Matecki bardzo nie lubi tego nagrania, gdzie pije z ręki imigrantom.
Prawdopodobnie to poniżające zdarzenie siedzi w nim do dziś, dlatego tak nienawidzi ludzi, szczególnie obcego pochodzenia.
W psychologii to się nazywa agresja przemieszczona - nagromadzony gniew i poczucie krzywdy mogą znaleźć ujście później, wobec zupełnie innych ludzi.
Myślicie, że był kiedyś popychadłem? Ciekawe zjawisko 🤔
#Siódemka
Owszem słyszeliśmy.
Słyszeliśmy też o innych podsłuchach, za które nikt nie poniósł konsekwencji.
...
Policyjni tajniacy przez kilka dni, niemal bez przerwy, śledzili liderów @ObywateleRP: Wojciecha Kinasiewicza, @PawelCeKasprzak, Tadeusza Jakrzewskiego.
Obserwowali każdy ich krok, a gdy to było możliwe - podsłuchiwali ich rozmowy. Meldowali przełożonym o każdym ich ruchu, o spotkaniach i uchwyconych wypowiedziach.
Chodzili także za @MikiMBaj ze stowarzyszenia Obywatele Solidarnie w Akcji i @mkijowski z @Kom_Obr_Dem oraz za ówczesnym liderem Nowoczesnej - @RyszardPetru.
👇
Śledzili ich nie tylko w miejscach, gdzie odbywały się manifestacje, ale także po kilka kilometrów od nich.
Władze @PolskaPolicja nadzorującego ją @MSWiA_GOV_PL zapewniały publicznie, że funkcjonariusze tylko dbali o bezpieczeństwo zgromadzeń.
Sprawę w 2018 roku opisała @BMikolajewska z @oko_press tu👇
https://t.co/fUHO052EpP
Oraz tu👇
https://t.co/Yt3Q7PH2vt
Oraz Wojciech Karpieszuki Aleksandra Sobczak, z @GazetaStoleczna tu👇
https://t.co/wJTyNtVXP4
Premier Wielkiej Brytanii właśnie zrzucił ostateczną bombę na mit Brexitu. 💥
Choć podejrzenia trwały od lat, dziś to oficjalne: Andy Burnham potwierdził po odprawach z wywiadem, że Kreml bezpośrednio ingerował w referendum z 2016 roku.
Koniec udawania.
Burnham wysyła przy tym jasny sygnał do Berlina i Paryża: „Rosja zrobiła to nam 10 lat temu, dziś próbuje zrobić to u was. Wyciągnijcie wnioski z naszej katastrofy”.
Brexit nie był żadnym „odzyskiwaniem kontroli”. Był podręcznikowym rozegraniem brytyjskiego państwa przez obce służby, za które Brytyjczycy do dziś płacą zapaścią przemysłu, chaosem i drożyzną.
Kiedyś organizowałem protesty przeciw ACTA.
Broniłem anonimowego, wolnego internetu przed zakusami państwa. Dzisiaj z bólem uważam, że w jednej fundamentalnej sprawie czas powiedzieć coś odwrotnego: dość anonimowości bez odpowiedzialności.
#kazaniepolityczne nr 43
ZDEJMIJMY MASKI
Przez wiele lat uważałem anonimowość w internecie za część wolności.
Ba.
Nie tylko uważałem.
Broniłem jej.
Byłem jednym z ludzi organizujących w Polsce protesty przeciwko ACTA. Siedziałem później w Kancelarii Premiera @PremierRP na spotkaniu z Donaldem Tuskiem @donaldtusk i uczestniczyłem w debacie, podczas której premier dostawał pytania, których naprawdę nie chciał wtedy usłyszeć.
Byliśmy przekonani, że bronimy wolnego internetu przed państwem.
I wiecie co?
Wtedy prawdopodobnie mieliśmy rację.
Ale dzisiaj, po kilkunastu latach, trzeba mieć odwagę powiedzieć coś znacznie trudniejszego: świat się zmienił. Dziś w świecie AI albo jesteś człowiekiem albo jesteś botem. Dziś musimy wybrać.
