Tusk przed wyborami - jakbym był premierem to wiem jak to zrobić żeby benzyna kosztowała 5zł19.
Tusk po wyborach - za cenę benzyny nie odpowiada premier.
Tusk obecnie - za cenę benzyny odpowiada prezydent.
@Lukasz_on_GPW I ma rację, niech wymusza na tym chuju złamanym spełnianie obietnic, pomimo tego że wszyscy wiemy że to się kupy nie trzyma. No ale cóż, takie rządy jaki premier taki premier jaki jego elektorat..
@styszka@KONFEDERACJA_ Milczenie będzie chyba najlepszym rozwiązaniem dla Ciebie Mentzena itd zastanówcie się tam w tych waszych Konfederacjach nad waszym przyszłym działaniem bo coś wam się w głowach popierdoliło
ŻUREK W SPRAWIE ROMANOWSKIEGO NA DESKACH, STĄD TO WYCIE. I BĘDĘ WYĆ JESZCZE BARDZIEJ, BO TYLKO TAK UKRYJĄ, JAKIMI SĄ PRZEGRYWAMI.
A miało być tak pięknie. Udało się obronić Króla z Koalicji przed pi#rdlem, ostentacyjnie skręcono sprawę Wałęsy (przy okazji robiąc z niego debila analfabeta, no ale cóż, finezja nie jest cechą Żurka) i nagle taki nokaut. List żelazny dla Romanowskiego. I wszystko psu na budę. Miał być pokaz siły- jest pokaz bezsilności. Miał być dowód dominacji- jest kwik. I stąd ten dziki wrzask.
I ŻEBY NIE BYŁO, NIE MAM ZAMIARU BRONIĆ ROMANOWSKIEGO. NIECH SIĘ BRONI SAM. ALE NAWET GDYBY ZARZUTY SIĘ POTWIERDZIŁY, TO I TAK "WINY" ROMANOWSKIEGO TO BYŁBY PIKUŚ PRZY MILIONACH I SYFIE, O KTÓRYM SIĘ SŁYSZY PRZY KRÓLU, GIERTYCHU, NOWAKU I RESZTY FUNFLI TUSKA I ŻURKA.
To zresztą prosty test. Sprawdźcie ile z dzisiejszych wyjców słowem zająknęło się o wspomnianych wyżej. O Giertychu i Polnordzie. O Nowaku i skrajnej ostentacji w umorzeniemu śledztwa. Przykłady mogę mnożyć. I mówimy tu o sprawach bez porównania grubszych niż o to, o co oskarżany jest Romanowski. ALE TO ON MIAŁ BYĆ W DYBACH OBWOŻONY PO POLSCE, ŻEBY O NIM GADAĆ A NIE TAK MAŁO WAŻNYCH SPRAWACH JAK ROZPADAJĄCA SIĘ OCHRONA ZDROWIA I ROZWALONY BUDŻET...
Ale niech Romanowski staje przed sądem i się tłumaczy, proszę bardzo. Byle uczciwym a nie kontrolowanym przez Żurka i Giertycha. Ale o żadnego Romanowskiego im tak naprawdę nie chodzi. Tylko o pokazanie swoim wspólnikom i swojemu betonowemu elektoratowi, że mogą. Że są bezkarni.
TAM NIGDY NIE CHODZIŁO O ŻADNE PRAWO I DEMOKRACJĘ. ODWROTNIE. TA WŁADZA TO MIAŁ BYĆ TRIUMF CHAMSTWA I PRYMITYWNEGO DRESIARSTWA. A ŻUREK NIE MIAŁ BYĆ OD REFORM ALE TERRORYZOWANIA SĘDZIÓW, BY ROBILI, CO TUSK CHCE.
A tu nagle taki łomot. I to kolejny, bo wcześniej sąd stwierdził, że wydawanie europejskiego nakazu aresztowania to jakis absurd. Czyli jest dokładnie inaczej niż miało być, niż dresiarz Żurek miał załatwić. I to właśnie stąd to wycie, ta wściekłość, zwłaszcza u Silnych Razem i ich przewodników.
Wiecie, że te oszołomy już wyją, by brać sprawy w swoje ręce? Że czas na samosądy? Że czas obalić przemocą władzę PiSu (tak, to ten poziom i paranoi i zwyczajnego debilizmu. Może analfabetycznego). Bo im się marzy krew.
Bo właśnie tego ta patologia chce. I cały czas, na szczęście, nie może dostać.
BO TA WŁADZA MARZY O BYCIU DYKTATURĄ... TYLKO JEST NA TO ZBYT NIEUDOLNA.
