@Meczykipl@leszekmilewski Jako programista powiem że Leszek nieco sobie umniejsza, wiadomo że chat bardzo dużo daje, natomiast i tak trzeba sobie ustawić środowisko, jakoś to skontrolować i poświęcić czas, zgaduje że nie każdy laik zrobiłby to tak dobrze.
Reakcja wojska - na gorąco
Najważniejsze z naszego punktu widzenia są rakiety manewrujące (skrzydlate), które co warto podkreślić, nie są balistyczne (jak walą w telewizorni o zgrozo), to inna kategoria. To mini samoloty sterowane automatycznie, mające swoje małe silniki odrzutowe i rozkładane skrzydła, dzięki którym lecą. Takich odrzutowych pocisków Rosjanie odpalili 61.
Większość z nich to pociski skrzydlate Ch-101 (czytane „Ha-101”, a nie „Ce-Ha” jak to się pojawia w telewizjach, bo to litera „X” w cyrylicy, czyli nasza głoska „ch”) odpalana z bombowców strategicznych Tu-95MS i Tu-160. Najczęściej są one uwalniane w zaczepów samolotu nad Morzem Kaspijskim, czyli z bezpiecznej dla bombowca odległości, a jednocześnie jest to zabezpieczenie, że gdyby nie uruchomił się silnik pocisku po zrzucie, to rakieta wpadnie do wody i nie narobi szkód na ziemi. Drugi typ, to pociski 3M14 Kalibr klasy „woda-ziemia”, który jest odpalany z okrętów Floty Czarnomorskiej, tak nawodnych jak i podwodnych. Jest on bardzo podobny do Ch-101, a oba w swojej koncepcji i wielu podstawowych parametrach przypominają amerykańskie pociski BGM-109 Tomahawk. Ich napęd stanowi niewielki silnik odrzutowy nadający im prędkość w granicach 900-950 km/h Pocisk wykonuje lot na wysokości 50 do 200 m, tak by był trudny do wykrycia oraz do zestrzelenia.
Do wykrycia jest trudny, bowiem zasięg radarów naziemnych zależy od wysokości lotu wykrywanego obiektu. Cele lecące nisko są wykrywane z bliska, a im wyżej tym dalej. Zasięg wykrycia radaru pocisku lecącego na wysokości 100 m to ok. 35 km, na wysokości 500 m to ok. 85 km, a na wysokości 1000 m to jakieś 130 km, a na wysokości 3000 m to ok. 230 km, itd. Wynika to z krzywizny ziemi i zależy od wysokości, na jakiej znajduje się antena radaru nad ziemią (realny zasięg to ok. 85 % horyzontu radiowego ze względu na tłumienie przez odbicia od przeszkód terenowych).
Pocisk który spadł na południe od Lublina był obserwowany przez Ukraińców, którzy wykonali na niego nieudany atak myśliwcem nad swoim terytorium i przekazali nam informacje o przelocie pocisku. Ukraiński myśliwiec odszedł od celu na 20 sekund przedtem, kiedy przekroczyłby polską granicę, dlatego strzał w kierunku Ukrainy z naszego myśliwca był dość ryzykowny, bowiem rakieta mogłaby przechwycić ukraiński samolot zamiast pocisku, ale w ogóle strzelanie do pocisku który nie leci bezpośrednio w kierunku dużych siedlisk ludzkich (miasto, duża wieś) jest sprawą dość trudną, o czym dalej. Polskie środki radarowe obserwowały jeszcze nad Ukrainą zarówno pocisk, jak i samolot myśliwski Sił Powietrznych Ukrainy, wykonujący atak na niego, nieudany jak się okazało.
Polska reakcja
Oczywiście nasze środki obrony powietrznej były już w pełnej gotowości bojowej od rozpoczęcia zmasowanego ataku na Ukrainę. Z 32. Bazy Lotnictwa Taktycznego z Łasku wysłano w rejon przygraniczny parę uzbrojonych myśliwców F-16C, a z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego z Malborku wystartowała para uzbrojonych MiG-29, które zamykały obszar od strony północnej. Według doniesień, rejonie operowała też para niemieckich myśliwców Eurofighter z Taktisches Luftwaffengeschwader 31 „Boelcke”, oczywiście również z uzbrojeniem, operując z macierzystej bazy z Nörvenich w Niemczech, korzystając z tankowania w powietrzu z pojedynczego Airbusa A330-243MRTT z Wielonarodowej Floty Wielozadaniowych Samolotów Tankowania i Transportu NATO z Eindhoven w Holandii (startował z Kolonii, z bazy wysuniętej). Pełną gotowość bojową z rakietami na wyrzutniach osiągnął też holenderski 802. Dywizjon przeciwlotniczych rakiet „Patriot” stacjonujący przy lotnisku Rzeszów Jasionka.
