków, lecz ich obniżanie. Przypomnę choćby zmniejszenie stawki CIT z 27 do 19 procent czy redukcję akcyzy na alkohol.
1 października 2002 roku rząd obniżył akcyzę na wyroby spirytusowe o 30%. Wbrew obawom dochody budżetu nie spadły, lecz wzrosły – o 800 mln zł w porównaniu z rokiem wcześniejszym. Wyraźnie zmniejszył się przemyt oraz nielegalna produkcja i sprzedaż alkoholu bowiem „szara strefa” straciła na opłacalności. Konsumpcja alkoholu wzrosła – z 7,2 l do 8 l na osobę – ale jednocześnie spadła liczba zatruć bimbrem i alkoholem niewiadomego pochodzenia.
Dziś Związek Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy alarmuje, że z powodu „szarej strefy” budżet traci już około 1,3 mld zł rocznie. Kolejna podwyżka akcyzy ten problem tylko pogłębi. Warto więc, aby obecni decydenci sięgnęli do doświadczeń sprzed lat – i zamiast szukać łatwych dochodów w podnoszeniu podatków, pamiętali, że rozsądne ich obniżenie bywa bardziej racjonalnym rozwiązaniem.