Czy aktualne prawo dysponuje odpowiednimi narzędziami do weryfikacji, czy ktoś rzeczywiście jest szarlatanem?
Odpowiem na to pytanie odnosząc się do własnych doświadczeń
Rzecznik Praw Pacjenta zawiadamia Prokuraturę, a ta zajmuje nośniki danych, weryfikuje dokumentację dotyczącą prowadzonej działalności, szczegółowo przesłuchuje domniemanego „szarlatana” oraz jego pacjentów. Zadaje konkretne pytania o przebieg komunikacji między "szarlatanem" a pacjentem i z pierwszej ręki sprawdza rzeczywiste efekty proponowanych interwencji – w tym to, czy zagrażały one życiu lub zdrowiu.
Dokładnie taką procedurę wszczęto wobec mnie w 2023 roku – i postępowanie zostało umorzone.
Podkreślam przy tym, że Rzecznik Praw Pacjenta nie zareagował na jakiekolwiek donosy moich pacjentów, lecz na sygnały osób postronnych, przede wszystkim prof. Agnieszki Szuster-Ciesielskiej. Podpadłem jej jeszcze w czasie pandemii, merytorycznie podważając jej stanowisko w sprawie szczepień, polityki sanitarnej i pokrewnych kwestii.
Teraz jednak wymyślono, że prokuratura jest niewystarczająca. Postanowiono obejść obowiązujące prawo i uznawać winę wyłącznie na podstawie braku zgodności z „aktualną wiedzą medyczną” – upolitycznioną i przejętą przez przemysł.
Chce się natychmiast karać finansowo, bez rzetelnego procesu, bez zeznań pacjentów i bez weryfikacji dokumentacji.
A zdrowy rozum podpowiada coś zupełnie przeciwnego: świadectwa osób, które korzystały z usług, oraz związana z nimi dokumentacja ma znacznie większą wagę niż zgodność z wielokrotnie skompromitowaną „aktualną wiedzą medyczną”
I tak, podróżując w głąb czasu, dotarliśmy do Duocento i Margaritone d’Arezzo. Pora wracać do Polski. 🇵🇱 Dziękuję wszystkim, którzy śledzili fotorelację z Italii. 🇮🇹
Wielka wojna w Internecie zwerbowała w ostatnich tygodniach tysiące współczesnych krzyżowców. Nie ma już dorodnych wierzchowców, ale sparciałe fotele. Nie ma mieczy, jest klawiatura… W końcu nie trzeba nawet przemierzać tysięcy kilometrów, by zyskać sławę, lub okryć się hańbą… Dziś o tych rycerzach sobie właśnie porozmawiamy. Do tego czasu też nie wiedziałem, że mamy tyle "rycerskiego" diecezjalnego kleru.
Zaczynamy o 20:45.
Pamiętajcie, mówimy "do Dominikany, a nie "na Dominikanę", bo Dominikana to nie jest wyspa. Ale mówimy "na Węgry", a nie "do Węgry", bo chociaż Węgry to nie wyspa, to mamy tradycję mówienia "na Węgry". Mamy też tradycję mówienia "na Ukrainę", ale Ukraina to nie wyspa, więc mówimy "do Ukrainy". Dodatkowo Malta to wyspa i Malta to kraj, więc mówimy "na Maltę" bo kraj zajmuje całą wyspę. Cypr nie zajmuje całej wyspy Cypr, ale też mówimy "na Cypr". Japonia i Nowa Zelandia składają się tylko z wysp, więc mówimy "do Japonii" i "do Nowej Zelandii", a Słowacja nie ma żadnej wyspy, więc jedziemy "na Słowację". No i oczywiście lecimy "do Irlandii", bo nie zajmuje całej wyspy Irlandia, więc nie można powiedzieć "na Irlandię", ale można powiedzieć "na Islandię".
Niestety mieszają trochę Wyspy Zielonego Przylądka, bo poprawna wersja to "na Wyspy Zielonego Przylądka", a nie "do Wysp Zielonego Przylądka".
No i na koniec- Saint Martin. Jeśli celem podróży jest francuska część, to "na Saint Martin", bo to nie jest kraj, tylko wspólnota zamorska, ale jeśli holenderska, to raczej "do Saint Martin" bo to kraj autonomiczny, który nie zajmuje całej wyspy.
@RMF24pl@Coma_BB Najważniejsze, że wyszła samodzielnie. Pani minister Sobierańska - Grenda, czy też Granda będzie mogła powiedzieć, że spotkała kolejnego zadowolonego pacjenta.
For decades, the greatest church in Florence stood open to the sky.