Dowódca operacyjny gen. dyw. Ireneusz Nowak wspomniał też, że gotowość bojową osiągnęły też inne jednostki rakiet przeciwlotniczych. Możliwe, że chodziło o 18. Pułk Przeciwlotniczy z Zamość (Sitaniec) wyposażony w system przeciwlotniczy „Mała Narew”, ale sądzimy, że z pewnością chodziło też o 37. Sochaczewski Dywizjon Rakietowy Obrony Powietrznej im. gen. bryg. Tadeusza Błaszkowskiego z Sochaczewa-Bielic na systemach Patriot PAC-3 MSE, pełniący dyżur bojowy na lotnisku Bemowo w Warszawie. Dodatkową ciekawostką jest, że operowanie myśliwców zabezpieczał polski samolot dozoru radiolokacyjnego SAAB 340 AEW&C z 44. Kaszubsko-Darłowskiej Bazy Lotnictwa Morskiego z Siemirowic, już wcześniej działające operacyjnie, np. we wrześniu 2025 r.
Wszystkie te środki były w gotowości i gdyby tor lotu pocisku zmierzał w kierunku miasta, to zapadła by komenda na jego zestrzelenie. Decyzja o zestrzeleniu nie jest prosta, bowiem wiąże się z ryzykiem powstania poważnych szkód na ziemi. Gdyby taki pocisk spadł na wieś, to spowodowałby prawdopodobnie śmierć ludzi, bowiem tego rodzaju pocisk posiada potężną siłę rażenia. Dlatego naszym zdaniem Wojsko Polskie i sojusznicy spisali się bardzo dobrze, podjęto właściwe decyzje, a rezultatem nie była śmierć przypadkowych ludzi zabitych szczątkami zestrzelonego pocisku, lecz jedynie spora dziur w lubelskim czarnoziemie, którą da się zasypać i ponownie zaorać po zakończeniu śledztwa. Jedynie rzepaku szkoda, drogie panie, przerzućcie się na smalec do smażenia, bo olej może zdrożeć...
Obiekt leciał przez terytorium Polski przez 6 minut, pokonując odległość 93 km, czyli leciał z prędkością 930 km/h, typową dla pocisków manewrujących Ch-101 czy 3M14 Kalibr. Co ciekawe, ukraiński pocisk FP-05 Flamingo z potężniejszym silnikiem AI-25 pochodzącym z L-39 Albatros (czterokrotnie większy ciąg niż silnik Ch-101), leci szybciej bo około 940-960 km/h (chyba że na bardzo daleki zasięg, wtedy można ograniczyć do 850 km/h). Tych pocisków jest bardzo mało, bo takich już nie produkowanych silników też jest bardzo mało do ukraińskiej dyspozycji, więc pociski Flamingo są używane do atakowania najważniejszych obiektów w Rosji.
Najwyraźniej i najprawdopodobniej Rosjanom uciekł jeden z pocisków Ch-101 lub 3M14 Kalibr. Wybił lej o średnicy 10 m co wskazuje na wielką siłę głowicy, to mniej więcej tak jak bomba lotnicza 500 kg mająca ok. 210 kg materiału wybuchowego. Masa głowicy bojowej w obu typach pocisków manewrujących wynosi 450 kg, z czego czysty ładunek wybuchowy (najczęściej nowoczesny kompozyt plastyczny o wyższej sile niszczącej niż klasyczny heksogen) stanowi ciut ponad 200 kg. I to by do tego leja pasowało. To nie mógł być efekt zakłócania GPS/Glonass, bo wówczas pocisk zboczyłby o max. 50 do 100 m, ale nie o 150 km. To najprawdopodobniej była awaria układu nawigacyjnego, choć nie można wykluczyć (naszym zdaniem mało prawdopodobne) zamierzonego ataku ostrzegawczego ze strony Rosji dla wywołania większego napięcia.
