Z głęboką satysfakcją mogę powiedzieć, że jestem artystą tak niszowym, że mnie prawie nie ma.
Jak wiadomo jest to najbardziej charakterystyczna cecha prawdziwego artysty, który tworzy wartościowe rzeczy. Jak ja.
Niestety jest to równocześnie cecha nawiedzonego egocentryka, który produkuje badziew i nędzę, ale jest zbyt nakręcony żeby to zauważyć. To też mogę być ja.
Korwiniści i menceniści sugerują, że da się odróżnić jednych od drugich łatwo: pieniędzmi. Jeżeli coś zarabia - wartościowa sztuka. Jeżeli nie zarabia - tandeta i chłam.
Dlatego Mentzen w przerwie między żłopaniem piwa a liczeniem pieniędzy stwierdził niedawno: "jeżeli artysta nie potrafi na siebie zarobić, to nie jest artystą, tylko hobbystą. Nie tworzy sztuki, tylko badziew".
Czym dał do zrozumienia, co myśli o hobbyście van Goghu i jego badziewnych słonecznikach.
No nie wiem, może to kwestia gustu. A może nadmiar piwa. Może za dużo pieniędzy. A może jest kulturowo na poziomie gdzieś między psem a wiewiórką, jeżeli uważa że wielkość sztuki mierzyć należy w skłonności ludzi do wydawania pieniędzy, a każdy dobry artysta automatycznie staje się dobrym sprzedawcą.
A może jest ignorantem, zwyczajnym głupkiem, który zwyczajnie nie wie, że większość wybitnych artystów w historii planety miała zazwyczaj problemy z zamianą tego co tworzą na pieniądze. A może się nie mieści w tej zalanej piwem pale, że może istnieć człowiek, co naprawdę nie tworzy dla pieniędzy.
Jak ja.
Co by nie mówić o Korwinie i jego boleśnie uproszczonym obrazie świata, on przynajmniej rozumie koncepcję artysty. Miałem okazję się sam o tym przekonać, kiedy na koncercie zwrócił się do mnie znienacka per "mistrzu". Określenie to pasuje do mnie jak lutnia do Metzena, ale urocze jest, fakt. I dowodzi przede wszystkim, że Krul, który naprawi świat wolnorynkowym sprzedawaniem paróweczek, rozumie chociaż, że pozycja artysty na wolnym runku jest szczególna.
Mentzen tego nie rozumie.
Według Nowego Lepszego Korwina nie ma w ogóle takiej opcji, żeby ktoś mógł pracować dla celów innych niż pieniądze. I nie ma takiej opcji, żeby wartość tej pracy mogła być mierzona w czym innym niż pieniądze.
Dlatego wyrzucam Mentzena na śmietnik ideologiczny. Z powodów ludzkich. Typ reprezentuje sobą coś, co najlepiej określić jako: kapitalistycznego buroka. KB to taki ktoś, kto mierzy wszystko jednym: pieniędzmi. Każde ludzkie działanie, pasje, cele i marzenia podporządkowuje jednemu nadrzędnemu celowi: sprzedaży.
Ale to nawet nie jest kapitalizm, to jakieś buractwo! Wolny rynek wcale nie wymaga takiej postawy. Zarabianie to możliwość, czasem konieczność - ale nigdy obowiązek.
Fakt, że Mentzen wolny rynek rozumie jako przymus maksymalizacji zysków, zdradza że mentalnie ma więcej z komunisty niż wolnościowca.
Mierzenie wartości ludzi i ich pracy wyłącznie zdolnością sprzedaży to demonstracja pogardy dla ducha człowieka. Po czymś takim nie ma już co dyskutować nad resztą poglądów.
No bo pomyślcie: czy według poglądów Mentzena Jezus Chrystus nie był leniwym nierobem? Czy jego życie i działalność nie były bezwartościowe, zgodnie z zasadą "jeżeli mesjasz nie potrafi na siebie zarobić, to nie jest mesjaszem, tylko hobbystą"?
Mentzen byłby znacznie lepszym mesjaszem: zorganizowałby zaraz pokazy uzdrawiania i zarabiał na biletach, przy okazji reklamując jakiś komercyjny produkt.
I chyba nawet to właśnie robi.
Zostały mi równo trzy tygodnie życia. Mówiąc bez dramatyzmu: starego życia. Szczerze mówiąc: starego dobrego życia.
Jest taka Święta Trójca, do której ponoć wszyscy dążą: Dom, Rodzina, Praca, Auto. Ach, gdyby tylko słowo "rodzina" zaczynało się na "u"! Oddałoby to dobrze ironię tego świętego dążenia.