A rozwiązania, które kiedyś chroniły wolność, zaczynają dzisiaj chronić również ludzi, którzy tę wolność wykorzystują do niszczenia innych.
I dlatego biję się w pierś.
Bo chyba doszliśmy do momentu, w którym trzeba powiedzieć: dość anonimowości bez odpowiedzialności.
Ostatnie dni są tego brutalnym przypomnieniem.
Mamy serię dramatycznych ataków młodych ludzi w szkołach. Mamy groźby publikowane w internecie. Mamy plotki o kolejnych atakach, które powodują panikę rodziców i zamykanie szkół. Policja sprawdziła dziesiątki tysięcy placówek i zatrzymywała młodych ludzi publikujących groźby albo posiadających niebezpieczne przedmioty. Jednocześnie służby podkreślają, że nie potwierdzono opowieści o jednym zorganizowanym internetowym „wyzwaniu”, które miałoby koordynować te zdarzenia.
I to jest właśnie internet w pigułce.
Fakt.
Plotka.
Groźba.
Film.
Konto bez nazwiska.
Kolejne konto kopiujące poprzednie.
Ktoś wrzuca bzdurę.
Ktoś ją podaje.
Ktoś się przestraszy.
Ktoś inny uzna, że to świetny pomysł.
A potem państwo próbuje ustalić, który z pięciu tysięcy anonimowych „WojownikówPolski88” jest piętnastoletnim idiotą, który chce postraszyć kolegów, który jest dorosłym prowokatorem, który botem, a który kontem sterowanym z Petersburga. I wszyscy udajemy, że tak właśnie musi wyglądać wolność.
Nie musi.
Rząd zapowiada teraz kolejne rozwiązania dotyczące bezpieczeństwa dzieci w internecie. Donald Tusk poinformował dziś, że ustawa dotycząca bezpieczeństwa w sieci ma trafić w tym tygodniu na biurko prezydenta. Równolegle od miesięcy procedowane są przepisy wdrażające europejski Digital Services Act, mechanizmy ograniczania nielegalnych treści oraz rozwiązania dotyczące ochrony dzieci.
Świetnie.
Naprawdę.
Tylko że mam wrażenie, że znowu zaczynamy remont domu od wymiany firanek.
Będziemy usuwać treści.
Blokować treści.
Oznaczać treści.
Weryfikować wiek.
Nakładać obowiązki na platformy.
Powoływać koordynatorów.
Tworzyć procedury zgłaszania.
Jeszcze jeden urząd.
Jeszcze jedna dyrektywa.
Jeszcze jeden formularz.
A w środku pokoju siedzi słoń.
Anonimowość.
Bo największym problemem dzisiejszego internetu nie jest to, że człowiek może powiedzieć głupotę.
Od tysięcy lat ludzie mówią głupoty.
Problem polega na tym, że internet stworzył pierwsze w historii gigantyczne forum publiczne, na którym człowiek może jednocześnie:
mieć ogromny wpływ,
docierać do setek tysięcy ludzi,
niszczyć reputację innych,
rozpowszechniać kłamstwa,
grozić,
organizować nagonkę,
prowadzić operację dezinformacyjną i robić to wszystko bez nazwiska, bez twarzy i praktycznie bez społecznego kosztu.
To jest aberracja.
Gdybym stanął na rynku i zaczął krzyczeć, że mój sąsiad jest pedofilem, ludzie zobaczyliby, kto to mówi.
Gdybym napisał to w gazecie, pod tekstem byłoby nazwisko autora i wydawcy.
Gdybym powiedział to w telewizji, zostałoby moje nagranie.
A w internecie?
„Patriota_78291” pisze.
Profil założony trzy tygodnie temu.
Zdjęcie husarza.
321 obserwujących.
I pół Polski zastanawia się przez dwa dni, czy minister faktycznie ukradł milion dolarów.
Potem okazuje się, że nie.
Konto znika.
Za godzinę powstaje „Patriota_78292”.
I jedziemy dalej.
Nie.
To nie jest wolność słowa.
To jest wolność od odpowiedzialności za słowo.
A to są dwie kompletnie różne rzeczy.