Już zaobserwowano ostry atak botów i rosyjskich trolli, także na oficjalne strony rządowe i MON, które zalała fala komentarzy. Jak zwykle, stara śpiewka: to była ukraińska rakieta, bo chcą nas wciągnąć do wojny. Próba wciągnięcia nas do wojny nie polega na wykonaniu prowokacji która nie ma szans na wciągnięcie nas do wojny, zwłaszcza, że to wygląda na awarię pocisku, co w żadnym razie nie jest powodem do wojny. Natomiast ukraińskie pociski latają w przeciwnym kierunku i gdyby miały zdryfować to by spadły na Gruzję czy Estonię (co się już zdarzało, ale w odniesieniu do dronów), a nie na Polskę.
Nie jest to też ukraińska rakieta przeciwlotnicza (jak swego czasu w przewodowie), bo ten leciałby na odległość 93 km nie 6 minut, ale niecałe dwie minuty. Rakiety przeciwlotnicze nowsze od niemieckiego Henschel Hs 117 Schmetterling z II wojny światowej, latają z prędkościami naddźwiękowymi i to co najmniej z trzykrotną prędkością dźwięku lub większą, a nie 930 km/h.
Piękny obraz Piotra Dubowika przedstawiający atak ukraińskiego myśliwca F-16 na pocisk skrzydlaty Ch-101.
Malował Piotr Dubowik
Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlfpS
Ch-101 czy 3M14 Kalibr?
Rosjanie zaatakowali dzisiaj Ukrainę za pomocą:
- 9 rakiet balistycznych Iskander, z których jedną zestrzelono (czyli jakieś Patrioty już dostali);
- 4 rakiety przeciwokrętowe P-800 Onyks wystrzelone z wyrzutni naziemnych, mobilnych z Obwodu Kurskiego w trybie "ziemia-ziemia" (tryb pomocniczy);
- 61 rakiet skrzydlatych, manewrujących. Były dwóch typów, część to Ch-101 odpalane z bombowców strategicznych Tu-95MS i Tu-160 znad Morza Kaspijskiego. Drugi typ to pociski manewrujące 3M14 Kalibr odpalane z okrętów z rejonu Noworosyjska. Obie to rakiety poddźwiękowe, prędkość lotu ok. 900 km/h, wysokość lotu 50-200 m. Utrzymuje wysokość nad przeszkodami terenowymi za pomocą radiowysokościomierza. Sterowane są bezwładnościowym układem nawigacyjnym (platforma żyroskopowa i wyliczniki przebytej drogi) o dokładności ok. 50 m. Rosyjski odpowiednik DSMAC Digital Scene Matching Area Correlator) stosowany w Ch-101 nosi nazwę Otblesk-U (lub jego nowsze modyfikacje).
System ten wykorzystuje kamerę optyczną w nosie pocisku, która skanuje teren poniżej i porównuje go z cyfrowymi obrazami satelitarnymi zapisanymi w pamięci komputera pokładowego, aby skorygować błędy nawigacji bezwładnościowej. W Kalibrze system nosi nazwę 14Ł36 lub 14Ł37. Dzięki temu korygowane są okresowo błędy bezwładnościowego układu nawigacyjnego, które narastają wraz z odległością.
Dodatkowo pocisk korzysta z korekcji systemu przez GPS/Glonass (rosyjski odpowiednik GPS) pozwalając na dokładność trafienia ok. 5-7 m, ale ten system jako jedyny może zostać zakłócony. Jeśli jednak błędy przekraczają określoną wartość, w stosunku do systemu autonomicznego (bezwładnościowy korygowany optyczną korelacją) to wskazania GPS/Glonass są "odpinane" i pocisk przechodzi na nawigację autonomiczną, całkowicie niewrażliwą na zakłócenia.
Pocisk doleciał do miejscowości Tarnowa-Kolonia na południe od Lublina, wlatując jakieś 93-95 km w głąb terytorium Polski od granicy z Ukrainą. Odległość tę pokonał w ok. 6 minut, jak informuje MON, czyli prędkość 930 km/h. To nie był więc dron. To był pocisk manewrujący jednego z owych dwóch typów.
Ukraińcy wg własnych informacji zestrzelili 54 pociski obu typów. Siedem albo w coś trafiło w Ukrainę, albo... To jest przypuszczalnie jeden z owych siedmiu.
