Kancelaria Prezydenta napisała do X prośbę o usunięcie tego materiału z całej platformy.
Na filmie widać wicepremiera Sikorskiego w centrum wydarzeń, któremu sekretarz stanu Marco Rubio dziękuje za doskonałą współpracę.
Dodaj go do zakładek i podaj dalej, zanim zniknie z X.
Wczoraj pisałem o agentach w Polsce i widzę, że temat ludzi ruszył, a niektórych wręcz wkurwił, więc trzeba powiedzieć to prościej i ostrzej, bo za dużo osób nadal patrzy na kontrwywiad jak na tani serial. Ktoś wpada, są kajdanki, jest konferencja i już połowa publiki myśli, że państwo wygrało. Otóż kurwa nie, nie wygrało. W prawdziwej oper robocie zatrzymanie szpiega bardzo często nie jest żadnym wielkim finałem, tylko ostatnim ruchem, kiedy kończą się inne możliwości albo kiedy polityk chce sobie zrobić sukces pod kamerę. Obce służby nie są bandą kretynów. Czasem specjalnie werbują pionki z niższych szczebli, żeby nasz kontrwywiad zużywał czas, ludzi i środki na figuranta, podczas gdy naprawdę ważna robota idzie gdzie indziej. Czasem takiego człowieka wręcz poświęcają, żeby osłonić kogoś cenniejszego, odwrócić uwagę albo otworzyć drogę następnej operacji. I właśnie dlatego bajka o tym, że jeszcze kogoś „złapiemy” i problem zniknie, jest dla naiwnych nie w temacie. Dobrego szpiega nie zawsze trzeba od razu zamykać. Czasem można go przewerbować, czasem pompować przez niego fałszywe informacje, czasem rozpracować przez niego siatkę, kontakty i sposób działania przeciwnika. Tylko do tego trzeba cierpliwości i państwa, które myśli na kilka lat do przodu a nie do kolejnych wyborów. Tu nie ma miejsca ani na politycznych pajaców napalonych na flesze ani też na ciamajdy bojące się ryzyka. Najgorsze jest to, że przez lata rozwalano to co dawało efekt w na długi „dystnas” mało widowiskowe, ale skuteczne, czyli normalną profilaktykę kontrwywiadowczą i obecność ludzi kontrwywiadu przy strategicznych obiektach i jednostkach. Tak było w UOP tak było w WSI kiedyś taki oficer znał środowisko, wiedział, kto chla, kto tonie w długach, kto nagle żyje ponad stan, kto się sypie i kto może pęknąć przy pierwszej lepszej pokusie, oraz jakie ma poglądy. Dzisiaj tego jest mniej, lub kurwa wcale więc jest mniej informacji wyprzedzającej, mniej czucia ludzi i więcej wielkiego zdziwienia, kiedy kolejny typ z dostępem do papierów, munduru albo obiektu okazuje się umoczony w ruskich po uszy. A przecież te przypadki już się składają w paskudny obraz. Tomasz L., Czeczko, Szmydt, cywilny pracownik MON, teraz żołnierz WOT. To nie wygląda jak seria pechowych historii, tylko jak państwo rozszczelnione przez lata gadania o bezpieczeństwie zamiast prawdziwej roboty. I tu jest jeszcze gorsza rzecz, bo szpiegostwo to nie tylko ludzie od papierów i tajnych danych. To też miękkie wpływy, rozwalanie zaufania do państwa, armii i sojuszy, wpuszczanie obcej narracji do polskich głów. Taki agent nie musi siedzieć z radiostacją w lesie. Czasem siedzi w garniturze, w studiu, przy biurku i robi większą robotę niż niejeden klasyczny szpieg. Dlatego pytanie nie brzmi, ilu jeszcze „złapiemy”, tylko ilu już chodzi wolno, ilu robi swoje po cichu i ilu politycy dalej będą poświęcać albo wystawiać na pokaz, żeby sprzedać ludziom tani sukces. Bo jeśli państwo umie robić tylko konferencje, a nie umie prowadzić długiej gry, to dalej twierdzę, że jesteśmy, kurwa, w czarnej dupie. I żeby spraw była jasna to nie jest żadna wiedza tajemna. W książkach o tym piszą, może niech politycy zaczną czytać, a najlepiej ze zrozumieniem 😉
Gorąco 🔥 polecam lekturę analizy "Jak Magyar ograł system Orbana" wszystkim a szczególnie 10-tce polityków, którzy mają poprowadzić przyszłoroczną kampanię wyborczą @Obywatelska_KO ☝️ Poniżej tylko fragment 👇
"Tymczasem Magyar skupiał się na celu, prowadząc bardzo zdyscyplinowaną kampanię. Przez ostatnie dwa lata Magyar spędzał większość czasu na wsi, czasami organizując wiece w sześciu lub ośmiu wioskach dziennie." https://t.co/nhmTHDkWfM
16.04.2026 r. na materiałach Służby Kontrwywiadu Wojskowego zatrzymano żołnierza Wojsk Obrony Terytorialnej podejrzanego o szpiegostwo i to jest moment, w którym trzeba przestać pieprzyć o wyjątkach, bo to nie wygląda już na jeden incydent, tylko na kolejny alarmowy przypadek człowieka w mundurze na kierunku rosyjsko-białoruskim; wcześniej był przecież dezerter Emil Czeczko, który uciekł na Białoruś i w marcu 2022 r. został tam znaleziony martwy. To wszystko potwierdza to, o czym mówię od dawna: rosyjskie i białoruskie służby nie stoją już pod naszym płotem, tylko od lat włażą do środka, a państwo przez lata udawało, że wystarczy patriotyczna gadka, konferencja prasowa i kilka okrągłych zdań o czujności, żeby problem sam się rozwiązał. To jest także kolejny dowód na to, że ochrona obiektów wojskowych, nadzór kontrwywiadowczy i zwykła selekcja ludzi nie działają tak, jak powinny, bo skoro mówimy już o korpusie szeregowych, a w tym roku wyszła jeszcze sprawa cywilnego pracownika MON podejrzanego o współpracę z rosyjskim wywiadem, to naprawdę nie chcę nawet myśleć, jak głęboko przeciwnik próbował wejść wyżej i jak daleko Rosjanie mogli się już posunąć.
