To prawda, to efekt różnic rasowych (cross-race effect). Azjaci faktycznie mają trudności z rozrożnianiem i rozpoznawaniem twarzy osób rasy białej. Do tego dochodzą indywidualne predyspozycje. Ja niestety potrzebuję co najmniej 5-10 spotkań, żeby zacząć rozpoznawać nowego koreańskiego znajomego. Zawsze uprzedzam o tym przy pierwszym spotkaniu, żeby nie było niezręczności, gdy przypadkiem nie rozpoznam kogoś na ulicy. To nie jest prozopagnozja (cierpi na nią m. in. Brad Pitt, wspominał w wywiadach), ale zdecydowanie nie jestem mistrzem w rozpoznawaniu twarzy.
Jak odróżnić Japończyków, Koreańczyków i Chińczyków? Różnic jest bez liku i dotyczą niemal każdej sfery: mimiki twarzy, gestów, fryzur (zarówno damskich, jak i męskich w całym przekroju wiekowym), chodu, wyborów modowych i ich kolorystyki, parajęzyka, śmiechu, budowy ciała, haptyki (dotyk), morfologii twarzy, akcesoriów, wzrostu, zachowań indywidualnych i grupowych w najróżniejszych sytuacjach społecznych, makijażu, akcentu w języku angielskim, wyrażania emocji, a nawet zapachu ciała (czosnek i kimchi to zapachy szczególnie kojarzone z Koreańczykami 🙂) Przy obserwacji warto jednak pamiętać o podstawowej zasadzie analizy mowy ciała: zazwyczaj nie opieramy wniosków na pojedynczym sygnale. Szukamy jak największej liczby sygnałów niewerbalnych, które razem wskazują na elementy charakterystyczne dla danej kultury. Dogłębne opanowanie tego „języka” wymaga wielu lat systematycznej, uważnej obserwacji.
Weźmy na przykład parajęzyk (ton, tempo, głośność, intonację, rytm i pauzy, a zwłaszcza wokalizatory typu „aaa”, „ooo”, „eee?”). Dla zachodniego turysty brzmi to często jak jedna „azjatycka masa”, ale różnice między Japonią, Chinami a Koreą są tu fundamentalne, ponieważ wyrastają z zupełnie innych potrzeb społecznych tych narodów. W Japonii kobiety bardzo często automatycznie podwyższają ton głosu w sytuacjach publicznych. Zjawisko to jest ściśle związane z estetyką burikko, czyli odgrywaniem roli niewinnej, bezradnej i uroczej dziewczynki. Dodatkowo japoński zachwyt w grupie (np. podczas wspólnego posiłku) nie zawsze jest wyrazem spontanicznej radości. Często bywa zrytualizowanym obowiązkiem. Kobieta w szczególności musi odgrywać spektakl zachwytu, aby podtrzymać dobre samopoczucie grupy lub uwiarygodnić swoją wdzięczność wobec kucharza, gospodarza, czy… przewodnika turystycznego.
Kilka dni temu na placu Gwanghwamun w Seulu obserwowałem grupę ośmiu Japonek w średnim wieku, które słuchały koreańskiego przewodnika tłumaczącego działanie repliki słynnego koreańskiego zegara słonecznego z 1437 roku, stojącej tuż obok pomnika króla Sejonga. Charakterystyczne dla nich były m. in. typowe dla Japonek w tym wieku fryzury, wyraźnie niższy wzrost niż u Koreanek, bardzo kolorowa, doskonale skomponowana kolorystycznie odzież w pastelowych odcieniach.
