@tomo9000p Ja poszedłem na freelance, butikowa agencja jednoosobowa, zamiast jednego prywaciarza mam kilku Januszow. Jest kilka razy lepiej pod kątem finansowym. Tylko wymaga tez doświadczenia w prowadzeniu rozmow biznesowych
@centrum_waw@MikolajPisarski Zawsze drugie dno! A jak nie wierzysz otworz oczy! To tylko wyrwane z kontekstu! Dajcie nagranie! Bez dźwięku sie nie liczy! Ktos podłożył nagranie! Zawsze jest drugie dno! Otworz oczy!
xd dobry typ
(ukradzione z Wykopu od Czoso, ale nikt nie pilnował)
Polska LEKARSKO‑DEWELOPERSKA Anno Domini 2026
• Darmowe studia 🎓
• musisz zdac chemie i biologie na maturze dobrze
• No chyba, ze masz bogatych starych to płatne i 60% wystarczy XD
• 10 years later ⏳⏳⏳
• Dla mniej ambitnych - 42k plus darmowe mieszkania w powiatowym POZ za 160h
• Dla bardziej ambitnych - #lekarz100k , 200k albo 300k
• "Pracujesz" w kwantowym stanie nieoznaczoności w kilku miejscach jednocześnie
• Schrödinger by się zdziwił, ale faktura się zgadza
• Pytasz księgowego 3 razy, czy naprawdę płacisz tylko 14%, bo brzmi jak scam
• On mówi: „nie, to Polska”
• A ile placi reszta korpo‑Areczków? 32% od zawrotnych >10k brutto 😂
• Całe szczęście, w końcu ktoś musi finansowac te drogi po których będziesz jeździł swoją Panamera 🚗
• Inwestujesz miliony w #nieruchomosci, bo Polska betonowy łeb mocno
• 50% nieruchomości w Polsce kupowana inwestycyjnie i podbija ceny Areczkom
• Ale chuj z nimi
• Kupujesz 12 mieszkanie
• Demografia 1.1 yolo XD
• Nie będziesz sie przejmował w końcu tym, że Areczek jakiś musi płacić 20k/m2
• Areczek zarabia 10k brutto → 7k na rękę
• Wynajmuje od ciebie mieszkanie → 3k
• Powiedziałem mieszkanie? Przepraszam, chodzilo mi o flatcoin, unit inwestycyjny ROI 6%.
• Zostaje mu 4k na zycie.
• Areczek (placacy na NFZ) chce dostac sie do lekarza.
• Termin za 3 miesiace.
• "Zapraszam prywatnie"
• 300zl za 15 minut. Leki 200zl. Nastepny
• Areczekowi zostalo 3500zl, a nie zaczal jeszcze jesc XD
• Słuchasz jak twój znajomy pilot F16 pracuje za 16k brutto i kisniesz jak ogórek
• Słuchasz jak twoj znajomy inżynier budownictwa z uprawnieniami projektujacy most robi darmowe nadgodziny i zarabia 12k brutto i kisniesz jeszcze bardziej
• Patrzysz ile zarabia profesor na uczelni i myslisz, ze ktos cie wkreca
• Patrzysz ile zarabia nauczycielka w szkole gdzie przyprowadzasz swojego gówniaka i zastanawisz się czy nie kupić jej kanapki z litości
• Chuj z nimi, to ty jestes elita narodu
• Placisz 8-12% od zysku z najmu.
• Jak sprzedasz to 0%
• Spełniony kładziesz sie na krótką drzemkę (płatną 250zl/h)
• Jesteś zwycięzcą
@krulbijedame Mysle ze dalej nie wiesz bo do rozbiorów doszło z innych powodów. Chciałeś bys sprytny ale nie pyklo. Poducz sie, później nawiazuj
P.s.
Babka gada jak potłuczona
NBA kocha opowiadać historie. To jest jej prawdziwy biznes. Nie koszykówka. Nie rzuty za trzy. Nie wsady. Historie. Sprzedawanie ludziom bajek o przeznaczeniu, odkupieniu, dynastiach i bohaterach. A tegoroczne finały to taki scenariusz, że nawet najbardziej cyniczny skurwiel siedzący od trzydziestu lat przy lidze musi przyznać: dobra, to się samo pisze.
