POLITYKA NA WAKACJE -
ROMANOWSKI AKTUALNIE ZDRADZIŁ JUŻ OFICJALNIE. I KURWA, CHYBA ZOSTAŁEM PROROKIEM.
Pisałem o tym wcześniej. Pisałem, że ta cała historia coraz mniej przypomina polityczną emigrację prześladowanego demokraty, a coraz bardziej spierdalanie przed polskim wymiarem sprawiedliwości na Wschód.
No i proszę.
Tyraspol. Naddniestrze.
Nie Paryż. Nie Londyn. Nie Bruksela. Nawet nie Budapeszt.
Naddniestrze. Prorosyjska dziura wbita w Mołdawię jak zardzewiały gwóźdź, z rosyjskimi żołnierzami, rosyjskimi wpływami i sierpem z młotem w państwowej symbolice.
I tam melduje się Marcin Romanowski – były wiceminister sprawiedliwości Rzeczypospolitej i nadal polityk PiS.
To jest ten moment, kiedy nawet najbardziej odpornemu na rzeczywistość wyborcy powinna się zapalić jakaś kontrolka.
Były wiceminister polskiego rządu, człowiek, który zna państwo od środka, spierdala przed polskim wymiarem sprawiedliwości, najpierw korzysta z ochrony Orbána, a później wypływa w Naddniestrzu.
Kurwa, gdybym napisał taki scenariusz do książki, redaktor powiedziałby:
„Kafir, przestań odpierdalać. Nikt w to nie uwierzy”.
A Polska 2026 odpowiada: potrzymaj mi piwo.
I najlepsze dopiero przed nami.
Romanowski chce teraz listu żelaznego. Czyli mniej więcej: wrócę do Polski, ale najpierw zagwarantujcie mi warunki, które mi odpowiadają.
Fantastyczne.
Jeszcze może samochód podstawić na lotnisko, dietę wypłacić i zapytać, czy pan były minister preferuje miejsce przy oknie.
Ale najbardziej rozwala mnie coś innego.
Romanowski nadal jest w PiS.
Partia, która przez lata sprzedawała Polakom patriotyzm na kilogramy. Rosja tu, agentura tam, Tusk z Putinem, zdrada narodowa co drugi wtorek.
A teraz ich własny polityk siedzi w Tyraspolu.
I nagle patriotyczny megafon dostał zwarcia.
Wyobraźcie sobie przez sekundę, że były wiceminister rządu Tuska, ścigany przez polską prokuraturę, wypływa w Naddniestrzu.
Ja pierdolę.
TV Republika nadawałaby pasek „MOSKIEWSKA ZDRADA” przez trzy tygodnie. Posłowie PiS ustawialiby się w kolejce do kamer, żeby sprawdzić, kto pierwszy użyje słowa „agent”. A pół internetu produkowałoby mapy pokazujące odległość między Tyraspolem a Kremlem.
Ale Romanowski jest swój.
Więc nagle Naddniestrze zrobiło się prawie jak Ciechocinek.
Nie twierdzę, że Romanowski jest rosyjskim agentem, bo na to trzeba mieć dowody.
Twierdzę coś znacznie prostszego:
były wiceminister sprawiedliwości RP i nadal polityk PiS znalazł sobie miejsce pobytu w jednym z najbardziej prorosyjskich zakątków Europy.
I tego faktu nie zagada żadna partyjna szczekaczka.
A ja zaczynam się, kurwa, zastanawiać, czy rzeczywiście jestem prorokiem.
Tylko wiecie co?
Wolałbym się w tej sprawie pomylić. I tak na koniec, GDZIE SĄ KURWA POLSKIE SŁUŻBY A WIEM W DUPIE...
2/
Po trzecie – 205 dni rezerwacji. 186 dni oznaczonych jako "klient nie przyjechał". Potwierdzone 10 dni rzeczywistego pobytu. Sam komunikat nie wyjaśnia wprost statusu pozostałych dni.
Ale ważniejszy jest inny problem.