I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nasi decydenci na najwyższych szczeblach naprawdę są ekspertami od służb, czy tylko dobrze opakowanymi politycznymi figurami od opowiadania mocnych historii, bo jeżeli media opisywały, że Cenckiewicz i jego otoczenie dawali się robić w chuja ochraniarzowi ze sklpeu i jego opowieściom rzekomego „eksperta” i „weterana”, a okazał się ochroniarzem ze sklepu z wyrokami za oszustwa i bez służby wojskowej, naprawdę trudno traktować to jako drobny wypadek przy pracy. Jeżeli ktoś kreujący się na znawcę służb, były likwidator WSI i dzisiejszy szef BBN daje się tak ogrywać, to znaczy, że problem nie kończy się na niskim szczeblu, tylko sięga samej góry i kompromituje ludzi, którzy powinni odróżniać prawdziwe legendy operacyjne od taniego teatru dla naiwnych.
Opowiadam pierdolety? No to podsumujmy. W 2022 roku zatrzymano Tomasza L., później oskarżonego o udział w działalności rosyjskiego wywiadu; wcześniej był członkiem Komisji Likwidacyjnej WSI. Potem był dezerter Czeczko, który uciekł na Białoruś i tam skończył martwy. Potem uciekł na Białoruś sędzia Szmydt, dziś poszukiwany listem gończym . W 2026 roku wyszła sprawa cywilnego pracownika MON podejrzanego o współpracę z rosyjskim wywiadem. Teraz dochodzi żołnierz WOT zatrzymany na materiałach SKW pod zarzutem szpiegostwa. I ktoś ma jeszcze bezczelność pieprzyć, że państwo ma sytuację pod kontrolą?
To nie jest seria przypadków, tylko obraz państwa, do którego obce służby włażą od lat przez archiwa, administrację, MON, wojsko i ludzi z dostępem do informacji, a kolejne rządy od dawna miały pełne mordy bezpieczeństwa, kiedy w praktyce system był rozszczelniony i zbyt słaby, żeby zatrzymać to na czas.
Pytanie brzmi jednak inaczej, skoro tylu ludzi wpada przy twardej robocie dla obcego państwa, to ilu im jeszcze umyka i gdzie są agenci wpływu? Bo żaden z tych przypadków nie pokazuje miękkiego zaplecza tej wojny, czyli ludzi od zatruwania debaty, rozwalania zaufania do armii, NATO i państwa, podkręcania chaosu i robienia obcej propagandzie miejsca w polskich głowach. I właśnie dlatego to już, kurwa, nie jest śmieszne, bo jeśli państwo łapie kolejnych ludzi od szpiegostwa, a agentury wpływu nadal nie pokazuje, to znaczy, że albo jej nie widzi, albo jest wobec niej bezradne, a wtedy naprawdę jesteśmy w czarnej dupie.
Pisałam, że KO musi wejść mocno w internety za pomocą influenserów, młodych z dużymi kontami na wszystkich platformach. Wzmacniać przekaz i zacząć na ostro. Ja nie wiem na co @Obywatelska_KO liczy?
Nie jesteście dobrzy w internetach weźcie specjalistów. Przeczytajcie Kafira!
BĘDZIE WOJNA. TUSK SAM JEJ NIE WYGRA UŚMIECHEM I SERDUSZKIEM W KLAPIE
Powołanie Rady Nowych Mediów przy Prezydencie RP to nie jest żaden niewinny zjazd ekspertów, tylko ruch pod ostrą wojnę o wpływ. Oficjalnie, po powołaniu 15 kwietnia 2026 roku, mają się zajmować mediami, technologią i dezinformacją. Papier przyjmie każde urzędnicze pierdolenie. Skład tej rady pokazuje jednak jasno, że nie chodzi o debatę, tylko o napierdalanie w narrację i przejęcie cyfrowego pola walki. Kurwa, tu nie będzie dyskusji. Tu będzie walka o głowy. Dzisiaj polityki nie wygrywa się już tylko wciskaniem pierdoletów na mównicy sejmowej, w telewizji śniadaniowej czy na konferencji prasowej z trzema mikrofonami i uśmiechem pod lampami. Dzisiaj politykę wygrywa się w telefonie. W rolce. W klipie ostrym komentarzu w krwawych emocjach W jednym ostrym zdaniu a nie miałkim elaboracie o cukrze w cukrze. W zdaniu które będzie napierdalać w łeb, które człowiek przeczyta rano, powtórzy po południu i wieczorem uzna za własny pogląd. I dokładnie do tego jest szyta ta rada. Nie do filozofowania. Do wpływu na młodych, starych i niedoinformowanych.
Wystarczy spojrzeć na nazwiska Ziemkiewicz ma około 335 tysięcy obserwujących na X, około 243 tysiące subskrybentów na YouTubie i prawie 9,8 tysiąca na Instagramie. To nie jest zwykły publicysta. To jest własne medium. Własny obieg i własna wierna publika, która łyka kazde gówno wysrane przez niego. Człowiek, który nie czeka, aż ktoś go zaprosi do studia, bo sam jest studiem, anteną i komentarzem w jednym. Taki typ może tłuc przekaz codziennie, bez pytania kogokolwiek o zgodę.
