Jestem pod wrażeniem jak Ukraina to zajebiście spierdoliła. Przyznam, że ja z 2022/23 w życiu by w to nie uwierzył.
Mieli do zrobienia najprostszą rzecz na świecie.
Dostali od Polski pomoc idącą w dziesiątki miliardów pln. Dostali nowe otwarcie w polsko-ukraińskich relacjach. Zyskali sojusznika, na którym mogli oprzeć reformy i swoją drogę do (jakiejś formy relacji z) UE i NATO.
I co Polacy za to chcieli? Przejąć ropę, gaz i metale? Lol, nie. To może chcieli dostać Lwów? Nie no, co ty. To może zażądaliśmy sprzedania nam swoich banków, zakładów wydobywczych i największych sieci handlowych? Nie no, gdzie. My tak nigdy.
Głupi Polacy wymyślili sobie, że będzie wszystko git jak Prezydent powie "no sorry, bracia Polacy, głupio wyszło, przepraszamy." Potem klęknie, uroni łzę (w końcu aktor) i zezwoli na masowe ekshumacje, a potem postawi się jakieś polskie cmentarze i trochę pomników. Dzięki, nara, odbębnione. Jak wizyta u nielubianej ciotki.
Nie wiem czy jest w historii ludzkości lepszy deal. Kilkadziesiąt miliardów pln w zamian za totalnie darmowy i symboliczny gest, kosztujący kompletnie nic. Nawet mógłby płotem płakać ze śmiechu jacy byliśmy durni, albo wyrzygać się z obrzydzenia jak to się "poniżył" przed Polakami.
Ba, po wojnie mogli wykorzystać to, że dysproporcje między Polską, a Ukrainą, są mniejsze niż między Ukrainą i Niemcami i zyskać dużo więcej w dwustronnych relacjach niż kiedykolwiek uzyskają od Niemców.
To nie. Wymyślili sobie, że wkurwią 80% Polaków wierząc, że to przyniesie im jakąkolwiek długofalową korzyść i wyjebali do kosza wszystko co zyskali przez 4 lata.
Mój X zalewają płacze ze wschodu, że jesteśmy, lol, prorosyjscy. Trzymając się tej narracji to najbardziej prorosyjski jest w tym wszystkim Zełenski.
Przestańmy robić z siebie ofiarę! Jesteśmy geopolitycznym gigachadem:
1⃣ Wykorzystaliśmy sytuację, w której nasz wróg zaatakował niespecjalne przychylne nam państwo i daliśmy broń temu drugiemu. Wyniszczają się już 4 lata.
2⃣ W latach 2022-2023 przekonaliśmy cały Zachód do tego, by wziął na siebie koszty obrony Ukrainy.
3⃣ Na 2026 rok stan jest taki, że pewnie ponad 95% kosztów wojny po stronie ukraińskiej pokrywają państwa trzecie.
4⃣ W tym czasie Polska dokonuje największej transformacji Sił Zbrojnych w swojej historii (przy okazji nabywając najbardziej zaawansowane technologie, w tym kosmiczne).
5⃣ Polska po raz pierwszy w historii załatwiła sobie obecność NATO na własnym terytorium.
6⃣ Polska trafiła do pierwszej ligi NATO i powoli, systematycznie buduje regionalne współprace.
7⃣ Wojna na Ukrainie osłabia praktycznie cały wschód (Rosja, Ukraina ale i Białoruś). Rozwojowo przeskoczyliśmy ich o kilka długości. Odnosimy gospodarcze benefity z imigracji, a i od nas zależy jak umiejętnie zarządzimy kwestiami społecznymi.
Gdyby sytuację geopolityczną analizowałby ukraiński towarzysz Grigori Braun, to stwierdziłby, że wojna to lacki spisek, który realizowany jest przez będących na polskich usługach Zełeńskiego i Putina , którzy wdrażają warszawską agendę zbudowania rzeczpospolitej od rzeki Odry po Władywostok.
Brody do góry, piersi do przodu. Rządzimy tą przestrzenią, a dobrze by było, by chociaż inni tak myśleli. Perspektywę zewnętrznych graczy o naszej przesadzonej sprawczości można dobrze monetyzować. Wiedzą o tym w pewnym niewielkim państwie na Bliskim Wschodzie.
To wszystko wciąż dobrze wygląda. MRTT w drodze. Orka w drodze. Kilka lat temu pisałem artykuł, czym planujemy wzmocnić polskie siły zbrojne, a czego nam brakuje. Kilkadziesiąt stron litanii - bo brakowało prawie wszystkiego. Dziś tak z 90% tego wszystkiego już ma podpisane umowy lub jest na ostatniej prostej do tego. Wow.
