Na, tekerd fel a hangerőt, mert ezt a mozit látni és hallani kell! 😁👏
Csodás képsorok, komolyan! Nézzétek csak a videót! Szivek Norbert és Jellinek Dániel urak épp megérkeznek a bíróságra. Csak hát van egy kis bökkenő... Hová tűnt az a magabiztos, elegáns milliárdos vigyor a gazdasági lapok címlapjairól?
A méregdrága öltönyzakó hirtelen csuklyává vedlett, a fej mélyen lehajtva a sötétbe, a kézen meg ott feszül a mezei acélbilincs. Az ország egyik leggazdagabb embere meg az MNV volt ura egy sporttáskával a kézben botladozik befelé a bíróság kapualján, mint valami kisstílű zsebtolvaj.
A háttérből meg befigyel a nap kérdése: „mi van, nem vállalod az arcodat?”. 🤣
Hát nem, fiúk. Azt valahogy most nem viszi a bátorság. Amikor a Volánbusz-biznisznél meg az állami tendereknél gurultak a milliárdok, akkor nem kellett a zakó alá bújni a kamerák elől. Most meg, hogy a bíróság elrendelte a 30 napos letartóztatást, hirtelen nagyon kényelmetlen lett a valóság...
Az Indotek persze már visít a sajtóban, hogy mekkora „aránytalanság” ez az egész. Hát persze. A számlagyár meg a zsíros dealtenger teljesen arányos volt, ugye?
Lehet itt még reménykedni a drága ügyvédekben, de ez a felvétel örökre beég a történelembe. Vajon mekkora lehet most a csend a többi oligarcha irodájában?...
#magyar2026 #Tisza2026
CZY POLSCY POLITYCY WIEDZĄ, ŻE ICH GŁUPIE PIERDOLENIE MOŻE KIEDYŚ PODPALIĆ POLSKĘ?
NA WOJNIE DOMOWEJ OBOWIĄZUJE JEDNA ZASADA: BRAK ZASAD
W swoim życiu walczyłem na kilku wojnach i widziałem kilka wojen domowych. Uwierzcie mi: to są, kurwa, dwa zupełnie różne światy. Wojna z wrogiem zewnętrznym może być piekłem. Ludzie giną, miasta płoną, żołnierze robią rzeczy, których później nie potrafią wyrzucić z głowy do końca życia. Ale nawet tam istnieją jakieś hamulce. Jest mundur, dowódca, rozkaz, front. Jest świadomość, że cywil to cywil, jeniec to jeniec, a pewnych rzeczy robić nie wolno. Owszem, te zasady są łamane. Czasami w sposób potworny, ale one przynajmniej istnieją.
W wojnie domowej bardzo szybko nie istnieje już nic prócz chorej nienawiści i rządzy mordu. A wojna domowa nie zaczyna się wtedy, kiedy pierwszy człowiek wyciąga karabin. Zaczyna się dużo wcześniej.
Zaczyna się od polityków, którzy dla paru punktów w sondażu zaczynają robić ludziom kisiel z mózgu i ich przydupasów wszelkiej maści pseudo komentatorów i pseudo dziennikarzy, którzy za kasę napiszą każde gówno byle nośne
Od tego pierdolenia, że „nasi” są prawdziwymi Polakami, patriotami i ludźmi uczciwymi, a „tamci” to zdrajcy, sprzedawczyki, złodzieje i skurwysyny. Najpierw jest tylko konferencja prasowa. Potem studio telewizyjne. Potem internet.
A potem przez kilka lat milionom ludzi wbija się do łbów, że człowiek głosujący inaczej nie jest już sąsiadem, kolegą z pracy albo kuzynem.
Jest wrogiem. I wtedy zaczyna się hodowanie nienawiści.
W internecie ktoś napisze „jebać tamtych”, drugi „wypierdolić tych”, trzeci wrzuci zdjęcie człowieka i dopisze, że jest zdrajcą. Pod spodem tysiące komentarzy, lajków i rechotu. Po jakimś czasie nikogo już nie dziwi, że połowa kraju nazywa drugą połowę ścierwem. A potem przychodzą media bo to nie tylko poglądy za nimi zawsze stoi brudna kasa.
Bo zawsze znajdzie się paru tępych, napompowanych własnym ego pseudodziennikarzy i zawodowych szczujów, którzy odkrywają, że nienawiść daje świetne zasięgi i kasę. Więc podkręcają.
Jeszcze mocniej, jeszcze ostrzej bo zasięgi a za zasięgi płacą więc. Wskazują ludzi palcem, opluwają ich, robią z nich tarcze, urządzają publiczne polowania i mają przy tym poczucie, że są nietykalni.
Bo przecież oni tylko „zadają pytania”. Bo mają legitymację prasową. Bo siedzą w studiu. Bo za plecami mają redakcję, właściciela, partię albo tłum własnych wyznawców.
Tylko że kiedy naprawdę zaczyna się wojna domowa, te wszystkie immunitety są warte dokładnie tyle, ile papier, na którym zostały wydrukowane. Na wojnie domowej nie ma nietykalnych. Nie ma już studia telewizyjnego oddzielonego od ulicy. Nie ma bezpiecznej bańki internetu. Nie ma „to były tylko słowa”. Bo te słowa już dawno wyszły z ekranu i zaczęły chodzić po ulicach na dwóch nogach.
Widziałem, jak ludzie, którzy przez lata mieszkali obok siebie, zaczynali się mordować i to bardzo kreatywnie mordować bo można zabić ale można też człowieka zabić powoli by zaspokoić rządze zemsty. I nie dlatego, że przeczytali wielki traktat polityczny.
Nie dlatego, że zrozumieli geopolitykę. Jeden zabił brata drugiego. Drugi spalił mu dom. Trzeci przypomniał sobie krzywdę sprzed dwudziestu lat. Czwarty wziął odwet za odwet.
I po miesiącu nikt już nie pamiętał, od czego to się, kurwa, zaczęło. Każdy za to doskonale pamiętał, kogo chce zabić w rewanżu. I wtedy wojna zmienia się w coś znacznie gorszego niż walka dwóch armii. Bo nie chodzi już o zwycięstwo.
Chodzi o ból o strach i cierpienie.