Dawid
@donaldtusk Donek jutro przeproszę cię za to, że wyzywałem cię od chujów złamanych, kłamców, kanalii, skurwysynów i gówniarzy wszelkiej maści – oczywiście jeżeli zobaczę paliwo po 5,19.
W ramach zadośćuczynienia wpłacę nawet 1000 zł dla twojego kumpla Owsiaka i też go przeproszę za wyzwiska.
Koziołek chciał zostać gwiazdą.
Bardzo źle znosił to, że świat potrafił przez całe dni nie zwracać na niego uwagi. Gdy ktoś go chwalił, pamiętał o tym tygodniami. Gdy ktoś go nie zauważał, pamiętał jeszcze dłużej.
Pewnego dnia Lis zaprosił go do radia.
— Panie Koziołku, podobno zna się pan na energetyce.
Koziołek trochę się speszył, poprawił marynarkę i powiedział, co wiedział.
Nazajutrz znalazł w internecie komentarz:
„Świetny ekspert”.
Przeczytał go raz.
Potem drugi.
Wieczorem przeczytał trzeci raz, żeby sprawdzić, czy nadal brzmiał równie dobrze.
Brzmiał.
Kilka dni później zadzwoniła Sroka z telewizji.
— Panie Koziołku, porozmawiamy o klimacie?
Koziołek zawahał się tylko przez chwilę.
— Oczywiście.
Wystąpił.
Po programie Sroka uścisnęła mu dłoń.
— Znakomicie.
Koziołek wrócił do domu i obejrzał cały program od początku.
Potem przewinął do swojego wejścia.
Potem obejrzał je jeszcze raz.
Za trzecim razem przestał już słuchać tego, co mówił. Patrzył tylko na siebie.
Bardzo dobrze wyglądał.
Wkrótce Lis zadzwonił ponownie. Potem Sroka. Potem Paw zaprosił go na konferencję. Potem drugi Paw posadził go przy głównym stole.
Koziołek zaczął bywać.
Najpierw mówił o energetyce.
Później o klimacie.
Potem o samochodach.
Pewnego dnia zapytano go o geopolitykę.
Odpowiedział.
Następnego dnia cytowała go gazeta.
Koziołek wyciągnął z tego prosty wniosek.
Najwyraźniej znał się również na geopolityce.
Po pewnym czasie nie pytał już przed programem:
— O czym będziemy rozmawiać?
Mówił:
— Proszę pytać.
I odpowiadał.
Na wszystko.
Króliki od promocji robiły mu zdjęcia.
Sroki wycinały najlepsze fragmenty.
Pawie zapraszały go na coraz większe konferencje.
Bobry z urzędów wpisywały jego nazwisko do kolejnych paneli.
Koziołek początkowo dziwił się temu powodzeniu.
Potem przywykł.
W końcu zaczął uważać je za naturalny porządek świata.
Każdego ranka sprawdzał, ilu przybyło mu obserwujących.
W południe liczył cytowania.
Wieczorem czytał komentarze.
A przed snem czasami oglądał siebie w telewizji.
Z czasem coraz rzadziej zastanawiał się, czy powiedział coś mądrego.
Znacznie częściej zastanawiał się, czy został dostatecznie doceniony.
Przed występami ćwiczył już nie argumenty, lecz pauzy.
Szczególnie jedną.
— Mili Państwo…
Podkreślał w ten sposób wyjątkowy charakter swojego fanklubu, ale przede wszystkim chciał zaznaczyć, że jego członkowie mają być wobec niego życzliwi — że właśnie ta życzliwość ma być podstawową cechą całej grupy.
Jednak pewnego dnia podczas dyskusji Borsuk powiedział:
— Ale tutaj pan się myli.
Koziołek zamilkł.
Nie dlatego, że rozważał argument Borsuka.
Po prostu dawno nie słyszał tych słów.
„Pan się myli”.
Brzmiały jakoś nieprzyzwoicie.
Wieczorem Koziołek przeczytał całą dyskusję jeszcze raz.
Następnego ranka zablokował Borsuka.
Od razu poczuł się lepiej.
Kilka tygodni później Jeż zażartował z niego publicznie.
Koziołek tym razem nikogo nie blokował.
Zadzwonił do Wilka.
Wilk był prawnikiem.
— Co napisał? — zapytał.
Koziołek przeczytał.
Wilk chwilę pomyślał.
— Możemy wysłać wezwanie.
Koziołek bardzo polubił to zdanie.
„Możemy wysłać wezwanie”.
Miało w sobie powagę.
Autorytet.
Papier firmowy.
Następnego dnia Jeż dostał pismo.
Potem pismo dostał ktoś następny.
Potem jeszcze ktoś.
