Akcja? Ewakuacja!
Sytuacja kryzysowa związana z wydarzeniem wpływającym bezpośrednio na państwo polskie jest zawsze wyzwaniem.
Właśnie trwa wielka operacja – ponad 480 Polaków już sprowadzonych z Bliskiego Wschodu.
Pamiętam jak dziś, a było to wiele lat wstecz. Odsypiałem nocny dyżur, gdy o 10 rano obudził mnie telefon. Zaspany odebrałem i Agata wyjaśniła mi sytuację. Zapytała się czy jestem gotowy pomóc. Gdybym się nie zgodził to nic by się nie stało, ale byłem ówcześnie jedną z czterech tak doświadczonych osób. Robiłem wysyłanie do Iraku pustych trumien i przyjmowanie w Polsce pełnych. Robiłem powrót do Polski trumien z ofiarami katastrofy smoleńskiej. Nawet robiłem lądowanie awaryjne kapitana Wrony. Odpowiedziałem, że zaraz przyjadę, a ona wygłosiła standardową formułkę, którą zwykło się w takich sytuacjach przypominać: zabierz ze sobą koszulę na zmianę. Upewnij się, że wyłączyłeś gaz. Nie zapomnij sprawdzić czy zamknąłeś drzwi od mieszkania.
Kiedy dojechałem na miejsce sala była jeszcze pustawa, ale w tle bezustannie dzwoniły telefony stacjonarne. Na głównym stole leżały listy ludzi, prawdopodobnie z rejestru konsularnego i ludzie z telefonem przy twarzy odhaczali poszczególne nazwiska. Zawsze mi jest trudno wdrożyć się w pracę z marszu, więc zacząłem od sprawdzenia skrzynki mailowej. A tam wiadomość z Ministerstwa "Macie wymyśleć jak zrobić, żeby sprowadzić jak najwięcej ludzi do Polski". Agata powiedziała, że Minister był, ale odebrał czerwony telefon i musiał jechać, bo – jak stwierdził - najpierw sprowadzamy ludzi, później informujemy media, a nie odwrotnie.
W pokoju zaczęło robić się gęsto od ludzi. Najważniejsze było zlokalizowanie osób, które chciały przylecieć do Polski. Później kolejne telefony, do linii lotniczych, dyplomatów z Polski i z innych krajów oraz do wojskowych. Należało znaleźć każdej pojedynczej osobie sposób powrotu. Dzwoniliśmy więc ciągle. Bezpośrednio do ludzi na miejscu. Do osób, które nie odbierały telefonu jeździli pracownicy placówek dyplomatycznych, a jak nie było pracowników od nas, to jeździli Niemcy czy Brytyjczycy. Grupowali ich w jednym miejscu. I wspólnie ustalaliśmy czy wysłać wojskową Casę, Dreamlinera czy przylecą Lufthansą. My zabieraliśmy kilku Niemców, oni kilku Polaków. Samoloty z osobami ewakuowanymi lądowały w Polsce późnym wieczorem i w nocy, a ja oglądałem telewizyjną relację, w której Polak mówił, że nikt w Polsce się nim nie zaopiekował, ale dziękuje za pomoc... Niemcom.
A Wy jak oceniacie gotowość Polski do takich akcji kryzysowych w 2026?
Warto o tym mówić głośno? Czy zostawić tą machinę "bezimiennym"? Dajcie znać w komentarzu.
While Trump is blaming Zelensky for the war in Ukraine, the Ukranian city of Kharkiv is being bombed heavily at this very moment. This administration is letting Russia do whatever it wants with innocent men, women and children dying every single day.