Dążymy odruchowo do stabilności i świętego spokoju, do tego słynnego "zdrowia, szczęścia, pomyślności" których się życzy bezmyślnie na urodziny. Ale nikt nie myśli co dalej. Co kiedy Bóg perfidnie pozwoli to osiągnąć?
Okazuje się, że dom jest na kredyt, żona jest gruba, pracy nienawidzisz, a auta stoją w korkach - ale nic już z tym nie możesz zrobić. Nie masz siły. Za duży strach przed utratą tego wszystkiego, cośmy się "dorobili". Z etatu nie wyjdziesz, bo kredyt, z kredytu nie wyjdziesz bo żona, a od żony nie wyjdziesz, bo lustro. Zostaje tylko rozpędzić się samochodem na austradzie, jechać pół metra za kimś i mrugać mu światłami. Gdyby cię brała ochota na zmiany, Instagram codziennie ci przypomni, że dziś jesteś o 10 lat starszy niż byłeś 10 lat temu.
Więc kontynujuesz Narodowo-Katolicki Program Szczęścia, tworząc po drodze ciekawe neologizmy typu "jakoś to będzie" albo "mogło być gorzej". I wydaje ci się nawet, że jesteś błyskotliwszy niż inni, kiedy odpowiadając na pytanie "czy jesteś szczęśliwy?" wymyślisz odpowiedź "nie jestem nieszczęśliwy". Tak samo oryginalną jak życzenia zdrowia, szczęścia, pomyślności.
No dobra, to nie jest moja historia. Ani kredytu, ani korpo-etatu ani grubej baby. Ale i tak udało mi się zasmakować la dolce vita na łonie Trójcy Dążeń Życiowych.
Przyjemne nawet to życie. Coś jakby jeść przez 5 lat wyłącznie ciastka.
Tak się zdarzyło, że za trzy tygodnie cała Trójca wyleci przez okno, i stanę się jednocześnie: bezdomny, bezroboty i porzucony. No biedny miś. Zlitujże się kto nade mną raz, qrva.
Co, odmawiasz litości? No i dobrze, bo masz rację. Bo to co ludzie uznają za katastrofę życiową jest często ratunkiem. Choćby przed przedwczesną śmiercią z życiowego przeżarcia.
Ale czuję się fatalnie. Sprzedawanie, kupowanie, załatwianie spraw, planowanie i liczenie wysysa ze mnie ostatnie resztki energii. Nie mogę się nawet cieszyć tym nadchodzącym Nowym Życiem, bo jestem za bardzo wykończony Starym.
W tej sytuacji podtrzymują mnie dwie rzeczy: Byty Nadprzyrodzone oraz Siły Nieczyste.
Polecam obie, jeżeli jesteś w podobnej sytuacji.
Z Naprzyrodzonych Bóg jest tu zdecydowanie najlepszy i nie wierzcie tym co twierdzą, że to *uj złamany. Bo po pierwsze ci co tak mówią, mówią to samo o wszystkich innych, co pozwala domniemywać, że są to ludzie niemili i niewarci słuchania. A po drugie nawet gdyby i tak było, to i tak nie ma nic lepszego. No możesz wierzyć w ewolucję i naukę, ale pierwsza daje mutacje i raka a druga szczepionki i lockout, więc co to za pożytek.
A z Nieczystych polecam: piwo, wino, rum, w dalszej kolejności wermuty i likiery oraz co tam kto nieczystego lubi. Tylko wódki nigdy nie piję. Bo wódka czysta.
Ktoś kiedyś jeszcze śpiewał "jedyne co ma sens to lewatywy dzban" i twierdził, że od niej stan się poprawi. Ale chyba nie skorzystam. I tak mam już za dużo w dupie.
Ciepłego weekendu i dużo wolności.
Polska telewizja państwowa (czy jak się to tam teraz nazywa) pisze, że "ABW rozbiło siatkę Polaków, szpiegów Moskwy".
Strasznie się tym podnieciłem. No bo fajnie brzmi. Jak jakiś słowiański James Bond. Albo współczesny porucznik Borewicz.
Czytam dalej i zaraz mi przeszło, bo okazało się, że dzielna milicja narodowa (czy jak się to tam teraz nazywa) wykryła ludzi, którzy w ogóle się nie ukrywali. Nie tylko się przed nikim nie chowali, ale wręcz darli mordy, żeby tylko ktoś zwrócił na nich uwagę. Pisali publicznie w internecie o tym, że bardzo kochają Rosję, bardzo nienawidzą Wukrainy i niech nas wszystkich Słowian błogosławi Światowid.
Tacy z nich szpiedzy jak ze słonia mistrz zabawy w chowanego.