Obok niego stoi „prawdziwy polak” tylko jak by bardziej opalony Swinarski i tu robi się jeszcze ciekawiej. Kanał „Dla Pieniędzy” ma około 1,28 miliona subskrybentów, a konto na X około 15 tysięcy obserwujących. I właśnie w tym tkwi cała siła. Bo to nie jest klasyczny komentator polityczny dla ludzi, którzy lubią się bawić w elitarne analizy. To jest człowiek internetu. Człowiek algorytmu trafiający do masy młodych. (już jesteście w dupie panowie z KO) Taki, który umie wejść z przekazem tam, gdzie polityk w garniturze i rzecznik z kartką nigdy nie dotrą. Taki, który nie musi mieć racji. Wystarczy, że potrafi zbudować zasięg, rytm i nawyk oglądania. A na końcu właśnie to decyduje, kto wygrywa obieg. Do tego dochodzi Anna Pawelec, dziś w wPolsce24, wcześniej związana z TVP, z własną rozpoznawalnością osadzoną w prawicowym ekosystemie telewizyjno-publicystycznym. Jej Instagram ma około 4,5 tysiąca obserwujących. Niby nie brzmi jak armata strategiczna, ale w tej grze nie każdy musi być czołgiem. Czasem wystarczy, że jest twarzą, która budzi zaufanie w odpowiednim obiegu i dowozi przekaz tam, gdzie trzeba.
Niżej jest druga linia. Nie tak efektowna, ale cholernie ważna. Karol Gac, Marcin Kędryna, Eryk Mistewicz. Karol Gac ma na X około 12 tysięcy obserwujących, ale to tylko część obrazka. Był mocno obecny w prawicowym komentariacie, a według Onetu w 2023 roku pojawił się w „Wiadomościach” TVP 101 razy. To mówi jedno: to nie jest samotny wilk z jednym kontem w social mediach. To jest człowiek wpięty w cały system wzmacniania przekazu. Kędryna to z kolei klasyczny operator zaplecza komunikacyjnego, wcześniej w kancelarii Dudy, później w Polska Press. Mistewicz wnosi warstwę strategiczną, czyli to, co w polityce najgroźniejsze: nie sam wrzask, tylko przemyślany wrzask. A dalej wchodzą już ludzie od systemu, nie od hałasu. Jakub Turowski z Meta. Emil Kędzierski związany z Google i organizacjami branży cyfrowej. Klaudia Cymanow-Sosin, Łukasz Korus i cała reszta mniej głośnych nazwisk, które nie muszą być celebrytami, żeby być ważne. Bo to są ludzie od mechanizmów. Od regulacji. Od platform. Od wiedzy, jak działa obieg treści i wpływu. Czyli masz nie tylko megafony i twarze, ale też ludzi, którzy wiedzą, jak ustawić scenę, światło i głośniki.
Tak dobrze rozumiecie to nie jest rada zbudowana dla prestiżu. To nie jest rada „bo tak ładnie wygląda na stronie prezydenta”. To jest układ złożony z trzech rzeczy naraz: zasięgu, zdolności narracyjnej i kontaktów w świecie platform cyfrowych. Największą siłę medialną mają tu Ziemkiewicz i Swinarski. Największą siłę systemową mają ludzie od platform i technologii, czyli raczej Turowski i Kędzierski. Reszta robi obudowę: środowiskową, redakcyjną, ekspercką, organizacyjną. I właśnie to czyni tę układankę groźną. Bo to nie jest banda przypadkowych nazwisk. To jest zestawienie ludzi od emocji, od zasięgu i od mechaniki przekazu.
A teraz druga strona (aż mię płakać ze śmiechu chce i wkurwienia). Na to całe ugrzecznione stado rządzących, które od miesięcy zachowuje się tak, jakby nadal żyło w świecie, gdzie wystarczy wydać komunikat, zrobić konferencję, wrzucić trzy grzeczne zdania na social media i dopisać, że „nie ma powodów do niepokoju”. No to mam złą wiadomość: są, kurwa, powody. I będą coraz większe. Bo naprzeciwko nie staje już garstka politycznych dziwaków, tylko ludzie, którzy rozumieją, jak dziś działa obieg emocji i treści. A po stronie rządzących zbyt często stoją polityczne ciepłe kluchy, które chcą wygrać brutalną wojnę narracyjną manierami z panelu o demokracji liberalnej. Za dużo tam ludzi, którzy myślą, że wystarczy być poprawnym. Że wystarczy być spokojnym. Że wystarczy nie przesadzić. Że wystarczy się ładnie uśmiechnąć, przypiąć serduszko w klapie i wyrecytować kolejne pierdolenie, że wszystko jest dobrze, że demokracja działa, że obywatele są rozsądni, że prawda się obroni. Nie obroni się sama. Nigdy się sama nie obroniła. W historii wygrywali nie ci, którzy mieli najładniejszy komunikat prasowy, tylko ci, którzy lepiej rozumieli tempo epoki, ludzkie emocje i brutalną prawdę, że uwagą tłumu rządzi się jak stadem. Kto tego nie rozumie, ten przegra, choćby miał sto racji i tysiąc ekspertów.
To jest właśnie ten moment, w którym trzeba przestać udawać, że chodzi o jakąś miłą debatę o mediach. Nie chodzi. Chodzi o to, kto pierwszy, mocniej i skuteczniej wbije ludziom do głów własny obraz świata. Chodzi o to, kto utrzyma swoją wersję rzeczywistości w obiegu tak długo, aż zacznie ona ludziom wydawać się naturalna. Chodzi o to, kto będzie umiał zamienić narrację w odruch. A kiedy jedna strona buduje sobie zespół od zasięgu, emocji i platform, a druga dalej bawi się w grzeczne komunikaty dla klas średnich, to nie ma co się oszukiwać: wynik takiego starcia może być bardzo brzydki.