Koziołek zauważył, że ludzie po otrzymaniu pism robili się znacznie grzeczniejsi.
Niektórzy przepraszali.
Niektórzy usuwali wpisy.
Niektórzy milkli.
Koziołek zaczął więc patrzeć na swoją kancelarię trochę tak, jak dawniej patrzył na telewizję.
Była dowodem, że zaszedł wysoko.
Z czasem krytyka przestała być dla niego opinią.
Stała się naruszeniem.
Żart przestał być żartem.
Stał się sprawą.
Człowiek, który się z nim nie zgadzał, przestawał być rozmówcą.
Stawał się przeciwnikiem.
A Koziołek coraz bardziej lubił wygrywać.
Pewnego wieczoru stanął przed lustrem.
Poprawił krawat.
Przyjrzał się sobie.
Ekspert.
Komentator.
Autor.
Osobowość medialna.
Czegoś jednak brakowało.
Powiedział cicho:
— Doktor Koziołek.
Wyprostował się.
Powiedział jeszcze raz:
— Doktor Koziołek.
Brzmiało znakomicie.
Następnego dnia oznajmił znajomym, że robi doktorat.
Sroki były zachwycone.
Pawie gratulowały.
Króliki już wyobrażały sobie plakaty z nowym tytułem.
Koziołek zabrał się więc do pisania.
Na początku pracował starannie.
Potem zaczął się spieszyć.
Materiałów było dużo.
Ambicji jeszcze więcej.
Koziołek od dawna żył już w świecie, w którym prawie wszystko mu wychodziło.
Jeśli mówił pewnie — zapraszano go ponownie.
Jeśli atakował — druga strona często się cofała.
Jeśli czegoś nie wiedział — mówił tak, jakby wiedział.
I zazwyczaj nikt nie zatrzymywał programu, żeby to sprawdzić.
Z czasem zaczął więc wierzyć, że sukces nie był skutkiem tego, że robił pewne rzeczy dobrze.
Sukces był właściwością Koziołka.
Koziołkowi po prostu się udawało.
W pracy pojawiły się więc fragmenty cudzych analiz, których nie oznaczono tak, jak należało.
Potem następne.
Koziołek patrzył na nie przez chwilę.
Kiedyś być może by się zawahał.
Teraz pomyślał tylko:
— Przejdzie.
Bo przecież wszystko przechodziło.
Oddał pracę.
Przez następne dni chodził wyjątkowo wyprostowany.
Paw spotkał go na konferencji.
— To kiedy mamy mówić „doktorze”?
Koziołek uśmiechnął się skromnie, lecz nie na tyle skromnie, żeby Paw nie zauważył.
— Niedługo.
Wieczorem stanął przed lustrem.
— Doktor Koziołek.
Tym razem zabrzmiało niemal oficjalnie.
I wtedy Sowy zaczęły czytać.
Jedna znalazła znajomy fragment.
Przyniosła wcześniejszy tekst.
Położyła obok.
Druga Sowa znalazła następny.
Trzecia zaznaczyła kolejne strony.
Wkrótce na stole leżała praca Koziołka i cudze analizy.
Zdanie przy zdaniu.
Akapit przy akapicie.
Koziołek najpierw się oburzył.
Potem wyjaśnił, że sprawa wygląda inaczej.
Kiedy okazało się, że wygląda dokładnie tak samo, wyjaśnił ją ponownie.
Potem wyjaśnił własne wyjaśnienie.
Następnie przeprosił za to, co należało przeprosić, zaznaczając jednocześnie, że zasadniczo nie było za co przepraszać.
Sroki zanotowały.
Sowy czytały dalej.
Koziołek opublikował drugie oświadczenie.
Było dłuższe.
Po drugim oświadczeniu sprawa zrobiła się jeszcze mniej jasna, więc Koziołek napisał trzecie, żeby wyjaśnić drugie.
Po trzecim nawet Paw, który zawsze bardzo lubił Koziołka, zapytał:
— A może już nic nie pisz?
Koziołek spojrzał na niego z oburzeniem.
Milczenie było dobre dla ludzi, którzy nie mieli nic do powiedzenia.
Koziołek zawsze miał coś do powiedzenia.
Napisał więc jeszcze jedno.
W pewnym momencie liczba wyjaśnień zaczęła niebezpiecznie zbliżać się do liczby fragmentów wymagających wyjaśnienia.
Koziołek zadzwonił do Wilka.
— Co możemy zrobić?
Wilk przejrzał dokumenty.
— Przeciwko komu?
Koziołek otworzył usta.
Zamknął.
Dotąd zawsze był ktoś.
Jeż.
Borsuk.