- Rosjanie użyli 284 dronów rodziny Shahed i podobnych (Gerań 2, Italmas plus tanie wabiki bez głowicy Gerbera i Parodia), z których Ukraińcy zestrzelili 263. Pozostałe w coś niestety trafiły. Wszystkie te drony lecą z prędkością 160-220 km/h.
Najwyraźniej i NAJPRAWDOPODOBNIEJ Rosjanom uciekł jeden z pocisków Ch-101 lub 3M14 Kalibr. Wybił lej o średnicy 10 m co wskazuje na wielką siłę głowicy, to mniej więcej tak jak bomba lotnicza 500 kg mająca ok. 210 kg materiału wybuchowego.
Masa głowicy bojowej w obu typach pocisków manewrujących wynosi 450 kg, z czego czysty ładunek wybuchowy (najczęściej nowoczesny kompozyt plastyczny o wyższej sile niszczącej niż klasyczny heksogen) stanowi ciut ponad 200 kg. I to by do tego leja pasowało.
To nie mógł być efekt zakłócania GPS/Glonass, bo wówczas pocisk zboczyłby o max. 50 do 100 m, ale nie o 150 km. To NAJPRAWDOPODOBNIEJ była awaria układu nawigacyjnego, choć NIE MOŻNA WYKLUCZYĆ (moim zdaniem mało prawdopodobne) zamierzonego ataku ostrzegawczego ze strony Rosji dla podgrzania atmosfery.
Nasze samoloty rutynowo operowały w pobliżu granicy, dlatego F-16 został skierowany na przechwycenie. Była noc, więc wzrokowa identyfikacja była trudna, choć była niemal pełnia księżyca, a na Lubelszczyźnie było bezchmurnie, więc PEWNE warunki do identyfikacji wzrokowej mogły być, ale na wysokości poniżej 200 m (w nocy!) to SKRAJNIE trudne, niebezpieczne i jak informują - pilot nie zdążył go nawet przechwycić na radarze, bo zanim doleciał do niego, pocisk spadł.
Od razu odpowiem. Osobiście właściwie wykluczam ukraiński pocisk. A to dlatego, że o ile drony można podrobić lub wykorzystać drony przeciwnika które spadły niewybuchając w stanie niezbyt zniszczonym, więc nadają się do naprawy, to pocisk manewrujący jest nie do podrobienia. Jedyny typ używany przez Ukrainę, rodzimy FP-05 Flamingo (produkcja bardzo ograniczona, są bardzo cenne bo używa silnika AI-25 od L-39 Albatros, których jest mało w Ukrainie, a silniki nie są produkowane z powodu zniszczenia zakładów w Zaporożu). Identyfikacja pocisku, choćby po BARDZO charakterystycznym silniku, który z reguły nie ulega całkowitemu zniszczeniu nawet w wybuchu (silniki odrzutowe z natury swojej wytrzymują wielkie ciśnienia i temperatury jakie w nich panują w czasie pracy, więc wybuch je oczywiście rozwala, ale nie kompletnie).
Próba wciągnięcia nas do wojny nie polega na wykonaniu prowokacji która NIE MA SZANS na wciągnięcie nas do wojny, zwłaszcza, że to wygląda na awarię pocisku, co NIE JEST powodem do wojny. Oczywiście matołki nie uwierzą.
Zapewne zaraz ruszy rosyjska trollownia i nastąpi zmasowany atak informacyjny, że to Ukraińcy. Ukraińskie pociski latają w przeciwnym kierunku i gdyby miały zdryfować to by spadły na Gruzję czy Estonię (co się już zdarzało, ale w odniesieniu do dronów), a nie na Polskę. Zakładam, że zaraz się odpali jakaś patelnia i różne nieoswojone instruktory, ale nie wiem czy już dostali odpowiednie instrukcje. Jeśli to była awaria systemu nawigacyjnego (a w wiele na to wskazuje) to sami Rosjanie są tym incydentem zaskoczeni i dopiero kombinują jak to wyeksplotować informacyjnie.
Na zdjęciu - lej na Lubelszczyćnie
źródło - internet
Będę informował dalej w miarę jak będzie wiadomo.