"Zarzuca się im działania wywiadowcze – rozpoznawanie rozmieszczenia wojsk NATO na terytorium RP oraz wytwarzanie i udostępnianie materiałów o charakterze propagandowym i dezinformacyjnym" - piszą bohaterskie Dżejmse Bondy i czekają na brawa.
No ode mnie braw nie będzie, bo ja tu widzę: "patrzyli przez okno i pisali głupoty na Facebooku". I jakoś mnie to mało podnieca, bo co drugi w tym kraju robi to samo. Jak czytałem komentarze pod artykułem, to w Wielkiej Brytanii połowę by aresztowano za wzywanie do morderstw i prześladowań, znieważanie, nienawiść, pomówienia, kłamstwa, do wyboru.
Jeżeli to mają być szpiedzy, to jakiś rekord świata w niekompetencji, ale Światowid z nimi tańcował. Bardziej mi się w pale nie mieście, że polski kontrwywiad chwali się "rozbiciem siatki szpiegowskiej", bo to tak jakby prezydent Krakowa chwalił się, że odkrył Sukiennice. Nie wiadomo czy śmiać się, czy wysłać kogoś na leczenie, zwłaszcza jak potem w tytułach piszą, że "szok".
Po 10 latach nieobecności w kraju zbieram się, żeby tam zaglądnąć, wię ciekawy jestem co się tam zmieniło. Czy poznam jak przyjadę? A potem czytam takie rzeczy i widzę, że poznam. Poznam bez problemu.
Jakie było przedszkole, takie jest dalej. Te same zabawy, kłótnie i wrzaski o tym kto kogo, kto komu i co najlepiej komu urwać, jakby nie było ciekawszych rzeczy w życiu. Przez lata tylko się orzełki zmieniają na czapkach, a w środku zawsze to samo, swojskie, narodowe dziadostwo. I ta sama rozczulająco głupia walka dzieci o odrobinę atencji ze strony dorosłych.
No nic, pobyt w przedszkolu też ma swój urok. Byle przerwy robić.
Ostatnie rozmowy na discordzie Przyszłej Partii Kontestacja zeszły na temat AI. Że ludzie coraz chętniej tańczą i śpiewają do piosenek z automatów.
No pewnie tak, ale co z tego. Ani to nowe ani jakieś szczególne. To tak jakby się podniecać, że ludzie jedzą lody z automatu. Dzieło kulinarne to nie jest, ale jadalne i jakis smak ma, nie? Disco polo to też żadne rękodzieło, to też muzyka prosto z automatu, a popularna. Narzędzia prostsze, automatyzm ten sam. AI nic tu nie zmienia.
I wtedy ktoś powiedział: "dla Martina disco stało się synonimem zła".
Ej no! Nie rozumiecie mnie w ogóle.
Otóż ja bardzo łaskawym okiem patrzę na proste zabawy prostackiej hołoty. Pozwólmy plebsowi być plebsem!
Dość wcześnie doszedłem do wniosku, że ludzi w swojej masie bezwzględnie nie wolno przeceniać. Stało się to w wieku lat mniej więcej 14, kiedy to odkryłem, że prześcignąłem intelektualnie mamę.
To odkrycie zrujnowało całkowicie mój system wierzeń, w których nas wychowywano. Opierał się na prostych zasadach:
- im kto starszy tym mądrzejszy
- im ma wyższy poziom edukacji, tym jest mądrzejszy
- im ma wyższe stanowisko, tym jest mądrzejszy
Kiedy pierwszy punkt nie wytrzymał konfrontacji z rzeczywistością, zacząłem mieć podejrzenia co do pozostałych. I tak się zaczął proces dorastania. Kiedy świat się zmienił i pojawił się czwarty punkt: "im więcej kto zarobił, tym mądrzejszy", byłem już dawno po.
Ale wiem, że wielu z was dalej wierzy w bullshit. Dalej Polska pełna "szanowny panie" i "proszę księdza". Dalej połowa maturzystów obowiązkowo idzie na studia. Nie mam złudzeń.
Ludzie w swojej masie są głupi, bezmyślni, bezkrytyczni, emocjonalni, łatwi do programowania. Lubią się bawić niż myśleć. No ale co z tego wynika? No właśnie nic szczególnego. Nie ma się czym podniecać.
Generalnie traktuję z uśmiechem te masy prostych ludzików, miłośników chlania, ruchania i disco-polo, obywateli lubiących filmy z lektorem, obywateli co czytają jedną książkę na rok, obywateli co są niewiele wyżej niż zwierzątka.
