@SchwertnerPL To nie są prokuratorzy, tylko ziobrowi nominaci - przebierańcy udający niezależnych prokuratorów. Grają na zwłokę, licząc na powrót swojego politycznego patrona do władzy. Jeśli Prokurator Generalny i Prokurator Krajowy nic z tym nie zrobią, za rok będą nagradzani za tę bierność.
Cena bezkarności. Jak Jacek Sasin stał się symbolem państwowej niegospodarności i partyjnego rozłamu
Gdy w debacie publicznej pojawia się nazwisko Jacka Sasina, rzadko towarzyszy mu dyskusja o niuansach programu politycznego. Zamiast tego pojawiają się pytania o marnotrawienie publicznych pieniędzy, ignorowanie procedur i mechanizmy, które sprawiły, że przez lata jeden człowiek mógł decydować o miliardach złotych bez oglądania się na konsekwencje prawne. Określenie go mianem postaci „groźnej” nie wynika z jego osobistego charyzmatu, lecz z unikalnego połączenia ogromnej władzy, systemowej bezkarności i unikania odpowiedzialności za państwowe kryzysy.
Najbardziej wyrazistym przykładem tego mechanizmu stała się próba przeprowadzenia wyborów prezydenckich w trybie korespondencyjnym w maju 2020 roku. Jacek Sasin, pełniący wówczas funkcję Ministra Aktywów Państwowych, wydał Poczcie Polskiej oraz Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych polecenia przygotowania całego procesu.
Problem polegał na tym, że zrobił to bez obowiązującej ustawy i bez jakiejkolwiek podstawy prawnej — tak, jakby minister zamówił budowę domu na cudzej działce, zanim prawo w ogóle na to zezwoliło. Wybory się nie odbyły, a pakiety wyborcze trafiły do niszczarki. Z budżetu państwa wyparowało ponad 70 milionów złotych. Z punktu widzenia prawa było to klasyczne przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego, które naraziło Skarb Państwa na wielomilionową szkodę.
Wybory kopertowe okazały się jednak zaledwie wstępem. Prawdziwe cele i skróty myślowe ujawniły się w chwili utworzenia Ministerstwa Aktywów Państwowych. Sasin stworzył super-resort, pod którego nadzór trafiły najważniejsze spółki państwowe: od energetyki i paliw, po górnictwo i transport. Zamiast profesjonalnego zarządzania strategicznymi zasobami kraju, spółki te zostały głęboko spartyjnione, a stanowiska w zarządach stały się nagrodami dla ludzi związanych z obozem władzy.
Taki model przyniósł katastrofalne skutki w 2022 roku, gdy po wprowadzeniu embarga na rosyjski węgiel Polska stanęła w obliczu kryzysu opałowego. Brak koordynacji, spóźnione decyzje i chaos przy sprowadzaniu surowca z egzotycznych kierunków doprowadziły do gwałtownego wzrostu cen i paniki na rynku. Najwyższa Izba Kontroli bez ogródek wskazała w swoich raportach na niegospodarność i zaniechania, które kosztowały państwo i obywateli kolejne miliardy złotych.
Do tego katalogu dochodzą sprawy o charakterze czysto osobistym, które pokazują stosunek do wymogów prawnych. Reaktywowane przez prokuraturę śledztwa dotyczące jego oświadczeń majątkowych z lat wcześniejszych ujawniły, że polityk systematycznie pomijał w oficjalnych dokumentach m. in. oszczędności i dochody żony, pożyczki ze środków sejmowych czy polisy ubezpieczeniowe. W państwie prawa składanie fałszywych oświadczeń majątkowych to poważne przestępstwo, ponieważ odbiera obywatelom możliwość kontroli nad tym, czy ich przedstawiciele nie ulegają korupcji lub nie ukrywają nielegalnych źródeł dochodu.
Jak to możliwe, że przez niemal dekadę jeden polityk przechodził od jednej kosztownej porażki do drugiej, nie ponosząc żadnych konsekwencji? Odpowiedź tkwi w anatomii partyjnego układu. W systemie stworzonym przez Zjednoczoną Prawicę kluczem do kariery nie były kompetencje menedżerskie, lecz ślepa, bezwzględna lojalność wobec prezesa partyjnego. Sasin był w nim wykonawcą najtrudniejszych politycznie poleceń człowiekiem, który potrafił podpisać każdą decyzję, jeśli wymagał tego interes polityczny obozu rządzącego. Dodatkowo, przez lata chronił go parasol rozpostarty nad politykami władzy przez podporządkowaną prokuraturę, która blokowała lub umarzała śledztwa w sprawach dotyczących rządu.
Jednak to polityczne umocowanie okazało się mieczem obosiecznym po utracie władzy przez PiS. W obliczu utraty państwowych konfitur, rosnącego naporu prokuratury oraz rozliczeń za przeszłe błędy, wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości doszło do głębokiego pęknięcia. Jacek Sasin znalazł się w samym centrum tej wewnętrznej wojny. Młodsze i bardziej pragmatyczne frakcje partyjne zaczęły jawnie obwiniać go o bycie „twarzą porażki” i wizerunkową kotwicą, która ciągnie ugrupowanie na dno.
