美国海军上将塞缪尔·J·帕帕罗(Samuel J. Paparo)被问及如果川普总统下令入侵加拿大,他是否会执行这一命令。他认为这个问题“毫无必要地带有情绪色彩…我服从总统的命令,”
米海軍のサミュエル・J・パパロ大将は、カナダに侵攻せよというトランプ大統領の命令を実行するかどうかを問われた際、その質問を「不必要に感情を煽るものだ」とし、「私は大統領の命令に従う」と述べた。
U.S. Navy Admiral Samuel J. Paparo was asked whether he would carry out an order from President Trump to invade Canada. He considered the question "unnecessarily emotionally charged... I obey the President's orders."
LOURO
Muitas mulheres adicionam folhas de louro aos alimentos sem saber o motivo.
E, quando se pergunta a razão, a resposta é: para dar sabor e gosto ao prato.
No entanto, adição de folhas de louro às carnes e outros pratos, ajuda a transformar gorduras do tipo triglicerídeo em gorduras monoinsaturadas (experimente cortar um frango ao meio e cozinhar cada metade em um recipiente diferente: coloque folhas de louro em um e nada no outro; depois, observe a quantidade de gordura em cada um).
Se você tem folhas de louro, não há motivo para recorrer à farmácia, pois estudos científicos recentes comprovaram que elas oferecem diversos benefícios:
🍃As folhas de louro tratam distúrbios do sistema digestivo, ajudando a eliminar o inchaço abdominal,a azia, a acidez e a constipação, além de regular o funcionamento do intestino quando se consome o chá de louro quente.
🍃Elas reduzem os níveis de açúcar no sangue e também atuam como antioxidantes, favorecendo a produção de insulina pelo organismo, seja pelo consumo na alimentação ou pela ingestão de chá de louro durante um mês.
🍃Elas eliminam o colesterol prejudicial e ajudam o corpo a se livrar de gorduras do tipo triglicerídeo.
🍃São muito benéficas no tratamento de resfriados, gripes e tosses intensas, pois são ricas em vitamina C; você pode ferver as folhas e inalar o vapor para eliminar o muco e reduzir a intensidade da tosse.
🍃Elas eliminam a insônia e a ansiedade; se consumidas antes de dormir, ajudam no relaxamento e proporcionam um sono tranquilo.
🍃Beber uma xícara de infusão de folhas de louro duas vezes ao dia dissolve cálculos renais e cura inflamações.
W NIEMCZECH JUŻ PIERDOLNĘŁO. U NAS TO KWESTIA CZASU, A MY DALEJ SZUKAMY DRUGIEJ DZIURY W DUPIE
Tusk to Niemiec i chuj. Ukraińcy to banderowcy. Bruksela chce zniszczyć Polskę. Amerykanie są naszymi braćmi, Trump nas uratuje, a jak będzie naprawdę źle, to zza oceanu przypłynie kawaleria i wszyscy będą umierać za Warszawę.
Kurwa, dorośnijmy.
Amerykanie nas nie kochają. Trump też nas nie kocha. Pomoże nam wtedy, kiedy uzna, że jest to korzystne dla Stanów Zjednoczonych. Jeżeli obrona Polski będzie się Ameryce politycznie, militarnie i gospodarczo opłacała, będziemy ważnym sojusznikiem. Jeżeli rachunek zacznie wyglądać inaczej, Trump zrobi dokładnie to, co powinien zrobić prezydent USA: będzie pilnował interesu USA, a nie naszego dobrego samopoczucia.
Tak samo Niemcy pilnują Niemiec, Ukraina Ukrainy, Francuzi Francji, a my, do kurwy nędzy, powinniśmy wreszcie zacząć pilnować Polski.
Tymczasem wojna hybrydowa przestaje być prezentacją w PowerPoincie dla generałów i polityków, a zaczyna śmierdzieć materiałem wybuchowym.
Na lotnisku Lipsk/Halle znaleziono drona z około sześciuset gramami materiału wybuchowego, który miał zostać użyty przeciwko ukraińskiemu samolotowi transportowemu. Niemiecki rząd po zakończeniu części ustaleń powiedział wprost: za próbą ataku stoi Rosja.
Nie „prawdopodobnie internetowi aktywiści”. Nie „nieznani sprawcy protestujący przeciw zmianom klimatu”. Rosja.