No ale czy ja nie lubię zwierząt? Zwierzątka są miłe i sympatyczne, kierują się instynktami i prostymi zasadami - żreć, ruchać, coś zarobić, dom postawić - i nie mam do nich nic, że są jakie są. Niewiele wart jest człowiek co znęca się nad zwierzętami. Tym bardziej człowiek, który znęca się nad fanami disco-polo, techniawy, muzyki z automatu czy parówek z Biedronki! Niech se chachary żyją i gorzałę piją, nic mi do tego.
Po prostu nie mam do nich (lub może: was) zbyt wygórowanych oczekiwań.
Mnie to disco-polo trochę brzydzi, trochę męczy, trochę nudzi - jak wszystko co prymitywne i z automatu. Ale to przecież nie jest robione dla mnie, tylko dla mas. Mas, co to uwielbiają. Oceniać więc to jako "złe" to tak jakby oceniać smak karmy dla kotów, że zła. Klasyfikować kuchnię kocią tymi samym kryteriami co francuskie restauracje? Absurd!
Człowiekowi Bóg dał ciało, ducha, intelekt, emocje, i wolną wolę, ale to nie znaczy, że człowiek ma obowiązek to wszystko rozwijać. Każdy ma prawo wybrać z tego zestawu, co chce. Na przykład może zejść do poziomu zwierząt, jak ma ochotę. Proszę bardzo, byle tylko innym nie szkodził.
I nie jest to żadne "zło". To jest wybór. Nie moja sprawa, nie mój interes, nie moja odpowiedzialność. I twoja też nie. Człowiek niby jeden gatunek, ale w pewnym sensie: wiele gatunków.
No więc ja dla zwierzątek jestem przychylny, i patrzę sobie na ich zwyczaje z ciekawością i zrozumieniem. Nie mam kompleksów to i nie mam potrzeby okazywać kotom pogardy ani demostrować wyższości, tylko się z nim bawię.
No a jeżeli kot się spodziewa po człowieku, że będzie oceniać jego żarcie i zwyczaje jako "zło", to prędzej problem jest z tym kotem niż człowiekiem. Niech kot wyluzuje, nie wiem, myszę se zje, na terapię dla kotów pójdzie albo co, nie znam się na kocich kompleksach, sorry.
Ja to rozumiem, że małpy cieszy gra w obrzucanie się gównem bardziej niż dobra partia szachów. Tak samo rozumiem, że są ludzie, których cieszy obrzucanie się gównem w komentarzach. I są tacy co ich cieszy słuchanie disco-polo. Różnorodność życia na tej planecie jest wspaniała.
Nie żądajcie tylko równego traktowania i nie stawiajcie wszystkim tych samych wymagań, bo stąd się biorą wszystkie problemy.
I dlatego odmawiam oceny "disco-polo" jako zło, bo kociej karmie nie stawia się gwiadek.
8 Things Introverts Don’t Like
1. Loud, crowded places
2. Random calls or surprise visits
3. People invading their space
4. Forced small talk
5. Drama and unnecessary conflict
6. Being asked, “Why are you so quiet?”
7. Too much noise and overstimulation
8. Fake people
@MarekFanatyk Jeżeli już ktoś czeka na wojnę, to mieszkanie za granicą jest średnim pomysłem. Najlepszym planem B to zagraniczny paszport. Trzeba jakoś wyjechać przez zamknięte granice. A zagraniczne inwestycje to dobry pomysł, ale są lepsze niż mieszkanie.
Jestem wielkim miłośnikiem uczenia się samodzielnie.
Mówiąc "samodzielnie" nie chodzi mi o to, że samotnie. Chodzi o to, że pod własnym kierownictwem.
Są ludzie, którym miła jest myśl, że znają się na wszystkim doskonale. Tym ludziom podoba się pomysł uczenia się samodzielnie, bo dlaczego jakiś baran ma im mówić, że coś robią źle?
Można i tak. Ale nie spodziewam się dobrych wyników takiego podejścia.
Więc może i lepiej, że ludzie wolą zaufać szkole, studiom, kursom, szkoleniom, nauczycielom i instruktorom, że chcą żeby ktoś poprowadził ich za rękę i wlał im ten olej do głowy. Pruski system ma wiele minusów, ale ma jeden wielki plus: każdy baran znajdzie w nim swoje miejsce.
Ale ja nie czuję się dobrze jako baran, więc systemy przeznaczone dla baranów niezbyt mnie cieszą. Szukam lepszych opcji, chociaż zdaję sobie sprawę, że będą bardziej wymagające.
Dlatego jak zdawałem kilka lat temu prawo jazdy kat. A1, to wszystko co mogłem, robiłem samodzielnie. Kurs teoretyczny - żadnych kursów. Aplikacja za 5 funtów. Kilka dni, zdałem. Podejrzanie łatwo.