There was a hole at its centre, forty-five metres across, and nobody alive knew how to close it…
They had done it on purpose. A model approved in 1367 called for a dome wider than any built since ancient Rome, and the Florentines put up the walls anyway, leaving the problem to whoever came next.
The Roman method had been lost for a thousand years. Every dome since had been raised on centering, an enormous wooden scaffold built underneath to hold the masonry until it set. For a span this size, no forest in Tuscany could supply the timber.
So the cathedral waited, with rain falling into it…
In 1418 the city announced a competition. A goldsmith named Filippo Brunelleschi told them he would build the dome with no centering at all. The masonry would hold itself up as it rose.
Many of his contemporaries decided he was a lunatic. One rival, Giovanni da Prato, wrote a public sonnet calling him a "dark, deep wellspring of ignorance" and a "miserable and imbecile beast," and rashly promised to kill himself if the plan ever worked. Brunelleschi answered with a sonnet of his own, advising him to destroy his poems, "lest they sound ridiculous when all the dancing starts, in celebration of that which he now thinks impossible."
It took sixteen years. Over four million bricks, laid in a herringbone pattern so each ring locked and carried itself, in two shells, one inside the other, weighing something over twenty-five thousand tons. He designed the hoists that lifted the materials, machines Leonardo da Vinci would later sit and copy into his notebooks.
It was finished in 1436. Six hundred years later it is still the largest masonry dome on earth…
The director Franco Zeffirelli, a Florentine, once said what that dome does to a person who looks up at it:
"When I feel depression creeping in, I return to Florence to gaze at Brunelleschi's dome. If human genius was able to achieve something so great, then I too can and must try to create, to act, to live."
I don’t want to "download the app" to pay for parking. I don’t want to "create an account" to see a menu. I don’t want to "provide feedback" on a 30-second interaction. I just want to exist in the physical world without a digital leash.
W połowie lipca 1797 r. we Włoszech napisał Józef Wybicki słowa nowej pieśni legionowej, którą 20 lipca, najprawdopodobniej wraz z legionistami Dąbrowskiego, odśpiewał w Reggio Emilia.
Po tym pierwszym publicznym wykonaniu pieśń wykonywano wielokrotnie i wiele razy jeszcze zabrzmi.
W nocy z 19 na 20 lipca 1946 roku w jednym z mieszkań konspiracyjnych w Gdańsku-Wrzeszczu u sióstr Mikołajewskich aresztowana została przez funkcjonariuszy UB, Danusia Siedzikówna ,,INKA".
Adres ten zdradziła łączniczka „Łupaszki” Regina Żylińska-Modras, którą zatrzymano w kwietniu 1946 r. i skłoniono do współpracy z bezpieką.
,,Inkę” osadzono w więzieniu w Gdańsku. Po śledztwie, podczas którego próbowano wydobyć od niej informacje o działalności oddziału majora „Łupaszki”, została skazana na karę śmierci przez WSR.
#NaszaPolska
Przegląd zakurzonej prasy.
“Hitler zmienił nazwę miasta z Gdynia na Gotenhafen (Przystań Gotów). Bardziej odpowiednią nazwą byłaby Totenhafen (Przystań Śmierci).
Miasto, które liczyło 130 tysięcy mieszkańców obecnie liczy 17 tysięcy.
W Gdyni pozostało zaledwie kilkuset Polaków a los ich jest ciężki. Głodują, gdyż nie mają prawa do racjonowanej żywności.
Przesiedleni do miasta Niemcy z państw bałtyckich lekko nie mają, chociaż otrzymują subsydia. Jedyną dobrą dla nich stroną jest to, że dostali mieszkania i ładne meble, ponieważ wysiedlanym z miasta Polakom kazano zostawić wszystko co mają.
Z opuszczonych mieszkań Niemcy wywożą teraz meble do magazynów.
Port jest kompletnie martwy. Urządzenia portowe są rozbierane i wywożone do Niemiec. Gdynia ma być bazą marynarki wojennej i Niemcy wywożą całe wyposażenie.”
Cytat pochodzi ze szwedzkiego pisma Goeteborgs Handels Och Soefardstidning, styczeń 1940 roku.
Tak było, czy ma powrócić?
@dareuslucus@MrJohnBingham@donaldtusk Łżesz. Pajace olali "nie swoją" pacjentkę, bo akurat od tej kasę targał ordynator, w swoim prywatnym gabinecie, którego w weekend nie było w pracy.
Standardowe skurwysyństwo uprawiania wymuszeń "dopłat" za przychylność i staranność.