A teraz Brandenburgia, jakieś trzydzieści kilometrów od polskiej granicy. Atak na infrastrukturę energetyczną, uszkodzone linie, urządzenia wybuchowo-podpalające, działania saperów i krótkotrwałe problemy z zasilaniem. Według niemieckich mediów doszło również do detonacji. Tutaj sprawcy nie są jeszcze znani i nie będę robił z gęby dupy, przypisując komuś coś, czego śledztwo jeszcze nie udowodniło.
Ale w Niemczech już, kurwa, pierdolnęło.
Nie na Donbasie. Nie pod Charkowem. Nie trzy tysiące kilometrów od nas.
Kilkadziesiąt kilometrów od polskiej granicy.
I teraz spójrzcie na naszą debatę publiczną.
Część prawicy potrafi znaleźć niemieckiego agenta w paragonie z Lidla, ukraińskiego banderowca w każdej żółto-niebieskiej fladze, a spisek Brukseli nawet w zakrętce przy butelce. Kiedy jednak dochodzimy do Rosji, nagle następuje cudowne uzdrowienie pamięci.
A właściwie jej całkowita utrata.
Rosja prowadzi największą wojnę w Europie od dziesięcioleci, zabija ludzi na Ukrainie, prowadzi operacje wpływu, cyberataki, sabotaż i działania przeciwko państwom NATO, a niemiecki rząd właśnie oficjalnie obarczył ją odpowiedzialnością za próbę zamachu na swoim terytorium.
I wtedy zaczyna się:
„Ale Tusk…” „Ale Wołyń…” „Ale Niemcy…” „Ale Amerykanie…”
Kurwa, ale Rosja.
Można pamiętać Wołyń i trzeba o nim pamiętać. Można nie ufać Niemcom. Można uważać Brukselę za bandę oderwanych od rzeczywistości urzędników. Można walić w Tuska za każdą rzecz, którą spierdoli. Można też przestać traktować Trumpa jak świętego Krzysztofa, który przeniesie Polskę przez rzekę, gdy tylko zrobi się niebezpiecznie.
To wszystko można robić jednocześnie i nadal rozumieć rzecz elementarną.
Rosja jest państwem, które ma możliwości, doświadczenie i interes w destabilizowaniu naszej części Europy.
I nie musimy już zastanawiać się, czy coś do Polski przyleci.
Bo już przylatywało. Rosyjskie rakiety i drony naruszały polską przestrzeń.
Coś się spaliło? A chuj tam na biednego nie trafiło to akurat typowo polska mentalność...
Na razie mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu. Coś przeleciało, coś spadło, czegoś szukaliśmy, potem odbywała się konferencja prasowa, generał pokazywał mapkę, minister mówił, że sytuacja jest monitorowana i po kilku dniach Polska wracała do swojej ulubionej dyscypliny sportowej: napierdalania się między sobą.
Tylko następny etap może wyglądać inaczej.
Następnym razem coś nie musi przelecieć nad polem albo spaść w lesie.
Może pierdolnąć w elektrownię. Terminal paliwowy. Lotnisko. Magazyn amunicji. Węzeł kolejowy. Centrum logistyczne. Transformator obsługujący pół miasta.
I wtedy nie będzie najważniejsze, czy zrobił to dron za pięć tysięcy dolarów, agent z plecakiem czy miejscowy pożyteczny idiota wynajęty przez Telegram za kilka tysięcy euro.
Wtedy będzie ważne, czy państwo było na to przygotowane.
Czy działa obrona cywilna. Czy chronimy infrastrukturę krytyczną. Czy służby potrafią wyłapywać ludzi przygotowujących sabotaż. Czy mamy procedury na lotniskach, w energetyce, kolei i logistyce. Czy potrafimy neutralizować drony. Czy wiemy, kto dowodzi po pierwszym wybuchu i kto przejmuje dowodzenie po drugim.
Bo wojna hybrydowa ma jedną ogromną zaletę dla agresora: ofiara bardzo długo może udawać, że wojny jeszcze nie ma.
I właśnie to robimy najlepiej.
Szukamy drugiej dziury w dupie, żremy się o Tuska, Kaczyńskiego, Ukrainę, Niemcy, Trumpa, Unię i uchodźców, podczas gdy ktoś cierpliwie sprawdza europejskie lotniska, energetykę, transport i logistykę.
A część naszej klasy politycznej oraz jej internetowej husarii przy słowie „Rosja” nagle dostaje takiej amnezji, jakby Moskwa była pieprzonym sanatorium, a nie stolicą państwa prowadzącego wojnę tuż za naszą granicą.
W Niemczech już pierdolnęło. U nas nie pytajcie „czy”.