Niesamowite, na naszych oczach - w ciągu dwóch dekad - Wojsko Polskie w zasadzie z głębokie..go niebytu stanie się jednym z najsilniejszych narzędzi militarnych w Europie. O ile wreszcie zaczniemy szkolić rezerwy, bo to także jest kluczowe.
Brawo my! I to ponadpartyjnie.
Jeśli prawdą okaże się porozumienie, wg którego Ormuz wraca do stanu sprzed wojny, w zamian ustaje blokada USA, a rozmowy na temat uranu będę ozgodnione osobno w ciągu 60 dni, to będziemy mieli scenariusz który uważałem za najbardziej prawdopodobny.
To znaczy, że nie będzie - póki co- żadnego dealu, ale za to powrót do status quo po tym, jak Amerykanie i Izrael wybombardowały tysiące celów w Iranie.
To byłoby takie 6/10. Czyli drobne zwyciestwo wojenne USA (zaatakowali, zniszczyli co chcieli, wychodzą z wojny) bez strategicznego rezultatu w kontekście broni jądrowej, ale z rezultatem osłabienia Iranu i przystrzyżenia jego potencjału militarnego.
Bez negatywnych konsekwencji w długiej perspektywie na Ormuz, ale z długofalową presją na państwa arabskie by budować infrastrukturę omijającą cieśninę.
W takim kontekście uważam, że krótkoterminowo potencjalna operacja na Kubie będzie mogła dostać zielone światło. Następnie przerzut sił na Daleki Wschód i presja na Kima i Chiny.
A tak za 2-3 lata powrót na Bliski Wschód i ponowne bombardowanie Iranu. Już z lepszym przygotowaniem w defensywie dla p.arabskich.
Od kilku dni zastanawiałem się, po co Hegsethowi ta nieszczęsna brygada, której rotację wstrzymał. Coraz więcej wskazuje na to, że tego rodzaju jednostka - gotowa do natychmiastowego przerzutu - może się przydać na wypadek ewentualnej interwencji na Kubie. Jeśli prawdą jest, że Amerykanie są już technicznie przygotowani na militarną operację - a w jej ramach także jest brany pod uwagę desant marines - to ciężką brygadę (gotową do użycia) warto mieć w odwodzie. Amerykanie wcale się nie zatrzymują, pomimo problemów z zamknięciem konfliktu z Iranem, najwyraźniej są gotowi działać w najbliższym czasie także na Kubie. Do czego - wg politico, ale to przecież było wiadomo od momentu Wenezueli - przygotowywali się od miesięcy. To z kolei uwiarygadnia tezę, że operacje Wenezuela-Iran-Kuba są elementem szerszego planu, który dodatkowo ma swoje kalendarium. Administracja z Waszyngtonu ma konkretną linię strategiczną w kontekście osiągania celów geopolitycznych, a to co się dzieje od stycznia nie jest dziełem żadnego przypadku czy chaosu.
Gdy w 2012 @PiotrZychowicz napisał książkę Pakt Ribbentrop-Beck, można było go uznać pasjonata historycznego, który mimo braku - momentami elementarnej - wiedzy historycznej, wrzuca świeżą tezą pod dyskusję. Mamy jednak rok 2026. To grzech by przez 14 lat nie nadrobić zaległości, zwłaszcza, że przez ten czas historycy - często sprowokowani przez Piotra Zychowicza ( i dobrze) - napisali bardzo wiele publikacji i nagrali godziny materiałów audio-video by temat wyjaśnić.
To wszystko jednak nie było potrzebne, bo gdy ktoś czyta Studnickiego uważnie - a nie ze skryptu - to wie, że sam ojciec tezy o sojuszu z III Rzeszą dwukrotnie w swojej słynnej broszurze obarcza winą Hitlera za to, że swoimi działaniami wykluczył taką możliwość. Wystarczy bowiem znać chronologię wydarzeń i mieć jakiekolwiek pojęcie o geopolityce. A takie Studnicki - mimo zaczadzenia hitleryzmem - posiadał.
Sama sekwencja wydarzeń czyni tezę o sojuszu z III Rzeszą czy wchodzeniu do wojny jako ostatnim niedorzeczną.
1⃣ 30 września 38 - Na konferencji Monachijskiej zostają przyznane Hitlerowi czechosłowackie Sudety. Polska i Niemcy mają jeszcze poprawne relacje. Zachód wręcz oskarża Polskę o współpracę z III Rzeszą, ponieważ II RP sięga w tym czasie po Zaolzie.