Nowy Jork kontra San Antonio. 1999 wraca jak duch z wilgotnej piwnicy. Tyle że świat się od tamtej pory kompletnie rozjechał. W tamtych finałach średni wynik meczu wynosił Spurs 85, Knicks 80. Dzisiaj Knicks potrafią wrzucić ponad 80 punktów do przerwy. W 1999 obie drużyny trafiały razem średnio 6,4 trójki na mecz. Dziś Julian Champagnie potrafi sam wrzucić prawie tyle w jeden wieczór, a przeciwko Oklahoma City w siódmym meczu odpalił ich 10, wsadził 6. Znak czasów.
A jednak dwie rzeczy się nie zmieniły. Spurs znowu próbują zbudować dynastię wokół kosmicznego wysokiego, który ma 22 lata. Knicks znowu próbują wygrać pierwszy tytuł od 1973 roku. Pięćdziesiąt trzy lata. To już nie jest susza. To geologiczna formacja terenu. Tym bardziej że obie drużyny przyjeżdżają do finałów uzbrojone po zęby.
Knicks mają za sobą jedenaście wygranych z rzędu. Spurs właśnie wywalili za burtę obrońców tytułu, wygrywając siódmy mecz na wyjeździe. W play-offach obie ekipy okupują ścisły szczyt ligi zarówno w ataku, jak i obronie. To nie jest klasyczna historia o faworycie i pretendencie. To bardziej dwa pociągi rozpędzone do dwustu kilometrów na godzinę jadące po jednym torze. Ktoś zaraz będzie zbierał części.
A ja tu sobie pozwolę kilka takich moich take’ów zaprezentować przed finałem.
-
Co zabawne, w sezonie zasadniczym Spurs byli wyraźnie lepsi. 62-20. Net rating +8,4. Knicks? 53-29 i +6,4. A jednak bezpośrednie starcia wygrali nowojorczycy. Dwa do jednego. Pokonali Wembanyamę dwa razy. Jedno zwycięstwo przyszło w finale NBA Cup w Las Vegas. Mecz nie liczył się do tabeli i nie liczył się do statystyk. Ale każdy, kto ogląda NBA dłużej niż od niedzieli, wie, że był to całkiem niezły model próbny tego, co możemy zobaczymy teraz. Raz się na coś przydał ten sztuczny twór Adama Silvera. I pytanko: czy Knicks powinni przed GAME 3 jebnąć baner pod kopułą MSG? Wojna psychologiczna to nie jest czuła kochanka, ale osusza bakłażana jak mało kto.
Spurs wygrali tylko raz. W Sylwestra. 134-132. Champagnie wyglądał wtedy jak człowiek opętany przez ducha Reggiego Millera i wrzucił 36 punktów oraz 11 trójek. Znowu o nim piszę, hmmmm…
Później Knicks rozjechali ich w Madison Square Garden 114-89. To była najwyższa porażka Spurs w całym sezonie. I właśnie dlatego te mecze są ciekawe. Bo w przeciwieństwie do większości ligowych spotkań, tutaj niemal wszyscy byli zdrowi. Żadnych wymówek. Żadnych gwiazdek.
-
A potem jest Wembanyama. Zawsze jest Wembanyama. W NBA 2026 Victor już jest problemem. Wszyscy to wiedzą. Nikt nie ma rozwiązania. Knicks mają do wyboru dwa rodzaje bólu. Mogą wystawić Karla-Anthony'ego Townsa, albo OG Anunoby'ego.
Towns ma rozmiar, ale ma też skłonność do łapania fauli szybciej niż przeciętny człowiek grypę w listopadzie. Wembanyama wymusza w play-offach 6,8 fauli na mecz. To nie jest statystyka. To ostrzeżenie. Nie mówię, że nie będzie z tym flirtu, że Mike Brown nie powie sprawdzam i cyk KATa na bagietę. To może się bardzo szybko na nich zemścić.
Z kolei Anunoby jest jednym z niewielu ludzi na świecie, którzy wyglądają tak, jakby zostali stworzeni w laboratorium do obrony przeciwko kosmicznym mutantom. 201 centymetrów wzrostu. 109 kilogramów. Ruchliwość skrzydłowego. Siła betoniarki. Problem polega na tym, że nawet jeśli znajdziesz idealnego obrońcę na Wemby'ego, dalej bronisz Wemby'ego. To trochę jak znalezienie najlepszego parasola podczas huraganu. Jestem ciekawy, czy w razie nieobecności Mitchella Robinsona, zobaczymy go grającego na centrze. To są właśnie te smaczki, dla nerdów, co spać po nocach nie mogą, bo milionerzy za oceanem piłkę o parkiet odbijają. W RS (według BBRef) spędził na centrze całe 2% czasu gry. W PO już 5%. Jestem tego ciekawy.