O to, żeby przeciwnik patrzył na ruinę własnego domu i wiedział, kto mu ją zrobił na trupy własnej rodziny żeby poczuł piekło nim sam zdechnie. Żeby rodzina bała się następnej nocy.
Żeby śmierć jednego człowieka była biletem do zabicia następnego. I właśnie wtedy zaczyna obowiązywać jedna zasada:
BRAK ZASAD.
Dlatego kiedy patrzę na polskich polityków, którzy codziennie napierdalają do siebie językiem, jakby połowa kraju była bandą zdrajców, zastanawiam się, czy oni naprawdę są aż tak głupi, czy tylko są przekonani, że rachunek zawsze zapłaci ktoś inny.
Bo łatwo jest rzucić „zdrajca” z mównicy. Łatwo powiedzieć „wróg Polski” przed kamerą. Łatwo puścić tłum na człowieka jednym wpisem. Tylko że przychodzi moment, kiedy tłum przestaje pytać polityka, co ma robić. Zaczyna robić to sam.
I wtedy polityk może sobie wyjść przed kamerę i powiedzieć, że „nigdy tego nie chciał”. Gówno to wtedy będzie warte. Bo pogarda została już zasiana. Nienawiść podlana a ludzie podzieleni.
Pożar nie pyta podpalacza, czy nadal chce, żeby się paliło.
I właśnie dlatego Rosja nie musi koniecznie marzyć o czołgach jadących na Warszawę.
Znacznie taniej jest znaleźć państwo, którego obywatele już stoją naprzeciwko siebie z pianą na ustach, i tylko od czasu do czasu dorzucać drewna. Jedna prowokacja jedno spreparowane nagranie, podpalony lokal, bójka i w końcu pierwszy trup. A teraz przewrotnie zapytam jak by to było wasze dziecko a morderca mieszkał dwa bloki dalej wystarczył by wam polski wymiar sprawiedliwości…
I tysiące kont, które w kilka godzin wyjaśnią ludziom, kto zrobił to „nam”.Potem nie potrzeba już generała. Nie potrzeba nawet kolejnego rozkazu. Bo jeśli uda się doprowadzić do chwili, w której Polak chce odpłacić Polakowi, Polak Ukraińcowi, jeden sąsiad drugiemu, a jedna połowa kraju drugiej, to robota została wykonana. Największym sukcesem obcej służby nie jest wysadzić most. Największym sukcesem jest doprowadzić do sytuacji, w której ludzie sami podpalają własny kraj i jeszcze są przekonani, że robią to w jego obronie.
Rosyjski czołg słychać z daleka. Zapałki nie słychać. Słychać dopiero ogień.
A kiedy naprawdę zacznie płonąć, politycy mogą już sobie wsadzić swoje konferencje prasowe, paski telewizyjne i patriotyczne przemówienia głęboko w dupę. Bo wtedy nie będzie już kampanii wyborczej. Nie będzie słupków poparcia.
Nie będzie „naszych” i „waszych” w telewizji. Będą tylko ludzie, którzy pamiętają, kto zabił ich brata, podpalił dom albo skrzywdził rodzinę. A człowiek, który chce się zemścić, nie słucha już lidera partii. Słucha tylko jednego głosu.
Własnej nienawiści…
CIA W MOSKWIE. SIEMONIAK W CIA. TUSK W RCB. A PAN BÓG ZNOWU MA NAS W DUPIE.
Szef CIA jedzie do Moskwy. Nie po matrioszkę, nie na pielmieni i raczej nie dlatego, że miał trochę wolnych mil do wykorzystania. Chwilę później Siemoniak leci do CIA. Rozmowa jest „bardzo ważna”, informacja trafia do premiera, a za moment Tusk zwołuje specjalną odprawę RCB i zaczyna mówić o eskalacji, następnych tygodniach, miesiącach i możliwych działaniach dotyczących naszego terytorium.
Co Siemoniak usłyszał w CIA, nie wiem, ale spokojnie. Jeszcze chwila i będziemy wiedzieli wszyscy, bo w Polsce tajemnica państwowa ma trwałość jogurtu zostawionego w lipcu na parapecie. Zanim dokument zdąży wystygnąć po wyjściu z drukarki, połowa Warszawy już wie, co w nim jest, a druga połowa właśnie komentuje to anonimowo w mediach. U nas naprawdę dobrze strzeżona została chyba tylko jedna tajemnica państwowa: dlaczego Pan Bóg od kilkuset lat ma nas tak konsekwentnie w dupie.
Mnie bardziej od tego, co Siemoniak usłyszał w CIA, interesuje to, co już widać. Dla mnie granica została przekroczona 16 listopada 2025 roku, kiedy wysadzono tor na trasie Warszawa–Lublin. Wtedy skończyło się pytanie, czy można. Moim zdaniem ruscy dostali zielone światło.
Nie na czołgi pod Warszawą. Na napierdalanie w Polskę poniżej progu wojny: kolej, energetyka, logistyka, łączność, cyber, sabotaż. A potem eksperci będą trzy dni debatować, czy wysadzony tor to już atak, czy tylko wyjątkowo nerwowa awaria.
Na razie mamy głównie wynajętych wykonawców, elegancko zwanych proxy, bo „pojeb na zlecenie ruskich służb” źle wygląda w telewizji. Tylko że proxy to przystawka. Prawdziwy problem zacznie się, gdy wejdą zawodowcy. I moim zdaniem to nie jest perspektywa lat, tylko dni albo tygodni.
Wtedy możemy dostać pierwszy solidny wpierdol, zanim politycy zorientują się, że wojna hybrydowa przestała być panelem z kawą i ciasteczkiem.
A my zrozumiemy, że jesteśmy w dupie dopiero wtedy, kiedy proxy się skończy, a zaczną profesjonaliści.
I tylko polityczny debil może tego nadal nie widzieć.
Przeciwnik zadaje sobie jedno podstawowe pytanie: ile mnie to będzie kosztowało? Jeśli odpowiedzią jest konferencja prasowa, kilka groźnych min, komunikat o „monitorowaniu sytuacji” i dwudniowa napierdalanka na X, to rachunek wychodzi wyjątkowo korzystnie. A skoro pierwsze zamówienie było tanie, kolejne będzie większe. Nie dlatego, że Rosjanie są jakimiś nadludźmi ze szkoły Jamesa Bonda. Po prostu patrzą, jak reagujesz. Jeżeli naciskają klamkę i drzwi się uchylają, to nie odchodzą grzecznie do domu. Naciskają mocniej.