Wytrącenia z rąk gigantycznego budżetu i wpływów w spółkach Skarbu Państwa nie wybaczyło mu wielu dawnych koalicjantów oraz partyjnych kolegów, którzy dotąd zawdzięczali mu posady. Twarz niegdyś niezatapialnego „człowieka do zadań specjalnych” stała się dla wielu osiowym punktem sporu o to, kto odpowiada za utratę władzy i katastrofę wizerunkową prawicy, doprowadzając do głośnych rozłamów i walki o przywództwo na zgliszczach dawnego obozu.
W konsekwencji Jacek Sasin stał się symboliczną postacią nie tylko niegospodarności, ale i brutalnego schyłku dawnego układu. Jego przypadek to podręcznikowa ilustracja tego, do czego prowadzi sytuacja, w której polityczne zlecenie staje się ważniejsze niż litera prawa, a państwowe pieniądze traktowane są jak darmowy budżet na partyjne eksperymenty — eksperymenty, które w finale zdemolowały nie tylko finanse publiczne, ale i samo ugrupowanie, które go wyhodowało.
autor: redakcja @AkademiaPrawdy
źródło: Najwyższa Izba Kontroli (NIK) – Raport popandemiczny, Zawiadomienia NIK do prokuratury (2021), Raport Sejmowej Komisji Śledczej ds. Wyborów Kopertowych, Zawiadomienie NIK do Prokuratury ws. importu węgla, Raporty NIK nt. Bezpieczeństwa Energetycznego, Komunikat Prokuratury Okręgowej w Warszawie, Raport pokontrolny CBA (Centralnego Biura Antykorupcyjnego), Raport Prokuratury Krajowej ws. „rozliczeń obozu władzy”, Analizy publicystyczne i wypowiedzi polityków (Onet,WP,Interia,Rzeczpospolita)
🛡️ Baltic Shield: 10-letni plan stałej obecności USA na Bałtyku
Celem jest budowa w Polsce rozproszonej infrastruktury portowo-lotniczej dual-use, ograniczającej rosyjską projekcję siły z Kaliningradu, Bałtijska i Białorusi. 🇵🇱 finansuje większość infrastruktury. 🇺🇸 uzyskuje silną obecność na Bałtyku. 🇱🇹 🇱🇻 🇪🇪 🇫🇮 🇸🇪 zyskują realne bezpieczeństwo.
🎯 Cele strategiczne
🔵 Ograniczenie Floty Bałtyckiej i systemów A2/AD z Kaliningradu
🔵 Utrudnienie wykorzystania Białorusi jako korytarza
🔵 Zdolność przyjęcia 50–70 tys. żołnierzy sojuszniczych
🔵 Przekształcenie Bałtyku w akwen o przewadze NATO
📅 Plan 10-letni (2026–2036)
🔹 Faza 1 (lata 1–3): Fundamenty
🟠 Modernizacja terminali w Świnoujście–Szczecin i Gdyni
🟠 Start budowy magazynów APS-2 bliżej wybrzeża
🟠 Pierwsze baterie NSM + wzmocnienie OPL (Patriot + IBCS)
🟠 Infrastruktura pod 4–6 tys. personelu 🇺🇸
🟠 Umowy Host Nation Support z USA
🔹 Faza 2 (lata 4–7): Rozbudowa operacyjna
🟢 Terminale wojskowe w Gdańsku, Kołobrzegu, Darłowie, Ustce + Elbląg
🟢 Stała obecność: 2–4 niszczyciele, 4 fregaty, 8–12 okrętów przeciwminowych, bezzałogowce
🟢 Lotnictwo: 24–48 samolotów wielozadaniowych, AWACS, tankowce, drony
🟢 Rozbudowa baz (Powidz, 32. Baza) + sieć sensorów z nordyckimi
🟢 10–15 tys. stałego personelu 🇺🇸 + cywile
🔹 Faza 3 (lata 8–10): Pełna gotowość
🟣 Zdolność przyjęcia 50–70 tys. żołnierzy
🟣 Kompletny system OPL wzdłuż wybrzeża
🟣 Ćwiczenia wielonarodowe i interoperacyjność z 🇱🇹 🇱🇻 🇪🇪 🇫🇮 🇸🇪
⚙️ Kluczowy sprzęt
🔴 Marynarka: niszczyciele, fregaty, okręty przeciwminowe, bezzałogowce, lotnictwo morskie
🔴 Lotnictwo: 24–48 samolotów, AWACS, tankowce, drony
🔴 Obrona: NSM CDS, RBS15, Patriot, IBCS, radary
🔴 Logistyka: terminale Ro-Ro, magazyny paliwa i amunicji, APS-2
🔴 Personel: 10–15 tys. 🇺🇸 + surge 50–70 tys.