Pytajcie, czy kiedy pierdolnie naprawdę, będziemy przygotowani, czy znowu wyjdzie minister z mapką i powie, że sytuacja jest monitorowana.
Парадокси та відкрите лицемірство Аліси Вайдель.
Лідерка ультраправої німецької партії AfD Аліса Вайдель — це буквально ходячий збірник протиріч та мемів:
Виступає проти ЛГБТК+ — при цьому сама є відкритою лесбійкою.
Будує політику на боротьбі з мігрантами — хоча її власна партнерка є мігранткою (іноземкою зі Шрі-Ланки).
Категорично проти усиновлення дітей одностатевими парами — але разом із партнеркою виховує двох синів.
Удає із себе полум'яну патріотку Німеччини — проте постійно живе й сплачує податки в Швейцарії.
Це не просто подвійні стандарти, це відкрите, абсолютне лицемірство та вершина політичного цинізму.
Lorsqu'une commande surprenante de 1 000 livres anciens arrive sur le bureau d'un libraire spécialisé, l'incompréhension est totale. L'acheteur mystérieux ne s'intéresse ni à la valeur des ouvrages, ni à leur rareté, ni même à leur contenu : il veut juste du papier, en quantité industrielle. Flairant une affaire suspecte, le libraire s'associe aux journalistes du média 404 Media et glisse en secret un petit balise Apple AirTag dans l'un des cartons. Mais personne ne savait encore que ce simple traceur GPS allait mettre au jour l'un des secrets les plus sombres de la technologie moderne.
Ce qu'ils allaient découvrir dépassait leurs pires cauchemars.
Pendant des jours, les journalistes ont suivi le signal numérique du carton à travers tout le pays. De ville en ville, la balise a fini par s'arrêter devant un immense entrepôt anonyme d'Amazon, en plein désert du Nevada, à Las Vegas.
En s'infiltrant dans les coulisses de ce bâtiment surprotégé, l'équipe a découvert une véritable usine du massacre littéraire.
Dans cet entrepôt, des tonnes de livres sont alignées sur des tapis roulants industriels. Le spectacle est d'une violence inouïe pour les amoureux de la lecture : des machines massives coupent les reliures à la chaîne, déchirent les couvertures et séparent les pages par milliers.
Les feuillets sont immédiatement numérisés à grande vitesse.
Les textes originaux sont envoyés au pilon.
Les livres sont réduits en poussière.
Une fois les pages scannées et détruites, l'aventure de ces livres s'arrête là, définitivement effacés de la réalité physique.
Interrogé sur cette pratique industrielle, le géant Amazon a fini par confirmer l'effrayante vérité : l'entreprise achète des livres en masse pour faire manger leurs données à ses algorithmes d'intelligence artificielle, détruisant l'œuvre physique juste après la numérisation.
Acheter. Déchirer. Numériser. Nourrir la machine. Incinérer les preuves.
Grâce à la curiosité d'un libraire et à un petit traceur caché au fond d'un carton, le voile a été levé sur la manière dont les géants de la tech pillent le patrimoine humain pour bâtir leur monde virtuel.
On nous répète souvent que le progrès technologique est là pour préserver notre mémoire et nous faciliter la vie. Mais cette histoire nous rappelle brutalement que dans cette course effrénée vers le futur, certains sont prêts à sacrifier la beauté du passé et l'âme des objets pour nourrir des machines sans cœur.
Un monde qui brûle ses livres pour nourrir des robots a peut-être gagné de la vitesse, mais il a définitivement perdu son humanité.
So this was our table after we finished eating at Burger King today. Nothing was thrown on the floor or smeared everywhere—just the trays, cups, wrappers, and leftovers from a normal meal. As we were walking out, an older man stopped us and told us we were being "lazy" and "disrespectful" for not throwing everything away ourselves. It honestly caught me off guard. Growing up, I always thought part of eating at a fast-food restaurant was that employees cleaned the dining area. We weren't trying to make anyone's job harder or leave the place trashed—it was just a regular table after lunch. After he said something, I started wondering if I've completely missed an unwritten rule. Has the expectation changed? When you eat at places like Burger King or McDonald's, do you always clear your own tray before leaving, or do you think it's still okay to leave it for the staff? I'm genuinely curious to hear what other people do. No arguing—I just want to know what's considered normal these days
@JayinKyiv Rape is rampant in the Russian military, so is HIV. Just look at that tool from America who joined thinking they were the paragons of Christian values and ended up getting raped to death. Such a screwed up empire.