-
Największym beneficjentem tej układanki może zostać Towns. Jeżeli Victor będzie krył Harta, (czy tam kogoś mniej znaczącego w ataku) ktoś mniejszy będzie musiał pilnować KAT-a. A Karl-Anthony Towns to nie jest ostatnio człowiek, którego chcesz zostawić przeciwko niższemu obrońcy.
Dwa triple-double w play-offach. 5,9 asysty na mecz. Taki młody Sabonis, ale na koksie. Starego nawet nie wymienili w dokumencie o “Jail Blazers”. Wstyd. Ale do tematu: Kat jest lepszym strzelcem od Cheta Holmgrena? Tak, ale z tą samą możliwością, bonusem takim, niespodzianką w majtach. Bardziej agresywny? Może. Bardziej wszechstronny? Nie przesadzałbym. Bardziej skłonny zamienić twoją obronę w ruinę? Do tej pory się to udawało.
W sezonie zasadniczym oddawał przeciwko Spurs zaledwie 10,3 rzutu na mecz. Najmniej spośród wszystkich starterów Knicks. Trudno uwierzyć, że ten sam błąd zostanie popełniony teraz. Zwłaszcza że Knicks zdobywali przeciwko Spurs średnio 123,3 punktu. Bardziej tylko Denver punktowało SAS. A teraz jeszcze KAT stał się ofensywnym hubem, więc jego szybkie faule, mogę trochę pomieszać szyki w ofensywie Nix.
-
Jest też wojna o rogi boiska. Brzmi nudno? Nie jest nudno. Knicks i Spurs były dwiema drużynami najczęściej szukającymi trójek z narożników. Mikal Bridges. OG Anunoby. Harrison Barnes. Julian Champagnie. Cała czwórka należała do ścisłej czołówki ligi pod względem takich prób.
Knicks trafiają w play-offach 42% rzutów z rogów. Spurs tylko 32%. Ale jest haczyk. Nowy Jork jednocześnie pozwala rywalom oddawać mnóstwo takich rzutów. Do tej pory przeciwnicy pudłowali jak szaleni. Trafiali zaledwie 31,9% otwartych trójek. Najmniej spośród wszystkich finalistów konferencji od momentu, kiedy liga zaczęła to mierzyć. Problem z fartem jest taki, że kiedyś się kończy. I zwykle wybiera najgorszy możliwy moment.
-
Pod koszem sytuacja robi się jeszcze brudniejsza. Mitchell Robinson złamał mały palec prawej dłoni. Czy to tylko palec? Knicks są jak cyganie: prawdy nie mówią. Ale czasem całe finały NBA wiszą na czymś tak absurdalnym. Robinson jest maszyną do zbierania piłek. 24% skuteczności na ofensywnej tablicy. Gdyby rozegrał wystarczająco dużo minut, byłby to najlepszy wynik w historii NBA. W playoffach zbiera 2,5 ofensywnej piłki w zaledwie 14 minut.
W finale NBA Cup przeciwko Spurs zgarnął ich dziesięć. Jak człowiek okradający sklep bez żadnego pośpiechu. Knicks zdobywają najwięcej punktów po dobitkach w play-offach. Nie wiadomo czy M-Rob zagra. Przynajmniej na czas pisania tego tekstu. Gorzej rzucać wolnych już nie będzie, więc sprawa opiera się o jego próg bólu. A taki ziomek jest ważny, bo nagle pokazuje, że chłop bez rzutu, co dobrze zbiera i odbiera alejupy na 6 piętrze znowu jest potrzebny w NBA. On może trochę rozkojarzyć Wembanyamę.
Spurs z kolei byli najlepszą drużyną sezonu zasadniczego w zbiórkach defensywnych. Niepowstrzymana siła kontra nieporuszalny obiekt. Klasyka. Spurs mają jeszcze Luka Korneta, który w brawurowy sposób zatrzymał run Thunder w meczu nr 7 i przybił Hartensteina do tablicy. Zbiera, rękę do bloku wystawi i jest w stanie dać oddech dla kosmicznej bagietki, bez utraty przewagi wzrost. Jeżeli M-Rob nie zagra, to Knicks mogą mieć kłopot nie tyle na samej zbiórce, ale pod koszem. I jako smaczek dorzucam fakt, że Luke zaczynał karierę w Knicks jako stretch five, a jego największym hajlajtem była jego matka na trybunach. Życie pisze ciekawe scenariusze, ale o tym wspominałem już na samym początku.