🏗️ Rozbudowa portów i ochrona
🟡 Świnoujście–Szczecin: nabrzeża ciężkie, pogłębienie torów, terminale Ro-Ro (🇳🇱 Boskalis, Van Oord)
🟡 Gdynia: infrastruktura dla niszczycieli i fregat
🟡 Gdańsk: place przeładunkowe i bocznice
🟡 Kołobrzeg, Darłowo, Ustka: stanowiska bezzałogowców i sensory
🟡 Ochrona: NSM (🇳🇴 Kongsberg), RBS15 (🇸🇪 Saab), Patriot/IBCS + radary
🌍 Współpraca i firmy
⚪ 🇺🇸 – obecność wojskowa i sprzęt
⚪ 🇵🇱 – finansowanie infrastruktury (model PPI)
⚪ 🇳🇴 – NSM CDS (Kongsberg)
⚪ 🇸🇪 – RBS15, sensory (Saab)
⚪ 🇳🇱 – bagrowanie i nabrzeża (Boskalis, Van Oord, Damen)
⚪ 🇩🇰 🇫🇮 – współpraca operacyjna
⚪ 🇬🇧 – systemy morskie (BAE, Babcock)
⚪ 🇩🇪 🇫🇷 – konsorcja infrastrukturalne
⚪ 🇰🇷 🇯🇵 – komponent stoczniowy
📈 Korzyści
🟢 🇵🇱 – kluczowy hub NATO i wzrost bezpieczeństwa
🟢 🇺🇸 – stała obecność na Bałtyku
🟢 🇱🇹 🇱🇻 🇪🇪 – realne odstraszanie
🟢 🇫🇮 🇸🇪 – wzmocnienie południowego skrzydła
Baltic Shield to 10-letni program przewagi sojuszniczej. 🇵🇱 finansuje infrastrukturę, 🇺🇸 zapewnia obecność, a państwa bałtyckie i nordyckie zyskują bezpieczeństwo. Efektem jest ograniczenie rosyjskich opcji z Kaliningradu, Bałtijska i Białorusi.
Konfederacja – rewolucja na niby, czyli jak sprzedawać gniew i żerować na systemie, który się rzekomo zwalcza.
Samozwańczy zbawcy Polski, nieugięci patrioci i jedyni prawdziwi przeciwnicy „układu”. Brzmi heroicznie. W praktyce coraz częściej sprawia wrażenie jednego z najbardziej cynicznych projektów politycznych III RP.
Weźmy Romana Łazarskiego – skarbnika Nowej Nadziei i bliskiego współpracownika Sławomira Mentzena. Gdy Bosak i reszta organizują marsze „Stop imigracji”, straszą islamizacją i „zastępowaniem Polaków”, Łazarski prowadzi działalność związaną z pośrednictwem pracy dla ludzi z Azji i Afryki. Spółka powiązana z tą działalnością osiągnęła w latach 2023–2024 przychody przekraczające 6 milionów złotych. Ideologia dla wyborców, biznes dla siebie.
Ale to dopiero przygrywka.
Najnowszy hit to Przemysław Wipler. Poseł Konfederacji i rzekomy antyukładowy wojownik leci do Monako na spotkanie z prezesem giełdy kryptowalut ZondaCrypto. Kilka dni później broni interesów tej firmy na sejmowej mównicy. A wkrótce potem na konta powiązanych z nim podmiotów wpływa 160 tysięcy euro. Chronologia wydarzeń jest tak czytelna, że sama się komentuje.
Konfederacja nie ma jednego spójnego programu. Ma kilka różnych narracji na różne grupy. Mentzen sprzedaje wolny rynek i memy, Bosak – Boga, honor i ojczyznę, a środowisko Grzegorza Brauna chętnie sięga po teorie o „plandemii”, chipach w szczepionkach i globalistycznych spiskach. Efekt? Trudno znaleźć jedną konsekwentną wizję Polski, za to bardzo łatwo zauważyć polityczny marketing szyty na miarę różnych elektoratów.
Bo po co zmieniać system, skoro można na nim świetnie zarabiać, stojąc w roli jego największego krytyka.
W 2020 roku liderzy KORWiN wypłacili sobie po 90 tysięcy złotych z partyjnych środków „na zapas”. Ci sami, którzy najgłośniej krzyczą o walce z uprzywilejowanymi elitami. Część działaczy korzysta z fundacji rodzinnych, europosłowie biorą brukselskie diety, a jednocześnie na wiecach Unia jest „okupacją”.
To nie jest ruch, który burzy system. To ugrupowanie, które coraz sprawniej go wykorzystuje, udając jego najzagorzalszego wroga.
Sprzedają gniew i poczucie moralnej wyższości ludziom, którzy czują się zdradzeni przez kolejne ekipy władzy. Sami w tym czasie spotykają się w Monako, bronią interesów kryptogiełd, zarabiają na imigrantach i korzystają z mechanizmów, które publicznie potępiają.
Konfederacja nie przekonuje mnie tym, że jest prawicowa. Problem leży gdzie indziej – zbyt często nie stosuje wobec siebie tych samych standardów, których głośno domaga się od wszystkich innych.