I dlatego obawiam się, że na początku dostaniemy niezły wpierdol. Nie dlatego, że Polska jest bezbronna i nie dlatego, że jutro obudzimy się z rosyjskimi czołgami na Marszałkowskiej. Dlatego, że zanim nasza klasa polityczna zorientuje się, że wojna hybrydowa nie jest panelem dyskusyjnym z identyfikatorem na smyczy, przeciwnik zdąży sprawdzić kilka następnych drzwi. A my będziemy jeszcze debatować, czy aby na pewno ktoś nacisnął klamkę i czy komisja sejmowa powinna zebrać się we wtorek czy w środę.
Tymczasem Polska ma oczywiście ważniejsze rzeczy do roboty. Braun będzie latał z młotkiem i prowadził politykę historyczną metodą udarową. Macierewicz będzie ganiał z paintballem jak człowiek, któremu ktoś pomylił system bezpieczeństwa państwa z urodzinami dwunastolatka. Reszta będzie się napierdalała o Tuska, Kaczyńskiego, Ukrainę, Niemcy, Unię, banderowców, ruskie onuce i o to, który Polak jest większym zdrajcą Polski.
Rosjanie naprawdę nie muszą nas specjalnie skłócać. Wystarczy dać Polakowi internet i trochę czasu. Resztę zrobimy sami, bez faktury, bez delegacji i bez zwrotu kosztów. Jeszcze będziemy z siebie dumni, że bronimy ojczyzny, wyzywając jakiegoś faceta z Radomia od sprzedajnej kurwy, bo postawił inną flagę w zdjęciu profilowym.
Służby zrobią marsowe miny. Ministrowie powiedzą, że „sytuacja jest monitorowana”. Politycy ustawią się na tle pięciu flag, generał stanie obok i wszyscy będą wyglądali tak, jakby godzinę wcześniej osobiście wrócili spod Kurska. Problem polega na tym, że większość naszych polityków zna wojnę mniej więcej tak, jak ja balet klasyczny. Z telewizji, książek, obchodów rocznicowych i składania wieńców. Dla nich wojna to przemówienie, rocznica, minuta ciszy i limuzyna z ochroną. Dla zwykłego człowieka wojna zaczyna się wtedy, kiedy nagle nie działa telefon, nie ma prądu, na stacji kończy się paliwo, pociąg nie jedzie, a ty nie wiesz, czy dzieci wróciły ze szkoły.
I tego właśnie wielu ludzi nadal nie rozumie. Jeśli kiedyś naprawdę pierdolnie, to najprawdopodobniej nie pierdolnie w Sejm, nie w ministerialny gabinet i nie w hotel, w którym śpią posłowie. Pierdolnie tam, gdzie chodzisz ty. Na dworcu, przy torach, na stacji benzynowej, w centrum handlowym, na moście, przy transformatorze albo obok piekarni, do której rano idziesz po kajzerki.
Dron nie pyta, na kogo głosowałeś. Sabotażysta nie sprawdza, czy jesteś za prawicą, lewicą czy masz ich wszystkich serdecznie w dupie. Odłamek nie ma konta na X i nie interesuje go, czy wczoraj wygrałeś dyskusję o Wołyniu.
A kiedy naprawdę zacznie się źle dziać, polityk będzie miał ochronę, samochód, kierowcę, wcześniejszą informację, numer telefonu do człowieka, który odbierze o trzeciej w nocy, procedurę ewakuacji i przynajmniej jakieś pojęcie, gdzie ma jechać. Ty będziesz miał rodzinę, psa, kredyt, pół baku paliwa, dwie reklamówki zakupów i telefon, który właśnie stracił zasięg.
I wtedy nagle cała ta internetowa wojna o to, kto jest większym patriotą, okaże się warta dokładnie tyle, co używany papier toaletowy.
Najbardziej wkurwia mnie jednak coś jeszcze. My mamy jakąś narodową słabość do pięknego przegrywania. Jakby zwycięstwo było trochę podejrzane, a wpierdol z honorem stanowił najwyższą formę patriotyzmu. Nam się ciągle marzy bohaterska śmierć, wielka klęska, morze zniczy, pomnik, muzeum i rocznica, przy której za osiemdziesiąt lat kolejny polityk stanie z wieńcem i powie, że „Polska pamięta”.
Czasem mam wrażenie, że w Polsce łatwiej postawić pomnik za wpierdol niż za zwycięstwo.
Jak dostaniemy po mordzie, natychmiast wiemy, co robić. Mamy akademię, przemówienie, tablicę, rekonstrukcję, patrona szkoły i sześciu historyków tłumaczących, dlaczego klęska była moralnym zwycięstwem. Gorzej, kiedy trzeba zrobić coś wcześniej, żeby tego wpierdolu po prostu nie dostać. Wtedy zaczyna się komisja, konsultacje, spór kompetencyjny, pytanie o finansowanie i oczywiście najważniejsza kwestia: kto będzie przecinał wstęgę.
Bo tym krajem za często rządzą ludzie zakochani w przeszłości. Historycy, prawnicy i zawodowi komentatorzy dawnych krzywd potrafią godzinami wyjaśniać, kto kogo zdradził w 1939, 1944 albo 1989 roku. Wiedzą, kto powinien dostać pomnik, komu go trzeba rozpierdolić młotkiem i przy której rocznicy należy zrobić najbardziej patriotyczną minę. Ale kiedy trzeba odpowiedzieć na proste pytanie: co zrobić jutro rano, żeby za dziesięć lat nie stawiać kolejnego pomnika ofiarom? — nagle zapada cisza.
Potrafimy wyć nad przeszłością. Gorzej z tym, żeby nie produkować sobie przyszłości, nad którą znowu będzie można wyć.