Wszystkie panie przyjmowały wyjaśnienia przewodnika z ogromnym entuzjazmem… wyłącznie za pomocą gestów (potakiwań) i parajęzyka. To klasyczne aizuchi – bardzo charakterystyczny dla Japończyków (a zwłaszcza Japonek) feedback w postaci potakiwań, uśmiechów, słów (choć nie w tym przypadku) i dźwięków. Zachowanie tak rozpoznawalne, że prawie niemożliwe do pomylenia z kimkolwiek innym. I tu dochodzimy do sedna. Przez te kilka chwil przy zegarze słonecznym nie padło ani jedno pytanie z ich ust, ani jedno słowo. Stawiam sto do jednego, że te sympatyczne panie niewiele zrozumiały z wyjaśnień przewodnika, który mówił łamanym angielskim z silnym koreańskim akcentem. Mimo to sprawiały wrażenie, że świetnie się bawią i wszystko doskonale pojmują. Co się stało? Typowe japońskie tatemae, czyli fasada zachowań, jakich wymaga od nich społeczeństwo. W Japonii unika się otwartych konfrontacji. Przyznanie się do niezrozumienia byłoby aktem zagrażającym wizerunkowi. Z jednej strony Japonki chroniły twarz przewodnika – gdyby mu przerwały i powiedziały, że nie rozumieją, zniszczyłyby harmonię i naraziły Koreńczyka na ogromny wstyd (utrata twarzy). Z drugiej strony przyznałyby się do własnej słabej kompetencji językowej, co postawiłoby je w niekomfortowej roli intruzów psujących płynność wycieczki. Prawdziwe uczucia i stan wiedzy (honne), czyli całkowita dezorientacja języków, zostały głęboko ukryte. Nadrzędnym celem w tamtym momencie nie było dla nich poznanie wiedzy historycznej czy kulturowej, lecz współdziałanie w utrzymaniu gładkiego, harmonijnego przebiegu interakcji. A wszystko to wyraziły niewerbalnie. I trzeba przyznać, że wyszło im to perfekcyjnie.
Jak odróżnić Japończyków, Koreańczyków i Chińczyków? Różnic jest bez liku i dotyczą niemal każdej sfery: mimiki twarzy, gestów, fryzur (zarówno damskich, jak i męskich w całym przekroju wiekowym), chodu, wyborów modowych i ich kolorystyki, parajęzyka, śmiechu, budowy ciała, haptyki (dotyk), morfologii twarzy, akcesoriów, wzrostu, zachowań indywidualnych i grupowych w najróżniejszych sytuacjach społecznych, makijażu, akcentu w języku angielskim, wyrażania emocji, a nawet zapachu ciała (czosnek i kimchi to zapachy szczególnie kojarzone z Koreańczykami 🙂) Przy obserwacji warto jednak pamiętać o podstawowej zasadzie analizy mowy ciała: zazwyczaj nie opieramy wniosków na pojedynczym sygnale. Szukamy jak największej liczby sygnałów niewerbalnych, które razem wskazują na elementy charakterystyczne dla danej kultury. Dogłębne opanowanie tego „języka” wymaga wielu lat systematycznej, uważnej obserwacji.
Weźmy na przykład parajęzyk (ton, tempo, głośność, intonację, rytm i pauzy, a zwłaszcza wokalizatory typu „aaa”, „ooo”, „eee?”). Dla zachodniego turysty brzmi to często jak jedna „azjatycka masa”, ale różnice między Japonią, Chinami a Koreą są tu fundamentalne, ponieważ wyrastają z zupełnie innych potrzeb społecznych tych narodów. W Japonii kobiety bardzo często automatycznie podwyższają ton głosu w sytuacjach publicznych. Zjawisko to jest ściśle związane z estetyką burikko, czyli odgrywaniem roli niewinnej, bezradnej i uroczej dziewczynki. Dodatkowo japoński zachwyt w grupie (np. podczas wspólnego posiłku) nie zawsze jest wyrazem spontanicznej radości. Często bywa zrytualizowanym obowiązkiem. Kobieta w szczególności musi odgrywać spektakl zachwytu, aby podtrzymać dobre samopoczucie grupy lub uwiarygodnić swoją wdzięczność wobec kucharza, gospodarza, czy… przewodnika turystycznego.
Kilka dni temu na placu Gwanghwamun w Seulu obserwowałem grupę ośmiu Japonek w średnim wieku, które słuchały koreańskiego przewodnika tłumaczącego działanie repliki słynnego koreańskiego zegara słonecznego z 1437 roku, stojącej tuż obok pomnika króla Sejonga. Charakterystyczne dla nich były m. in. typowe dla Japonek w tym wieku fryzury, wyraźnie niższy wzrost niż u Koreanek, bardzo kolorowa, doskonale skomponowana kolorystycznie odzież w pastelowych odcieniach.
