Look at this photograph.
It’s 1968.
The man carrying this little boy on his shoulders is not his father.
His father has just left.
Left his mother.
Left their home.
Left for another life.
And the man who showed up — who drove 45 minutes across London just to check on a 5-year-old boy whose world had suddenly fallen apart — is holding him steady with both hands while the child laughs at the top of his lungs.
That drive would inspire the best-selling Beatles single of all time.
The boy’s name was Julian Lennon.
And he has never quite known how to feel about it.
Julian Charles John Lennon was born on April 8, 1963.
Four days earlier, The Beatles had released their first album.
His father, John Lennon, was becoming one of the most famous people on Earth.
From the beginning, music came first.
The touring.
The recording.
The chaos.
The fame.
Julian came after all of it.
Paul McCartney, however, had known Julian since he was a baby. He watched him grow up while the world around the Beatles became louder and stranger and harder to survive.
Then, in May 1968, John told Cynthia Lennon their marriage was over.
He had fallen in love with Yoko Ono.
Cynthia later said she came home from vacation and found Yoko already there.
Just like that, the family was broken apart.
Julian was five years old.
Paul McCartney decided to drive out to see Cynthia and Julian.
No cameras.
No publicity.
No grand gesture.
Just a friend showing up because a little boy was hurting.
And during that drive, Paul started humming.
“Hey Jules… don’t make it bad…”
Later, he changed “Jules” to “Jude.”
The song became “Hey Jude.”
Released in August 1968, it spent nine weeks at No. 1 in America, sold millions of copies, and became the biggest-selling Beatles single in history.
But for Julian Lennon, the song carried two truths at once.
To the world, it became comfort.
To him, it became memory.
A reminder that his father had walked away.
And that another man had stepped in long enough to help carry the weight.
Years later, Julian admitted he has a “love-hate relationship” with the song.
Because every stadium singalong…
Every radio replay…
Every well-meaning person saying “Your song!”…
Also brings him back to that moment when his childhood changed forever.
Yet even through all the complicated feelings, one thing never changed:
He never forgot that Paul showed up.
Not because he had to.
Not because it benefited him.
But because a child needed kindness.
Look at the photograph one more time.
A little boy laughing with his whole body.
A man holding him securely on his shoulders.
Two hands making sure he doesn’t fall.
Julian doesn’t know yet about the divorce.
About the fame.
About the legal battles.
About inheritance disputes.
About the strange burden of having your pain turned into one of the most famous songs ever written.
Right now, he only knows one thing:
Someone came.
And sometimes, for a child, that is everything.
Krzysztof Piesiewicz nie żyje 🖤🖤🖤 Wielki żal.
Załączam jeden z ostatnich Jego wpisów na Tłiterze. Nie dziwię się, że człowiek, który w okresie stanu wojennego występował w procesach działaczy Solidarności, który był oskarżycielem posiłkowym w procesie zabójców ks. Jerzego Popiełuszki, który był też obrońcą w sprawie płk Ryszarda Kuklińskiego, którego matka została zamordowana, a jej ciało skrępowano na wzór ciała ks. Jerzego, który przez lata był członkiem NRA w Warszawie, wykładowcą, wiceprzewodniczącym Komisji Praw Człowieka przy NRA, który był współzałożycielem i wiceprzewodniczącym rozwiązanego w stanie wojennym Stowarzyszenia Opieki nad więźniami Patronat, który był senatorem III RP, który
był współscenarzystą filmów nurtu „moralnego niepokoju” Krzysztofa Kieślowskiego z cyklu Dekalog, Trzy kolory, Podwójne życie Weroniki, Bez końca oraz min. dramatu Niebo w reżyserii Toma Tykwera, więc nie dziwię się, że Krzysztof Piesiewicz - wnikliwy obserwator życia i niezwykle wrażliwy człowiek - obawiał się o wolność Polski, wywalczoną także przez Niego. Mam nadzieję, że te obawy okażą się płonne, czego i Krzysztof Piesiewicz na pewno życzyłby sobie z całego serca.
Cała istota tzw. kłamstwa smoleńskiego polega na tym, że pierwszy błąd (nie merytoryczny lecz polityczny) popełniła polska komisja Jerzego Millera, kierowana faktycznie przez płka Mirosława Grochowskiego, nie wiedzieć czemu zwana przez PiS Komisją Laska, choć Maciek był tylko jej członkiem, ważnym (ma międzynarodowe uprawnienia do badań wypadków lotniczych), ale jednak nią nie kierował. Ten błąd polegał na tym, że od momentu kiedy samolot zaczął ścinać drzewa, co dla każdego pilota jest oczywiste, że to już koniec pieśni, dalszy tor lotu z obrotem na plecy został zbadany, ale nie wyeksponowany.