Podobno życia nie należy brać zbyt serio, bo i tak kończy się śmiercią. Tylko mam wrażenie, że my zrobiliśmy z tego doktrynę bezpieczeństwa narodowego. Skoro kiedyś i tak zdechniemy, to po co się przygotowywać? Jakoś to będzie. NATO przyjedzie. Amerykanie pomogą. Europa zareaguje. A jeśli wszystko inne zawiedzie, zostaje jeszcze Pan Bóg.
No właśnie.
Pan Bóg.
Przez 123 lata zaborów najwyraźniej był na wyjątkowo długim L4. W 1939 roku Niemcy weszli z jednej strony, Sowieci z drugiej, a żeby dowcip historii był jeszcze bardziej czarny, żołnierze Wehrmachtu mieli na klamrach napis GOTT MIT UNS — Bóg z nami. Czyli nawet Boga nie mieliśmy wtedy na wyłączność.
W 1944 roku Warszawa płonęła, ludzie ginęli tysiącami, a jeżeli ktoś czekał na cud, to centrala najwyraźniej miała wyłączony telefon. Potem przyszła komuna i znowu trzeba było sobie radzić głównie własnymi rękami.
Nie mam nic przeciwko wierze. Człowiek może wierzyć, modlić się, nosić krzyż i chodzić do kościoła. Tylko nie róbmy, kurwa, z Pana Boga systemu obrony przeciwlotniczej. Bo historia nie jest sprawiedliwa. Historia ma głęboko w dupie nasze poczucie moralnej wyższości. Bardzo często wygrywa nie ten, kto ma rację, tylko ten, kto ma więcej amunicji, lepsze rozpoznanie, sprawną logistykę, działającą łączność, mocniejsze służby, przygotowanych obywateli i polityków, którzy zaczynają myśleć przed katastrofą, a nie pięć minut po pierwszym wybuchu.
Może więc tym razem, zamiast szykować miejsce pod kolejny pomnik, spróbujmy dla odmiany nie dostać wpierdolu. Nie umrzeć pięknie. Nie przegrać honorowo. Nie zostać kolejnym pokoleniem, o którym przyszły historyk napisze, że „mimo bohaterskiego oporu sytuacja była beznadziejna”.
Ja bym raz chciał przeczytać coś innego:
Byli przygotowani. Przeciwnik spróbował. Dostał po mordzie i więcej nie próbował. To byłaby dopiero rewolucyjna polska polityka historyczna. A jeśli ktoś nadal uważa, że jakoś to będzie, bo przecież „Szczęść Boże”, to przypomnę mniej elegancką, za to znacznie bardziej realistyczną wersję stosunków międzynarodowych:
BÓG Z NAMI. CHUJ Z WAMI.
WY GRZEBIECIE W MOIM ŻYCIORYSIE . JA GRZEBIĘ W WASZYCH UKŁADACH. WYJCIE GŁOŚNIEJ — BĘDZIE Z TEGO KOLEJNA KSIĄŻKA. :)
Uwielbiam, kiedy niektórzy dostają spazmów na temat mojej przeszłości. Naprawdę. Człowiek otwiera internet, a tam kolejny moralny autorytet wyje, że Kafir coś zrobił, gdzieś był, z kimś pracował, komuś nadepnął na odcisk i generalnie powinien natychmiast uklęknąć, posypać głowę popiołem i rozpocząć publiczną pokutę. Chyba wam się, kurwa, mózgi przegrzały. Ja nie jestem politykiem, ministrem, posłem ani prezesem państwowej spółki. Nie biorę od was pensji, nie proszę o głosy i nie potrzebuję medialnego świadectwa moralności. Jestem prywatnym człowiekiem, który przeżył swoje życie po swojemu, więc jeśli jakiś podrzędny dziennikarz albo publicysta z Bożej łaski myśli, że będę się przed nim tłumaczył, bo przeczytał trzy akapity, połowy nie zrozumiał, a drugą połowę sobie dopowiedział, to chyba naprawdę sufit spierdolił mu się na łeb.
Tak, robiłem rzeczy dobre. Robiłem też rzeczy brzydkie, twarde i takie, których dzisiaj pewnie nie opowiadałbym dzieciom przed snem. Byłem na wojnie, robiłem robotę operacyjną tam, gdzie odłamki śmigały jak pojebane, a ludzkie życie czasem kosztowało mniej niż używany kałach. I wiecie co? Chuj wam do tego. Nie zamierzam za to przepraszać, niczego nie żałuję i nie będę po latach udawał ministranta tylko dlatego, że kilku ludziom z mediów od mojej biografii podnosi się ciśnienie. To było moje życie, moje decyzje, moje ryzyko i moje konsekwencje. Ja tam byłem. Oni najczęściej byli wtedy najwyżej przy telewizorze albo bufecie lub lizali dupe za kolejny stołek.
Rechoczę z tych pseudosędziów z przeszłością moralnie tak zawikłaną, że przy niej węzeł gordyjski wygląda jak zwykły kawałek sznurka upaprany gównem.
A mimo to z miną moralnych arbitrów osądzają cudze życiorysy i wyją przy tym głośniej niż suka na łańcuchu.
. Podrzędne dziennikarskie kurwy na pasku polityków, publicyści z Bożej łaski, małe chuje z wielkim ego, byli funkcjonariusze prostujący własne życiorysy tak długo, aż sami chyba przestali pamiętać, gdzie kończy się prawda, a zaczyna legenda, oraz zawodowi moraliści, którzy cudze przewinienia potrafią oglądać pod mikroskopem, ale przy własnych nagle dostają zaćmy. Rosyjskie znajomości? „Kontekst”. Niewygodne interesy? „Zbieg okoliczności”. Polityczna smycz? „Niezależność”. Kasa? „Honorarium”. Zlecenie? „Poglądy”. Ale kiedy chodzi o mnie, nagle komisja beatyfikacyjna zbiera się w pełnym składzie i sprawdza, czy kandydat przypadkiem kiedyś nie powiedział „kurwa”. Powiedział. Wielokrotnie. Oszczędzę wam pracy archiwalnej.
