Ostatnio celowo (bardzo) mało pisałem o Ruchu, bo w sumie lubię pisać co myślę, a nie myśleć co piszę.
W każdym razie 24 maja to w najnowszej historii Ruchu (w czasie odbudowy?) jedna z najczarniejszych dat.
Ja zawsze naiwnie myślę, że w życiu się wszystko wyrówna - że po łzach smutku muszą przyjść te radości. Ale kibice kilku klubów mogliby tu zaprotestować, bo to samo z siebie nie przyjdzie. Powiedzmy od meczu z Wisłą Kraków i porażki 0:5 blisko półtora roku temu, to ile Ruch miał takich naprawdę dobrych momentów? W ogóle wygrał tylko osiemnaście meczów. Upraszczając - jeden na miesiąc.
Jedynym pozytywem jest właściwie licencja (bo chyba, kurwa nie ogrywanie Stali Rzeszów), ale to trochę jak przebywanie na dyskotece z najładniejszą dziewczyną. Jest blisko, wszystko w teorii się zgadza, ale coś tu jednak nie pasuje.
Dzisiaj największym problemem Ruchu są zasoby ludzkie. Gabinety klubowe, urząd miejski, Rada Nadzorcza, Wielki Ruch i kij wie co tam jeszcze - to są cały czas Ci sami ludzie. Kto miał być wiceprezesem? Z jednego miejsca na drugie. I to nie jest bynajmniej do tych osób zarzut! To jest zarzut dla wszystkich pozostałych. Ja mam wrażenie, że dzisiaj gdyby ktoś zesłał na Cichą gwiazdkę z nieba, to mogłoby to zostać zaprzepaszczone, bo dla tych pięciu - sześciu osób doba nadal ma 24h.
W wielu momentach sytuacja w klubie (w mieście też) przypomina sznurek, na którym masz tysiące węzłów. Gdy wydaje się, że jeden rozplątasz, to drugi się tylko zaciska.
I dzisiaj nie jest ważne co powie prezes Siemianowski. W ogóle nie jest ważne, czy ktoś przyjdzie do radia, czy nie. Ważne co powiedzą osoby będące nad nim. A właściwie nie tyle co powiedzą, a co będą robić. Jaki będzie rzeczywisty kierunek sportowy Ruchu? Bo na razie kierunkiem jest opieranie się na barkach Waldka Fornalika. A zmiana dla zmiany, może i wleje początkowo dużo nadziei, ale ostatecznie może niewiele dać. Jeżeli narzędzi nadal żadnych nie będzie, a całą ekipę zarządzającą można będzie zmieścić w jednym pokoju.