Część pierwsza praktyczna - akrobacje na placu - bez kursu i instruktora. W internecie jest mnóstwo informacji, reszta to praktyka. Zdałem za pierwszym razem. Druga część - jazda po mieście - bez kursu, bez instruktora. Zdałem.
Namówiłem partnerzycę Dominikę żeby zrobiła to samo. Dlaczego? Bo jestem brutalny mąż-wąż, co ciśnie i pcha, zamiast głaskać i pocieszać. I też zdała. Wszystkie trzy, za pierwszym razem. Bez szkoły, instruktora.
Później zdawałem prawo jazdy na samochód. Może dla was to jakaś norma, boście to zdali w wieku 18 lat po 20-godzinach kursu, jak Państwo przykazało. Dla mnie nie, bo ja miałem lat 47 i w życiu wcześniej samochodu nie prowadziłem. Nie licząc jednego zdewastowanego malucha na polnej drodze przez 2 minuty.
Zdałem w ten sam sposób, bez żadnego kursu i instruktora, ćwicząc jazdę wyłącznie z partnerzycą, własnym samochodem. God bless the King and his law, że pozwala takim jak ja na takie rzeczy.
No i znów zdałem. Tak, wiem, nudna historia, żadnych niespodzianek.
Ale tu zacząłem się zastanawiać: czy nie przesadzam z tym samodzielnym podejściem?
Bo jest poważny skutek uboczny tego, że nie masz nad sobą instruktora. Taki, że nie możesz być nigdy do końca pewny, czy nauczyłeś się dobrze czy źle. Po prostu nie ma cię kto ocenić.
Więc mimo że zdałem już łącznie w Anglii 9 różnych egzaminów omijając standardowe kursy (oszczędzając mnóstwo czasu i pieniędzy), jestem zmuszony przyjąć dla ostrożności, że mogę być do dupy kierowcą, motocyklistą i radio-amatorem. A to z powodu tego, że żaden zawodowy, profesjonalny ekspert nie miał możliwości mnie z bliska przetestować i ocenić.
Dlatego kolejną kategorię prawa jazdy (to już trzecia i ostatnia) postanowiłem zrobić standardowo: na kursie.
Zresztą nie miałem wyboru. Tej kategorii nie da się zdać inaczej.
Już raz próbowałem - w Warszawie. Dawno dawno temu zacząłem chodzić na kurs. I co?
I do dzisiaj mam traumę. Ilość niedorzecznych formalności i przepisów, do których wszyscy w Polsce tak przywykli, że ich głupoty nawet już nie zauważają, była do przeżycia. Ale podejście instruktorów - nie dałem rady.
Gość zachowywał się jak skrzyżowanie kaprala w wojsku z urzędnikiem z ZUS-u. Coś obrzydliwego, czułem się jakbym był w podstawówce. Tyle że tym razem za nią płaciłem.
Powiedział, że ma być 10 godzin na placu, 10 godzin na mieście i kazał jeździć w kółko zgodnie z rozkazem na lżejszym motocyklu. Chciałem wyczuć ten motocykl i zacząłem próbować tego i owego, ale nic z tego - za każde odchylenie opiedralał. To znaczy wtedy, kiedy akurat zauważył, bo przeważnie zajmował się sobą i nie patrzył nawet na kursantów. Nie uczył niczego, jedyne co go obchodziło to czy wszyscy wykonują polecenia.
Czy sam umiał w ogóle bezpiecznie jeździć, tego nie wiem. Nie wyciągajmy pochopnych wniosków z faktu, że trzeciego dnia kursu poinformował wszystkich, że rozpieprzył się motocyklem na Marszałkowskiej i jest dzisiaj trochę połamany. No ja co prawda jeździłem przez lata motorowerami po całej Polsce bez rozpieprzania, ale też nie wyciągajmy pochopnych wniosków. W końcu ja jeździłem całe życie bez prawa jazdy a on był instruktorem.
Potem przyszła zima i kurs trzeba było przerwać. Nie wróciłem już po zimie. Nie przemogłem się. Wolałem dalej jeździć bez prawa jazdy pięćdziesiątkami po Polsce niż znosić takich chamów.
Po tym stwierdziłem, że ja się chyba nie nadaję do Polski. Idiotyczne przepisy da się znieść, bo od czego jest humor, ale standardy zachowań ludzi są dla mnie nie do przejścia.
To wszystko przypomniało mi się wczoraj, kiedy przyjechałem na plac manewrowy, żeby się pouczyć jak się jeździ dużym motocyklem. No to zobaczmy czym się różni ta rozpadająca się Anglia od tej pełnej sukcesów Polski...