Bywałem w miejscach, gdzie pachniało prochem, i w gabinetach, gdzie znacznie mocniej śmierdziało układami. Poznałem ministrów, generałów, biznesmenów, funkcjonariuszy, byłych funkcjonariuszy, politycznych przydupasów i medialnych specjalistów od zmieniania poglądów szybciej niż prognozy pogody. Widziałem ludzi, których ego było tak wielkie, że należało je zgłaszać do kontroli lotów. Widziałem też takich, którzy rano byli niezależni, w południe odbierali telefon, a wieczorem zupełnym przypadkiem mieli już właściwe zdanie na właściwy temat. Dlatego przez lata nauczyłem się jednej rzeczy: im głośniej ktoś mówi o honorze, patriotyzmie, niezależności i zasadach, tym uważniej warto patrzeć, kto płaci mu rachunki i kto do niego dzwoni, kiedy trzeba zmienić narrację.
Więc możecie sobie wyć o mojej przeszłości, ile chcecie. Możecie pisać artykuły, robić miny prokuratorów, budować sensacje z rzeczy, o których ja sam pisałem w książkach, i udawać, że odkryliście Amerykę. Możecie się nawet zesrać z oburzenia. Naprawdę mnie to nie rusza. Bo ja nie mam potrzeby wybielać swojego życia. Nie będę udawał, że wszystko, co robiłem, było ładne, czyste i pachniało fiołkami. Nie było. Czasem było brudne, czasem brutalne, czasem moralnie niejednoznaczne. Taka była robota. I właśnie dlatego śmieszą mnie ludzie, którzy znają służby z seriali, wojnę z YouTube’a, operacje specjalne z podcastów, a potem chcą mnie uczyć, jak powinienem się czuć wobec własnej przeszłości.
Nie czuję wstydu. Nie żałuję. Nie przepraszam. Nie będę się kajał. Jeśli komuś to przeszkadza, może sobie wyć w mediach aż się posra.
I właśnie dlatego, kiedy słyszę dzisiaj całe to pierdolenie o kryptowalutach jako symbolu czystej wolności, postępu, suwerenności i nowoczesności, chce mi się rżeć. Ja nie widzę żadnej magicznej rewolucji. Widzę stary syf ubrany w nowy garnitur. Technologia się zmieniła, chciwość nie, a ludzie też niespecjalnie. Znam świat leżący na styku służb, politycznego szamba, wielkich pieniędzy, lobbystów i szemranych interesów, dlatego wiem, jak szybko każde nowe narzędzie zaczyna służyć nie tylko uczciwym ludziom, ale również tym, którzy chcą ukrywać ślady, przerzucać brudną kasę, kupować wpływy i budować interesy tak, żeby nikt nie zadawał zbyt wielu pytań.
Kryptowaluty same w sobie nie są diabłem. Młotek też nie jest winny temu, że ktoś komuś rozjebał nim czaszkę. Problem zaczyna się wtedy, kiedy wokół narzędzia buduje się religię, a każdą próbę kontroli przedstawia jako zamach na wolność. Bo wolność bez reguł ma zabawną właściwość: uczciwy człowiek dostaje wygodę, oszust dostaje autostradę, mafia ciężarówkę, a polityk może jeszcze przyjść przeciąć wstęgę. To, co kiedyś pełzało po darknecie, dzisiaj potrafi założyć drogi garnitur, kupić zegarek droższy od mieszkania, zrobić zdjęcie z politykiem, wystąpić na konferencji i opowiadać o przyszłości gospodarki. Potem pół internetu klęka przed wizjonerem, bo wizjoner ma Lamborghini i więcej obserwujących niż rozumu.
I właśnie ten świat znam aż za dobrze. Świat, w którym ludzi się kupuje, łamie, uzależnia, kompromituje i trzyma na niewidzialnej smyczy. Im wyżej ktoś siedzi, tym więcej jest wart dla tego, kto chce go mieć. Polityczny stołek nie chroni dupy, tylko podnosi cenę pajaca, który akurat na nim siedzi. Najlepsza smycz jest taka, której pies nie czuje. Wystarczy potem gwizdnąć: aport, waruj, głosuj, mów, milcz, atakuj tego, broń tamtego — i koniecznie przekonuj wszystkich, że robisz to z własnego przekonania.
Dlatego jeśli ktoś nadal czeka, aż ja zacznę się tłumaczyć ze swojego życia, żałować własnych decyzji albo prosić medialne kurwy o rozgrzeszenie, to może sobie przygotować wygodny fotel. Trochę posiedzi. Ja się nie kajam. Bo kiedy człowiek z moją przeszłością zaczyna przy części polskich elit wyglądać jak wzór cnót obywatelskich, to nie jest, kurwa, mój problem. To jest problem tych elit.
Szerzej o tym brudnym świecie piszę razem z B. East w książce „Układ milczenia”. Uprzedzam tylko: to nie jest, kurwa, lektura do podusi. Link poniżej. Czytacie na własną odpowiedzialność bo tam pisze o sprzedajnych, prokuratorach, dziennikarzach, politykach, funkcjonariuszach sprzedajnych bardziej niż kurwa przy drodze. O mafii u władzy z modlitwą na ustach.
https://t.co/YjiMfD6fAE
Jak oszukuje się system? Ciężarówki jeżdżą od firmy do firmy i udają, że wożą odpady. Mamy to nagrane. W tym czasie w państwowym systemie fabrykowane są kwity. Za kwity dostaje się pieniądze, które wcześniej zostawiliście w sklepach kupując pralki, lodówki, telefony.
Na zdjęciu ciężarówka, dla której w międzyczasie kilka razy zmieniono dokumenty. Czyli powinna mieć załadowane zupełnie inne odpady. Czy tak jest? Porównajcie sami. Każdy kwit to tysiące złotych na lewo
4/16
Do motłochu - wyborców pis.
Piszę do was debile, żeby wam się utrwaliło, dumo naszego narodu, z jednym zębem u góry i oddechem pozwalającym zabić tatrzańskie niedźwiedzie.
Gdy była radna Platformy Obywatelskiej okazała się partnerką przestępcy, sadysty, pedofila i zoofila, to oczywiście winny jest Donald Tusk i cała Koalicja Obywatelska.
Ale gdy pedofilem okazuje się asystent posła Marcina Horały, to wiadomo, że Horała nie ma z tym nic wspólnego i będzie ludzi do więzienia za insynuowanie mu znajomości ze zboczeńcem.