-
A nad tym wszystkim unoszą się narracje. Jeśli wygrają Knicks, Jalen Brunson stanie się jednym z nielicznych niskich rozgrywających, którzy zdobyli mistrzostwo jako najlepszy zawodnik drużyny*. Jeśli wygrają Spurs, dostaniemy kolejną dynastię, zanim większość ich zawodników nauczy się płacić wyższe podatki.
W internecie jest napisane, że jeśli wygra Brunson albo Fox, będzie to pierwszy leworęczny rozgrywający mistrz NBA od czasu Dereka Fishera w 2010 roku. A ktokolwiek podniesie puchar, zostanie ósmym różnym mistrzem NBA w ciągu ośmiu sezonów. Liga, która przez dekady była klubem kilku dynastii, nagle przypomina ruletkę w kasynie o czwartej rano.
*Brunson to jest w ogóle osobny przypadek. Taki facet stoi dziś przed drzwiami, które w Nowym Jorku wyglądają jak wejście do jakiejś przeklętej krypty pod Madison Square Garden. Za nimi nie ma żadnej gwarancji szczęścia. Nie ma czerwonego dywanu, konfetti ani wzruszających przemówień. Jest ugór. Jest błoto. Jest bagno pełne kości tych wszystkich, którzy próbowali tam wejść przed nim i zostali po drodze wciągnięci pod powierzchnię. Ale jeśli Brunson otworzy te drzwi mistrzowskim kluczem, to już nie będzie zwykłym koszykarzem. Stanie się jednym z tych miejskich duchów, których nazwiska szepcze się po barach od Bronksu po Staten Island. Bohaterem Nowego Jorku na wieki. I właśnie dlatego cała ta historia jest tak cholernie interesująca.
Bo spójrzmy na listę poległych. Patrick Ewing nie dał rady. Carmelo Anthony nie dał rady. Kristaps Porzingis nie dał rady. śmieć randle... no cóż, jego nazwisko w tej opowieści brzmi raczej jak przypis do policyjnego raportu niż rozdział wielkiej legendy, ale ostatnio był płacz w komentarzach, że go nie wymieniłem, więc to robię. Cały ten panteon przewinął się przez Manhattan, a mistrzostwa jak nie było, tak nie było.
Jeżeli Brunsonowi się uda, Nowy Jork dosłownie oszaleje. Miasto zakocha się w nim z tą swoją charakterystyczną, niezdrową intensywnością, z jaką zakochują się ludzie, którzy od dawna nie dostali tego, czego chcieli. A wtedy on i jego dzieci, i dzieci jego dzieci będą chodzić po Wielkim Jabłku jak po własnym salonie. Darmowe obiady. Darmowe drinki. Darmowa nieśmiertelność. I co najgorsze dla reszty ligi - on naprawdę ma papiery, żeby zrobić niespodziankę.
Jest trochę innym graczem niż Shai Gilgeous-Alexander, ale tylko trochę. To ten sam gatunek koszykarskiego drapieżnika. Nie wygląda jak potwór, dopóki nie zacznie gryźć. Potem jest już za późno. Potrafi kąsać półdystansem. Potrafi wbijać się pod kosz tak uporczywie, jak matka ciągnąca za ucho gówniarza, który właśnie rozwalił szybę sąsiadowi. Dorzuci trochę trójek, trochę odegrań, trochę flopów i trochę tego całego koszykarskiego rzemiosła, które na statystykach wygląda niepozornie, a w play-offach zamienia mecze w egzekucje.
Ale najciekawsze jest coś innego. Mike Brown uchylił mu te drzwi.