Jeśli chcecie, żebym poświęcał swój czas na te wpisy, jeśli w ogóle chcecie je czytać, to poproszę o kawkę. To tylko kilka złotych, a mnie rekompensuje włożony w tę pracę czas. https://t.co/pPHnCSlNfq
To fragment tekstu KAFIRA AFGANA z FB
Nie mój, tylko jego, ale jego, ale celny do bólu. Bez znieczulenia. Ale jest prawdziwy.
"Więc nie, Ukraina nie zatrzymała Rosji dlatego, że była silniejsza na papierze. Zatrzymała ją dlatego, że miała wolę walki, zachodnie wsparcie, adaptację, drony, rozpoznanie, dowódców uczących się szybciej niż rosyjski beton i naród, który nie chciał iść pod moskiewski but.
Rosja nie jest groźna dlatego, że jest mądra. Rosja jest groźna dlatego, że jest wielka, brutalna, tania w ludzkim życiu, głęboka magazynowo, ustawiona budżetowo na wojnę i uzbrojona w atom. To jest nieokrzesany sąsiad z łomem, kałachem, magazynem trupów, przemysłem przestawionym na zabijanie i bombą jądrową w piwnicy.
Ukraina jest państwem wyniszczonym wojną, zależnym od Zachodu, broniącym własnego terytorium i walczącym o przetrwanie. Ma armię doświadczoną, twardą i groźną, ale nie ma potencjału, żeby zagrozić Polsce w takim sensie, w jakim zagraża Rosja.
Ukraina może być trudna, niewdzięczna, politycznie irytująca, historycznie ciężka i czasem dyplomatycznie nieokrzesana. Można się z nią kłócić. Trzeba jej stawiać warunki. Trzeba pilnować polskiego interesu. Trzeba mówić o Wołyniu, ekshumacjach, pamięci, gospodarce, rolnictwie, transporcie, konkurencji i przyszłych kontraktach. Przyjaźń narodów bez prawdy kończy się zwykle mordą w błocie. Ale to nadal nie jest wróg strategiczny Polski.
Wróg strategiczny siedzi w Moskwie.
Rosja ma interes w tym, żeby Polska była słaba, skłócona, samotna, odklejona od Unii, podejrzliwa wobec Ukrainy, obrażona na Niemcy, nieufna wobec NATO i zajęta własnym szczekaniem do lustra. Rosja nie musi od razu wjeżdżać czołgami pod Białystok. Rosja robi to, co umie najlepiej. Podpala głowy. Karmi kompleksy. Rozgrywa pamięć historyczną. Wpuszcza smród w internet. Szuka pożytecznych idiotów, którzy za darmo robią robotę, za którą kiedyś trzeba było płacić agenturze.
Ukraina może nam robić problemy. Rosja chce nam złamać kręgosłup.
I tu jest różnica, której wielu nie ogarnia, bo im się mapa pomyliła z emocjonalną sraczką po komentarzach na Facebooku. Z Ukrainą trzeba rozmawiać twardo. Bez klękania. Bez amnezji. Bez głaskania po głowie. Ale to rozmowa z sąsiadem, który bywa nieokrzesany, czasem bezczelny, czasem głupi politycznie, lecz dziś zatrzymuje rosyjskie mięso armatnie daleko od naszych granic.
Z Rosją nie rozmawia się jak z sąsiadem. Z Rosją rozmawia się przez siłę, kontrwywiad, wojsko, przemysł, amunicję, sojusze, odporność państwa i zimną świadomość, że dla Kremla Polska nie jest partnerem. Polska jest przeszkodą. Korkiem w gardle imperium. Krajem, który ma siedzieć cicho albo zostać złamany.
Na froncie Rosja dalej próbuje przesuwać linię walk, nawet jeśli płaci za to potworną cenę. Małe postępy, infiltracje, mielone oddziały, kolejne szturmy, kolejne trupy, kolejne metry błota. To nie jest państwo, które odpuściło. To jest państwo, które nauczyło się przegrywać po kawałku i dalej iść po trupach.
Ukraina z kolei uderza w rosyjską infrastrukturę energetyczną i wojskową, bo nie ma luksusu eleganckiej wojny w białych rękawiczkach. Kijów próbuje przenieść koszt wojny głębiej w rosyjskie zaplecze, bo inaczej Rosja będzie spokojnie mielić ludzi, miasta i czas.