Od lat nie przeżyłem tak przyjemnego dnia jak na tym placu. Różnica w podejściu do ludzi jest tak fundamentalna, że jak powiada klasyk: szkoda strzępić ryja. Gdybym to miał opisać w największym skrócie, to w Anglii jest podejście ludzkie. W Polsce - nieludzkie. A o szczegółach to już trzeba przekonać się samemu.
Ale najbardziej ciekawy byłem, co powie instruktor. W końcu jest okazja odkryć czy ta moja strategia uczenia się samodzielnego faktycznie przyniosła dobre efekty czy tylko pozór dobrych efektów.
Byliśmy my, instruktor, kolega i jeden gość co miał w tym dniu egzamin. Nazwijmy go Bob, bo pamiętam imienia. Bob poćwiczył sobie przed egzaminem. Patrzyłem jak slalomy robi i ósemki, tak płynnie, tak spokojnie, że aż mnie podziw wziął. Też bym tak chciał umieć kiedyś jak Bob.
No ale Bob cztery sesje to ćwiczył, a ja nawet metra nie przejechałem na ciężkim motocyklu.
Instruktor pogadał z nami, pokazał maszynę, w końcu mówi: siadaj, pojeździj se. Warszawa mi się przypomniała. Tam instruktor po 3 godzinach nawet nie dał dotknąć motocykla 600ccm. A ten mi mówi: a jeździj.
No dobra, super. Siadam. Jadę.
Pierwsze wrażenie: motor jest motor, niby podobne, ale jakie to cholerstwo ciężkie! Ręce mnie rozbolały od samego ruszania kierownicą. Masakra. Ile to waży, z 300kg? Ja taki mały, motor taki ciężki, myślę se: no nie wiem. Czuję się jak łamaga, a wyglądam pewnie jeszcze gorzej.
I widzę: instruktor mnie woła.
Warszawa mi się przypomniała: no tak, teraz będzie za coś opiedralał. Witamy w Polsce.
I zaraz myśl: co ja piedrolę? I'm in England, relax.
Instruktor powiada: pojadę teraz, patrz i potem zrób to samo. Wsiada i zaczyna robić slalom między pachołkami, a na końcu ósemki kręci. Z zewnątrz to wygląda bardzo prosto. Na pewno też byś tak zrobił.
Przyjechał i teraz ja. Slalom to jakoś dziwnie łatwo poszło, ale jak miałem zrobić kółko to ani połowy nie dałem rady. Za ciężkie toto. Próbuję drugi raz: no nie ma szans. Nie da się takich ciasnych kółek takim ciężkim motorem. Jak oni to robią?
No to schodzę z poczuciem porażki. Jednak marnie jeżdżę po 30 latach jazdy lekkimi motocyklami i 15 minutach jazdy ciężkimi.
Dominika też zrobiła slalom, i też padłą na tych kółkach od razu. To naprawdę jest trudne.
O, będzie dużo pracy, myślę.
Później wieczorem Dominika powiedziała mi, że kiedy ja tak jeździłem, to ci ludzie gadali między sobą, że dawno nie widzieli czegoś takiego: żeby ktoś kto pierwszy raz wsiadł na ciężki motor tak dobrze kontrolował maszynę.
Dziwne jak zupełnie inna jest perspektywa, kiedy człowiek patrzy na siebie samego a kiedy patrzą na niego z zewnątrz.
No to wziąłem się za ćwiczenie. Tak jak lubię: sam sobie wymyślałem co ćwiczyć i jak. Instruktor nie przeszkadzał.
Poćwiczyłem więc te kółka i pod koniec zrobiło się to jakieś łatwe. Zauważyłem, że cięższy motocykl jest dużo stabilniejszy i pod koniec jazdy podsłuchałem jak instruktor zdawał relację z naszych postępów drugiemu.
"It's been years since we had someone like those two here. You remember Bob, one who has Mod1 today? Those two made him look like cunt".
No myślę, że instruktor przesadził, bo Bob bardzo pięknie jeździł. Poza tym to sobie tak w żartach gadali. W ogóle ilość żartów w tej szkole była porównywalna z całkiem niezłym występem stand up. Se myślę czy nie dopłacić im extra.
Dominika tam była, niech potwierdzi. Dobrze to opisałem?
Najważniejszy morał z tego wszystkiego jest taki: samodzielna nauka faktycznie przynosi bardzo dobre efekty. W końcu mogłem się skonfrontować z instruktorem i wyszło na to, że to co było dla mnie zwyczajnym poziomem umiejętności, dla eksperta było daleko powyżej normy. Byłem absolutnie zszokowany jego oceną. Dalej jestem.
