Cholerstwo zwie się FIP. Feline Infectious Peritonitis. To choroba atakująca jedynie koty, wobec której weterynarze wciąż rozkładają ręce, na szczęście nie w pełni.
Otóż koty mają swoje kocie koronawirusy. Znajdują się w ich ciałach. Nie wiem dokładnie, ale u wszystkich albo prawie wszystkich kotów. U większości po prostu sobie są, ale u niektórych z wciąż nieznanych przyczyn mutują do zjadliwej postaci. I wtedy taki wirus postanawia zabić żywiciela. Zabić w bardzo okrutny sposób.
Oszczędzę opisów objawów tej choroby, dość powiedzieć, że podczas jednego z zabiegów mojemu kotu Cztery Skarpety ściągnięto 420 ml wody z płuc. A ważył wtedy 4,5 kg, gdyż był w zasadzie skórą naciągniętą na kości. To 10 procent wagi jego ciała.
Słowem, Cztery Skarpety umierał. Było coraz gorzej, naprawdę źle. Kawałki karmy próbowałem wciskać mu do pyszczka ręcznie. Nadaremnie. Leżał plackiem, ledwo chodził i oddychał, często chował się do szaf, co u kotów jest ostrzegawczym sygnałem.
Koty mają instynktownie zakodowane maskowanie swych chorób i cierpień. Kociarze mówią: "cierpią w ciszy". To atawizm; w naturze okazanie choroby i słabości może skończyć się atakiem konkurenta i odebraniem terytorium. Maskują to więc jak mogą. Nie tak łatwo się połapać, że coś nie gra. Warto obserwować uważnie.
Cztery Skarpety umierał. Gasł w oczach. Jest we mnie jednak ostatnio tak dużo niezgody na śmierć, że postanowiłem jednak nie puścić go tak łatwo za Tęczowy Most. Jestem tylko człowiekiem, niewiele mogę, ale to akurat mogłem zrobić. Mogłem spróbować nie dać mu umrzeć.
Po diagnozie FIP zaczęły docierać do mnie szczegóły tej choroby i powoli nogi mi się uginały. Dowiedziałem się, że do niedawna była nieuleczalna i kota czekała pewna śmierć. Tak drastyczna, że lepsza była eutanazja. Dowiedziałem się, że teraz są już jednak leki, ale poza obiegiem. Weterynarz nie może wdrożyć leczenia, nie może ich przepisać. Dowiedziałem się jak je zdobyć. Dowiedziałem się też, ile kosztują.
A są to koszty ekstremalne, naprawdę ekstremalne.
Koszty nie są jednak największym koszmarem. Większym jest logistyka. FIP leczy się zastrzykami w wygolony tyłek kota. Przez 84 dni, zawsze o tej samej porze, z małymi wahnięciami.
Żadna godzina nie była dobra na stałe przez 84 dni, ale wybraliśmy najmniej złą - 19.30. "Śmy" gdyż potrzebowałem pomocy. I tę pomoc dostałem od przyjaciół i sąsiadów, bezinteresownie i w pełnym zakresie.
Nie ma w zasadzie w słowniku słów, które byłyby w stanie wyrazić moją wdzięczność. Oni wiedzą, o kim mówię. Mam w swojej głowie obszerną szufladę z najważniejszym może hasłem w naszym życiu. Brzmi "wdzięczność". I tam przechowuję starannie wszystkie takie zdarzenia. Pielęgnuję je.
Ci ludzie byli u mnie codziennie, bo sam nie byłbym w stanie przytrzymać i kłuć kota, który ma naturę dzikuska. Nie tylko wyrywa się, ale i krzyczy. Bardzo krzyczał przy zastrzykach. Tak bardzo, że pękało mi serce i w początkowej fazie kuracji byłem u kresu wytrzymałości psychicznej.
Wtedy znowu pomagali mi ludzie. Mawiali:
- Krzyczy. Ale żyje.
A gdy miałem naprawdę już dość tego wszystkiego, pytali:
- Proste pytanie. Byłoby ci lepiej bez tych kotów? Byłbyś szczęśliwszy?
- Nie byłbym.
- No to nie ma dyskusji.
Odwołałem wszystko, co mogłem odwołać. Poza wyjątkami jak wesele przyjaciół kasowałem wszystko. Chcę przeprosić wszystkich, którzy próbowali się ze mną umówić od września i słyszeli:
- Nie, bo kot.
Pewnie mieli tego dość. Może mieli mnie za półgłówka. Za wariata, co kota stawia nad inne sprawy. Trudno, niech mają. Zawsze będą uważał, że stosunek do zwierząt definiuje nas jako ludzi.
Odmawiałem jednak, bo trzeba było zrobić zastrzyk. Każdego dnia przez 84 dni, po czym terapia została przedłużona o dwa tygodnie, gdyż wyniki krwi wciąż niepokoiły. 100 dni razem. Ja wiem, że wielu ludzi ma sporo poważnych kłopotów, ale dla mnie było to jedne z najtrudniejszych 100 dni w życiu.
Pod koniec kryzys był chyba największy - dla mnie, dla moich przyjaciół i pomocników, dla Czterech Skarpet, który w kocim łbie miał dobrze zakodowane, że wieczorem sprawimy mu ból i był czujny. Jego tyłek był tak pokłuty, zrost na zroście, że nie było gdzie się wbić. A on krwawił i krzyczał, aż pod koniec mogłem wreszcie na ostatnie kilka dni przejść na tabletki.
Dzisiaj podaję ostatnią.
Do wdzięczności i ulgi jaką czuję dochodzi też satysfakcja. Ktoś powie: "to tylko kot", ale dla mnie to członek rodziny, bliska mi istota, a nie wiedziałem że taką satysfakcję może sprawić stanięcie do walki ze śmiercią o bliską istotę i wydymanie jej. Także w wypadku kota.
Piszę to także po to, że wielkiej pomocy udzielili mi ci, którzy sami przeszli FIP ze swymi kotami (nie zawsze zwycięsko). Teraz służą radą tym, którzy stają na nowo przed tym wyzwaniem.
Ja także jestem gotów do wszelkiej pomocy i wskazówek, o ile kogoś spotka ta choroba i będzie tego potrzebował. Jestem do dyspozycji, mam chyba spory know how.
Cztery Skarpety czuje się dobrze. Ma teraz 5,2 kg, nabrał ciała. Śpi teraz właśnie obok, na kanapie, nie za Tęczowym Mostem. Tyłek się zabliźnia, krzyki ustały. Je samodzielnie i sporo, tłucze się co jakiś czas z innymi kotami, nocą porzuca swą dziką i narwaną naturę, przychodzi do mnie do łóżka się przytulić.
Powiedzcie mi, jak mu nie pomóc?
To znajda, lata spędził w lesie, pewnie sporo przeżył. Chociaż wiem, że to kiepski pomysł i wywołuje wiele szkód, co jakiś czas (tak rzadko jak się da) muszę go wypuścić na ogród, bo inaczej nie da mi żyć. Gdy teraz nabierze pełni sił, pewnie zacznie się tego energicznie domagać. Może wtedy będę musiał go wypuścić. Może on uzna, że w tym domu sprawiano mu ból i już nie wróci. Może sobie pójdzie na zawsze. Będzie mi wtedy bardzo przykro, ale trudno.
Może sobie pójdzie, ale żyje.