2⃣ 24.X.38' - niecały miesiąc później, polski ambasador w Berlinie (Lipski) otrzymuje od Ribbentropa "propozycję" polegającą na tym, że Gdańsk ma zostać włączony do III Rzeszy i zostać połączony infrastrukturalnie przez polskie pomorze do z resztą kraju, a dodatkowo Polska ma dołączyć do paktu przeciw ZSRR. W zamian oferuje obietnicę przedłużenia paktu o nieagresji... Beck jest propozycją zaniepokojony, bowiem po marcowym Anschlussie i wrześniowym Monachium, tylko głupi nie pomyślałby : "teraz Polska"...
3⃣ 5-6 stycznia 39' - zaniepokojony Beck odwiedza Berlin w celu przekonania się o co dokładnie chodzi z ofertą. Otrzymuje potwierdzenie żądań. Bo tak należy nazwać rezygnację z Polski z praw w Wolnym Mieście, zgodę na eksterytorialność infrastruktury niemieckiej, rezygnację z suwerennej polityki zagranicznej i dobrowolną zgodę na zorganizowanie II Wojny Światowej pomiędzy III Rzeszą a ZSRR na polskim terytorium (tak należało odbierać przystąpienie do paktu antykominternowskiego). Po wizycie, Beck informuje najważniejsze osoby w państwie o tym, że Hitler nie zatrzymał się po Monachium jak obiecywał tylko idzie dalej i trzeba się jakoś do tego ustawić.
4⃣ 25-27 stycznia 39' Warszawę wizytuje Ribbentrop i rozmawia z najważniejszymi osobami w Państwie. Polska strona nie chce dać się nabrać jak w przypadku Austrii czy Czech. Zwłaszcza, że Ribbentrop - pewny siebie - zdradza w tej rozmowie, że Hitler ma w nosie Monachium i Czechy zostaną anektowane przez III Rzeszę. Hitler w tym momencie traci jakąkolwiek wiarygodność jako strona dotrzymująca warunków. Jego propozycje stają się papierowe. W tym momencie Polacy prawdopodobnie rozumieją, że z jednej strony pakt o nieagresji z III Rzeszą zawarty do 1944 roku można uznać za świstek papieru. Z drugiej strony - w zaistniałych okolicznościach - obietnica jego przedłużenia to jakiś marny żart. Strona Polska najprawdopodobniej już wtedy dochodzi do wniosku, że machina ruszyła i Polska będzie kolejną ofiarą. Jednak nie można Hitlerowi po prostu odmówić. Trzeba grać na czas i dla pewności zweryfikować jego intencje. Jeśli Hitler naprawdę chce szczerego układy, ale żąda ustępstw, to powinien realnie czymś zapłacić. Polska strona zagrywa bardzo sprytnie. Pada propozycja, że jeśli Czechy mają zostać anektowane, to niech Słowacja przypadnie Węgrom. To była mądra propozycja! Po pierwsze, testowała intencje Hitlera. Jego zgoda dawała Polsce bezpieczną południową flankę i jakąś realną korzyść z sojuszu z Hitlerem. Po drugie Polsce zależało na polsko-węgierskiej granicy, bowiem Węgry postrzegano jako państwo przyjazne i nie zagrażające. Po trzecie, gdyby Polska zażądała Słowacji dla siebie, to w przypadku jej przejęcia, cały świat Zachodu potępiłby Polskę. Co eliminowałoby później możliwość dyplomacji i uzyskania ewentualnych gwarancji czy sojuszy w sytuacji, gdyby Hitler nagle zmienił zdanie i chciał anektować też Polskę. Ribbetrop zobowiązał się przekazać pomysł Hitlerowi. Pozostało czekać.
5⃣ 15 marca 39' (już dwa miesiące później) Hitler dokonuje aneksji Czech i pogwałca traktat z Monachium. Jednak Słowacja staje się niemieckim protektoratem. To jest oczywista odpowiedź Hitlera na propozycje Polaków. Polska zostaje oskrzydlona od południa. Od tego momentu wydarzenia nabierają błyskawicznego tempa. Już pięc dni później:
6⃣ 20 marca 39' Hitler żąda od Litwy Kłajpedy, a 23 marca ją de facto zajmuje. Uderzenie w Litwę - północną flankę Polski - jest już znamienne. Niemcy nie konsultowali tego w żaden sposób z Polską, która uważała Litwę za własną strefę wpływu. Po strategicznym oflankowaniu południa (Słowacja) Niemcy natychmiast zaczęły agresywnie działać na flance północnej. Tylko skończony głupiec nie dostrzegłby w tym budowania podstawy do wywarcia presji a może i inwazji na Polskę. Takim skończonym głupcem nie był Władysław Studnicki, który skrytykował Hitlera właśnie za taką sekwencję wydarzeń, po której żądania niemieckie z 21 marca 39' nie mogły być potraktowane inaczej niż wstęp do aneksji Polski. Pokojowej, lub siłowej. Nic więc dziwnego, że:
7⃣ 26 marca 1939 roku strona Polska oficjalnie odrzuca żądania Hitlera. Beck natychmiast leci do Londynu przepraszać się z Brytyjczykami i wraca z wielkim dyplomatycznym sukcesem w postaci gwarancji bezpieczeństwa.