Natomiast jeśli radny PiS jest gwałcicielem i pedofilem jak Bartłomiej Morawski, to broń Boże nie ma to nic wspólnego z pis-em ani z Jarosławem Kaczyńskim. To wyłącznie wina Tuska, a Morawski jest ofiarą politycznej nagonki.
Gdy syn prominentnego działacza pis, nazwijmy go dla przykładu Zdzisław Kurski, przez kilka lat gwałci dziewczynkę, która przy pierwszym gwałcie miała 9 lat, to również nie jest wina Kaczyńskiego, partii pis ani prokuratorów Ziobry, którzy dwukrotnie umarzali sprawę. To oczywiście „polityczna zemsta Tuska”.
Kiedy ksiądz latami gwałci dzieci, to on jest ofiarą, a Kościół nie ponosi żadnej odpowiedzialności.
Gdy Ziobro i Romanowski okradają Fundusz Sprawiedliwości na potęgę i uciekają na Węgry, PiS jest oczywiście czysty jak łza. Winni są Tomasz Mraz i Roman Giertych.
Gdy Kuczmierowski okrada RARS i zwiewa do Londynu, to też nie wina jego szefa Mateusza Morawieckiego ani Jarosława Kaczyńskiego. Winny jest tylko Paweł Szopa, bo „się rozpruł”, no i trochę Tusk.
Gdy banda pisowskich hien, Matecki, Szafarowicz, Duklanowski, zaszczuje chłopca, ofiarę pedofila, publikując jego dane wbrew zakazowi sądowemu, a chłopiec w konsekwencji popełnia samobójstwo, to oczywiście one są niewinne, partia jest niewinna, a winna jest matka chłopca, Magda Filiks, bo „zajęła się polityką”. Nieważne, że dzięki jej zeznaniom pedofil trafił za kratki.
Kaczyński i jego banda kręcą wami jak gównem w wiadrze, bo wie, że może. Bo staliście się zbyt głupim, bezrozumnym motłochem, żeby to dostrzec.
A wiecie, co byłoby, gdyby ta radna PO była radną z pis, a partia Kaczyńskiego nadal rządziła? Nikomu z tych przestępców nie spadłby nawet włos z głowy. Nie wierzycie?
To zapytajcie Magdy N., bezsilnej ofiary pedofila Zdzisława Kurskiego, gwałconej przez lata, jebane matoły.
WAŻNE‼️Wyłowiony martwy pies😢przez wędkarza z jeziora Domowego Dużego w Szczytnie. Zwierzę miało przywiązaną do szyi cegłę🥺Właścicielka, rozpoznała psa,którego szukała od kilku dni. NAGRODA 5000 ZŁ ZA POMOC W USTALENIU SPRAWCY‼️Gwarantowana pełna dyskrecja‼️
☎️728-802-576
TEN POST PISAŁEM NA KOLANIE W AUCIE, ALE JAK PRZECZYTAŁEM O ZONDACRYPTO, PROKURATORACH I SZKOLENIACH POLICJI, TO MNIE KURWA ZAGOTOWAŁO
Niedawno pisałem o tej ściemie z ZondaCrypto i napiszę krótko. Jeśli choć połowa tego gówna się potwierdzi, to niektórzy nie powinni siedzieć na konferencjach, w studiach, przy stolikach eksperckich i pierdolić o innowacjach, tylko siedzieć na wydobywczym, bez telefonu do kolegi z partii, bez PR-owca i bez tej świętej miny człowieka, który „nic nie wiedział”. Bo jak zwykły Kowalski pomyli się w papierach, to państwo wjeżdża mu na plecy jak komornik na lodówkę, ale kiedy wielka kasa, logotypy, sponsoringi, politycy, szkolenia, znajomości i cała ta nowoczesna sraczka zaczynają walić trupem z szafy, to nagle wszyscy robią miny świętych baranków i rusza festiwal mądrali po fakcie. Teraz wszyscy wiedzieli, wszyscy ostrzegali, wszyscy mieli wątpliwości, tylko jakoś wcześniej nikt nie darł mordy, kiedy świeciły flesze, leciały przelewy, klepano się po plecach i budowano legendę kolejnego cudownego biznesu. Bo tutaj nie chodzi tylko o krypto. Krypto to opakowanie, błyszcząca folia i techniczny bełkot dla naiwnych. Tu chodzi o państwo, które znowu wygląda tak, jakby przez lata patrzyło w drugą stronę, a kiedy gówno wypłynęło, nagle zaczęło szukać wroga zastępczego, ucinać temat, ciąć zasięgi, rozmywać odpowiedzialność i rzucać ludziom nową awanturę, żeby barany przestały pytać, kto na tym zarobił, kto krył, kto pompował, kto szkolił, kto był szkolony, kto dawał wiarygodność i kto miał obowiązek sprawdzić, a nie sprawdził, bo wygodniej było siedzieć cicho. I teraz pytanie najważniejsze. Czemu to tyle działało. Gdzie były służby za PiS, kiedy ta giełda rosła, reklamowała się, wchodziła w sponsoringi, budowała markę, ocierała się o polityków i robiła za symbol nowoczesnego rynku. Gdzie był nadzór, gdzie była skarbówka, gdzie było CBA, ABW, prokuratura, policja, analitycy i ci wszyscy twardzi państwowcy od konferencji, briefingów i min jak z plakatu. A potem gdzie była KO, kiedy przejęła państwo, służby, prokuraturę i narrację o sprzątaniu po PiS. Jeśli były wcześniej sygnały, jeśli były notatki, jeśli były ostrzeżenia, jeśli ktoś coś wiedział, widział albo chociaż czuł ten smród, to pytam po ludzku i po żołniersku. Co się działo między wiedzą a działaniem. Dlaczego państwo znowu wygląda, jakby prawo było odpalane pod publikę dopiero wtedy, kiedy można z niego zrobić polityczną maczugę, a wcześniej obywatel ma siedzieć cicho i ufać, że dorośli trzymają rękę na pulsie. Kurwa, jakim pulsie, skoro pacjent już śmierdzi na korytarzu, a oni dopiero zakładają rękawiczki i udają, że weszli przypadkiem.