Antysystemowość nie mierzy się tym, kto najgłośniej krzyczy. Mierzy się tym, czy ktoś potrafi te same zasady zastosować najpierw wobec siebie.
I właśnie dlatego coraz trudniej traktować Konfederację jako wiarygodną alternatywę.
Autor: @EwaBrzozowska
#InstytutPrawdy
Konfederacja sprzedaje gniew i „walkę z układem”, a sama na nim żeruje. Skarbnik Mentzena zarabia miliony na pośrednictwie pracy dla imigrantów z Azji i Afryki, podczas gdy partia organizuje marsze „Stop imigracji”.
Wipler leci do Monako do prezesa kryptogiełdy, potem broni jej w Sejmie, a na konta powiązanych firm wpływa 160 tys. euro.
Liderzy wypłacili sobie po 90 tys. „na zapas”, korzystają z diet i fundacji, a jednocześnie krzyczą o elitach.
To nie antysystem. To brzydka, zwyczajna hipokryzja. #InstytutPrawdy
Czym kierowała się prokurator Małgorzata Szeroczyńska umarzając głośne śledztwa?
W czwartek 23 lipca 2026 media społecznościowe huczały sprawą treści uzasadnienia postanowienia Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Wszystko za sprawą publikacji red. Wojciecha Czuchnowskiego w Gazecie Wyborczej, w której przytoczył fragmenty tego uzasadnienia sporządzonego przez prok. Małgorzatę Szeroczyńską.
Komunikat Prokuratury Okręgowej w Warszawie o tym postanowieniu pojawił się na stronie internetowej prokuratury 30 czerwca 2026. Samo postanowienie o umorzeniu zostało wydane 25 czerwca 2026. Nie wiadomo dlaczego prokuratura postanowiła nagłośnić umorzenie, które nie było prawomocne. Jeszcze bardziej nie wiadomo dlaczego zapowiedziano upublicznienie uzasadnienia postanowienia dopiero po jego przetłumaczeniu na język niemiecki. Wyjaśnienia prokuratury były równie głupawe, jak wyjaśnienia jakiegoś przedszkolaka, który właśnie nabroił.
Sprawa „dwóch wież”, czyli sprawa projektu budowy dwóch bardzo wysokich biurowców w centrum Warszawy, została wcześniej mocno nagłośniona. Opinia publiczna poznała nagrania, które robił oszukany austriacki przedsiębiorca Gerald Birgfellner w trakcie rozmów z Jarosławem Kaczyńskim i jego akolitami. Bo to Jarosław Kaczyński chciał postawić pomnik sobie i swojemu bratu, w postaci dwóch bardzo charakterystycznych wieżowców w centrum Warszawy.
W czasach PiS śledztwo wszczęto i bardzo szybko umorzono, bo przecież nikt nie miał wtedy prawa ścigać Jarosława Kaczyńskiego za oszustwo. Po utracie władzy przez PiS w 2023, prokuratorzy wrócili do tego umorzonego śledztwa. Tej sprawie poświęcono aż 3 punkty w pierwszej części raportu o śledztwach sterowanych zgodnie z politycznym zamówieniem:
18) "Dwie wieże" – odmowa wszczęcia
19) "Dwie wieże" – koperta
20) "Dwie wieże" - fałszywe zeznania i inne dot. zawiadamiającego
Było to jedno z głośnych śledztw „skręcanych” na życzenie polityków PiS, do czego otwarcie przyznała się Prokuratura. Nic dziwnego, że śledztwo podjęto ponownie. Zdumienie budzi jego ponowne umorzenie „z powodu braku stwierdzenia czynu zabronionego”.
To nie pierwsze mocno kontrowersyjne umorzenie prok. Małgorzaty Szeroczyńskiej. Nieco wcześniej umorzyła śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez policjantów, którzy złamali rękę kobiecie uczestniczącej w Strajku Kobiet. Tamto „skręcone” w czasach PiS śledztwo też było opisane w „raporcie Bodnara”, jako sprawa 95) Złamanie ręki uczestniczki protestu.
Małgorzata Szeroczyńska nie jest szeregową prokuratorką liniową. Pełni funkcję zastępcy Prokuratora Okręgowego w Warszawie oraz jest sekretarzem Krajowej Rady Prokuratorów. Była też członkiem komisji, która wybrała w 2024 Dariusza Korneluka na stanowisko Prokuratora Krajowego. Jednocześnie jest doświadczoną prokuratorką i doktorem nauk prawnych.
W swoim tekście z 23 lipca 2026 red. Wojciech Czuchnowski zacytował najbardziej kuriozalne fragmenty bardzo obszernego (ponad 60 stron) uzasadnienia prok. Małgorzaty Szeroczyńskiej. Na dodatek, opublikował na swoim profilu na X cztery wybrane strony tego uzasadnienia.
„Gerald Birgfellner pozostawał w subiektywnym mylnym przekonaniu, że to Jarosław Kaczyński jest osobą decyzyjną w spółce Srebrna" napisała prok Szeroczyńska.