Dlatego ten wpis nie jest kolejnym grzecznym komentarzem dla ludzi, którzy lubią sobie popierdolić o standardach. To jest młot na otwarcie dyskusji. Bo jeśli ktoś nadal nie widzi, że zaczyna się ostra wojna o przejęcie narracji, to albo śpi, albo nie chce widzieć, że polityka dawno wyszła z telewizora i wlazła ludziom do kieszeni razem z telefonem. I właśnie tam rozstrzygnie się najwięcej. Nie w sali konferencyjnej. Nie w sejmowym korytarzu. W głowach.
No to teraz pytanie do was: czy ta rada jest tylko doradczym ozdobnikiem, czy już początkiem prawdziwej ofensywy w wojnie o polską infosferę?
A teraz napisze wam jak to będzie wyglądać:
W Pałacu nie powołano rady. Powołano sztab do przejęcia państwa. Pod szyldem troski o media, debatę i bezpieczeństwo informacyjne fikcyjny prezydent Batyr ściąga do siebie ludzi od zasięgów, emocji i brudnej roboty. Twarze telewizji, internetowi gracze, publicyści od wojny psychologicznej i zawodowi handlarze gniewem dostają jedno zadanie: napompować zasięgi Batyra, PiS oraz Konfy i innych Braunów, rozbić zaufanie do premiera i rządzącego KO, a potem doprowadzić do wyborów, w których nie wygra lepszy program, tylko lepiej sprzedany strach. Każdy z nich dostaje własny odcinek frontu. Jedni mają wejść w młodych, inni w niezdecydowanych, jeszcze inni dzień po dniu mają zatruwać debatę publiczną jadem antyunijnych haseł, półprawd, insynuacji i politycznej histerii. Ale prawdziwy plan sięga głębiej. Chodzi o to, by powoli, metodycznie i bezlitośnie wpajać ludziom nienawiść do Ukraińców, budzić niechęć do uchodźców, podsycać lęk przed obcymi i sączyć przekaz, że każde nieszczęście w kraju ma twarz przybysza z zewnątrz. Nie wprost, nie ordynarnie, tylko kroplami — memem, klipem, komentarzem, niby-żartem, pozornie niewinnym pytaniem. Tak właśnie działa nowoczesna propaganda. Ona, kurwa nie krzyczy od razu, tylko wpełza pod skórę i napieprza młotkiem. W tle czai się jeszcze coś gorszego. Miękkie oswajanie opinii publicznej z narracją korzystną dla Moskwy, podawaną tak sprytnie, by wyglądała na patriotyzm, realizm albo „trudne pytania”, choć w istocie jest politycznym jadem podanym w eleganckim opakowaniu. I ludzie to kupią bo kurwa druga strona zamiast steka na ostro znów będzie podawała parówe z majonezem.
Bo po drugiej stronie stoi władza, która mimo że formalnie rządzi, zachowuje się tak, jakby wciąż nie rozumiała, że walka dawno przeniosła się kurwa z mównicy do telefonów, feedów i emocji. Koalicja ma państwo, urzędy i stołki, ale nie ma ludzi zdolnych wejść w to bagno i wygrać z kimś, kto od dawna nie gra fair. Bo kiedy w lesie wyrasta banda hien która ma na przeciwko wychodowane świnki, które nie zastały głodu i widz świat przez pryzmat reklamy w bajkach dla dzieci, nie wystarczy liczyć na to, że ludzie jej nie wybiorą tylko dlatego, że boją się wyjścia z Unii. Jeśli nie umiesz walczyć na polu propagandy, prędzej czy później przegrasz z tymi, którzy właśnie z propagandy zrobili broń, religię i plan przejęcia Polski i wyprowadzenia jej z Unii. KO jest w czarnej dupie jak nie zacznie grać ostro, tyle w temacie.
NA WEGRZECH PĘKŁO SZMABO! NAWET SOJUSZ USA I ROSJI NIE POMÓGŁ!
Na Węgrzech pękł zbiornik szamba w który przez lata pompowali Putini Trump. Cała ta międzynarodowa ferajna od „suwerenności”, aż w końcu to gówno nie wydoliło i wylało się wszystkim na ryj. Orbán był dla jednych kretem pod fundamentami Unii, dla drugich reklamą demokracji przerobionej na policyjny cep. Niby wybory są, niby media jeszcze zipią, niby wszystko się zgadza, tylko obywatel ma siedzieć cicho i udawać, że pada deszcz, kiedy mu władza leje odchody na łeb. I właśnie to się posypało. Najmłodsi wyborcy dali temu systemowi takiego kopa, że cały ten śmierdzący zbiornik zgrzytnął, zachwiał się i w końcu runął jak stara buda Toy-toya oblepiona propagandą.
I dlatego teraz wszystkie światowe hieny obrócą ryje w stronę Polski. Bo Polska jest duża, ważna i strategiczna. Czyli idealna do rozhuśtania, skłócenia, zaszczucia i zalania ściekiem. Moskwa chce chaosu, bo w chaosie najlepiej łowi się agentów wpływu, pożytecznych idiotów i tanich zdrajców. Trumpiści chcą Europy słabej, skłóconej i rozbitej, bo taką łatwiej ustawiać jak meble w cudzym domu. A nasi lokalni przebierańcy od wielkich słów i małych kręgosłupów tylko czekają, żeby cudzy interes sprzedać ludziom jako obronę narodu.