Do tego dochodzą rosyjskie operacje informacyjne, farmy trolli, automatyzacja, AI i możliwość produkowania setek tysięcy komunikatów praktycznie za darmo. Polskie służby same mówią dziś o radykalizacji młodzieży i rosnącej aktywności przeciwnika w cyberprzestrzeni. I my nadal próbujemy walczyć z XXI-wieczną wojną informacyjną regulaminem forum dyskusyjnego z 2004 roku.
Może więc czas powiedzieć rzecz niepopularną.
Chcesz uczestniczyć w publicznej debacie internetowej? Zweryfikuj swoją tożsamość.
Nie oznacza to, że nazwisko musi wisieć na ekranie.
To ważne.
Pseudonim powinien pozostać możliwy.
Są ludzie, którzy mają bardzo dobre powody, żeby publicznie nie ujawniać swojej tożsamości.
Sygnalista.
Ofiara przemocy.
Człowiek mówiący o własnej chorobie.
Osoba funkcjonująca w środowisku, w którym ujawnienie pewnych informacji może ją narazić na niebezpieczeństwo.
Opozycjonista w państwie autorytarnym.
Prywatność trzeba chronić.
Ale prywatność to nie to samo co anonimowość wobec wszystkich.
Platforma powinna wiedzieć, że za kontem stoi realny człowiek.
Jedna osoba.
Jedna zweryfikowana tożsamość.
A jeżeli ten człowiek popełnia przestępstwo, sąd i organy ścigania muszą być w stanie ustalić, kto nim jest.
Koniec z produkowaniem trzydziestu kont.
Koniec z armiami fikcyjnych obywateli.
Koniec z sytuacją, w której jedna agencja, jedna partia, jeden biznesmen albo jedna rosyjska fabryka trolli może stworzyć nam w dwa dni „społeczne oburzenie”.
Bo bardzo często w internecie nie oglądamy opinii publicznej.
Oglądamy scenografię opinii publicznej.
Sto kont pisze to samo.
Dziennikarz widzi trend.
Polityk widzi trend.
Telewizja robi materiał o trendzie.
Politycy odpowiadają na materiał.
I po trzech dniach fikcja wyprodukowana przez kilkudziesięciu ludzi zaczyna mieć realny wpływ na państwo.
Genialne.
Stoimy przed lustrem i kłócimy się z własnym odbiciem.
Najzabawniejsze jest to, że dokładnie wiem, co teraz powiedzą moi dawni koledzy z protestów przeciw ACTA.
„Gierej zwariował”.
„Chce cenzury internetu”.
„Państwo będzie wiedziało, co piszemy”.
Nie.
Państwo już bardzo często może ustalić, co piszecie.
Google wie.
Meta wie.
Operator wie.
Telefon wie.
Bank wie.
Reklamodawca wie nawet, że wczoraj oglądałeś buty i dzisiaj zamierzasz kupić rower.
Żyjemy w najbardziej monitorowanym społeczeństwie w historii ludzkości, a jednocześnie bawimy się w teatr, że nick „Zbyszek1987PL” daje nam jakąś magiczną anonimowość.
Nie daje.
Daje przede wszystkim poczucie bezkarności.
A ludzie zachowują się inaczej, kiedy podpisują się swoim nazwiskiem.
Nagle język robi się trochę spokojniejszy.
Oskarżenie trochę bardziej przemyślane.
Groźba przestaje być tak zabawna.
Bo z tyłu głowy pojawia się bardzo zdrowa myśl: to jestem ja.
To ja to powiedziałem.
To ja będę musiał za to odpowiedzieć.
Przez lata wierzyliśmy, że edukacja wystarczy.
Że internet dojrzeje.
Że społeczeństwo samo wypracuje normy.
Że dobry przekaz pokona zły przekaz.
Że prawda obroni się sama.
Nie obroniła się.
Bo kłamstwo dostało algorytm.
Boty.
AI.
Farmy kont.
Pieniądze.
I państwa, które traktują dezinformację jak broń.
Może więc trzeba zrobić coś, czego politycy boją się powiedzieć.
Internet jest przestrzenią publiczną.