8⃣ 31 marca 39' Wielka Brytania i Polska podpisują wzajemne gwarancje bezpieczeństwa. Co znamienne, są relacje, że Hitler na tę wieść był wściekły. Wiedział bowiem, że Polska nie będzie drugą Czechosłowacją i nie będzie ulegać niemieckiej presji i sile. Gdyby miał pokojowe zamiary, przyjąłby to na chłodno i dalej negocjował z Warszawą warunki współpracy. Zamiast tego w kwietniu 39' zarządził przygotowanie planów do inwazji na Polskę (Fall Weiss).
Z tej zwykłej sekwencji wydarzeń staje się jasnym, że tylko głupiec ufałby Hitlerowskiej "ofercie" w takich a nie innych okolicznościach. To tak jakby dać Rosji eksterytorialną autostradę przez Przesmyk Suwalski do Obwodu Królewieckiego i zgodzić się na sojusz anty-unijny po tym jak Putin anektowałby Białoruś, zajął Ukrainę i zdradził, że planuje dalszą inwazję na Niemcy...
Obowiązkiem polskich elit było niedopuszczenie do wojny lub jej odwlekanie w celu politycznego wzmocnienia Polski i pozyskania sojuszy, a nie frajerskie pozwolenie na anektowanie Polski przez III Rzeszę i wplątanie ją następnie w II Wojnę Światową lub zgodzenie się na dobrowolną organizacją wojny Hitler-Stalin na terytorium Polski. Co proponował de facto Ribbentrop w styczniu 39'. W zamian za obietnicę nieagresji tuż po tym, jak zdradził że Hitler złamie traktat z Monachium... Czy tego rodzaju naiwną postawę należałoby nazywać "realizmem"?
Polska nie miała 1938-1939 "wyboru" czy wchodzi do wojny później czy wcześniej. Nie miała żadnego wyboru, bowiem do Hitler nadawał rytm polityce i on wybierał kolejność ofiar. Można by stwierdzić, że gdyby Polska klęknęła przed Hitlerem w 1939 to wówczas pierwszą wojenną ofiarą byłaby Francja... Być może, a może nie. Niemcy budowały od strony Francji Linię Zygfryda... Ta miała służyc do obrony. Natomiast cała agresywna narracja do 39' skierowana była przeciw ZSRR. Tak wyglądały ówczesne realia. Jednak, nawet kalkulując, że Hitler najpierw ruszy na Francję, trzeba było kalkulować, że ZSRR ruszy wobec tego z drugiej strony na III Rzeszę. Czyli najpierw na Polskę. Innymi słowy i tak Polska walczyłaby od pierwszych dni na wojnie. Z uwagi na nasze położenie geograficzne i uwarunkowania geopolityczne, bo to one były wówczas ważniejsze niż to, kiedy Śmigły-Rydz będzie chciał prowadzić wojnę. Zrozumienie tego wymaga kierowania się realizmem a nie "realizmem".
I krótko, odnośnie walki Polski na wszystkich frontach (duży nakład sił) przy miernym efekcie.
W sytuacji, gdy Polski już nie było, a więc nic od niej de facto już nie zależało, można było przyjąć dwie postawy. Bierną - nic nie robimy mamy w duszy, niech sobie alianci walczą, a nawet może przegrają - lub czynną. Walczymy na wszystkich frontach ze wspólnym wrogiem bowiem jeśli III Rzesza wygra, to Polska już nigdy nie odzyska niepodległości, a Polacy będą eksterminowani w obozach (ta świadomość już była w 1942 bowiem wówczas Karski napisał swój raport).
No więc słusznie wybrano walkę, która miała dać choćby szanse na odzyskanie niepodległości.