Brak noclegu nie odpowiada jeszcze na pytanie, czy blokowanie komercyjnie wykorzystywanego apartamentu mogło godzić w interes majątkowy Muzeum.
Oficjalne stanowisko Muzeum z 2025 r. było właśnie takie: apartament Deluxe miał być blokowany przez około 200 dni, w tym w długich okresach, mimo że pokoje i apartamenty były przeznaczone również do komercyjnego wynajmu, z którego wpływy miały zasilać budżet instytucji.
Jeżeli apartament był faktycznie wyłączany z oferty komercyjnej, pytanie nie brzmi wyłącznie:
"czy Karol Nawrocki w nim spał?"
ale również:
"czy wskutek jego rezerwacji albo blokowania Muzeum traciło możliwość odpłatnego dysponowania swoim majątkiem, kto o tym decydował, z czyjej inicjatywy i z jaką świadomością?'
To szczególnie istotne przy ocenie art. 231 k.k., który obejmuje przekroczenie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariusza publicznego działającego na szkodę interesu publicznego lub prywatnego.
I zaznaczmy od razu: nie mówię, że samo zablokowanie apartamentu automatycznie wypełnia znamiona tego przestępstwa. Twierdzę jedynie, że jest to okoliczność wymagająca oceny, której nie zastępuje odpowiedź na pytanie, czy ktoś faktycznie przespał tam noc.
Prokuratura twierdzi wprawdzie, że Nawrocki nie prosił o blokowanie apartamentu, a pracownicy recepcji robili to na polecenie kierownika działu oraz że Nawrocki nie miał dostępu do systemu KW Hotel pro.
Tyle że brak osobistego dostępu dyrektora do programu hotelowego dowodzi jedynie braku osobistego dostępu do programu hotelowego.
Dyrektor instytucji nie musi własnoręcznie klikać "rezerwuj", aby wiedzieć o rezerwacji, zaakceptować ją albo ją zlecić.
Dlatego w zażaleniu interesowałoby mnie przede wszystkim, na jakiej podstawie dowodowej Prokuratura wykluczyła wiedzę lub inicjatywę dyrektora oraz jak skonfrontowała zeznania pracowników z dokumentacją, korespondencją, kalendarzem biura dyrektora i wcześniejszym oficjalnym stanowiskiem Muzeum. Tym bardziej że sama prokuratura podaje, iż właśnie takie materiały zabezpieczyła.
Sąd, rozpoznając zażalenie na umorzenie, może uchylić postanowienie i wskazać okoliczności wymagające wyjaśnienia lub czynności, które należy przeprowadzić; wskazania te są następnie dla organu prowadzącego postępowanie wiążące. Art. 306 § 1a k.p.k. przewiduje zażalenie na postanowienie o umorzeniu śledztwa, a art. 330 § 1 k.p.k. określa skutki jego uwzględnienia.
I na koniec rzecz, którą w swoim wpisie pominął Pan chyba przez roztargnienie:
postanowienie nie jest prawomocne 🤦♂️
Prokuratura napisała to wprost. Stronom przysługuje zażalenie do sądu.
Można oczywiście już dziś ogłaszać polityczne zwycięstwo i pisać o ... "przestępstwach urojonych".
Tylko proszę nie mylić nieprawomocnego umorzenia śledztwa przez prokuratora z prawomocnym zakończeniem sprawy po kontroli sądowej, a własnej interpretacji komunikatu prasowego – z jego treścią.
Zwłaszcza gdy kilka akapitów wyżej ten sam komunikat dostarcza całkiem przyzwoitego materiału do napisania zażalenia.
Ja bym więc z triumfalnym otwieraniem szampana poczekał przynajmniej do chwili, gdy sąd przeczyta całe postanowienie 🤔
Sąd ma bowiem tę irytującą właściwość, że zazwyczaj czyta również te fragmetny, których polityczny wpis już nie potrzebuje😉
Panie Bogucki,
to poważna sprawa i w mojej ocenie zasługuje na przedstawienie maksymalnie uczciwe, rzetelne i pozbawione politycznych uproszczeń. Z tego względu odpowiedź będzie nieco dłuższa.
