Już panu potężnemu, światowemu dziennikarzowi tłumaczę: z tego samego powodu, dla którego Bordeaux wymawiamy „Bordo”, a nie „Bordeauks”, Angers wymawiamy „Ążer”, a nie „Angers”, a Los Angeles wymawiamy „Los Andżeles”, a nie... „Los Angeles”. Chamonix to „Szamoni”, a nie „Hamoniks”, a „Chile” to „Czile”, a nie „Hile”.
Deutschland, España czy Magyarország, jak ostatni raz sprawdzałem, mają swoje polskie nazwy, tak samo jak London, Dresden, München czy Paris, inne od oryginałów w tamtejszych językach i właśnie dlatego nie mówimy „Dojczland”, „Espania” i „Madziarorsag”. Dlatego też mówimy Londyn, Drezno, Monachium i Paryż. Curaçao takiego wyłącznie polskiego odpowiednika nie ma.
Jakby pan potężny dziennikarz chciał, żebyśmy wymawiali nazwę Curaçao? Pewnie „Kurakao”, co? Albo jeszcze lepiej: „Kurakało”. Pytanie: dlaczego, skoro „c” po polsku to „c”, a nie „k”, a litery „ç” w ogóle nie mamy? Zostaje więc „Curacao” (dokładnie tak wymawiane, przez „c”). Pan tak wymawia?
Żeby się przyczepić do PRAWIDŁOWEJ wymowy, to jest już wyższy poziom ignorancji, odklejki i zapewne czegoś jeszcze, czego nie umiem teraz nazwać, bo tak absurdalne jest to pytanie.
W zeszłym roku upadła na ulicy. Miała 19 lat. W tym dniu zgłaszano, że koń jest słaby, ale nikt nie reagował. Sprawa została umorzona. Lekarz weterynarii przyjechał po trzech dniach i stwierdził, że z powodu rozkładu ciała nie da się ustalić przyczyny śmierci. W dn. 6 lipca 2025 roku Łukasz Litewka napisał "To nie był wypadek, wy go po prostu zamęczyliście na śmierć. Tak kochacie zwierzęta. Żałosne grosiki." W Świnoujściu wciąż pracuje 7 dorożkarzy, zarejestrowanych 12 koni. Jeden z nich próbował zmusić do pracy 30-letniego konia. Na szczęście Inspekcja Weterynaryjna się nie zgodziła. Konie przez 12 godzin bez możliwości wolnego ruchu, z metalem w pysku, w upale. Bezwzględna eksploatacja zakończona rzeźnią.
Piszcie, czas zakończyć to barbarzyństwo:
[email protected]
oraz
[email protected]
Chłop tłukł metalowym prętem cielną krowę-doprowadził ją do stanu agonalnego. Decyzja wet o eutanazji. W gospod. trupy innych zwierząt,katowane zwierzęta.
Co zrobił sąd?
Odrzucił wniosek o areszt.
DO CHOLERY ILE JESZCZE CIERPIENIA ZANIM COŚ SIĘ W TYM CHORYM KRAJU ZMIENI?!
Dzień 17. przypominania o tym, że Paweł Kozanecki zabił dwie kobiety i nadal może swobodnie wykonywać zawód adwokata, a dzięki wyrokowi sędziego Karola Radaszkiewicza jedyną karą, jaką za to poniesie, będzie 1,5 roku noszenia bransoletki na nodze.
Marcelina Zawisza: "W Sejmie istnieje nieformalny zakaz współpracy z Razem. Często jest tak, że podchodzą do nas posłowie i mówią, że bardzo chętnie podpisaliby się pod naszym projektem, ale nie mogą, bo nie mają zgody szefostwa. I to ze wszystkich klubów"
https://t.co/Rg7bhuvdXU
Czy szpital jest miejscem do zabijania zwierząt? - pyta Regina Skibińska.
Zabili matkę, a potem wrócili, aby zabić siedem jej młodych. Nikomu nie zrobiła krzywdy. A wszystko w Warszawie na terenie Instytutu Psychiatrii i Neurologii. Szpital twierdzi, że samica była agresywna, choć nie ma do tego żadnych przesłanek. Lekceważy emocje pacjentki, która obwinia się o śmierć tej rodziny. A Trzaskowski otacza się myśliwymi, w tym prominentnymi z czasów PiS.
"Pierwszy raz dostałam pozwolenie wyjścia na spacer. Chciałam się odseparować od innych ludzi, a tu jest taki zagajnik, więc poszłam do niego i weszłam na polankę. Wtem z zarośli wyskoczył dzik, który biegł w moją stronę. Uciekłam, ale gdy się uspokoiłam, to wydało mi się dziwne, że dzik mnie pogonił i chciałam dowiedzieć się, dlaczego to zrobił. Zakradłam się bliżej zarośli i zobaczyłam maleńkie warchlaki. Już wiedziałam, czemu locha mnie odpędzała – opowiada S., pacjentka szpitala."
"Po powrocie ze spaceru poszłam do pielęgniarek, żeby ostrzegły ludzi, żeby tam nie chodzili. Pielęgniarki zadzwoniły do ochrony, która poinformowała jakieś służby. Przed zmrokiem poszłam z ochroniarzem, żeby pokazać mu to miejsce. Następnego dnia koło południa byłam w gabinecie zabiegowym, z którego był widok na polankę. Zobaczyłam ubranych na zielono dwóch mężczyzn, którzy chodzili w okolicy zarośli. Po zakończeniu konsultacji poszłam w to miejsce sprawdzić, czy jest locha. Już nie było, a w barłogu zostało ukrytych pod gałązkami i liśćmi siedem maleńkich dziczków. Wiem, że nie powinnam ich dotykać, ale jednego wyjęłam, żeby pokazać, jaki jest mały i zrobiłam mu zdjęcie. Domyśliłam się, że zabili lochę i zaczęłam na własną rękę szukać pomocy dla warchlaków. Skontaktowałam się z aktywistami, którzy mieli złapać maluchy i zawieść do ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt – mówi S."