Uzupełniająco dodała „Nikt u niego tego przekonania świadomie nie wywołał. Przeświadczenie to pokrzywdzony prawdopodobnie opierał na relacji istniejącej pomiędzy spółką Srebrna a Fundacją polegającej na tym, że Fundacja była właścicielem spółki Srebrna a Jarosław Kaczyński pełnił funkcję przewodniczącego Rady Fundacji".
Wszyscy w Polsce wiedzą, że przez 8 lat Jarosław Kaczyński rządził całą Polską, choć formalnie nie pełnił wtedy funkcji premiera lub prezydenta. Tym bardziej rządził partią PiS i spółką „Srebrna”. Tylko prok. Małgorzata Szeroczyńska tego nie zauważyła, pomimo przedstawionych dokumentów, nagrań rozmów i zeznań. Jej uzasadnienie jest totalnie oderwane od powszechnie znanych nagrań, od innych faktów ujawnionych w mediach i od logiki.
W obronie swojej współpracowniczki stanął Prokurator Krajowy Dariusz Korneluk. Już 1 lipca 2026 wydał oświadczenie, w którym ostro krytykował ataki na prokuratorską niezależność, mając na myśli oczywiście ostrą krytykę Małgorzaty Szeroczyńskiej przez mecenasa Romana Giertycha, oraz licznych komentatorów walczących o przywrócenie praworządności. Napisał: „Niedopuszczalne jest personalne atakowanie prokuratora wyłącznie z powodu treści podjętej przez niego decyzji…”. To się znakomicie wpisuje w jego słynne „nie wolno stygmatyzować prokuratorów”, gdy miał na myśli między innymi prokuratorów niszczących niewinnych ludzi w latach 2016-2023.
Bronił jej także w rozmowie z red. Dominiką Wielowieyską, jaką miał w radiu TOK FM 20 lipca 2026. Powiedział wtedy między innymi: „Przede wszystkim takie stygmatyzowanie prokuratora nie powinno mieć miejsca, co próbowałem wyrazić w swoim stanowisku.” Wyraził też swoje poparcie dla kontrowersyjnego postanowienia: „Ja uważam, że decyzja jest właściwa, bo podjęta przez prokuratora także, co absolutnie niezależnego.” Potem jeszcze dodał argument, że sąd nakazał przesłuchać świadków, więc skoro świadków przesłuchano to można było umorzyć. Na koniec łaskawie dodał: „Jeżeli będą strony niezadowolone, pozwólmy na zażalenie.”
16 lipca 2026 Minister Waldemar Żurek powiedział w radiowej Trójce o rozliczeniach nieprawidłowości w czasach PiS: „Mam też świadomość, że są ludzie, którzy działają koniunkturalnie w różnych miejscach i w sądownictwie i w prokuraturze i także w instytucjach publicznych, więc ja apeluję, rozliczamy.”
Wiele wskazuje na to, że zarówno PK Dariusz Korneluk, jak też jego bliska współpracowniczka Małgorzata Szeroczyńska należą do grona koniunkturalistów. Oni są przekonani, że w niedługim czasie PiS ponownie zdobędzie władzę, więc chcieliby się jakoś przypodobać politykom PiS. Mówi o tym wielu komentatorów. Dementuje to wprawdzie Dariusz Korneluk, ale pamiętajmy, że dla niego najważniejsze jest, żeby prokuratorzy byli niezależni. A przecież prokuratorzy nie mogą być niezależni od prawa, dowodów i przyzwoitości. Niezależność nie powinna także oznaczać tego, że im na niczym nie zależy (poza sowitym wynagrodzeniem i „świętym spokojem” w pracy).
autor: @GasewiczJarek dla @AkademiaPrawdy
źródła: Wyborcza, X, Prokuratura
ilustracja: Małgorzata Szeroczyńska na posiedzeniu Krajowej rady Prokuratorów - screen
W oficjalnym biogramie Mateusza Morawieckiego widnieje lakoniczna informacja: "Od 1991 roku pracował dla spółki Cogito". Nigdzie - ani w debacie publicznej, ani w mediach - nie podjęto próby zbadania, co konkretnie tam robił i skąd wzięły się jego pierwsze duże pieniądze.
Dotarłem do artykułu z 1993 roku opublikowanego w "Sztandarze Młodych". Czyta się go z niedowierzaniem!
Trochę kontekstu: rok 1991, Polska po zaledwie dwóch latach od upadku komunizmu. Gospodarka w stanie tragicznym, bezrobocie rośnie, przeciętny Polak ledwo wiąże koniec z końcem. Jednocześnie transformacja ustrojowa tworzy wyjątkową próżnię prawną - państwowy majątek za bezcen przechodzi w prywatne ręce, a dostęp do publicznych pieniędzy zależy często nie od kompetencji, lecz od znajomości i przynależności do właściwej sieci kontaktów. Po 1989 r. wielu działaczy „Solidarności" przejęło wpływowe stanowiska w administracji i gospodarce. Część z nich - zamiast budować uczciwe państwo - wykorzystała swoje pozycje do budowania sieci powiązań biznesowych, nierzadko czerpiąc z publicznych pieniędzy.