Druga kalkulacja postawy "czynnej" była rzeczywiście taka, że liczono na to, że udział Polaków zostanie dostrzeżony co zaprocentuje w układzie pokojowym. Można było oczywiście zaprzestać walki, a to byłoby paliwo dla Stalina i jego propagandy. Polacy nie chcieli wówczas ryzykować. Należało zrobić wszystko co się da w nadziei na to, że na koniec to zaprocentuje. Tak w nadziei, bo przy takiej sytuacji w jakiej się Polska znalazła nic więcej nie pozostało. Nie mieliśmy kart by dyktować komukolwiek cokolwiek. Alternatywą była bierność i późniejsze plucie sobie w brodę (a raczej krytykowanie ówczesnych władz na uchodźstwie), że się nic nie zrobiło. Wówczas polski rząd na uchodźctwie i polscy żołnierze w alianckiej armii stanowili dowód na to, że Polska istnieje. I tylko walka naszej armii była powodem tego, że ktokolwiek z Polakami rozmawiał. Mieliśmy też doświadczenia z I Wojny Światowej. Wówczas Polacy walczyli na wszystkich frontach, we wszystkich europejskich armiach i skończyło się to 13 punktem orędzia pokojowego Wilsona. No więc w czasie II WŚ zakładano, że jest szansa na powtórkę z historii. Drugim razem jednak ta sama sztuka się nie powiodła.
Ale równie dobrze można by krytykować Hallera czy Piłsudskiego za to, że w latach 1914-1918 wykrwawiali polskiego żołnierza bez żadnych gwarancji na wolną Polskę...
Ludzie z tamtych czasów po prostu robili to, co uważali za słuszne w arcytrudnych - wręcz nie dających nadziei - okolicznościach. Bo realizm to także czasami walka o swoje mimo wysokiego ryzyka. A romantyzm to uległość wobec wroga w nadziei, że jak nie będziemy się bronić to nas nie skrzywdzi.
Jak na razie Rosjanie "Oresznikiem" za 30 mln $ trafili garaże spółdzielcze w "Białej Górze".
Kraj który ma w Europie najwięcej rozwodów, aborcji, alkoholizmu i HIVa musi udowadniać swoim własnym niewolnikom, pardon "obywatelom" że jeszcze coś może w wojnie którą sam rozpętał robiąc szopkę z atakiem rakietą średniego zasięgu na garaże.
A całość dlatego że stary dziadek zaczyna czytać z kartki jak Breżniew i ma problem trzy razy powiedzieć "huraa".
Cóż...
Z tego co czytam o spotkaniu w Pekinie, to Putin i Xi potępiają "forsowanie hegemonicznego ładu" przez USA...
Ale jak to? Waszyngton podobno odpuszcza? Nie czytali Colbiego? 🙃A może po prostu oceniają intencje administracji Trumpa po działaniach, a nie po słowach. Te pierwsze przeczą rezygnacji USA z układu jednobiegunowego.
1⃣ Przy pomocy ceł i zależności w kwestii bezpieczeństwa, Trump zmienił architekturę światowego handlu ustawiając ją pod USA. Wszyscy byli wściekli, bo zachował się jak dyktator...
2⃣ Trump zaostrzył sankcje na Rosję, nałożył sankcje pośrednie (część jest czasowo wstrzymana w stosunku do Indii z uwagi na Iran), podpisał szereg umów i porozumień uderzających w interesy Moskwy (kontrakty z Turcją na gaz, deal z UE, z Indiami ,etc).
3⃣ Uprowadził przywódcę Wenezueli, zachowując się jak jakiś bezkarny rozbójnik.
4⃣ Uderzył na Iran.
5⃣ Chce podporządkować Kubę.
6⃣ Żąda koncesji w Grenlandii.
I tak dalej.
Amerykanie zachowują się i działają tak, jakby było im wszystko wolno. Uderzając przy tym w partnerów Chin i Rosji (a te nie potrafią tego powstrzymać).
Narracyjnie Putin i Xi są wielkimi przyjaciółmi. Chiny są równe USA, a Amerykanie godzą się na świat multipolarny.
To co się natomiast naprawdę dzieje, to bezczelne wykorzystywanie przez Waszyngton swoich aktualnych przewag w celu wzmocnienia swojej globalnej pozycji i udowodnienia, że hegemon jest i będzie tylko jeden.
Najwyraźniej Rosjanie i Chińczycy też do dostrzegają. U nas z kolei dalej narracja: "USA odpuszcza prymat" zyskuje coraz szersze grono zwolenników.
Nie twierdzę, że Amerykanie na pewno utrzymają hegemonię. Są w trakcie jej przeformatowywania. Jednak widać, że Trump chwycił mocno za lejce i nie ma zamiaru dać się pokonać przez słabą Rosję i coraz pewniejsze siebie Chiny. Przeciwnie, jego administracja gra bardzo ostro. Tutaj nie ma pardonu, miękkiej gry, oczekiwania co zrobią inni. Są piękne słowa o przyjaźni i szaleńcze tempo działań w kontekście globalnych interesów.