Najbardziej śmierdzi mi cały układ wokół państwa. Policja, prokuratorzy, szkolenia, eksperci, branżowe mordy, politycy, media, sponsorzy, influencerzy i youtuberzy od wciskania ludziom szajsu z miną zbawców narodu. Niby wszystko legalne, niby edukacja, niby cyberbezpieczeństwo, niby trzeba uczyć służby nowych technologii. Tylko potem wychodzi, że jedni szkolą, drudzy mają ścigać, trzeci się wyłączają, czwarci udają zdziwionych, piąci mówią, że to polityczny atak, szóstym nagle odcina pamięć, a siódmi robią z obywatela debila, który ma siedzieć cicho i czekać, aż system sam siebie zbada. Nie piszę, że każdy policjant, prokurator, urzędnik i każdy człowiek z branży jest umoczony, bo tak mówią idioci. Ja mówię co innego. System ma być tak zbudowany, żeby uczciwy człowiek w mundurze, todze czy urzędzie nie musiał potem świecić oczami za cudze układy, szkolenia, znajomości, miękkie wejścia biznesu w państwo i całą tę śliską pajęczynę, w której zawsze na końcu winny jest obywatel, bo za późno zrozumiał, że ktoś go strzygł. Największy problem w Polsce nie polega na tym, że istnieją cwaniacy. Cwaniacy byli, są i będą. Problem polega na tym, że wokół cwaniaków zbyt często wyrasta cała łąka użytecznych ludzi. Politycy do zdjęć, media do pompowania, influencerzy do wciskania bajki, eksperci do uspokajania, prawnicy do miękkiego lądowania, urzędnicy do patrzenia w bok, a potem prokuratorzy do tłumaczenia, że sprawa jest skomplikowana. No jasne, że skomplikowana. Jak zwykły człowiek się pomyli, to sprawa jest prosta, szybka i bolesna. Jak pomyli się wielki układ, to nagle mamy tysiące stron akt, międzynarodowe wątki, wyłączenia, analizy, terminy, opinie, komisje, konferencje i święte „nie przesądzajmy”. Mam dość tego pierdolenia po fakcie. Dość polityków, którzy teraz robią z siebie szeryfów, choć wcześniej ich mordy świeciły się przy każdym możliwym blasku. Dość ekspertów, którzy przez lata tłumaczyli ludziom, że wszystko jest nowoczesne, bezpieczne i przyszłościowe, a dziś udają archeologów zdziwionych własnym wykopaliskiem. Patrzcie im na ręce. Wszystkim. PiS, KO, Konfederacji, Lewicy, PSL, urzędnikom, służbom, prokuraturze, policji, sponsorom, mediom, youtuberom, influencerom, giełdom, fundacjom i każdemu, kto teraz bardzo chce wam wytłumaczyć, że nic się nie stało albo że to tylko polityczna rozgrywka. Może jest rozgrywka. Pewnie, że jest. Ale rozgrywka nie umyje ścian z gówna. Nie dajcie się znowu zagonić do zagrody jednej albo drugiej partii. Nie pytajcie, czy to bije w naszych, czy w tamtych. Pytajcie, kto zarobił, kto krył, kto pompował, kto szkolił, kto był szkolony, kto dawał wiarygodność, kto zamiatał pod dywan, kto czekał z odpaleniem tematu na wygodny moment i kto ma za to odpowiedzieć. Bo Polska nie jest prywatnym folwarkiem dla cwaniaków, a obywatel nie jest owcą do strzyżenia przez ludzi, którzy zawsze mają czyste ręce, bo brudną robotę robi za nich system.
korupcja polskich prawników przez instytucje Orbana:
politycy: @CzarnekP@KrzSzczucki, sędziowie SN: Aleksander Stępkowski (ex @OrdoIuris), Paweł Czubik, Grzegorz Pastuszko, ex TK Mariusz Muszyński, ex prok/CBA/ABW Grzegorz Ocieczek, Inst. Wymiaru Spraw. Marcin Wielec, nie zabrakłow @BartoszLewand20 prawnika Ziobry i Romanowskiego i wielu innych akademików z: UW, KUL, Akademia Leona Koźmińskiego, Krajowa Szkoła Administracji Publicznej im. Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego podlegająca Prezesowi Rady Ministrów (kształci urzędników służby cywilnej i kadry wyższych urzędników w administracji), dwie podległe MON jednostki: wrocławska Akademia Wojsk Lądowych im. gen. Tadeusza Kościuszki i warszawska Akademia Sztuki Wojennej, także uczelnie z Torunia, Rzeszowa, Szczecina, Wrocławia.
⚠️ Aresztowano 3 osoby, które przez pół roku jeździły po ulicach z SMS Blasterem w bagażniku i przejmowały sygnał smartfonów osób w pobliżu. Wstrzykiwali SMS-y, 🍄 wykradali pieniądze. Szczegóły w linku poniżej: [1/2]
Panie Premierze @donaldtusk, Panie Ministrze @w_zurek proszę wybaczyć, że przy sobocie niepokoję, mam prośbę aby w wolnej chwili posłuchać (prawdziwie) niezależnych mediów, pokazujących co się w wolnej Polsce dzieje. Żeby poszerzyć krajobraz i nie czerpać wiedzy tylko z @gazeta_wyborcza i @czuchnowskiw
To nie jest może wesoły obraz, ale kiedyś trzeba się z takimi historiami zmierzyć.
https://t.co/D6sBd5Mcju
Panie Redaktorze, miałem podobne podejście 2 lata temu, gdy pomagałem Łukaszowi Bugajskiemu w skompletowaniu materiału i dostarczeniu go do ministra @TomaszSiemoniak oraz innych instytucji publicznych. Podjęliśmy wiele, na maksa legalnych działań. Sami się zgłosiliśmy do prokuratury, a @bugajski_lukasz dostarczył dokładnie ten materiał dowodowy, o którym Pan pisze. Proszę to zestawić z tym, jak dziś wygląda dokument przedstawiony przez prokuraturę i w którą stronę jest skręcana medialna narracja, podczas gdy nasz oficer prowadzący z ABW nawet nie został zwolniony ze służby lub zawieszony do wyjaśnienia sprawy.