Z drugiej strony trzeba pamiętać o tym, że kiedy normy są niskie, ktoś zupełnie przeciętny może robić wielkie wrażenie. Mój poziom angielskiego w Anglii jest zupełnie zwyczajny. Ale w Polsce dupę urywa. Wszystko kwestia kontekstu.
Teraz już mogę powiedzieć, że samodzielna nauka daje doskonałe wyniki. Instruktor mi świadkiem.
I nie chodzi tylko o jakąś metodę, tylko o całoształt podejścia do życia. O stosunek do siebie i do innych, postrzeganie siebie jako podmiot, nie jako przedmiot. O przekonanie, że mam prawo decydować, mam prawo żyć tak jak uznam za stosowne, mam prawo być tu albo tam, wyjechać albo zostać. Mam prawo nie rozmawiać z chamem, jak nie mam ochoty i już. Nie ma złych i dobrych decyzji, są tylko decyzje i konwekencje. I zgadzam się na te konwekwencje.
To, że wolę się uczyć po swojemu niż tak jak chcą inni, jest tylko przedłużeniem faktu, że wolę żyć po swojemu niż tak jak chcą inni.
W moim przypadku takie właśnie spojrzenie na siebie jest bezpośrednią konsekwencją wiary w Boga.
I w ten oto sposób doszliśmy do idiotycznego wniosku:
jeżdżę dobrze na motocyklu, bo wierzę w Boga.
Że wniosek idiotyczny, to bezdyskusyjne. Ale czy prawdziwy?
Jutro mam pierwszą część egzaminu na prawo jazdy kat. A: akrobatyka.
Zaczyna się od prostego slalomu.
Następnie trzeba zrobić trzy ósemki z zamkniętymi oczami.
Później jest skok przez płonącą obręcz - to łatwe, wystarczy się rozpędzić, a potem szybko uruchomić gaśnicę.
O innych manewrach nie opowiem, bo i tak już jestem zdenerwowany, ale możecie je zobaczyć na filmie "the Dark Knight". Według mnie najtrudniejsze jest zawracanie przez ścianę, ale są różne opinie.
Zdaję teraz, bo w przyszłym roku mają podobno dorzucić wyskakiwanie z ciężarówki na autostradzie tyłem.
Czy motocykliści co zdali to wszystko i mają prawo jazdy jeżdżą dobrze? No bardzo dobrze! Sam widziałem jak gość jechał drogą publiczną na jednym kole przekraczając dozwoloną prędkość o 50km/h i jeszcze dłubał w nosie! Czemu dłubał? Bo nie miał kasku.
Wspaniale jeździł. Wszyscy podziwiali, robili filmy i bili brawo.
Mówię "jeździł" bo już nie żyje. Ktoś inny na drodze jeździł gorzej.
Jakbym jakimś cudem zdał jutro to wszystko, to opowiem wam o drugiej części egzaminu, w której będzie opowiedzieć gdzie motor ma gaźnik (prawidłowa odpowiedź: w muzeum motoryzacji) oraz przejechać przez ronda, które w głowie się nie mieszczą.
@0xJackPhantom@D_Tarczynski Actually, it's not "we". It's Home Office.
Unless you are part of a government, there is no "we". I have not made any decision and I guess you have not either.
@MartaCienkowska No ja jestem twórcą i nijak mi to nie pomaga, że rząd zabiera wszystkim więcej pieniedzy. Teraz wszystkich jeszcze mniej stać na książki.
LinkedIn to bardzo dziwne miejsce.
Z braku lepszego określenia, powiedziałbym, że to ZOO dla profesjonalistów. I to nie w charakterze odwiedzających.
Gdzie się nie obrócisz, tam coś imponującego. A to Senior Cybersecurity Expert, a to Senior Information Technology Specialist, a to Konsultant Finansowy Podatkowy Hipoteczny, zawsze coś do zwiedzania.
Pomyślałbyś: zebrała się cała elita kraju w jednym miejscu, best of the best, mądrość, doświadczenie, sukces i wieczna młodość, jak z tych ogłoszeń o pracę: zatrudnię 20-latka z 30-letnim doświadczeniem.
No i źle byś pomyślał. Bo jak posłuchasz nie to JAK gadają, tylko CO gadają, to doznasz dysonansu poznawczego odkrywszy, że za graniturami stoi poziom intelektualny jakiego można się spodziewać w Klubie Miłośników Disco-Polo.
Dlatego nie powinno mnie było zaskoczyć, że kiedy wspominałem ostatnie przygody ministra cyfryzacji, co nie wiedział ile bajt ma bitów, utworzył się szeroki front obrony ministra.