I tu wchodzą oni a w zasadzie już srają propagandą:
Batyr. Jarek z kotem i jednooki brunatny Jurand z Toy-toya no bo przecież nie ze Spychowa.
Nie trzej muszkieterowie, tylko trzy wściekłe, bezwzględne gnidy, które za ochłap władzy, za rolę kapo w obozie zwanym Polską, zrobią wszystko. Sprzedadzą strach jako patriotyzm, knebel jako porządek, służalczość jako honor, a własną żądzę władzy jako ratowanie ojczyzny. To nie są ludzie od budowania państwa. To są ludzie od pilnowania drutu kolczastego. Marzy im się Polska posłuszna, zaszczuta, ciemna i karna. Polska, w której obywatel nie ma myśleć, tylko wykonywać polecenia i jeszcze dziękować, że dostał pałką po plecach w imię tradycji.
I naprawdę trzeba mieć zjebany łeb albo sumienie zjedzone przez polityczną gangrenę, żeby patrzeć, jak Putin dogadywał się z Orbánem, jak Trump klepał go po plecach, jak nasi krajowi twardziele klaszczą temu jak opętani, i dalej nie widzieć, że to śmierdzi zdradą na kilometr. To nie jest przypadek. To nie jest „inna wizja Europy”. To jest zwykłe ustawianie się do cudzego stołu i żarcie z obcej ręki, byle tylko potem można było wrócić do kraju i udawać wielkiego pana.
A zwykły człowiek? Jak zawsze dostanie w pysk rachunkiem za ten cały cyrk. Drożyzna, chaos, propaganda, wrzask, festiwal szamba i niekończące się tłumaczenie, że demolowanie państwa to „ratowanie Polski”. Za chwilę znowu ruszy ten sam mechanizm. Unia będzie zła. Media będą wrogie. Sądy będą kastą. Każdy, kto nie chce maszerować z bębnem tej ferajny, zostanie nazwany zdrajcą. I znajdzie się tłum baranów gotowych to łyknąć, bo łatwiej drzeć mordę niż ruszyć głową.
Ale Węgry pokazały jedną rzecz, której ci wszyscy nasi mali nadzorcy najbardziej się boją. Nawet najlepiej napompowany zbiornik szamba w końcu pęka. Nawet najgłośniej opakowany „obrońca narodu” może skończyć spuszczony w kiblu historii. I właśnie tu jest nadzieja. W młodych. W tych, którzy nie chcą już żyć w smrodzie starego układu, w kulcie twardej łapy i w patriotyzmie z pały. To najmłodsi dali Orbánowi kopa. I może właśnie oni kiedyś kopną też naszych rodzimych kapo tak mocno, że Batyr, Jarek z kotem i jednooki brunatny Jurand polecą tam, gdzie ich miejsce w ciemny kąt jarmarku, na stragan z tandetą gdzie wszystko można kupić za pięć zeta.
A tak na koniec czy Ziobro i Romanowski już wylądowali w USA pod skrzydełkami Trumpa, bo to tylko kwestia kilku dni jak się znajdą za Oceanem 😉
Czy my podajemy dalej wpis, w którym pisowiec @marekgrobarczyk, przeprasza za swoje bezczelne łgarstwa i chamstwo?
Oczywiście, że podajemy dalej! 😎
Niech się niesie, że pisowiec znowu łgał i teraz musi przepraszać.
23 lata temu Juliusz Machulski zrealizował spektakl Teatru Telewizji „19. Południk” z wybitną rolą Andrzeja Grabowskiego (kultowy fragment poniżej). 10 marca Machulski skończył 71 lat, a pięć dni później Grabowski 74. Wszystkiego najlepszego!
„Polak, Węgier, dwa bratanki i do szabli, i do szklanki” piękne, wzruszające, no zaraz się popłaczę jak Hołownia nad Konstytucją. Nie no, nie dam rady, aż tak ckliwy nie jestem.
Ten cytat jest dobry, na kubeczek dla Batyra i lekcję historii w podstawówce. Problem zaczyna się, kiedy ktoś próbuje na tej rymowance budować realną politykę państwa w XXI wieku. Państwo to nie sentyment, tylko interes. A interes nie zna braterstwa, zna rachunek zysków i strat. I tu zaczyna się zderzenie z rzeczywistością.
Węgry Orbána prowadzą politykę, która jest wprost sprzeczna z interesem Polski. To nie opinia, tylko brutalne fakty i tylko ludzie z IQ na poziomie szympansa mogą myśleć inaczej.
Orbán od lat blokuje lub rozwadnia sankcje wobec Rosji jak wino wodą i jeszcze bredzi że to szprycer, mimo że woda bez gazu, mętna i z rowu. Orban gra na czas, negocjuje wyjątki dla rosyjskich surowców i robi wszystko, żeby utrzymać relacje z Kremlem na poziomie, o którym w Warszawie nawet nie można mówić bez politycznego samobójstwa. Zaraz można tam po prawej stronie, gdzie marzy im się „suwerenność”, ale raczej po rosyjsku. Dla Polski, dla zwykłych Polaków, bo „prawdziwi Polacy” to jakiś pieprzony oksymoron dla ubogich intelektualnie, Rosja to zagrożenie egzystencjalne. Dla Orbána to partner, z którym się „dogaduje”.
W tej sytuacji trzeba być kompletnie odklejonym od rzeczywistości, żeby w Orbánie szukać sojusznika. Serio, serio i bez jaj. Polska próbuje się od Rosji odcinać, dywersyfikować, płacić więcej, ale być niezależną. Węgry robią dokładnie odwrotnie. Pogłębiają współpracę z Rosją, rozwijają projekt Paks z Rosatomem i uzależniają się jeszcze bardziej. To nie jest „inna droga”. To jest jazda pod prąd, z zaciągniętym ręcznym i jeszcze z głową w dupie.