Co istotne, co opisywałem w szczegółach wielokrotnie, Amerykanie mają bardzo dużo kluczowych narzędzi, które pozwalają im osiągać przewagi. Więc z nich korzystają. I będą to robić, bowiem z faktu, że kontrolują morza i oceany, petrodolara, ład handlowy etc. mają olbrzymie korzyści. Tylko głupiec by z nich zrezygnował nie podejmując rękawicy.
Ponownie totalna kompromitacja Waszyngtonu, bo Xi poszedł wprawdzie na ustępstwa, ale to ze zwykłej litości nad upadającym mocarstwem. Co innego, gdyby to Amerykanie musieli coś odpalić Chińczykom, albo gdyby Chiny przykręciły śrubę (na metale krytyczne). Wówczas wszystkie nagłówki brzmiałyby "hegemon powrócił!"... A nie czekaj...
Obiektywnie trzeba przyznać, że Trump poleciał do Chin i coś dla USA załatwił. Co w obecnych uwarunkowaniach rywalizacyjnych wcale nie jest takie proste. Tzn. to jest proste, ale tylko wówczas, gdy Amerykanie brutalnie wykorzystują swoje przewagi, bo tych wciąż mają więcej, niż inni. I administracja Trumpa to robi. Testując granice akceptacji u innych. Czasem się udaje, czasem trzeba się wycofać (Grenlandia, metale ziem rzadkich), ale tylko po to, by za chwilę wrócić do rozmów po skalibrowaniu celów, jakie są osiągalne (zarówno rozmowy w sprawie baz i surowców na Grenlandii wciąż się toczą, podobnie jak rozmowy z Chinami - jak widać).
Tym razem Chińczycy uznali, że warto zrobić jakiś gest, by Waszyngton na jakiś czas pozostał przewidywalny w relacjach z Pekinem.
Trwa spór na ile doraźne deale Trumpa nie zniszczą potęgi USA w przyszłości z uwagi na podważanie wiarygodności...
W mojej ocenie Stany Zjednoczone nie mają wyjścia i muszą przyśpieszać, bo liczy się czas. Należy pamiętać, że nawet najlepsze softpower jest niczym - zwłaszcza w okresie chaosu - gdy nie ma oparcia w twardej sile. I właśnie o utrzymanie lub wzmocnienie tej potęgi administracji z Waszyngtonu chodzi.
Wiarygodność USA - np. za czasów Obamy czy Bidena - nijak nie wpłynęła na flirty UE z Chinami oraz fakt, że Niemcy siedzieli okrakiem na płocie i dogadywali się zarówno z Moskwą (naszym kosztem) jak i Pekinem (kosztem całej UE). Francuzi zresztą podobnie.
Amerykanie dawali gwarancje, a ich partnerzy - ufni w moc i bezpieczeństwo zachodnich demokracji - robili interesy z rywalami. I tu nawet nie chodzi, że rywalami USA, ale... z własnymi. Niemiecki przemysł motoryzacyjny mając interesy sprzeczne z interesami całej niemieckiej gospodarki ciągnął uwikłanych polityków w zażyłość z Chinami. Zawiązując sobie powróz wokół własnej szyi. To Merkel dała Putinowi w 2015 roku sygnał (umowa na Nord Stream II) że nieważne co się stanie z Ukrainą, Niemcy stawiają na partnerstwo strategiczne z Rosją. I nieważne co się stało z Ukrainą, Niemcy niespecjalnie przejmowali się wydatkami na obronność.
Trump słusznie rozpoznał, że podejście na "dobrego i wyrozumiałego wujka" nie przynosi efektów. Nie dość, że z sojuszników i partnerów był marny pożytek, to jeszcze Amerykanie zaczęli tracić pozycję w gwarantowanym przez siebie układzie. Długofalowo tego rodzaju polityka rzeczywiście doprowadziłaby do kolapsu hegemonii. Bierność to czekanie na wyrok.
Pytanie, czy działania Trumpa są tymi, które USA powinno było podjąć? Może można było być aktywnym inaczej, ale Amerykanie mają Trumpa. Być może jest tu jakiś rodzaj transakcji "coś za coś". Jest mocno, jest aktywnie, szybko, czasem wydaje się, że raptownie, ale jednak intensywnie. Z drugiej strony jest sporo niepewności i ryzyka, dokąd to wszystko doprowadzi. Amerykanie chwycili za lejce i posiadają inicjatywę strategiczną. Pomiędzy 2014 a 2025 rokiem najważniejszymi pytaniami były: "co zrobi Putin?" tudzież czasami: "jak rozwiną się Chiny?".