Więc odpowiedź jest prosta. Kto Polsce bardziej zagraża? Rosja. Dlaczego?
Bo ma potencjał, intencję, historię, doktrynę, aparat państwa, służby, atom i imperialny interes, żeby Polskę osłabić albo podporządkować.
Kim jest Ukraina?
Nie świętą krową. Nie aniołem. Nie bratem z obrazka. Tylko trudnym sąsiadem w wojnie, z którym trzeba robić interesy twardo, bez klękania i bez amnezji.
Ale sąsiad, nawet nieokrzesany, to nie to samo co wróg. A w Polsce jakimś dziwnym trafem zaczyna się przewijać przekaz, że ludzie powinni bać się Ukrainy. No kurwa, ubawiłem się serdecznie. Potomkowie husarii trzęsą portkami przed Ukrainą, jakby ktoś celowo odwracał im uwagę.
I pewnie nie wiecie kto.
No bo skąd.
Rosja właśnie na to gra. Żeby Polak zamiast patrzeć na Kreml, warczał na Ukraińca. Żeby zamiast rozróżniać interes od emocji, dostał do łba łopatą ruską propagandę i jeszcze myślał, że to zdrowy rozsądek.
Rosja to wróg. Ukraina to trudny sąsiad. Kto tego nie rozróżnia, ten nie analizuje. Ten tylko klepie propagandą, nawet jeśli robi przy tym minę wielkiego stratega z komentarzy pod postem."
Tankowanie w powietrzu.
Nie po to, by atakować Chiny.
Takie rzeczy ludzie wypisują, serio. A teraz popatrzmy na Ukrainę. Jaki loty wykonuje lotnictwo Ukrainy? Niedawno w Kiev Post przytoczyło oficjalne dane MO Ukrainy:
Około 70–80% wysiłku lotnictwa ukraińskiego koncentruje się na zadaniach defensywnych i Air-to-Air, podczas gdy misje Air-to-Ground (powietrze-ziemia) stanowią około 20–30% ogólnej liczby wylotów.
Mamy dane za czerwiec 2025 r., kiedy takie dane opublikowano dość szczegółowo. Ogółem: 895 wylotów bojowych w miesiącu. Z czego "ponad 670" to obrona powietrzna, a "ponad 220" to atakowanie celów naziemnych. Jak zsumujemy 670 i 220 to da nam 895, czyli te "ponad+ponad"= 5 lotów.
A zatem najwięcej się lata w obronie powietrznej. Nad własnym terytorium. Po co więc tankowanie w powietrzu? Otóż samoloty myśliwskie mają dwa główne tryby działania defensywnego (DCA - Defensive Counter Air). Te tryby to CAP i QRA.
QRA, Quick Reaction Alert to znane z Układu Warszawskiego "dyżurowanie na ziemi". U nas były gotowość nr 1, nr 2 i nr 3. Ta ostatnia to stała, czyli żadna (personel nie opuszcza garnizonu). Nr 1 to piloci siedzą w kabinach, źródła zasilania podłączone, "wystawki" układów bezwładnościowych zrobione, platforma pracuje pod napięciem, silniki po grzaniu. Nr 2, to silniki wygrzane, zasilanie przy uzbrojonym samolocie, ale niepodłączone, piloci w domku pilota.
Tak silniki odrzutowe się grzało na Su-22/MiG-29/MiG-23, i chyba na innych typach też. Po co, skoro odrzutowy silnik bez problemu uruchamia się przy minus 50 i chodzi jak złoto? Ano po to, że rozgrzewa się łożyska wału pędni silnika, które się lekko rozszerzają, "wybierają" zbędne luzy i silnik nie ma wibracji, jakie ma na pełnych obrotach jeśli nie został rozgrzany (praca na obrotach 92 % przez 2 minuty na Su-22, hałaśliwe to było).
QRA/DnZ to start na przechwycenie po wykryciu celu i lot na spotkanie w celu przechwycenia.
Drugi sposób to CAP, Combat Air Patrol znany w Układzie Warszawskim jako "Dyżurowanie w Powietrzu" (DwP). Uzbrojony samolot leci do strefy i staje na nakazanej wysokości w czymś w rodzaju holdingu znanym z samolotów pasażerskich, które w razie potrzeby stawia się w holding w ramach schematu FLIRT. Najczęściej w CAP stoi para, rzadziej klucz, a czasem stawia się dwie pary na różnych wysokościach.
