Startowali w deszczu, ale większą część trasy przelecieli bez chmur. W Malindi żar był taki sam, jak wtedy, gdy przyleciał po raz pierwszy. Nie był zależny od bagażu, więc poszedł prosto do wyjścia.
Medici czekał – tak jak się umówili. Stał w podcieniach głównego budynku, dobrze chroniony przed słońcem. Chyba nie czekał długo. Gdy Marcin do niego podszedł, klepnął go w ramię i przepuścił przodem w stronę samochodu.
– Do kiedy masz opłacony hotel?
– Do dzisiaj. W piątek nie byłem pewien, czy zostanę dłużej.
Medici uśmiechnął się.
– Nie przedłużaj. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, zapraszam cię do siebie. Oferuję ci gościnę.
Marcin spojrzał na niego zaskoczony. Nie był na to przygotowany. Właściwie w ogóle nie był przygotowany na tyle życzliwości. Ale przez głowę przemknęło mu wszystko – że propozycja Sergieja jest niestosowna, niezgodna z zasadami, może nawet niepolityczna. A w kontekście jego instrukcji – jest… dziwna.
Jeśli odbył się w nim wewnętrzny dialog, trwał bardzo krótko.
– Tak, bardzo chętnie.
Kiedy dochodzili do samochodu, kątem oka dostrzegł, że Sergiej ewidentnie uśmiecha się sam do siebie.
– No to witaj w Malindi – otworzył mu drzwi Toyoty.
Na główną wyjechali w milczeniu. Szyby były opuszczone. Marcin rozglądał się z uczuciem jakiejś dziwnej lekkości. Niosły go myśli, klekotanie równo pracującego diesla i odgłosy zajętego sobą miasta.
Wjechali na parking hotelowy. Marcin poszedł od razu do swojego pokoju – spieszyło mu się. Nie chciał trafić na Dawida, poza tym tego dnia wszystko w Silver wydawało mu się nie na miejscu.
Medici został na dole. Jak tylko zobaczył Marcina zbiegającego po schodach do recepcji – zaczął dowcipkować,
– Nie wiedziałem, że ci się tutaj aż tak bardzo nie spodobało!
Marcin wzruszył ramionami.
Po wyjeździe z hotelu skręcili w lewo, zaraz przy stacji benzynowej. Potem minęli supermarket Seven-To-Seven i Stars & Garters.
– Możesz się zatrzymać? – zapytał Marcin, kładąc dłoń na ramieniu Mediciego.
Pokazał palcem stragan po drugiej stronie drogi. Medici zjechał z drogi i zaparkował za niskim murem, o który był oparty stragan
– Muszę kupić coś na głowę – wyjaśnił Marcin. – W bejsbolówce nie będę tutaj chodził.
Medici skinął głową z aprobatą.
– Chyba, że w Malindi są lepsze miejsca na zakupy? – Marcin wysiadł i zatrzasnął za sobą drzwi.
Medici również wysiadł i oparł dłonie na masce.
– Są, oczywiście, że są. Ale jeśli chcesz kapelusz – po prostu go kup.
Podeszli do straganu, którym zarządzał drobny mężczyzna w nieokreślonym wieku. Prócz niego na straganie była kobieta – dwa razy od niego większa. Gdy sprzedawca się zorientował, że zmierzają w jego stronę, wyskoczył im naprzeciw. Zaczął sprzedawać, zanim jeszcze powiedzieli, czego chcą.
Medici stanął w pewnej odległości, blisko skraju drogi, zostawiając Marcina sam na sam ze sprzedawcą. Kapeluszy było bez liku i Marcin się wahał. Podobała mu się słomkowa fedora Sergieja – biała, z szerokim rondem. Podobne wisiały na wyciągnięcie ręki. Sprzedawca podał mu jeden z nich. Marcin założył kapelusz i obrócił się w stronę Sergieja. Ten skinął z aprobatą, choć w kąciku jego ust czaił się już uśmieszek.
Marcin przymierzył jeszcze kilka innych, aż w końcu dostrzegł coś odmiennego – kapelusz niechlujny, nieco przerysowany, jak żywcem wyjęty z wyobrażeń o safari. Wziął go do ręki: gruby, mocny brezent, rondo przeszywane.
– I jak?
Medici pokręcił przecząco głową.
– Postarza cię. Jest za ciężki.
– Ale nie jest Made in China! – zaśmiał się Marcin.
Cena też nie była chińska. Nie znał pola do negocjacji, ale chciał zapłacić najwyżej połowę ceny. Sprzedawca chciał wszystko, co Marcin mógł mu dać. Targ zamienił się w teatr zawodu i rozpaczy. Medici, rozbawiony, przyglądał się tej scenie. Im bardziej Marcina „nie było stać”, tym bardziej chciał go kupić.
– Elfu mbili! – usłyszał nagle z drugiej strony straganu.
Spojrzał na sprzedawcę, a potem na kobietę, którą wcześniej wziął za klientkę. Stała obok i dotąd się nie odzywała.
– Dwa tysiące szylingów – powtórzył po angielsku handlarz i podał mu kapelusz.
Marcin zerknął na Mediciego, ale on nie powiedział ani słowa i nie wykonał żadnego gestu. Sięgnął do nerki przy pasie i wysupłał dwa banknoty.
– Dwa tysiące szylingów – powtórzył i interes był ubity.
Założył kapelusz i z niepewną miną podszedł do Mediciego.
– Może być?
– Jest okropny. Nadal nie wyglądasz jak Włoch, ale Bóg może ci to kiedyś wybaczy.
Śmiejąc się, wrócili do samochodu.
Ungama — fragment ➡️ https://t.co/HLYe9o1JWL