Proszę Was o wyjątkowo mocne podawanie tego wpisu dalej i pokazywanie go ludziom, którzy nie mają konta na X. Zobaczcie jak w listopadzie 2021 @donaldtusk wykorzystał śmierć z winy lekarzy, którzy dziś zostali za nią prawomocnie skazani. Przypomnijcie sobie te marsze.
Książka <Skąd się wziął Karol Nawrocki> wydawnictwo @WydBialyKruk :
„No tak - cały czas pracowałem w ochronie. To, o czym rozmawialiśmy już wcześniej, czyli firma ochroniarska, to był mój podstawowy punkt odniesienia. Potem pojawiła się jednak możliwość awansu, a zaczęło się od zwykłego ogłoszenia w gazecie: szukają ochrony do sopockiego Grand Hotelu. Zgłosiła się tam firma z Warszawy. Dla mnie to był realny awans względem poprzedniego pracodawcy - w Grand Hotelu płacili siedem złotych za godzinę, czyli dwa razy więcej. Pamiętam rozmowy kwalifikacyjne - poszedłem na nie z dwoma czy trzema kolegami, z którymi trenowałem boks.
Wymagali już podstawowych umiejętności komunikacji po angielsku, bo to jednak byli także zagraniczni goście, pięciogwiazdkowy hotel po remoncie - Grand Hotel po prostu. Dostałem tę pracę - ja i moi koledzy. Później pracowało tam ze mną mnóstwo ludzi.
To była bardzo dobra praca w takim sensie, że dawała mi dużo radości. Po raz pierwszy mogłem z tak bliska przyglądać się realnym elitom - ludziom, których stać na to, żeby spędzać czas i żyć w pięciogwiazdkowym hotelu. Najpierw byłem szeregowym pracownikiem ochrony, potem zauważyli moje umiejętności i zostałem jednym z trzech szefów zmian. Nie szefem firmy - za to odpowiadał człowiek z Warszawy - ale szefem jednej zmiany. Miałem pod sobą siedem osób, które ogarniały cały hotel. Odpowiadałem też za monitoring - byłem takim koordynatorem całości. No a w takim hotelu dzieje się wszystko.
Doświadczenie Grand Hotelu naprawdę daje możliwość zobaczenia życia od zupełnie innej strony - ludzi z pierwszych stron gazet - z Władimirem Putinem włącznie, wtedy, gdy spotkał się z Donaldem Tuskiem na sopockim molo - bo on właśnie tam mieszkał w czasie wizyty 1 września 2009 roku, a ja w tym okresie jeszcze tam pracowałem. Tam działo się wszystko. Aktorzy, śluby, gangsterzy, politycy, ministrowie. Sopot Festival, wszystkie gwiazdy - z całego świata.
Dla mnie interesujące było też to, że trafiłem do Grand Hotelu podczas końcówki remontu. Mogłem się przyglądać działaniom operacyjnym w samym hotelu, a czasem nawet je nadzorowałem - wchodziłem z ekipami remontowymi do pomieszczeń technicznych. Znajdowaliśmy oprzyrządowanie, kable, instalacje, które nie były ujęte w żadnych schematach na planach Grand Hotelu. To była naprawdę pasjonująca praca. Zaś o rytmie życia - w kontekście tego co pan pyta, a także tego, co pisały media w kampanii wyborczej - decydowali goście. Dlatego mówię zupełnie szczerze: widziałem tam wszystko. Widziałem prostytutki - kobiety i mężczyzn - zamawianych przez biznesmenów albo aktorów. Widziałem pijane gwiazdy światowej muzyki, które ściągałem z korytarzy i dostarczałem z powrotem do ich pokoi. Moim zadaniem było zapewnienie, żeby goście czuli się bezpiecznie i żeby nikt nikomu nic nie ukradł. W tym sensie byłem tam <policjantem>, a nie <złodziejem> - spotykałem tam ludzi każdego rodzaju.
Pamiętam na przykład bardzo prestiżowe spotkanie Lecha Wałęsy - w tzw. sali cygarowej - z potężnymi biznesmenami od ropy naftowej z Teksasu. Ich reakcje na jego opowieści były dla mnie czymś niesamowitym do obserwowania. Dla młodego człowieka, studenta, było to oglądanie świata z bliska, ale jednocześnie realna odpowiedzialność za bezpieczeństwo, bo miałem też kilka sytuacji, w których musiałem zareagować. Ale generalnie to był dobry, porządny, pięciogwiazdkowy hotel. Wyobrażenie, że to było jakieś <centrum zła>, jest zupełnie oderwane od rzeczywistości”.