Od 1,5 roku liczy się tylko to, co i kiedy zrobi Trump. To na poczynania Amerykanów reagują inni, a nie odwrotnie.
Trump wrzuca na mediach społecznościowych głupie wpisy, grafiki i memy. Tańczy i kpi na bankietach lub spotkaniach oficjalnych. To jest jednak kompletnie nieistotne z punktu widzenia światowego układu sił oraz procesów w nim zachodzących.
Pan prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział budowanie kopalń „kochanego węgla”.
Pani posłanka Izabela Kloc podzieliła się dziś filmem, na którym prezes PiS mówi, że jeśli jego formacja dojdzie do władzy, to będziemy „budujemy nowe kopalnie”.
Kochani, no powiem tak.
W latach 2015-2023:
⚒️udział węgla w miksie energetycznym spadł z 87 do 63%, a obecnie sięga ok. 50%;
⚒️wydobycie węgla kamiennego spadło z 60 mln ton do 45 mln ton;
⚒️zatrudnienie w górnictwie węglowym spadło z 102 tys. do 72 tys. osób, pod koniec tego roku spadnie do ok. 60 tys.;
⚒️liczba kopalń spadła z 29 do 17;
⚒️podpisano umowę społeczną z górnikami, która przewidywała - jako pierwszy dokument rządowy w historii Polski - koniec górnictwa węglowego w kraju.
Do górnictwa dopłacamy obecnie 5,5 mld zł rocznie, nie licząc pomocy, która pewnie trafi do JSW. To pieniądze wydawane po to, by kopalnie w ogóle przetrwały.
Ciekawe, za co i po co mielibyśmy budować kolejne, skoro za 10 lat zapotrzebowanie na energetyczny węgiel kamienny obsłużymy jedną Bogdanką.
O Iranie już w obecności Xi. Poszły jakieś umowy handlowe, więc w myśl: głaszcz silniejszych, pacyfikuj słabszych, Trump nawychwalał się Xi mimo, że ten zakpił wcześniej z upadających USA.
Status quo utrzymane, ciekawy jestem czy Chińczycy wezmą tę ropę z Texasu, o czym także mówił Trump.
To byłoby dość ciekawe, że w dobie nieuchronnego wzrostu napięcia, Chińczycy są gotowi zapłacić pewną cenę za przedłużenie czasu względnego spokoju. A Amerykanie to wyczuli i wskazali akceptowalną dla Pekinu cenę. Jedni - tak uważam - oceniają, że mogą zapłacić jakieś drobne by grać długofalowo, a drudzy zadowoleni, bo uzyskali profity choć też potrzebują chwili oddechu (nie zamknięta kwestia Iranu).
Chyba obie strony czują, że ogrywają tą drugą, albo obie wiedzą, że po prostu trzeba się lepiej przygotować do dalszej rywalizacji, czas się przyda obu, więc podjęły zakład o to, kto go lepiej wykorzysta.
Xi Jinping dejó al planeta con la boca abierta. En un banquete con solo 47 invitados, el presidente chino miró a Trump y soltó sin filtro: “Trump está haciendo a América grande de nuevo.” Sí, leíste bien. El líder del Partido Comunista Chino recitó el eslogan MAGA en público. Trump convirtió a Xi al MAGA.
Xi continuó con un discurso épico: “En el 250 aniversario de la independencia de Estados Unidos, los más de 300 millones de estadounidenses están revitalizando el espíritu de patriotismo, innovación y emprendimiento, e inaugurando un nuevo capítulo en la historia de la nación.”
Y remató: “Los pueblos de China y Estados Unidos son dos grandes pueblos. La gran revitalización de la nación china y hacer a América grande de nuevo pueden ir de la mano. Podemos ayudarnos mutuamente a triunfar y llevar prosperidad a todo el mundo.”
Stworzenie na grafice to niesporczak - bezkręgowiec, który potrafi znieść prawie wszystko. Wytrzymuje temperatury w zakresie od 150°C do prawie zera absolutnego, jest najodporniejszym na promieniowanie jonizujące zwierzęciem świata, potrafi przeżyć 100 lat bez wody.
Ale nawet niesporczak miałby problem z wytrzymaniem zderzenia, jakie rzeczywistość zafundowała popularnej jeszcze niedawno tezie, że „Chiny mają gdzieś transformację energetyczną”.