Unia Europejska? Polska funkcjonuje w logice: więcej bezpieczeństwa, więcej integracji w obszarze obrony, większe wsparcie dla Ukrainy. Węgry Orbána grają swoją własną grę pod Putina, tak jak kiedyś inni grali pod silniejszych. Blokowanie decyzji, szantażowanie Brukseli, rozgrywanie UE pod własne interesy i przy okazji rozbijanie jedności Zachodu. To nie jest partnerstwo. To jest sabotaż na miękko, tylko że ubrany w garnitur i sprzedawany jak sukces.
I teraz najlepsze, historia, którą tak chętnie wyciągają politycy, kiedy trzeba sprzedać ludziom tani sentyment jak figurkę z gipsu Husarza na bazarku.
1939 rok. Polska dostaje w mordę od III Rzeszy i jest kopana po nerakach w pozycji leżącej. Węgry żrą gulasz i chleją piwo z gestapo. Nie biorą udziału w ataku – to fakt – ale też nie są żadnym cholernym „bratankiem”, który rzuca się na pomoc. Nie ma wspólnego frontu, nie ma wsparcia militarnego, nie ma żadnej realnej pomocy, która zmieniłaby bieg wydarzeń. Jest polityka przetrwania. Każdy gra na siebie.
I do cholery, dokładnie tak samo byłoby dzisiaj. Tylko ktoś kompletnie odklejony albo ślepy na fakty może wierzyć, że będzie inaczej. Albo zwykły idiota, który wierzy w bajki o smoku zamiast w liczby i fakty.
Jeśli jutro Rosja uderzyłaby na Polskę, to ktoś naprawdę wierzy, że Orbán nagle stanie się romantycznym bohaterem a co on Konrad Wallenrod z nad Balatonu? Naprawdę wierzycie, że rzuci wszystko, żeby nas ratować? Ten sam Orbán, który blokuje pomoc dla Ukrainy, negocjuje z Moskwą i traktuje Putina jak partnera? Serio? Kurwa, serio?
Polityka to nie jest pieprzona opowieść o królu Batorym. To nie jest kronika ku pokrzepieniu serc. To jest bezlitosna gra interesów, gdzie każdy patrzy na swoje i ma w dupie twoje sentymenty.
A teraz słyszę, że Batyr leci do Budapesztu. I co oni tam, będą robić? Sezon grillowy otwierać? Kiełbasę obracać i robić zdjęcia jak na jarmarku? Ziobro po plecach klepać i wysyłać po torach by kupił zgrzewkę piwa bo zbrakło?
Chyba że mamy drugie dno i Orbán robi tylko za łącznik. Z kim? No sorry, ale prawda jest brutalna.
Z Putinem. No bo przecież nie z Papieżem.
CZY TRUMP TO NAJWIĘKSZY I NAJGŁUPSZY PIONEK NA SZACHOWNICY, KTÓRYM STERUJĄ LUDZIE OD WIELKIEJ KASY?
W moim odczuciu tak, bo teraz rozpętał piekło wojny. A wiecie, co przeraża w wojnie z Iranem?
Nie to, że Trump ją zaczął, bo jest na tyle nieogarnięty, by pojąć konsekwencje. Nie to, że znów on i jego zausznicy pieprzą o demokracji, wolności i innych pierdoletach, które dobrze brzmią tylko w telewizji między reklamą proszku do prania a lekiem na impotencję. Przeraża, że wszyscy udają zaskoczonych.
Mam obawy, że właśnie odbywa się czyszczenie magazynów broni, którą można było wysłać na Ukraine lub sprzedać. Komu? Ano wysłać Ukrainie i sprzedać, Polsce. A tak USA odpalają Tomahawki jak petardy na Sylwestra, JASSM-y lecą w infrastrukturę, a ktoś w Pentagonie patrzy na magazyny i mówi: „Ups, właśnie spaliliśmy 3 lata produkcji w 3 dni”.
Spokojnie, przecież fabryki dorobią. Zwłaszcza, że rachunek płaci podatnik. Tylko to nie trwa godzinę jak dojenie krów dojarką w oborze.
Wiecie, że w tym samym czasie Ukraina patrzy na to wszystko jak gość, któremu właśnie ktoś zajębał magazynek z karabinu w trakcie strzelaniny.
Bo nagle się okazuje, że:
– amunicja 155 mm jedzie gdzie indziej,
– rakiety przeciwlotnicze też,
– a systemy typu Patriot zaczynają mieć „priorytety operacyjne”.
Czyli
„Sorry, ale macie mniej zabawek, bo mamy nową wojnę.”
I tu wchodzi Rosja, cała na biało… a właściwie na zielono, z błotem i uśmiechem jak u typa, który właśnie wygrał na cudzym nieszczęściu. Bo Rosja nie musi wygrać. Rosja musi tylko nie przegrać.
A Iran? Iran robi za wiejskiego głupka, czyli idealny generator chaosu. I ciekawe, czy wie, że deal Trump–Putin mógł się odbyć nad jego głową, choć Putin dalej gra lojalnego sojusznika Iranu, a Trump oficjalnie wspiera Ukrainę, choć mu to nigdy nie wychodziło tak, jak miało.
A teraz patrząc szerzej .
ROPA IDZIE W GÓRĘ. GAZ IDZIE W GÓRĘ.
Europa znowu zaczyna się trząść jak alkoholik bez wódki, czekając na otwarcie niemieckiego Lidla (i tylko Batyr i wyznawcy PiS się cieszą, ale tu nie ma się co dziwić – myślenie o Polsce nigdy nie było ich mocną stroną). I kto wchodzi na scenę?
