Wiesz, oglądałem tę scenę w Citizen Vigilante i uderzyło mnie coś niesamowitego. Jestem wrażliwym człowiekiem, ale nawet mi oko nie mrugnęło, kiedy bohater ich sprzątnął. Dlaczego? Bo tam była sytuacja, która przekracza wszelkie granice. Widzisz rodzinę i znajomych tego Yusufa – facet popełnił potworną zbrodnię, a oni bezczelnie stają za nim murem. Zasłaniają się jakimś religijnym fanatyzmem, gadają o zasadach, o dress codzie, robiąc z ofiary winną, a z gwałciciela kogoś nietykalnego.
I w tym momencie wchodzi facet, który po prostu burzy tę całą ich pewność siebie i fasadę ideologii. Poczujesz wtedy czystą, głęboką satysfakcję i ulgę, bo ci ludzie myśleli, że ich kultura czy religia daje im immunitet na czynienie zła. To nie była ślepa przemoc – to była chwila, w której bezwzględna prawda i kara dosięgły ludzi współwinnych, którzy bezczelnie krewnego kryli. Wobec takiej hipokryzji człowiek całkowicie odcina współczucie i czuje, że stała się jedyna właściwa rzecz.