"Służbą wezwaną na miejsce byli pracownicy Lasów Miejskich, którzy zabili lochę.
- Do wykonania odłowu użyto aplikatora pneumatycznego. Zwierzę zostało poddane
sedacji, a następnie podano mu środek do eutanazji – podaje Karol Podgórski, dyrektor Lasów Miejskich.
"Po zabiciu lochy pracownicy Lasów Miejskich odjechali, a maleńkie, świeżo urodzone pasiaczki zostały w chłodny lutowy dzień bez ciepła matki oraz jej mleka. Maluchy tuliły się do siebie w barłogu, a S. w sali szpitalnej czekała na aktywistę. Mężczyzna jednak miał po drodze awarię samochodu i minął się w szpitalnej bramie z pracownikami Lasów Miejskich.
Po wizycie pracowników Lasów Miejskich warchlaków w barłogu już nie było. Pacjentka szpitala natomiast sfotografowała tam dużo krwi. Było jasne, że maluchy zostały uśmiercone, wątpliwości natomiast budziła metoda. Bo skąd krew w przypadku eutanazji za pomocą zastrzyku?"
"Karol Podgórski tłumaczy, że zwierzęta zostały poddane sedacji, a następnie podano im środek do eutanazji.
"Nie wiadomo, czemu szpital uznał lochę za agresywną i stwarzająca bezpośrednie zagrożenie dla ludzi. Locha nikogo nie zaatakowała, jedynie odpędziła pacjentkę, która pochopnie zbliżyła się do zarośli.
Pacjentka, która zgłosiła obecność lochy i warchlaków przy szpitalu, bardzo przeżyła to zdarzenie, przez kilka dni nie mogła się pozbierać, gdy pomyślała o dzikach, wpadała w histeryczny szloch i miała wyrzuty sumienia, że przez nią zginęły zwierzęta, choć nie miała pojęcia, że zgłoszenie tak się zakończy. Gdyby wiedziała, jaki będzie finał, nie informowałaby personelu szpitala o tym, że w zaroślach przy szpitalu są dziki."
I jeszcze jeden fragment:
"Taka polityka wobec dzików nie dziwi, jeśli się weźmie pod uwagę otaczanie się przez Rafała Trzaskowskiego myśliwymi. Myśliwym jest Andrzej Kruszewicz, dyrektor warszawskiego zoo, a także Angelika Gackowska, szefowa Ptasiego Azylu oraz wspomniany Karol Podgórski, dyrektor Lasów Miejskich. Te ostatni był w czasie rządów PiS członkiem zarządu głównego PZŁ"
Więcej czytajcie w artykule, m. in. o tym jak inne miasta sobie radzą z dzikami
https://t.co/1kZF68m45Z
Fot.: Regina Skibińska
Szanowni Państwo‼️
Jeże mają sprawę‼️
To sprawa ich życia i śmierci‼️
Jeż nie ucieka przed zagrożeniem. Zwija się w kłębek i czeka, aż niebezpieczeństwo minie.
Nie bądźcie obojętni, posłuchajcie jeży‼️
@DominikFormela@Skijumpingpl To bardziej wyglądało jak skoki w punkt, a nie loty. Tak jakby mężczyźni dopiero zaczynali skakanie na mamutach, jak to ma miejsce w przypadku kobiet.
❗️| „AUSCHWITZ DLA ZWIERZĄT” |❗️
Schronisko dla zwierząt „Happy Dog” w Sobolewie od lat budzi kontrowersje. Aktywiści i obrońcy praw zwierząt alarmują o złych warunkach, cierpieniu psów, utrudnianiu adopcji i braku opieki weterynaryjnej. Pomimo zgłoszeń sprawa wciąż nie doczekała się systemowych zmian.
W ostatnich dniach do Sobolewa przyjechała Doda z mediami, aby nagłośnić sytuację. Pokazała drastyczne zdjęcia dokumentujące warunki w schronisku i nazwała je „Auschwitz dla zwierząt”, podkreślając „inną skalę znęcania” nad psami. Artystka apelowała o interwencję władz i zakończenie cierpienia zwierząt.
Właściciel schroniska, Marian D., ma postawione zarzuty znęcania się nad zwierzętami, ale do tej pory nie zapadł prawomocny wyrok. Wójt gminy Sobolew, Maciej Błachnio, podkreśla, że schronisko jest prywatne, a gmina działa w granicach obowiązujących przepisów i umów dzierżawy, które wygasają wkrótce. Jak zaznacza, póki właściciel nie został prawomocnie uznany za winnego, gmina nie widzi podstaw do rozwiązania umowy.
Sprawa przyciągnęła także uwagę służb i administracji rządowej – wicewojewoda wraz z policją i Powiatowym Inspektoratem Weterynarii przeprowadził kolejną kontrolę placówki.
Mimo tego, emocje nie słabną – na sobotę 24 stycznia zaplanowano kolejny protest. Zgromadzenie rozpocznie się o godz. 12. przed Urzędem Gminy w Sobolewie, a następnie o godz. 14. przeniesie się pod teren schroniska „Happy Dog”. Organizatorzy apelują o udział wszystkich, którym los zwierząt nie jest obojętny.
📸 | Kanał Zero