W tym klimacie spółka Cogito powstaje formalnie jako inicjatywa "grupy absolwentów i studentów Uniwersytetu Wrocławskiego" - co więcej, jej rejestrację popierał osobiście rektor uczelni. Cel statutowy: "informatyczna obsługa uczelni".
Mateusz Morawiecki ma wtedy 22 lata. Jeszcze jest studentem. I już jest jednym z trzech udziałowców.
Zgodnie z ustaleniami artykułu, spółka Cogito wystawiała rachunki instytucjom państwowym za konsultacje i analizy, które nie istniały na piśmie. Dosłownie: brak jakiejkolwiek dokumentacji. Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa - instytucja zarządzająca gruntami po zlikwidowanych PGR-ach - zapłaciła spółce prawie 70 mln zł za opracowanie studium na temat prywatyzacji pegeerów. Problem w tym, że tego studium... nikt nigdy nie widział. Żadnego wydruku, żadnego maszynopisu, żadnego raportu.
To jednak nie jest najbardziej wstrząsający punkt artykułu.
Ta sama Agencja wystawiła spółce Cogito rachunek na 3,7 miliarda starych złotych - (370 tys. zł nominalnie po denominacji, co w dzisiejszych cenach odpowiada ok. 3,4 mln zł) - za "półroczny cykl szkoleń"!
Jest tez tam np. zdanie: "Cogito na zlecenie Hajłasza...". Sprawdźcie sobie, kim dziś jest Zbigniew Hajłasz i co łączy go z Morawieckim :) Przypadek?
Czy Mateusz Morawiecki wiedział, co robi spółka, której był udziałowcem? Czy aktywnie uczestniczył w tych transakcjach? Artykuł tego wprost nie rozstrzyga - nie pada jego nazwisko przy konkretnych działaniach. Ale był tam i zasiadał w spółce, która w tamtym czasie inkasowała publiczne pieniądze za nieistniejące dokumenty.
To pytanie, którego - przez ponad 30 lat - nikt nie zadał wystarczająco głośno.
Warto dodać, że Mateusz Morawiecki i PiS przez lata budowali swoją narrację polityczną na ostrej krytyce tzw. "układu" - nepotyzmu, sieciowania i czerpania korzyści z politycznych znajomości. Tymczasem sam Morawiecki swoją karierę zawodową zaczynał w spółce, która - według ustaleń prasy z 1993 roku - inkasowała publiczne pieniądze za nieistniejące ekspertyzy, a jej rejestrację popierał rektor uczelni z tzw. solidarnościowego układu. Ironia historii bywa bezlitosna.
Panie Topola,
zamieszczenie pod własnym wpisem materiału Ordo Iuris tylko potwierdza zarzut nierzetelności.
To nie jest neutralne źródło ani relacja dziennikarska. Ordo Iuris reprezentuje oskarżoną, zapowiada apelację i przedstawia linię obrony jednej strony postępowania.
Nawet z tego materiału wynika jednak, że sąd oceniał nie samo hasło "Polak w Polsce gospodarzem", lecz całokształt wystąpienia, jego formę, ton, ekspresję, wzbudzanie strachu oraz przypisywanie imigrantom mordów, gwałtów i przemocy.
Pan natomiast usuwa z opisu wszystkie rasistowskie i ksenofobiczne wypowiedzi, a następnie przedstawia sprawę jako skazanie młodej matki "za krytykę masowej imigracji".
To nie jest informowanie odbiorców. To powielanie komunikatu obrony i ukrywanie przed czytelnikami zasadniczych faktów.
Powiem wprost- uważam za haniebne, gdy człowiek przedstawiający się jako dziennikarz świadomie przemilcza najważniejsze fakty i zastępuje rzetelną relację propagandową narracją jednej strony. Dziennikarstwo ma służyć wyjaśnianiu rzeczywistości, a nie jej zniekształcaniu.
Dzisiejsze rozstrzygnięcia TSUE każą ponownie postawić pytanie, które prokuratura w mojej sprawie postanowiła zamknąć bez rzeczywistego zmierzenia się z jego istotą:
na jakiej podstawie Marszałek Sejmu doprowadził do zaprzysiężenia Karola Nawrockiego, skoro ważność wyboru nie została stwierdzona przez konstytucyjnie wymagany Sąd Najwyższy?
Konstytucja jest w tej kwestii jasna. Zgodnie z art. 129 ważność wyboru Prezydenta stwierdza Sąd Najwyższy. Art. 130 przewiduje następnie objęcie urzędu po złożeniu przysięgi przed Zgromadzeniem Narodowym. Przysięga nie zastępuje jednak wcześniejszego, prawidłowego stwierdzenia ważności wyboru i nie może sanować braku konstytucyjnej podstawy procedury 🤷♂️
Tymczasem protestów nie rozpoznał niezależny, bezstronny i ustanowiony ustawą sąd. Zasadniczą część z nich odrzucono bez zbadania ich istoty, nie przeprowadzono kontroli głosów w skali pozwalającej ustalić rzeczywisty rozmiar nieprawidłowości, a uchwałę o ważności wyboru wydała Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych.