Na jak długo? To zależy od czasu trwania zmasowanego nalotu który się odpiera. Ataki rakiet manewrujących i balistycznych zwykle trwają 1–3 godziny. Ale drony dalekiego zasięgu często lecą w kolejnych falach w czasie od 4 do 8 godzin. Zdarza się, że wymusza to długotrwałe dyżurowanie myśliwców w powietrzu do czasu wyczerpania rakiet powietrze-powietrze i amunicji do działka. W Ukrainie nie ma tankowców. Myśliwce w środku nalotu muszą opuszczać strefę walki, zostawić lecące pociski manewrujące czy drony, wracać na lotnisko. Powrót 10-15 minut, tankowanie i uzbrajanie 30-40 minut, powrót do walki ok. 10-15 minut. Razem 50-70 minut. Czyli myśliwiec wypada z walki na godzinę. W środku nalotu. I tak w czasie każdego nalotu, tych zmasowanych jest średnio 10 w miesiącu, wtedy wyjście z walki na godzinę, w środku jej trwania, boli. Co prawda jedne myśliwce odchodzą, ale inne wracają, ale to oznacza, że jak mamy 20 sprawnych do dyspozycji w skali całego kraju, to na raz jest 6-8 w walce, a pozostałe albo się tankują i uzbrajają, albo lecą do rejonu walk lub też z niej wracają.
A z tankowaniem w powietrzu, możemy mieć jednocześnie jakieś 16 przez cały czas w strefie walk, bo 4 akurat odeszły się zatankować co trwa 20 minut (5 minut dolot do tankowca, 10 minut pobranie paliwa, 5 minut powrót).
Jak widać są potrzebne do tzw. force multiplier (pomnażać sił). Także w misjach nad własnym terenem, bez lotu do Chin.
To jedno zastosowanie, a opowiem jeszcze o innych.
Na zdjęciu australijski Airbus A330MRTT, taki jakie kupimy i my.
Okęcie, 2023 r.
Fot. Michał Fiszer
W ten sposób pracuję, zarabiam, obok innej pracy. Jeśli Ci się podoba, to możesz kupić mi kawkę poproszę, a będzie więcej.
https://t.co/3NOiJ9zNa8
@bleblebator@marek_reszka Jakiś dowód o tych trawiastych?
DOLe fakt są używane, ale nie po to są F16 czy F35 żeby nie zrobić możliwości dla A330 na bezpieczne ładowanie na lotnisku (których nie jest mało)
@bleblebator@KDyrszlag@marek_reszka Rozkręca, a A330 już dawno rozkręcony, tankowanie w powietrzu to podstawa dla myśliwców, nie tylko dla takich wyjątków jak bombowce itp.
@bleblebator@marek_reszka Co do startowania z trawiastych lotnisk to bym tego aż tak nie przeceniał, do lądowania samolotem potrzebna jest też infrastruktura do napraw, tankowania, czy miejsca na dużo innych rzeczy, ważne jest to ile mamy lotnisk i jak w wypadku W będziemy rozśrodkowywać samoloty
@bleblebator@marek_reszka ale jak KC390 do tankowania? przecież to inny rodzaj samolotu, ta wypowiedź miała by sens gdybyśmy mówili o A400m, jedyną konkurencją dla A330mrtt jest obecnie amerykański odpowiednik który ma duże problemy.
@bleblebator@marek_reszka Po pierwsze to byłaby prawda gdyby OPL nie mogła zostać z Polski porażona, po drugie to lotnisk zdolnych przyjąć A330 w zachodniej Polsce nie brakuje. To że Polska jest w zasięgu rakiet balistycznych tylko potwierdza słuszność tego zakupu bo samolot w powietrzu jest bezpieczny.
@t_arleta@jakubwiech rosja inwestuje miliardy w wojnę kognitywną przeciwko nam, mózgi wam przeżarli takim nienawistnym myśleniem, weźcie się zastanowcie
@t_arleta@jakubwiech A może ludzie po prostu traktują wspólne święta z rodziną która została (np. na zachodzie) jako ważniejsze niż ryzyko ze coś spadnie im na głowę, to że shahed spadnie na jeden dom na wsi, a nie na 100 to nie znaczy że jest bezpiecznie