Najbardziej mnie irytuje bezczynność i użalanie się. Opowiem Wam moją historię, która jak sądzę może być dla wielu pomocna.
Urodziłam się we 1994 roku w małej wsi pod Radomiem. Rodzice - uczciwi i ciężko pracujący ludzie - ale biedni, żyjący w drewnianym domku bez toalety. Myliśmy się w tzw. "miednicy". Ojciec pracował "na ochronie" (wybaczcie dosłowny cytat), a Mama jako salowa w Warszawie. Wtedy pociąg do Stolicy jechał dwie godziny po rozwalonych torach w jedną stronę. I tak codziennie. Przed czwartą pobudka, powrót do domu wieczorem. Było nam bardzo, bardzo ciężko.
Pracowałam już jako dziecko - oczywiście w miarę możliwości. Zbierało się ziemniaki, jabłka, wszelkie płody ziemi. To była norma w latach 90-tych. Podstawówka była 8 km od mojego miejsca zamieszkania. Zimą dojeżdżałam autobusem, latem bywało, że rowerem. Do liceum poszłam do Radomia. Wtedy już było luksusowo, bo wyremontowano tory i dojazd zajmował pół godziny.
Gdy miałam 10 lat, Tata wyjechał do Norwegii, do Brekstad, gdzie mieszka do dziś. Jest operatorem wózka widłowego. Mama dołączyła do niego kilka lat temu, pracują w tym samym zakładzie. Ja po maturze wyjechałam na pół roku do tego norweskiego miasteczka i pracowałam przy napełnianiu poduszek pierzem a później jako kelnerka. Zarobiłam kilkanaście tysięcy złotych i wróciłam do Warszawy na studia. Moje wymarzone studia matematyczne. Za pierwsze pieniądze kupiłam mały samochodzik i miałam na kaucję pod wynajem mieszkania z koleżanką. Tak zaczęła się moja warszawska przygoda. Był rok 2013.
Studiując na UKSW, otrzymywałam stypendium socjalne i naukowe - przez kilka lat było to nieco ponad 1000 złotych. Do tego dorabiałam w weekendy jako kelnerka. W tygodniu studia - w weekendy praca. Bywało, że miałam 80-100 złotych na tydzień na życie. W trakcie studiów zaczęłam udzielać korepetycji. Moja pierwsza stawka to 30 złotych za godzinę. Po obronieniu pracy magisterskiej, rozpoczęłam pracę w dwóch szkołach podstawowych - jednej prywatnej, drugiej tzw. "szkoły w chmurze". Pracowałam po 45-50 godzin tygodniowo. W międzyczasie rozpoczęłam doktorat, zdobyłam uprawnienia do egzaminowania w ramach CKE, posiadam także uprawnienia do prowadzenia zajęć w ramach brytyjskiej podstawy programowej z matematyki. Oczywiście w języku angielskim. Wczoraj zostałam przyjęta na kolejne studia - tym razem MBA.
Wiecie także, że od kilkunastu miesięcy jestem aktywna politycznie.
Po co piszę to swoiste CV? Bo wczoraj ktoś zarzucił mi, że "stać mnie na wakacje i studia". Tak, stać. Stać i jestem z tego cholernie dumna. A wiecie czemu? Bo wyszłam z dużej biedy, sama. Od kiedy pamiętam marzyłam, by żyć tak jak dziś, by stać mnie było na poznawanie świata, by mieć normalną rodzinę, by móc cieszyć się życiem.
Da się. Jeśli ma się dwie ręce, jest się uczciwym i pracowitym to naprawdę się da.