Jeżeli skład tej Izby nie spełniał wymogów sądu, to dokument przez nią wydany nie był uchwałą Sądu Najwyższego w konstytucyjnym znaczeniu tego pojęcia. Oznacza to, że przed zwołaniem Zgromadzenia Narodowego nie istniała niewadliwa podstawa potwierdzająca ważność wyboru.
Mimo to Marszałek Sejmu przeprowadził zaprzysiężenie, nadając stanowi faktycznemu pozór konstytucyjnej legalności.
Właśnie tego dotyczyło moje zawiadomienie. Nie kwestionowałem prawa Marszałka do organizacyjnego prowadzenia Zgromadzenia Narodowego. Zarzucałem, że uruchomił procedurę objęcia urzędu mimo braku konstytucyjnego aktu, który powinien ją poprzedzać.
Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Nie odpowiedziała jednak na pytanie zasadnicze: czy Marszałek Sejmu mógł skutecznie doprowadzić do zaprzysiężenia, wiedząc, że podstawę stanowi uchwała organu, którego status jako sądu był już wówczas podważony w utrwalonym orzecznictwie europejskim.
Dzisiejsze rozstrzygnięcia nie usuwają automatycznie Nawrockiego z urzędu. Potwierdzają jednak, że problem nie był publicystycznym sporem ani politycznym niezadowoleniem z wyniku. Dotyczył braku niezależnego sądu i braku prawidłowego wykonania art. 129 Konstytucji.
Jeżeli nie było ważnej uchwały Sądu Najwyższego, przysięga nie mogła jej zastąpić. Jeżeli przysięga została przyjęta bez wymaganej podstawy konstytucyjnej, państwo nadal nie odpowiedziało, jaki jest rzeczywisty skutek tej wady.
Prokuratura mogła odmówić wszczęcia postępowania. Nie mogła jednak swoją decyzją stworzyć podstawy konstytucyjnej, której w dniu zaprzysiężenia nie było.
Do tej sprawy jeszcze wrócę.
🇵🇱 Donald Tusk udowadnia, że polityka może opierać się na odpowiedzialności, a nie na strachu i nienawiści.
Dziś Polska rozwija się, wzmacnia swoje bezpieczeństwo, inwestuje w gospodarkę i odzyskuje silną pozycję w Europie. To efekt ciężkiej pracy rządu, a nie pustych haseł i niekończących się awantur.
Tymczasem patoprawica spod znaku Jarosława Kaczyńskiego nie ma Polakom nic do zaoferowania poza szczuciem, podziałami i próbami wzniecania kolejnych konfliktów. Zamiast wspierać Polskę, nieustannie atakują każdy sukces naszego kraju, licząc na polityczny chaos.
Polska potrzebuje spokoju, odpowiedzialności i ludzi, którzy budują, a nie burzą. Potrzebuje polityki opartej na faktach, współpracy i szacunku.
Donald Tusk pokazuje, że można rządzić z myślą o przyszłości, a nie o partyjnym interesie.
🇵🇱 Silna Polska. Bezpieczna Polska. Europejska Polska. #EfektTuska
#SnaW
10 lipca, około godziny 14.30, w kwiaciarni przy al. Grunwaldzkiej w Gdańsku doszło do zdarzenia, którym zajmuje się policjs.
Właścicielką sklepu jest 47-letnia Polka urodzona na Białorusi, mieszkająca w Gdańsku od 2019 roku. Według jej relacji starsza klientka zaczęła krytykować oferowane kwiaty, określając je jako "ukraińskie", "złe" i zgniłe. Następnie miała przejść do wyzwisk oraz żądania, by właścicielka "wynosiła się na Ukrainę".
Gdy kobieta próbowała nagrać odchodzącą pare telefonem, towarzyszący klientce mężczyzna miał ją zaatakować: chwycić za rękę, wykręcać dłoń, próbować odebrać telefon, uszkodzić urządzenie i uderzyć ją w twarz. Pokrzywdzona mówi o zwichniętej ręce, bólu i szoku.
Policja potwierdziła, że otrzymała zgłoszenie dotyczące zdarzenia w tej kwiaciarni. Funkcjonariusze ustalili, że doszło do konfliktu między właścicielką a nieznaną kobietą i mężczyzną, a mężczyzna miał popychać 47-latkę i wykręcać jej ręce. Para oddaliła się przed przyjazdem patrolu. Zabezpieczono nagranie z telefonu, przyjęto zawiadomienie i prowadzone są czynności w kierunku naruszenia nietykalności cielesnej.
Na obecnym etapie nie ma jeszcze informacji o zatrzymaniu sprawców ani o przedstawieniu zarzutów. Dlatego należy mówić precyzyjnie: część okoliczności została potwierdzona przez policję, pozostałe wynikają z relacji pokrzydzonej i wymagają procesowej weryfikacji.
