Panie Mariuszu,
a jednak olimpijczyk - tyle że nie z historii krakowskiego sportu, jak Pan łaskawie domniemywał, lecz z okresu od Obertyna do Dubienki. Od hetmańskiego triumfu Tarnowskiego nad Mołdawią w 1531 roku po ostatni bój Kościuszki w obronie Konstytucji w 1792. Krakowski sport pozostaje dla mnie obszarem znacznie mniej poznanym, dlatego z autentycznym zainteresowaniem przeczytałem Pański wywód.
Przyznam od razu: w jednym punkcie zgadzamy się całkowicie. Realna władza w PRL nie mieściła się w gabinecie premiera. Mieściła się w Komitecie Centralnym PZPR. To nie Rada Ministrów była centrum systemu, lecz partyjna hierarchia. Premier bywał wykonawcą decyzji, czasem administratorem, czasem figurą reprezentacyjną. Historia PRL-u rzeczywiście najlepiej pamięta Bieruta, Gomułkę, Gierka czy Jaruzelskiego, a nie Osóbkę-Morawskiego, Babiucha czy Messnera.
Tyle że właśnie dlatego Pańska argumentacja prowadzi mnie do wniosku dokładnie odwrotnego od tego, który Pan zamierzał osiągnąć.
Bo Józef Cyrankiewicz nie był wyłącznie premierem. Przez ponad dwadzieścia lat pozostawał członkiem ścisłego kierownictwa państwa. Od grudnia 1948 roku do początku lat siedemdziesiątych zasiadał w Biurze Politycznym KC PZPR. Był również sekretarzem KC. Jeśli więc przyjmujemy Pańską definicję realnej władzy, to trudno znaleźć kibica jakiegokolwiek krakowskiego klubu, który znajdowałby się bliżej jej centrum.
Jest w tym zresztą pewna historyczna ironia.
Przez lata słyszałem opowieść o Wiśle jako klubie władzy i Cracovii jako klubie prześladowanym przez władzę. Tymczasem gdy spojrzymy na personalia, okazuje się, że najpotężniejszym kibicem w historii krakowskiego sportu był właśnie sympatyk Pasów. Nie wojewódzki aparatczyk. Nie lokalny dygnitarz. Nie minister sportu. Człowiek należący do najściślejszego kręgu rządzącego państwem przez niemal ćwierć wieku.
Oczywiście nie oznacza to automatycznie, że Cracovia była klubem uprzywilejowanym. Historia jest zawsze bardziej skomplikowana od kibicowskich legend. Oznacza jednak, że równie trudno obronić tezę przeciwną - że była wyłącznie ofiarą systemu pozbawioną jakichkolwiek wpływowych patronów.
Zwłaszcza że patronat Cyrankiewicza nie był wyłącznie symboliczny. Obejmował jubileusze klubu, przyjmował jego delegacje, interesował się inwestycjami, zabierał głos w sprawach infrastrukturalnych. Można oczywiście uznać to za gesty niewiele znaczące. Można również zauważyć, że niewiele klubów w Polsce miało możliwość zwracania się bezpośrednio do człowieka znajdującego się tak wysoko w strukturze państwa.
Nie piszę tego po to, aby relatywizować historię Wisły.
Przeciwnie, ale skoro rozmawiamy o historii, rozmawiajmy o niej w całości.
Bo równie prawdziwe jest to, że sport w PRL nie był światem prostego podziału na „dobrych” i „złych”, „uprzywilejowanych” i „prześladowanych”. Kluby korzystały z różnych patronatów, różnych układów i różnych momentów politycznej koniunktury. Jedne miały wsparcie resortów, inne wpływowych działaczy, jeszcze inne lokalnych protektorów. W różnych okresach te zależności wyglądały inaczej.
Dlatego zawsze z pewnym dystansem podchodzę do prób przedstawiania dziejów krakowskiego sportu jako moralitetu, w którym jedna strona przez pół wieku wyłącznie cierpiała, a druga wyłącznie korzystała.
Nie wierzę w taką historię.
Podobnie jak nie wierzę, że pożar stadionu Cracovii w 1963 roku da się sprowadzić do jednej wygodnej narracji. Jeśli rzeczywiście prawdą jest, że pojawiały się hipotezy o podpaleniu związanym z próbą pozyskania środków na odbudowę, to pokazuje to przede wszystkim skalę problemów finansowych klubu. A więc raczej dowód ograniczeń systemu niż dowód jego szczególnej przychylności.
W istocie największym problemem obu naszych klubów było nie to, kto miał lepszych znajomych w Warszawie, lecz fakt, że żyły w państwie, w którym o sporcie decydowano politycznie.
I może właśnie tutaj spotykają się nasze spojrzenia.
Bo jeśli jest coś, co naprawdę odróżnia współczesność od tamtych czasów, to nie zmiana herbów, lecz zmiana źródła legitymizacji.
W 2019 roku Wisły nie uratował ani minister, ani sekretarz, ani generał, ani przewodniczący komitetu. Uratowali ją zwykli ludzie. Niezależnie od tego, czy ktoś Wisłę lubi, czy nie, był to moment pokazujący, że przyszłość polskiego sportu nie musi już zależeć od gabinetów.
I właśnie dlatego dziś dużo bardziej interesuje mnie pytanie, jak budować silne kluby w wolnej Polsce, niż który z pierwszych sekretarzy lub premierów komu kibicował pół wieku temu.
Historia pozostanie fascynująca. Warto ją badać, warto się o nią spierać i warto wyciągać z niej wnioski. Ale nie warto zamieniać jej w zestaw wygodnych mitów.
A na koniec pozwolę sobie na jedną uwagę.
Historia PRL-u jest zbyt poważna, by sprowadzać ją do klubowych legend, ale też zbyt ciekawa, by zamykać ją w prostych schematach. Dlatego z przyjemnością będę czytał kolejne Pańskie uwagi, bo spór o fakty jest zawsze wartościowszy niż spór o drobnostki. Nie jest drobnostką to, że wspólczesną historie zbudowaliście na KORUPCJI - i tego nic nie wymarze.
Mój zakres olimpijski kończył się formalnie na Dubience, ale dla tak zaangażowanego pasjonata historii chętnie przedłużę kwerendę aż po czasy Cyrankiewicza, Gomułki i Gierka.
A na derby zapraszam nie jako olimpijczyk, lecz jako krakowianin. Bo między Reymonta a Kałuży jest więcej wspólnej historii, niż obu stronom czasem się wydaje.
Z wyrazami szacunku,
Harry
P.S nie mam czasu, ale pochyliłem się.
@GabrielOpAcc@Absolutebrazil U nas panuje opinia że właśnie za bardzo stawiała opór. Dopiero z Francją poszliśmy na wymianę ciosów, 1-3..
https://t.co/vpvHKAcsN6
@Sportowy_Kanal@BorekMati Zaboli dopiero jak Szwecja zacznie mecz. Tyle razy jechaliśmy na imprezy mimo że średnio graliśmy, teraz jak szło na to patrzeć to daliśmy sobie wciś 3bramki, ehh..