Mam nadzieję, że poświęci Pan odrobinę więcej swojego cennego czasu na zapoznanie się z moją oceną. Starałem się oprzeć ją wyłącznie na treści komunikatu Prokuratury, przepisach prawa i wynikających z nich wątpliwościach - niezaleznie od tego, komu politycznie mogą być one wygodne.
Przeczytałem cały komunikat Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, a nie tylko fragment nadający się do triumfalnego wpisu. I mam dla Pana złą wiadomość:
z treści tego komunikatu ani wskazanej podstawy umorzenia w żadnym miejscu nie wynika, że badane zdarzenia były "przestępstwami politycznie urojonymi, których nigdy nie popełniono".
Wręcz przeciwnie.
Prokuratura ustaliła, ze w systemie hotelowym muzeum znajdowały się rezerwacje obejmujące 205 dni, oznaczone "Dyrektor" lub "Pan Dyrektor". Przy 186 dniach wpisano "klient nie przyjechał".
Potwierdzono również rzeczywisty pobyt Karola Nawrockiego w apartamencie przez 10 dni podczas kwarantanny.
Nie ustalono zatem, że zdarzenia były "urojone". Ustalono zdarzenia, a następnie prokurator dokonał ich określonej oceny prawnokarnej i uznał, że nie realizują znamion wskazanych typów czynów zabronionych.
To różnica mniej więcej taka jak pomiędzy przeczytaniem postanowienia a przeczytaniem własnego wpisu o postanowieniu 🤷♂️
Co więcej, decyzja została wydana na podstawie art. 17 § 1 pkt 2 k.p.k., czyli z powodu uznania, że czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego.
Nie jest to stwierdzenie, że czynu nie popełniono. Ustawodawca taką sytuację – wraz z brakiem danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie jego popełnienia – reguluje odrębnie w art. 17 § 1 pkt 1 k.p.k. 🧏♂️
I tutaj zaczyna się część naprawdę ciekawa, ponieważ mam kilka pytań nie tylko do Pana, ale również do Prokuratury.
Po pierwsze, śledztwo obejmowało zachowania z lat 2018–2021. Tymczasem zgodnie z przytoczonym przez samą prokuraturę zarządzeniem nr 50/2017 pracownik korzystający z pokoju ponosił koszty jego utrzymania. Dopiero zarządzenie nr 16/2020 z 25 maja 2020 r. przyznało dyrektorowi prawo udzielania ulg i zwolnień z opłat 🤔
Następnie Prokuratura uzasadnia brak przekroczenia uprawnień tym, że dyrektor "mógł udzielać ulg i zwolnień z opłat" i że uprawnienie to nie było uzależnione od żadnych warunków.
Bardzo dobrze.
Tylko że to uprawnienie wynika z regulacji obowiązującej od 25 maja 2020 r.
Wobec tego w ewentualnym zażaleniu – nie apelacji, bo jeszcze nie jesteśmy na tym etapie – sprawdziłbym bardzo dokładnie, czy Prokuratura w pełnym uzasadnieniu rozdzieliła ocenę zachowań sprzed 25 maja 2020 r. od zachowań późniejszych. Jeżeli tego nie zrobiła, późniejsze zarządzenie nie może magicznie zalegalizować wcześniejszego okresu. Prawo nie działa wstecz tylko dlatego, że dzięki temu ładniej wygląda komunikat prasowy 🤷♂️
Po drugie, Prokuratura dwukrotnie podkreśla, że nie ustalono "ponad wszelką wątpliwość", iż Karol Nawrocki faktycznie mieszkał w apartamencie ani że wiedział o wpisach "Pan Dyrektor".
I tutaj pojawia się problem konstrukcyjny.
Skoro podstawą umozrenia jest art. 17 § 1 pkt 2 k.p.k. – brak znamion czynu zabronionego – to dlaczego istotną częścią argumentacji staje się brak możliwości wykazania określonych okolicznosći faktycznych "ponad wszelką wątpliwość"?