Nie ma przy tym znaczenia, czy napastnicy pomylili Białorusinkę z Ukrainką. Właśnie ten szczegół pokazuje istotę zdarzenia. Nie interesował ich człowiek, jego obywatelstwo ani życiorys. Wystarczył akcent i przypisane pochodzenie, aby uznać, że wolno go obrażać, wypędzać i poniżać.
Uprzedzę również przewidywalny zarzut. Tak, obywatele Ukrainy także popełniają przestępstwa wobec Polaków. Każdy taki czyn powinien być ścigany i ukarany. Odpowiedzialność karna jest jednak indywidualna. Czyn jednego Ukraińca nie przechodzi na przypadkową kobietę prowadzącą kwiaciarnię, tak samo jak przestępstwo jednego Polaka nie obciąża wszystkich Polaków.
To nie jest opowieść o złych Polakach i dobrych cudzoziemcach. To jest sprawa granicy, której nie wolno przekraczac: człowieka nie wolno poniżać ani atakować z powodu akcentu, narodowości rzeczywistej lub tylko przez kogoś przypisanej.
I właśnie dlatego nie traktuję tego zdarzenia jako odosobnionego incydentu.
Od kilku dni, pod przypadkowymi wpisami i w odpowiedziach kierowanych bezpośrednio do mnie, widzę ten sam mechanizm: żądanie zbiorowej odpowiedzialności, wezwania do wyjazdu, odmawianie ludziom prawa do szacunku ze względu na pochodzenie oraz próby usprawiedliwiania każdej krzywdy zdaniem: oni robią to samo Polakom.
Nie, pzrestępstwo popełnione przez Ukraińca na Polaku nie daje nikomu prawa do poniżania przypadkowej Ukrainki, Białorusinki ani Polki mówiącej z obcym akcentem. Tak samo czyn jednego Polaka nie czyni wszystkich Polaków odpowiedzialnymi za jego zachowanie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy język zbiorowej pogardy przestaje budzić sprzeciw. Gdy "wynoś się do swojego kraju" staje się dopuszczalną odpowiedzią, a przemoc wobec człowieka zaczyna być oceniana nie według czynu, lecz według jego narodowości.
Komentarze, które codziennie czytam, pokazują, że granica została już niebezpiecznie przesunięta. Najpierw odbiera się ludziom godność w słowach. Później ktoś uznaje, że wolno również wykręcić rękę, uderzyć albo zaatakować dziecko w autobusie.
To nie dzieje się w próżni. Przemoc bardzo często zaczyna się znacznie wcześniej - od społecznego przyzwolenia na pogardę.
Wszyscy, którzy narzekają na powolność rozliczeń pisowskiego bezprawia i jednocześnie zapowiadają bojkotowanie kolejnych wyborów, powinni wysłuchać kandydata PiS na RPO Adama Borowskiego.
Nie pójdziecie na wybory, to tacy bojówkarze będą pilnować przestrzegania praw obywatelskich, zera takie jak Ziobro będą ministrami sprawiedliwości, hejterzy tacy jak Matecki będą was wsadzać na lata do aresztów, inni hejterzy (tacy jak Piebiak) będą was bezlitośnie skazywać.
Panie Prezesie, straszenie Polaków tym, że pomoc Ukrainie jest działaniem przeciw Polsce, to polityczna nieodpowiedzialność.
Polski interes nie polega na tym, żeby Ukraina została sama wobec rosyjskich rakiet i dronów. Polski interes polega na tym, żeby rosyjska agresja została zatrzymana jak najdalej od naszych granic.
Obrona Ukrainy to także element bezpieczeństwa Polski. Można dyskutować o procedurach, zapasach i decyzjach rządu. Ale sugerowanie, że wsparcie państwa napadniętego przez Rosję jest działaniem „w czyimś interesie”, a nie w interesie bezpieczeństwa regionu, brzmi dokładnie tak, jak chciałaby rosyjska propaganda.
Naprawdę warto ważyć słowa. Szczególnie wtedy, gdy mówi były premier i lider największej partii opozycyjnej.
Za czasów @JacekSiewiera BBN było regularnie informowane o przekazywaniu uzbrojenia Ukrainie poprzez komitety bezpieczeństwa i codzienne meldunki dobowe. Chodziło o to, żeby prezydencki ośrodek miał pełny obraz, zwłaszcza gdy decyzje zapadały na wniosek Amerykanów i w koordynacji z NATO.
Dzisiaj szef BBN Grodecki tłumaczy, że Prezydent i BBN formalnie nie muszą być w tym procesie. A Przydacz mówi ,, nie wiedział”🙉
To znaczy, że w Pana kancelarii nie działa podstawowy mechanizm informacyjny, który jeszcze niedawno działał.
W sprawach bezpieczeństwa państwa „nie wiedziałem” nie jest tłumaczeniem. To jest czysta amatorszczyzna i polityczna ściema.