Państwo ma ujawnić prawdę - i przyznać się do własnej słabości? Gdyby miał zostać dokonany jakiś mityczny audyt, to by się musiało wydarzyć dawno temu. Teraz bym to porównał do wsadzania pasty do tubki. Czy możemy podać rozliczenie choć jednej afery związanej ze służbami specjalnymi za tej kadencji? Trochę ich było, a "afera lubińska" nie jest nawet największa - przy czym jest to wierzchołek góry lodowej odsłaniający tym, co dzieje się w Zagłębiu Miedziowym.
Trzeba się chyba pogodzić z tym, że państwo z zasady nie ogarnia wielu rzeczy, które powinno. A w obecnym systemie, gdzie władza co chwilę się zmienia, a polityka jest odzwierciedleniem polaryzacji społecznej - nikt nawet nie udaje, że jest inaczej.
@Gruca_Radoslaw publikuje na łamach @GoniecPL szokujace fragmenty rozmów członków pedofilskiej siatki, w sprawie której Prokuratura Okręgowa w Legnicy właśnie... umorzyła śledztwo. Wszystko wskazuje na to, że członkowie grupy są świetnie chronieni przez specsłużby i miejscowy establishment.
„Tak. Wszystko mam już dogadane. Są dwaj chłopcy i dziewczynka. No już bardziej dziewczyna. Mam badania i farmakologię dla nich, zjedzie też dodatkowy soczek (tak nazywają kokainę). Skoczymy tylko do Legnicy przebrać łachy i możemy ruchać” – planuje 19 kwietnia 2021 AP, który po weekendzie doda, że „żal iść pod prysznic, ciągle mi koszula pachnie młodym ciałkiem”.
„Dzieciaczki też wspaniałe. Szkoda, że już się nie przydadzą” – mówi RR, na co AP odpowiada pytaniem „Czy chcesz je wrzucić do utylizacji”. RR odpowiada: „Zastanawiam się nad tym. Ta dziewczynka jednak chyba coś zapamięta. Trzeba brać więcej cukierków następnym razem. (,,,) Jesteś pewien, że ktoś przyjedzie po tamte dzieciaki? Zostawiliśmy je naćpane. Leżące na podłodze” – mówi RR, ale najwyraźniej nie zdeterminowało to w prokuraturze do działania nikogo.
„Trochę chemii przyjęliśmy w majówkę. Dobrze, że wódka się skończyła w pewnym momencie - mówi RR, a na uwagę, że przestawał nad sobą panować, ten przyznaje rację. – „Wtedy jak zacząłem krzyczeć na aniołka, jak rozlał wodę” – dopowiada.
Polska ma największą liczbę prokuratorów spośród wszystkich krajów UE. Średnia europejska na 100 tys. mieszkańców - to 10 prokuratorów. U nas - 15. Ale to polscy prokuratorzy bywają mistrzami świata w udowadnianiu, że jak śledztwo trwa - to trwać ma. I nie pytaj dlaczego.
Tylko gdzie w tym wszystkim ofiary?
https://t.co/JKbZ3wZjyQ
‼️Z SERII GONIEC UJAWNIA: „Ku…, Andrzej, to jest nasze bezpieczeństwo”. Prezydent Lubina i szokujące stenogramy. Ta afera może wstrząsnąć opinią publiczną
Stenogramy domniemanych rozmów prezydenta Lubina Roberta Raczyńskiego, w których przewijają się wątki szokujących przestępstw - w tym pedofilii i handlu narkotykami - od kilku lat krążyły po redakcjach i gabinetach śledczych — jedni traktowali je jak polityczną bombę, a inni jak możliwą prowokację, bo nikt nie potrafił rozstrzygnąć, czy są prawdziwe. Radosław Gruca ustalił jednak, że na ich podstawie prokuratura prowadzi właśnie śledztwo dotyczące pedofilii. Śledczy dysponują opinią biegłych, że stenogramy są z dużym prawdopodobieństwem autentyczne.
Czytaj więcej: https://t.co/2zKY48xAwt
Wpadła dwója w wentylator!
Nad terenem JW w Przasnyszu latał sobie dron po czym spadł na teren jednostki. Dla niezorientowanych to szokujące wydarzenie, bo chwila grzebania w wyszukiwarce i okazuje się, że w Przasnyszu stacjonuje 2 Ośrodek
1/
https://t.co/uHRVT4rpZE
‼️ GONIEC UJAWNIA: Straszenie „psychiatrykiem”, wykręcanie rąk, wyzywanie od „głupków” i „debili” - dzieci z rodzinnego domu dziecka „Czarodziejski Port” mówią o stosowanej wobec nich psychicznej i fizycznej przemocy. Właścicielka placówki trzymała w domu trzykrotnie więcej dzieci, niż pozwalają przepisy.
Wstrząsający film i tekst Radosława Grucy.
‼️‼️‼️ Prośba o RT.
Straszenie „psychiatrykiem”, wykręcanie rąk, wyzywanie od „głupków” i „debili” - dzieci z rodzinnego domu dziecka „Czarodziejski Port” mówią o stosowanej wobec nich psychicznej i fizycznej przemocy. Właścicielka placówki trzymała w domu trzykrotnie więcej dzieci, niż pozwalają przepisy. Dom dziecka zdawała się traktować jak biznes.
W Gońcu wierzymy, że dziennikarstwo jest właśnie po to, by naświetlać takie historie. I mamy nadzieję: niwelować zagrożenie, że kolejne tego typu będą dziać się w przyszłości.
Wstrząsający tekst i film Radosława Grucy.
https://t.co/1syoTaV2bl Kulisy zatrzymania na lotnisku Ukraińca z zagłuszarką. Porażka służb
W święta na lotnisku Chopina zatrzymano Ukraińca ze sprzętem do zagłuszania systemów elektronicznych. Zatrzymanie zostało przedstawione w mediach jako sukces służb. W rzeczywistości przez wiele godzin nie chciały się nim zająć policja, ABW i SKW. Mężczyzna został w końcu aresztowany jedynie dzięki naciskom szeregowych funkcjonariuszy na swoich przełożonych. Na lotnisku przebywał co najmniej od ponad tygodnia. W tym czasie awariom miały ulegać lotniskowe systemy. Wcześniej podróżował po krajach arabskich. — To, co wypuszczono w "przecieku" jako sukces, było tak naprawdę blamażem służb — mówią nasze źródła.