Kret.
Jakieś konto.
Jakiś krytyk.
Ktoś, komu można było wysłać pismo.
Tym razem po drugiej stronie leżały dwa teksty.
Koziołek spojrzał na nie ponuro.
— A nie dałoby się… — zaczął.
Wilk podniósł wzrok.
— Czego?
Koziołek chwilę milczał.
— Nic.
Po raz pierwszy w życiu pomyślał, że najgroźniejszą osobą dla reputacji Koziołka może być sam Koziołek.
Było to odkrycie niezwykle nieprzyjemne.
Przez lata nauczył się bowiem reagować na każdy atak.
Na Borsuka — blokada.
Na Jeża — wezwanie.
Na krytyka — kancelaria.
Na żart — pozew.
Teraz sprawca siedział po tej samej stronie biurka.
Koziołek spojrzał na Wilka.
— A gdyby tak wysłać wezwanie…
Wilk już wiedział.
— Nie.
— Ale czysto teoretycznie…
— Nie, Koziołku.
Koziołek westchnął.
Pierwszy raz znalazł przeciwnika, którego nie mógł pozwać bez jednoczesnego pojawienia się po obu stronach sali sądowej.
Wrócił do domu.
Nie włączył telewizji.
Nie sprawdził zasięgów.
Stanął przed lustrem.
Spróbował:
— Doktor Koziołek.
Nie zabrzmiało.
Spróbował ponownie.
— Doktor…
Przerwał.
W lustrze stał ten sam Koziołek, który wiele lat wcześniej tak bardzo chciał, żeby ktoś go zauważył.
Tyle że wtedy pragnął jednej pochwały.
Potem chciał tysiąca.
Później chciał telewizji.
Potem autorytetu.
Potem przeprosin od krytyków.
Potem tytułu.
A w końcu chciał już tylko tego, żeby świat ponownie zaczął zachowywać się tak, jak Koziołek uważał za stosowne.
Świat jednak tym razem odmówił współpracy.
Sowy nadal miały teksty.
Doktoratu nadal nie było.
Kolejne oświadczenia nie poprawiały poprzednich.
A Wilk, który tyle razy pomagał Koziołkowi bronić jego dobrego imienia przed innymi, nie potrafił znaleźć żadnego sposobu, żeby obronić dobre imię Koziołka przed Koziołkiem.
I tak zakończyła się wielka kariera Koziołka w dziedzinie nieomylności.
Przez lata zmuszał innych, żeby uważali na to, co o nim piszą.
Na końcu okazało się, że jedyną osobą, której naprawdę powinien był tego zabronić, był on sam.
Morał: zanim wyślesz pół świata do prawnika za szkodzenie twojej reputacji, sprawdź, czy największy szkodnik nie siedzi przypadkiem przed twoim lustrem.
Zara, zara. To nie za takie akcje ryży i banda jego, od 3 lat, ścigają polityków z @pisorgpl ?
To teraz już tak można, tak? I wszystko jest ok?! I żadna odpowiedzialność karna nie grozi politykom z KałO, w tym między innymi @gajewska_kinga ? Taaaaaa.
Dziwnym trafem neosedzia, który odmówił aresztu dla Wojciecha Króla jest cacy a neosedzia który dał list żelazny Romanowskiemu jest be. Wytłumaczy mi to @w_zurek ?
Lokaj Tuska zaplątał się do cna. Areszt to nie kara, ale środek zapobiegawczy – sędzia Ptaszyńska słusznie uznała, że po trzech latach ścigania Romanowskiego po prostu nie ma czemu zapobiegać, bo nie ma żadnego zagrożenia matactwem ani zastraszaniem świadków. Zakładając, że śledztwo w sprawie Funduszu Sprawiedliwości jest na serio uznała też, że jeśli zeznania Romanowskiego mogą je odblokować (bo od trzech lat poza pogróżkami nic się w nim nie dzieje) to należy mu składanie tych zeznań umożliwić.
Reakcja Żurka dowodzi, że
1) śledztwo nie jest na serio, stanowi tylko pretekst do wsadzenia ściąganych do aresztów tymczasowych i propagandowego masturbowania swych psychopatycznych, żądnych zemsty zwolenników: "wreszcie siedzą, dotrzymujemy słowa"
2) prokuraturze wcale nie zależy na żadnych zeznaniach, śledztwo jest po to, "by gonić króliczka" a nie żeby go złapać.
Nie no ludzie kochani i to jest wasz noblista? Słońce narodu? Ulubieniec Tuska?
„Wsadź sobie to w dupie” „jesteście kutasami”
No nieźle xD
Piękna robota redaktora Jarząbka.