Spójrzmy na dane:
📈Chiny w zeszłym roku wydały na transformację 1,1 bln dolarów, czyli połowę światowych wydatków na ten cel;
📈Pekin kolejny rok z rzędu bił rekord nakładów w tym zakresie i kolejny rok z rzędu wydawał tyle, ile reszta świata razem wzięta;
📈Chiny są największym na świecie inwestorem w OZE, ich moc zainstalowana w tej technologii przebiła 2400 GW. Mają więc 2x więcej OZE niż mocy węglowych;
📈Chiny są największym inwestorem w energetykę jądrową i w okolicach 2030 r. będą miały najwięcej działających reaktorów na świecie;
📈Chiny są największym producentem, eksporterem oraz rynkiem dla samochodów elektrycznych i dzięki elektryfikacji transportu zaczęły obniżać zużycie ropy i sprzedaż paliw;
📈Chiny wyprzedziły UE i USA w tempie elektryfikacji gospodarki, produkują już więcej prądu niż Unia i Stany razem wzięte;
📈Chiny dzięki transformacji obniżyły w 2025 r. swoje emisje CO2 oraz produkcję energii z węgla.
Aha - ten post to nie jest gloryfikacja ChRL. To jest wskazanie, że ludzie, którzy jeszcze niedawno stosowali wymówkę „nie róbmy nic, bo Chiny” po prostu wprowadzali swoich odbiorców w błąd.
O Chinach wiemy tyle, ile Chińczycy pokazują, a pokazują tyle, by władza była zadowolona. Ja nie jestem przekonany, czy nawet Pekin zdaje sobie sprawę ze wszystkich problemów wewnętrznych i ich skali.
Słaba waluta ma pewne korzyści dla Chin, bo produkty eksportowe chińskie zyskują na konkurencyjności. W przeszłości Chińczycy sztucznie zaniżali kurs juana, za co dostali swojego czasu po łapach od administracji Obamy (pisałem o tym szczegółowo w "Trzeciej Dekadzie"). Od 2016 roku juan należy jednak do koszyka SDR i sytuacja jest nieco inna.
Słabość waluty wraz z innymi makrowskaźnikami raczej świadczy o problemach strukturalnych Chin.
Oprócz tego zmieniła się geopolityka. Zachodnie rynki zaczęły się bronić (vide polityka celna).
Skutki krachu w sektorze nieruchomości wciąż ciążą.
PKB pompowane pustymi inwestycjami stanęło, bo sztuczne inwestycje stanęły.
Obraz oczywiście nie jest tylko zły i fatalny, ale warto punktować problemy Chin, bo wciąż istnieje szerokie środowisko ludzi zapatrzonych na Pekin i omamionych nieomylnością chińskich elit ("bo przecież planują na dekady, Sun Tzu, gra w go i w ogóle wyższa cywilizacja").
Warto też pamiętać, że to co widzimy, to dopiero początek problemów. Bo Chiny ścigają się z czasem i swoją błędną decyzją sprzed kilku dekad (polityka jednego dziecka). Przy zaburzonej strukturze demograficznej (brak zastępowalności pokoleń + dysproporcja w liczbie kobiet i mężczyzn) Państwo Środka będzie miało olbrzymie wyzwanie.
Xi Jinping zapowiadał budowę chińskiej klasy średniej, która wchłonie chińską produkcję zamiast odbiorców z Zachodu. Póki co, marnie to idzie. Dodajmy kulturę oszczędzania z dodatkiem szczypty ogołocenia Chińczyków z ich oszczędności (spadek wartości nieruchomości) i mamy mieszankę wybuchową.
Chiny są kolosem niezwykle podatnym od czynników zewnętrznych. Jeśli rynki zbytu z jakiś powodów nie będą wchłaniać chińskiej produkcji, to mamy kulę śnieżną która zamiecie chińską gospodarką.
Jeśli z jakiś powodów nie będzie można importować surowców energetycznych, mamy problem w gospodarce, produkcji, a także w eksporcie.
W zglobalizowanym świecie, niemal każdy jest zależny od czynników zewnętrznych, ale nie każdy chce np. przejmować Tajwan czy rzucać wyzwanie USA...
Przy sporej - choć ukrywanej - zależności od globalnych rynku i ładu, Chiny są narażone na presję i wstrząsy. Należy o tym pamiętać, wypisując także słabości USA.
Niemcy zapowiadają KONIEC nadmiernej regulacji w UE!
Niemiecki kanclerz Friedrich Merz ostro skrytykował Unię Europejską, nazywając ją „całkowitą porażką” podczas wystąpienia przed globalnymi elitami.
Stwierdził, że Niemcy i Europa zmarnowały ogromny potencjał, stając się „mistrzami świata w nadmiernej regulacji i zerowym wzroście”.