Linia rozumowania: minister nie jest od liczenia bitów w bajtach. Od tego ma innych ludzi.
I o ile można by się z tym zgodzić, że nie od tego jest generał, żeby w okopach skrobać ziemniaki, to mówimy tu o innej sytuacji. O generale, który nie wie, że pistolet ma lufę. O dyrektorze restauracji, który nie wie co to łyżka. O dyrygencie, który nie wie ile gitara ma strun. A skonfrontowany odpowiada: od tego mam ludzi, żeby to wiedzieli.
To może ci ludzie powinni zostać szefem? No bo w czym on jest lepszy od nich? W umiejętności walki o stołki?
Nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekuje od ministra cyfryzacji, że będzie liczył bity w bajtach. Ale każdy, kto rozumie jak działają firmy i organizacje, ma prawo oczekiwać, że dyrektor McDonald's na Polskę widział kiedyś z bliska jak się smaży frytki. Czy mu się to przyda do zarządzania? Nie wiadomo. Czy musi być w tym dobry? Nie. Ale im więcej wie, im więcej rozumie, tym lepsze podejmie decyzje. Zwłaszcza, że wpływać mogą na życie milionów ludzi.
Prawdziwy problem z ministrem jest w nie tym, że nie wie ile bajt ma bitów, tylko w tym, że nie widzi w tym problemu. Bo wiedzę łatwo zdobyć, ale zmienić etykę pracy to już nie tak łatwo.
A co myśleć o takim Senior Information Technology Specialist, który twierdzi, że etyka ministra w porządku? Właśnie pokazał wszystkim potencjalnym pracodawcom, współpracownikom i kolegom, czego się po nim spodziewać jako pracowniku.
To tak jakby publicznie ogłosić: "jako szef nie muszę mieć podstawowej wiedzy, w razie czego zapytam podwładnego".
Proces rekrutacji takiego specjalisty właśnie się zakończył. Powiedział mi właśnie wszystko, co potrzebuję o nim wiedzieć.
No bo powiedz szczerze: nawet gdyby Ministrowi Obuwnictwa nie była potrzebna umiejętność zawiązywania sznurówek, to gdybyś miał do wyboru faceta, co umie zawiązać but i drugiego, co nie wie co to sznurówka - to którego byś wybrał?
Boję się, że w Polsce odpowiedź może brzmieć: tego, kto jest z właściwej partii.
Ale na LinkedIn?
Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski poinformował właśnie z wielką dumą, że w "mObywatelu można założyć już firmę".
Dla przypomnienia: to ten minister od informatyki, który nie wiedział ile bajt ma bitów.
Oprócz tego, że nie wie ile bajt ma bitów, najwyraźnie nie wie też, że zakładanie firmy nigdy nie było problemem. Nawet jeżeli na zakładanie firmy zmarnujesz 20 godzin łażenia po urzędach, gdzie nie tylko nie wiedzą ile bajt ma bitów, ale nawet nie wiedzą co to bajt, to zrobisz to tylko raz. Prawdziwy problem polega na tym, że żeby sprostać zadaniom regulacyjno-podatkowym, polski przedsiębiorca spędza statystycznie ponad 300 godzin rocznie.
Ekspert od informatyki tak się cieszy, że "czas na założenie firmy skracamy z godzin do minut" jakby właśnie ludziom załatwił, że im będzie z kranu płynęło wino. Tymczasem bita to kogo obchodzi, bo niczego to nie zmienia.
Ale nawet gdyby to było ułatwienie stulecia, to aż tak się tym chwalić? Może dla ministra co już niedługo pozna ZX Spectrum, to jest nowoczesność, ale zdania typu "przyniesie ułatwienia, o których inne państwa w Europie mogą tylko pomarzyć" są po prostu głupie. W Wielkiej Brytanii działalność gospodarczą możesz sobie zupełnie legalnie prowadzić sekundę po tym jak się na to zdecydujesz, i masz rok na to żeby się zarejestrować. I nie chodzisz po żadnych okienkach nigdy z niczym, bo po prostu żadnych nie ma. Wszystko się załatwia przez internet, przez telefon, w ekstremalnym przypadku listownie. I tak od dawna. I nawet nie potrzeba żadnych "profilów zaufanych".
I mówimy tu o starej, zaniedbanej Anglii, gdzie wciąż funkcjonują czeki i dziury w drogach wspominają królową Victorię, a nie o naprawdę nowoczesnych krajach, jak Estonia.
A polski minister odkrywa w 2026 roku internet i się podnieca, jakby pierwszy raz zagrał w pacmana...
Skąd wyście takiego dziada wytrzasnęli, drodzy wyborcy?