No o dziwo: amerykańskie LNG (Liquefied Natural Gas – skroplony gaz ziemny wydobywany w USA). Koncerny zbrojeniowe, czyli sponsorzy Trumpa…
Bo k..rwa wojna to nie jest tylko strzelanie. Znaczy – to jest strzelanie i umieranie, ale zarezerwowane dla frajerów zwanych patriotami. Wojna to jest biznes. Najstarszy, zaraz po dziwce, o niebo bardziej dochodowy niż robienie za alfonsa, dlatego niektórzy politycy w naszym kraju, idąc za kasą, zmienili zawód…
Zaraz znajdą się tu śniadaniowi geostrategowie z prawej strony i będą mi udowadniać, że wypisuję głupoty. To teraz proszę: crème de la crème.
PACYFIK! A wiecie czemu?
Bo wszyscy patrzą na Iran, na Ukrainę, na Bliski Wschód… a gdzieś z boku siedzą Chiny i patrzą, popijając drinka z parasolką, jak USA przepalają zapasy, które miały być na wojnę o Tajwan. No kto by pomyślał… że Trump to łyknie… ale łyknął. Z wielu powodów.
Rakiety? Schodzą.
Systemy? Schodzą.
Czas? Też schodzi.
KREW? A kogo obchodzi krew – choć pewnie schodzi jej najwięcej…
I ktoś naprawdę wierzy, że to przypadek? Znaczy ja wiem, że wierzą wyznawcy Jarka i Batyra. Oni są twardzi i nie w takie rzeczy potrafili uwierzyć.
To nie jest przypadek, choć tak ma wyglądać. To jest układ naczyń połączonych. Iran to nie jest cel. Iran to krwawiąca teraz przynęta.
I teraz rodzi się pytanko, kiedy wejdą lądowo?
Bo na razie mamy klasykę: najpierw lotnictwo, potem rakiety, potem „precyzyjne uderzenia”, a na końcu zawsze pojawia się ktoś, kto mówi:
„Musimy ustabilizować sytuację na miejscu”.
Czyli tłumacząc z dyplomacji na zwykły język ludzi normalnych:
TERAZ WCHODZIMY Z BUTA.
Wiem, ktoś powie: żeby wejść, trzeba mieć powód. Spokojnie, ten powód się zawsze znajdzie. Ja mam już tak na szybko pięć:
Krwawa dyktatura.
Broń chemiczna.
Broń nuklearna.
Zaśmiecają pustynię papierkami po batonikach Prince Polo.
Whatever – tu się nie ma co wysilać ;)
Dla tych, którzy nie mają Facebooka.
Nie dla lajków, nie dla zasięgów, nie dla fejmu.
Wrzucam, żebyście po prostu przeczytali...
"Nawrocki nie jest politykiem. Nawrocki jest politycznym skrótem myślowym. Najprostszą wersją władzy, jaką można sprzedać ludziom, którzy nie chcą słyszeć nic trudnego. To nie jest człowiek od państwa. To jest człowiek od emocji. Od gniewu, od pretensji, od wskazywania wroga. Każde jego wystąpienie wygląda tak samo. Głośny ton, kilka wielkich słów o honorze i ojczyźnie, a pod spodem pustka tak wielka, że aż dzwoni.
On nie buduje żadnej wizji. On sprzedaje obrażenie. Politykę, która żyje z urazy i kompleksów. Z opowieści, że ktoś nas okradł, ktoś nami gardzi, ktoś chce nas pouczać. I że jedyną odpowiedzią jest jeszcze więcej krzyku. W normalnej polityce brak kompetencji jest problemem. U niego to atut. Każda wpadka działa jak reklama. Każde pokazanie jego niewiedzy tylko wzmacnia legendę „zwykłego chłopa”, którego elity rzekomo nie rozumieją. To jest cyniczna gra na najniższych instynktach.
Im mniej potrafi, tym bardziej musi krzyczeć. Im mniej rozumie, tym większą udaje pewność siebie. Fakty go nie interesują, bo fakty są niewygodne. Fakty wymagają myślenia. A jego polityka jest dokładnym przeciwieństwem myślenia. To jest polityka dla ludzi, którym wmówiono, że wiedza jest podejrzana, a inteligencja to zarozumiałość. W tym świecie książka jest wrogiem, ekspert jest zdrajcą, a argument jest „mądrzeniem się”.
Nawrocki idealnie pasuje do tego klimatu. Nie zadaje pytań. Nie ma wątpliwości. Nie zna słowa odpowiedzialność. Ma za to nieograniczoną pewność siebie i gotowość, żeby każdego dnia produkować nową porcję oburzenia. On nie podnosi poziomu debaty. On go rozjeżdża walcem. Zamienia politykę w festiwal prostych haseł, taniej dumy i permanentnej awantury. Państwo w tej wizji nie jest wspólnym projektem. Jest narzędziem do okładania przeciwników. Instytucje są po to, żeby służyły „naszym”. Prawo jest po to, żeby naginać je pod bieżącą potrzebę. A patriotyzm jest tylko głośnym słowem, które ma przykryć brak jakiegokolwiek planu.
Najbardziej brutalna prawda jest taka, że Nawrocki niczego nie oferuje poza poczuciem wyższości nad wyimaginowanym wrogiem. Nie proponuje pracy nad państwem. Nie proponuje wysiłku. Proponuje bardzo wygodną iluzję. Można być dumnym bez osiągnięć. Można być moralnym bez zasad. Można być patriotą bez odpowiedzialności.
To jest polityczny fast food. Dużo soli, dużo tłuszczu, zero wartości odżywczych. Daje chwilową satysfakcję, a potem zostawia tylko bałagan.