A przestrzeń publiczna potrzebuje zasad.
Nie cenzury.
Nie ministerstwa prawdy.
Nie urzędnika decydującego, który pogląd wolno wyrazić.
Przeciwnie.
Możesz mówić najbardziej idiotyczne rzeczy na świecie.
Możesz uważać Tuska za geniusza.
Możesz uważać Tuska za idiotę.
Możesz wielbić Kaczyńskiego.
Możesz uważać, że Kaczyński zniszczył Polskę.
Możesz uważać Nawrockiego za męża stanu albo za największą pomyłkę naszej polityki.
Mów.
To właśnie jest wolność słowa.
Ale miej odwagę powiedzieć: to ja.
Nie pięć tysięcy botów.
Nie trzydzieści kont.
Nie anonimowa „MamaZaniepokojona”.
Człowiek.
Obywatel.
Podmiot debaty.
Kiedyś protestowałem przeciw ACTA, bo uważałem, że państwo próbuje wejść za daleko w internet. Dzisiaj uważam, że popełnilibyśmy odwrotny błąd, udając, że internet nadal jest niewinnym placem zabaw dla grupki studentów.
Nie jest.
Jest miejscem, w którym odbywają się wybory.
Wojny informacyjne.
Nagonki.
Przestępstwa.
Rekrutacja ekstremistów.
Biznes.
Polityka.
Życie naszych dzieci.
I coraz większa część naszego własnego życia.
Dlatego jestem gotów na dyskusję, której jeszcze kilka lat temu sam bym nie rozpoczął.
Jeżeli trzeba - zróbmy referendum.
Zapytajmy Polaków:
czy chcemy internetu, w którym każdy uczestnik publicznej debaty musi posiadać zweryfikowaną tożsamość?
Nie obowiązek wyświetlania nazwiska.
Obowiązek posiadania nazwiska za kontem.
Bo wolność słowa jest jednym z fundamentów demokracji.
Ale demokracja nie polega na tym, że nikt nie wie, kto mówi.
Demokracja polega na tym, że każdy może mówić i każdy bierze odpowiedzialność za własne słowa.
Kiedyś walczyłem o wolny internet.
Dzisiaj nadal chcę go bronić.
Tylko po kilkunastu latach już wiem, że największym zagrożeniem dla wolnego internetu nie zawsze jest państwo.
Czasem jest nim człowiek w masce, który odkrył, że może bezkarnie podpalić pół miasta jednym kłamstwem.
Czas zdjąć maski.
Nie po to, żeby mówić mniej.
Po to, żeby nasze słowa znowu coś znaczyły.
*obrazek wygenerowany z użyciem AI.
Yorkshire Wildlife Park potwierdza, że tygrys Altai nie zostanie uśpiony. W Yorkshire Wildlife Park, niedaleko Doncaster w Wielkiej Brytanii, doszło do tragicznego zdarzenia. Mężczyzna, który wszedł na wybieg tygrysa syberyjskiego, amurskiego, o imieniu Altai, został zaatakowany i zmarł na miejscu, mimo interwencji służb ratunkowych.Władze parku wydały oświadczenie, w którym uspokajają opinię publiczną. Tygrys Altai jest bezpieczny, zdrowy, nie odniósł obrażeń i nie zostanie poddany eutanazji w związku z tym incydentem. Zwierzę zachowało się zgodnie z naturalnym instynktem, gdy ktoś pojawił się na jego terenie.Park pozostaje zamknięty, trwa dochodzenie, a personel otrzymuje wsparcie. Kondolencje dla rodziny zmarłego. Policja apeluje, by nie rozpowszechniać nagrań z miejsca zdarzenia. Altai to zagrożony wyginięciem tygrys amurski, który trafił do parku w 2025 roku w ramach europejskiego programu ochrony gatunku.
Sprawa Kołodziejczaka wygląda coraz bardziej na brudną zabawę pisowskiej ubecji, żeby wywierać presję na rząd: “mamy wasze pegasusy i nie zawahamy się ich użyć, więc wara od naszego Trybunału Konstytucyjnego”. I żeby było jasne - to nie jest obrona Kołodziejczaka.