Wszystkie panie przyjmowały wyjaśnienia przewodnika z ogromnym entuzjazmem… wyłącznie za pomocą gestów (potakiwań) i parajęzyka. To klasyczne aizuchi – bardzo charakterystyczny dla Japończyków (a zwłaszcza Japonek) feedback w postaci potakiwań, uśmiechów, słów (choć nie w tym przypadku) i dźwięków. Zachowanie tak rozpoznawalne, że prawie niemożliwe do pomylenia z kimkolwiek innym. I tu dochodzimy do sedna. Przez te kilka chwil przy zegarze słonecznym nie padło ani jedno pytanie z ich ust, ani jedno słowo. Stawiam sto do jednego, że te sympatyczne panie niewiele zrozumiały z wyjaśnień przewodnika, który mówił łamanym angielskim z silnym koreańskim akcentem. Mimo to sprawiały wrażenie, że świetnie się bawią i wszystko doskonale pojmują. Co się stało? Typowe japońskie tatemae, czyli fasada zachowań, jakich wymaga od nich społeczeństwo. W Japonii unika się otwartych konfrontacji. Przyznanie się do niezrozumienia byłoby aktem zagrażającym wizerunkowi. Z jednej strony Japonki chroniły twarz przewodnika – gdyby mu przerwały i powiedziały, że nie rozumieją, zniszczyłyby harmonię i naraziły Koreńczyka na ogromny wstyd (utrata twarzy). Z drugiej strony przyznałyby się do własnej słabej kompetencji językowej, co postawiłoby je w niekomfortowej roli intruzów psujących płynność wycieczki. Prawdziwe uczucia i stan wiedzy (honne), czyli całkowita dezorientacja języków, zostały głęboko ukryte. Nadrzędnym celem w tamtym momencie nie było dla nich poznanie wiedzy historycznej czy kulturowej, lecz współdziałanie w utrzymaniu gładkiego, harmonijnego przebiegu interakcji. A wszystko to wyraziły niewerbalnie. I trzeba przyznać, że wyszło im to perfekcyjnie.
HK jak każde kosmopolityczne miasto jest wielowarstwowy. Można go poznawać etapami – przez kuchnię, historię brytyjską, nocne życie, piękną przyrodę i szlaki turystyczne, plaże, handel, ludzi, skyline czy obiekty sakralne. Próba ogarnięcia wszystkiego naraz kończy się chaosem. Ja potrafię spędzić pół dnia na starym, nieco mrocznym Hong Kong Cemetery, ale rozumiem, że to nie dla każdego.
Za każdym razem, gdy jestem w Hongkongu, wpadam do swoich ulubionych miejsc, a świątynia Man Mo jest jednym z nich. To nie tylko zabytek z lat 1847–1862, ale żywe laboratorium ludzkich zachowań, do którego wracam pasjami. Z zewnątrz Man Mo wygląda niemal skromnie: zielone dachówki w stylu dynastii Qing, kolumny i kamienny lew chiński. Ale wystarczy przekroczyć próg i wchodzimy w inny wymiar. 1/5
@jawne_poufne To zależy od tego, czego ktoś szuka.
Jeśli zaliczania miejsc, to 2-3 doby wystarczą.
Jeśli interesuje kogoś historia miasta, Imperium Brytyjskiego, kontrasty społeczne i obserwacja ludzi, to można tam wracać wielokrotnie. Ja wracam.
@Disinvoltura Ja również. 18 miesięcy temu otwarto nowe, potężne, kilkupiętrowe centrum handlowe 500 metrów od naszego osiedla. Jeszcze w nim nie byłem i nie zamierzam tam wchodzić. 🙅♂️
@GGanszczyk Dziękuję, Panie Grzegorzu. Dzień dobry. Faktycznie miałem długą przerwę. Aktywność na X podnosi ciśnienie. Więcej tu agresji niż w meksykańskich więzieniach.🙃. .
Nasza pamięć operacyjna ma twardy limit i potrafi aktywnie przetwarzać zaledwie kilka elementów jednocześnie. Po wejściu do Man Mo nasz wzrok otrzymuje uderzenie setek agresywnych bodźców: jaskrawe kontrasty czerwieni i złota, skomplikowane rzeźby, figurki i reliefy, kaligrafie, ludzie, gęsty dym i punktowe oświetlenie. Kora przedczołowa turysty zostaje w pełni obciążona samym dekodowaniem otoczenia. Nie zostaje ani odrobiny zasobów na krytyczną analizę czy nawet zapamiętywanie szczegółów. 5/5
Wnętrze świątyni wydaje się być surrealistycznym chaosem, intrygującym, ale nie do ogarnięcia. To, że detale umykają nam na miejscu, a dostrzegamy je dopiero w ciszy hotelowego pokoju na zdjęciach, nie jest kwestią zwykłej nieuwagi. To klasyczny przykład tego, jak nasz układ poznawczy działa w warunkach ekstremalnego obciążenia. 4/5