Nie przesądzam na podstawie komunikatu prasowego, że kwalifikacja podstawy umorzenia jest wadliwa. Pełne postanowienie może zawierać argumentację, której komunikat nie pokazuje. Ale dla sądu rozpoznającego zażalenie byłby to jeden z pierwszych punktów wymagających kontroli:
czy rzeczywiście stwierdzono brak znamion czynu zabronionego, czy w istocie uznano, że zgromadzony materiał dowodowy nie pozwalał na dostatecznie pewne ustalenie określonych faktów.
1/
KSEF nie zdewastował polskich firm.
Nielegalni imigranci nie zalali Polski.
Mercosur nie zalało Polski trującym jedzeniem.
SAFE nie trafiło do Niemców.
Socjali nie odebrano.
Zarabiamy więcej/ceny rosną wolniej.
Czy cokolwiek, czym straszył PiS/Konfederacja się sprawdziło?
Tędy. Gdy chciałem uzbierać na płytę winylową to ojciec mi dopłacał jeśli zabrałem butelki i makulaturę do punktu skupu, na Chodkiewicza w Bydgoszczy. Uważam, że nie było to menelstwo lecz dobre wychowanie, tym bardziej potrzebne w dobie zagrożenia wszechobecnym plastikiem.
Спочатку він віддав своє авто, а потім ще 370 потужних автівок для наших захисників.
Це не просто волонтер. Це людина, яка ризикує собою щодня, щоб наші хлопці мали чим їздити, евакуювати поранених і тримати оборону.
Польський волонтер Матеуш Водзінський почав з власного позашляховика. А потім уже не зміг зупинитися.
На сьогодні він особисто придбав і доправив на передову 370 потужних автівок, а це понад 80 мільйонів гривень.
І він не просто передає машини - він везе їх сам, у найгарячіші точки, ризикуючи життям.
Його техніка щодня рятує поранених і допомагає нашим хлопцям у бою.
А нещодавно Матеуш отримав високу нагороду від президента України.
І він каже: "Я буду на фронті, поки всі росіяни там не зникнуть".
Коли ти віддаєш власне авто - це подвиг. А коли 370 - це вже історія, яку має знати кожен.
Друзі, давайте просто скажемо йому ДЯКУЄМО! 🇵🇱❤️🇺🇦
Panie Bogucki,
spokojny ton nie zmienia manipulacji w wykładnię prawa. Pański wywód pomija podstawową regułę konstytucyjną, a następnie przedstawia własny wniosek jako hmm "elementarny" (?)
Art. 144 ust. 2 Konstytucji stanowi, że akty urzędowe głowy państwa wymagają kontrasygnaty Prezesa Rady Ministrów. Ustęp 3 zawiera zamknięty katalog wyjątków. Wymienia powoływanie sędziów, lecz nie wymienia mianowania asesorów sądowych.
Dlatego Pański argument, że w art. 106i § 1 Prawa o ustroju sądów powszechnych -ani słowa nie ma o kontrasygnacie- jest pozbawiony znaczenia. Obowiązek kontrasygnaty nie musi być powtarzany w każdej ustawie. Wynika bezpośrednio z Konstytucji i obejmuje każdy akt urzędowy, który nie został wyraźnie zwolniony w art. 144 ust. 3. Ustawa określa, kto mianuje asesorów. Nie czyni jednak z tego aktu konstytucyjnej prerogatywy.
Nie pomaga Panu również rozróżnienie między postanowieniem a dokumentami wręczanymi poszczególnym asesorom. Kontrasygnacie podlega akt urzędowy, a nie jego pamiątkowy egzemplarz. Skoro sam Pan przyznaje, że podpis premiera był wcześniej składany na postanowieniu dotyczącym mianowań, potwierdza Pan istnienie praktyki kontrasygnowania tych czynności, zamiast ją obalać.