I dopóki wystarcza ludziom taka dieta, dopóty tacy politycy będą mieli swoje miejsce. Nie dlatego, że są dobrzy. Dlatego, że są łatwi. Głośni. I kompletnie odporni na rzeczywistość."
Piotrek K.
Dzieje się - to dobry znak dla świata - ludzie otwierają oczy .... generalnie uważam, że Trump skończy tam gdzie jego miejsce w więzieniu i jest to tylo kwestia czasu
PILNE: Legenda muzyki Bruce Springsteen zrzuca bombę na świat MAGA, ogłaszając niespodziewaną trasę koncertową po całym kraju, aby bronić Ameryki przed „naszym aspirującym królem” i jego „zbuntowanym rządem”.
A co najlepsze? Pierwszy przystanek to Minneapolis.
„Fani, przyjaciele i dobrzy ludzie od wybrzeża do wybrzeża. Żyjemy w mrocznych, niepokojących i niebezpiecznych czasach, ale nie traćcie nadziei. Kawaleria nadchodzi” – powiedział The Boss w filmie zapowiadającym koncert.
„Bruce Springsteen i E Street Band wystąpią tej wiosny z Minneapolis, Kalifornii, Teksasu i Waszyngtonu w ramach trasy Land of Hope and Dreams American Tour” – kontynuował. „Będziemy rozkręcać wasze miasto z okazji i w obronie Ameryki, amerykańskiej demokracji, amerykańskiej wolności, naszej amerykańskiej konstytucji i naszego świętego amerykańskiego snu, które są atakowane przez naszego aspirującego króla i jego zbuntowany rząd w Waszyngtonie”.
„Każdy, niezależnie od poglądów i przekonań, jest mile widziany” – dodał Springsteen. „Więc przyjdźcie i dołączcie do zjednoczonej, wolnej republiki E Street Nation na amerykańską wiosnę rocka i buntu. Do zobaczenia na miejscu”.
Rozpoczynając trasę w Minneapolis, Springsteen celowo zwraca uwagę na brutalną przemoc i zabójstwa, których Trump dopuścił się w mieście za pomocą zamaskowanych agentów federalnych. Piosenkarz skomponował przebój „Streets of Minneapolis” w odpowiedzi na represje ICE. Utwór dotarł do pierwszego miejsca list przebojów w 21 krajach.
Trasa rozpoczyna się 31 marca i obejmuje 20 koncertów halowych. Ten termin to katastrofa dla Trumpa, ponieważ oznacza, że bard amerykańskiej klasy robotniczej będzie atakował jego administrację na kolejnych wyprzedanych koncertach. Biorąc pod uwagę jego rekordowo niskie notowania i pogłębiający się skandal z Epsteinem, Trump nie może sobie pozwolić na kolejną złą prasę przed wyborami uzupełniającymi.
Springsteen okazał się jednym z najgroźniejszych i najbardziej zagorzałych wrogów Trumpa. Zdaje sobie sprawę, że prezydent zdradził klasę robotniczą, która jest motywem przewodnim wielu jego przebojów, i gardzi nieustannymi atakami na naszą demokrację.
Polub ❤️ i udostępnij, aby podziękować Bruce'owi Springsteenowi!
SAFE. 43,7 miliarda euro dla Polski na armię, na polskie fabryki, nie koreańskie i Trumpa, nie na plakaty, nie na konferencje. Na stal, amunicję, paliwo i ludzi, którzy mają czym walczyć, kiedy wojna wali w drzwi kraju kolbą.
I nagle okazuje się, że są tacy, którym te pieniądze przeszkadzają, wręcz śmierdzą — i to, o dziwo, nie Rosjanie. To ludzie, którzy bredzą, że są polskimi patriotami. Polityka ponad bezpieczeństwo. Partyjna wojna ważniejsza niż realna wojna, która może zapukać do drzwi szybciej, niż komuś się wydaje.
Mówię to jako żołnierz i weteran Afganistanu. Armia nie wybacza oszczędzania. Nie interesuje jej narracja ani spin. Na końcu liczy się tylko jedno: czy masz czym napieprzać wroga, kiedy on strzela do ciebie. Czy giniesz, bo dla polityków ważniejsze były pieprzone słupki sondażowe.
Pierwszy wniosek? Za często wygląda to tak, jakby bezpieczeństwo Polski było tylko pionkiem w partyjnych gierkach. Sondaże, emocje, propaganda, czyli pierdolamento o dupie Marynie. A żołnierz i obywatel mają trzymać gębę w kuble, bo przecież są Więksi Patrioci w Sejmie i na mównicach, którzy 24 godziny na dobę opowiadają, jak się poświęcają dla dobra ojczyzny za marne diety poselskie…
Drugi wniosek jest prosty i niewygodny. Niedozbrajanie to w gruncie rzeczy rozbrajanie. Każde blokowanie wzmacniania armii działa na korzyść tych, którzy chcą widzieć Polskę słabą. Nieważne, czy wynika to z kalkulacji, pychy czy politycznej wojny — efekt pozostaje ten sam.
Jak dla mnie śmierdzi zdradą i obcymi mocarstwami.
W okopie nie ma lewicy ani prawicy. Nie ma konferencji i tweetów. Jest kurwa zimno i morderczo, a ostatnią rzeczą, o której chcesz się dowiedzieć, jest to, że zamiast amunicji masz medalik z Matką Boską, bo on cię ochroni. No kurwa nie ochroni…
Bo kiedy zaczyna się prawdziwa wojna, słowa polityków gówno znaczą — nie zatrzymują kul jak kamizelka kuloodporna, na którą nie było pieniędzy. A błędy polityków zawsze spadają na tych, którzy stoją na pierwszej linii.
#SAFE