Bo Knicks pod Tomem Thibodeau przypominali beton zbrojeniowy. Twardy. Niezniszczalny. I równie elastyczny jak słup trakcyjny wbity w środek autostrady. W zeszłorocznych play-offach cała ofensywa była oparta na izolacjach Brunsona. Daj piłkę Jalenowi i patrz, czy wydarzy się cud. Było to brzydkie. Było to męczące. Było to momentami tak toporne, jak próba rozłupania granitu plastikową łyżką. A potem przyszli Pacers i zakończyli ten eksperyment w sposób wręcz humanitarny.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. Ma odmienionego Karla-Anthony'ego Townsa. Ma zagrywki przygotowane pod OG Anunoby'ego. Ma Bridgesa i cały pakiet akcji wykorzystujących jego słynne pięć picków. Knicks nie żyją już wyłącznie na koszykarskiej diecie przypominającej zupę grochową w przydrożnym barze dla kierowców tirów. Teraz mogą zamawiać z karty. Trochę tego. Trochę tamtego. Kilka różnych sposobów na zabicie przeciwnika. Oczywiście Spurs nie są ślepi. Najpewniej od pierwszej akcji rzucą na Brunsona Stephona Castle'a. Będzie pressing. Będzie ciągłe gryzienie po kostkach. Może nawet podwojenia, jeśli starczy im odwagi.
I szczerze? Muszą coś wymyślić. Bo jeśli Brunson zacznie się gubić, jeśli wybiją go z rytmu, jeśli zmuszą go do grania nie swojej koszykówki, to cały plan Knicks może rozsypać się szybciej niż internetowa narracja o Jokiciu jako najlepszym koszykarzu na tej planecie po jednym słabszym meczu. Taki jest ten sport. Jednego dnia budujesz pomnik. Drugiego ktoś sprzedaje go na złom.
-
No i na końcu zostaje pytanie. Kto to wygra? Knicks są wypoczęci i trafiają wszystko. Knicks wyglądają momentami jak drużyna stworzona przez komputer po wpisaniu hasła “idealny play-offowy run”. Ale AI jest zwodnicza. Zapytajcie Olgę Tokarczuk. Spurs mają trzecią obronę sezonu zasadniczego i obecnie najgroźniejszego koszykarza na świecie. Mają Wembanyamę, który zamyka przestrzeń jak czarna dziura pożerająca światło. Mają Foxa. Mają Castle'a i Harpera. Mają młodość, która jeszcze nie wie, że pewnych rzeczy podobno nie da się zrobić. A to bywa najgroźniejszy rodzaj młodości.
Jeżeli Knicks nadal będą trafiać 40% trójek i jednocześnie zmuszać rywali do historycznie słabego procentu, mogą wygrać wszystko. Ale takie rzeczy zwykle nie trwają wiecznie.
Finały są miejscem, gdzie szczęście przychodzi umrzeć. Dlatego ostatecznie może bardziej wierzę w obronę Spurs niż w magię Knicks? Nie ma przypadków, są tylko znaki. Victor Wembanyama ma 22 lata. Tim Duncan miał 22 lata, kiedy zdobywał MVP finałów. Kawhi Leonard miał 22 lata, kiedy zdobywał MVP finałów. Jeżeli historia lubi się powtarzać, to Madison Square Garden za chwilę zobaczy narodziny kolejnego potwora.
Już wcześniej pisałem, dlaczego chciałbym zobaczyć mistrzowski tytuł Knicks. Nowy Jork wciskający ten wielki, neonowy przycisk resetu dla całej ligi byłby czymś więcej niż tylko sportową historią. To byłaby sprawiedliwość dziejowa. I biznesowa. Taki rodzaj triumfu, który gdzieś tam w gabinetach NBA wywołuje westchnienie ulgi, bo największy rynek świata znowu świeci pełnym światłem, a kasa płynie szerokim strumieniem.
Ale zostawmy Knicks. Spójrzmy na Spurs. Bo tutaj robi się naprawdę ciekawie.
Ludzie zapomnieliby o Thunder szybciej, niż internet zapomina wczorajszą aferę. Nagle cała ta nienawiść, którą dziś zbiera Oklahoma, znalazłaby nowy adres. Shai przestałby być dla części kibiców floperem numer jeden. Liga dostałaby nowego złola.
To zresztą historia stara jak NBA. Warriors też kiedyś byli romantyczną opowieścią. Drużyna zbudowana przez draft. Kolektyw. Niski skład - jeszcze nie tak absurdalnie niski jak później - który wygrywał dzięki ruchowi piłki, trójkom i obronie. Ludzie ich kochali. Splash Brothers mniam, mniam. A potem nagle okazało się, że gdy wygrywasz za długo, twoje trójki zaczynają wszystkich wkurwiać, a defensywa staje się symbolem pychy. To, co było inspiracją, zmienia się w obiekt powszechnej irytacji.