Nieprawdą jest także, że wyroki TK z 2007 i 2026 r. tworzą jeden oczywisty ciąg rozumowania. Wyrok SK 7/06 dotyczył zależności asesora od Ministra Sprawiedliwości w dawnym modelu asesury. Nie rozstrzygał, że mianowanie asesora jest prerogatywą z art. 144 ust. 3 pkt 17 ani że wymóg kontrasygnaty narusza niezawisłość.
Co więcej, nawet K 2/26 nie potwierdza Pańskiego twierdzenia o "wyłącznej konstytucyjnej prerogatywie ". W uzasadnieniu tego rozstzrygnięcia stwierdzono wprost, że mianowania asesorów nie można uznać za prerogatywę z art. 144 ust. 3 pkt 17 na podstawie bezpośredniej wykładni pojęcia powoływania sędziów. Sklad orzekający skonstruował dopero nieznaną Konstytucji kategorię "prerogatywy pochodnej"(?!). Innymi słowy- Konstytucja tej prerogatywy nie wymienia, więc próbowano ją wyprowadzić z innych zasad ustrojowych.
Trybunał Konstytucyjny może kontrolować ustawy na podstawie Konstytucji. Nie może jednak dopisywać do zamkniętego katalogu wyjątków nowych kompetencji głowy państwa ani zmieniać ustawy zasadniczej pod nazwą "prerogatywy pochodnej". Konstytucję zmienia się w trybie jej art. 235, nie przez twórczą wykładnię organu kontroli konstytucyjności.
Pomija Pan również, że samo K 2/26 zastrzega skutki wyroku dopiero od dnia jego ogłoszenia. Tymczasem nie zostało ono ogłoszone w Dzienniku Ustaw. Publikacja w zbiorze orzecznictwa TK nie zastępuje ogłoszenia wymaganego przez art. 190 ust. 2 i 3 Konstytucji. Nie można więc traktować tego rozstrzygnięcia tak, jakby skutecznie zmieniło stan prawny przed mianowaniami dokonanymi 28 lipca.
Nie jest również prawdą, że kontrasygnata oznacza przejęcie przez premiera kompetencji do mianowania asesorów. Mianowania dokonuje głowa państwa. Podpis Prezesa Rady Ministrów jest konstytucyjnym warunkiem skuteczności aktu i oznacza przejęcie za niego odpowiedzialności politycznej. Dokładnie tak skonstruowano polski model ustrojowy: zasadą jest współdziałanie obu organów, a samodzielność głowy państwa stanowi wyjątek wymagający wyraźnej podstawy konstytucyjnej.
Żądanie przedstawienia aktów do kontrasygnaty nie jest więc jakimś "naciskiem na władzę sądowniczą". Dotyczy spełnienia warunku prawnego poprzedzającego skuteczne objęcie stanowiska, a nie treści przyszłych orzeczeń asesorów. Straszenie odpowiedzialnością konstytucyjną za stosowanie art. 144 ust. 2 nie zastąpi wskazania przepisu, który mianowanie asesorów zwalnia z kontrasygnaty.
Pan Nawrocki wręczył akty bez wymaganego podpisu premiera, opierając się na nieogłoszonym rozstrzygnięciu organu, który stworzył poza tekstem Konstytucji konstrukcję "prerogatywy pochodnej". Pan zaś przedstawia tę konstrukcję opinii publicznej jako literalną i wyłączną prerogatywę konstytucyjną.
Postawienie sobie gigantycznej sceny na Krakowskim Przedmieściu z okazji zaledwie roczku na urzędzie to egotrip, jakiego polska polityka dawno nie widziała. Nawrocki funduje sobie państwową imprezę urodzinową, na której Stanowski i Ziemkiewicz (czołowy szur polskiego quazi-dziennikarstwa) robią za "pluralistyczne" tło.
Wszystko po to, by hucznie świętować największy "sukces" tej prezydentury: systematyczne blokowanie rozwoju państwa. Nawrocki sypie wetami, a zachwycony elektorat bije brawo. W końcu po co nam posuwanie spraw naprzód, skoro kancelaria prezydenta karmi ich ulubionymi fobiami, w których jedynym zagrożeniem dla Polski jest Ukraina, Tusk, Niemcy i UE.