Thunder przeszli tę drogę jeszcze szybciej. Jeden pieprzony sezon wystarczył, żeby drużyna z małego rynku, zarządzana wzorowo i budowana cierpliwie przez lata, przestała być sympatycznym projektem dla koneserów, a stała się dla wielu kibiców ligowym tyranem. Tak działa ten biznes. W NBA nie ma nic bardziej podejrzanego niż kompetencja połączona z sukcesem.
I właśnie tutaj wchodzi Victor Wembanyama. On i Spurs mają szansę przejąć tę łatkę. Mają szansę zostać nowym czarnym charakterem ligi. Co najlepsze - zrobić to całkowicie wbrew obowiązującej narracji.
Bo przez dekady karmiono nas tą samą historią. Jordan musiał dostać po głowie. LeBron musiał dostać po głowie. Tu Pistons. Tam Celtics. Tam J.J Barea bierze cię na plecy i jedzie za taczką główna. Jeszcze gdzieś indziej kolejna ściana, kolejny mur, kolejna lekcja pokory. NBA uwielbia opowieści o cierpieniu. O tym, że najpierw musisz przejść własną Golgotę, dostać wpierdol od życia, zahartować charakter i dopiero wtedy wolno ci dotknąć trofeum.
A teraz wyobraźmy sobie scenariusz, w którym Wembanyama po prostu omija cały ten teatr. Pierwsza wizyta w play-offach. Pierwszy poważny szturm. I od razu pierścień.
Bez tego całego kazania o budowaniu charakteru. Bez obowiązkowego cierpienia. Bez dorabiania kolejnych kilogramów mięśni, o które od miesięcy błagają telewizyjne gadające głowy. Zamiast tego gość jedzie do mnichów ćwiczyć balans, równowagę i kontrolę własnego ciała, jakby był bohaterem jakiejś dziwnej powieści science fiction napisanej przez człowieka, który za długo siedział sam w górach.
I nagle wygrywa. Po prostu przychodzi i bierze to, co uważa za swoje.
Właśnie dlatego taki finał byłby tak fascynujący. Nie tylko ze względu na sam wynik. Chodzi o coś większego. O kolejne przesunięcie tektonicznych płyt pod NBA. O moment, w którym jedna z najbardziej ukochanych ligowych mitologii zaczyna się kruszyć. Bo może się okazać, że nie trzeba już cierpieć według starego scenariusza. Może nie trzeba najpierw zostać pobitym przez historię, żeby dostać prawo do pisania własnej.
A jeśli tak się stanie, to przyszłość ligi zrobi się znacznie ciekawsza. I znacznie bardziej niepokojąca.
#NBApl #NBAfinals2026
W Polsce rodzi się 250 tysięcy dzieci rocznie.
W 1983 roku rodziło się 724 tysiące.
Spadek o 65%. I to nie jest dno.
Prognozy na 2030 mówią o 200 tysiącach.
Co to oznacza w praktyce?
Za 20 lat na rynku pracy będzie o 500 tysięcy pracowników mniej niż dzisiaj.
Emerytury? Nie chcę nawet liczyć.
Ale jest druga strona. Mniej ludzi = mniej popytu na mieszkania. Rynek nieruchomości w perspektywie 15-20 lat czeka fundamentalna zmiana.
Kto kupuje dzisiaj mieszkanie pod wynajem z myślą o emeryturze za 25 lat to powinien się poważnie zastanowić.
Bo demografii się nie oszuka. Ani pieniędzmi, ani programami rządowymi.
@Merkuury Tym sie różni Sport od biznesu. Podejście Papuszna skutkowałoby wypowiedzeniem po miesiącu. Nie jesteś efektywny, skuteczny, prowokujesz zle rozwiązania. Nie ma Ciebie. Marek ma farta, zawodnicy też. On w biznesie by nie istniał. Ale po 1 wygranej większość uwierzyła ze ma racje
@SwipaCam I had a question regarding the visit and expanding the fan base, but it seems that the current fans don't support each other the same way they do in Europe
@SpodBartek@historia_org_pl Uważam ze to bardzo wazny temat, by jak najbardziej blisko byly nasze kraje, ze względu na przeszłość. XX lecie międzywojenne nie może ciążyc na naszych relacjach. Dla mnie sami Litwini powinni być najbliższymi naszymi sąsiadami