Na to się właśnie rzucili dziennikarze. I właśnie to stało się pożywką dla poszukiwaczy tajnego bunkra rządu światowego złożonego z reptilian (jaszczurki pod postacią ludzi) wyznania mojżeszowego w rejonie Swornych Gaci pod Charzykowami.
A sprawa wygląda tak. Lotnisko było zapuszczone i zarosły je drzewa. Co prawda opuszczono je pół roku wcześniej, a 103. Gwardyjski Krasnosielski Pułk Lotnictwa Transportowego na Ił-76 który został tu rozformowany. Ale już od kilku lat nikt o to lotnisko nie dbał, nie inwestowano w nie i pozwolono na wyrośnięcie drzew po bokach osi pasa, w odległości od około 500 m od jego progu. Utrzymywano w czystości tylko szeroki na ok. 200 m pas podejścia od dalszej do pasa. To lotnisko nie było już lotniskiem lecz lądowiskiem i planowanie lotu na nie stało w sprzeczności z przepisami HEAD - loty VIP na lądowiska wolno wykonywać wyłącznie śmigłowcami.
Załoga popełniła (jeden z wielu) głupi błąd. Do systemy Flight Management Systems amerykańskiej firmy Universal Avionics Systems Corporation (UASC) z Arizony wprowadziła zdjęte z rosyjskiej mapy współrzędne SK-42, z mapy z odwzorowaniem wg geoidy Krasulskiego a nie z mapy o współrzędnych WGS-84 z mapy z odzworowaniem wg siatki Mercatora, jakie bierze FMS/GPS.
W przypadku lotniska Smoleńsk-Północny (XUBS) różnica między SK-42 a WGS-84 wynosiła około 116 metrów w kierunku południowym. Samolot szedł niemal idealnie - ok. 120 ma na południe od osi pasa. Akurat nad samym skrajem pasa drzew od południowej strony, bo wyczyszczone było niecałe 100 m na południe i północ od osi pasa.
Z przyczyn dobrze opisanych w raporcie POLSKIEJ komisji Tu-154M zniżył się na wysokość ok. 6-9 m nad terenem (6 m - dół podwozia, 9 m mniej więcej krawędź natarcia skrzydła), na zapisie jest te kilka metrów.
I zaczął ścinać drzewa (TAK ŚCINAŁ KILKANAŚCIE DRZEW, A NIE JEDNĄ BRZOZĘ), a dokładniej ich czubki - coraz niżej. Te drzewa zostały pofotografowane i pomierzone przez polską komisję. Ich "przycinka" odpowiada torowi lotu na zapisie z CZTERECH rejestratorów (o rejestratorach będzie oddzielny wpis), dwóch typowych rejestratorach oraz pamięci systemów FMS i TAWS.
Brzoza była starsza, rosła wcześniej, była wyższa i w miejscu ścięcia miała ok. 30-40 cm średnicy pnia. Całkiem sporo. Brzoza rozpruła pokrycie kesonu skrzydła i przedniej jego części do dźwigara, po czym sama się złamała. BRZOZA NIE ODŁAMAŁA SKRZYDŁA.
Pokrycie jest pracujące - usztywnia skrzydło. To konstrukcja półskorupowa. Brzoza weszła między żebra, rozpruła blachę duralumuniową o relatywnie niewielkiej grubości (samolot to nie czołg, jest filigranowy, bo musi być lekki) i została ścięta dźwigarem.
Skrzydło ze sprutym w 1/3 pokryciem straciło sztywność. Przy wzroście siły nośnej i przednim położeniu środka parcia na dużych kątach natarcia zaczęło się skręcać. Aż się ukręciło całkiem na wysokości ok. 30 m. Dźwigar pękł w miejscu, gdzie był skręcany, puściło mocowanie jego pasów tworzące skrzynkę i sam kompletnie stracił sztywność, pękając z trzaskiem. Na wysokości ok. 30 m, po przejściu na wznoszenie. Samolot po utracie 1/3 skrzydła na niewielkiej prędkości, obrócił się na plecy i w toku tej "balii" zmienił kierunek o ok. 30 stopni. Każdy, kto robił beczkę na ściągniętym drążku to wie, jak samolot tańczy po niebie. Dlatego szczątki rozsypały się nie w osi, ale w rozszerzający się trójkątny pas dość długi, a wąski (w myśl fizyki). Oś była odchylona o 30 stopni bo samolot w półeczce zmienił kierunek (co normalne na dużych kątach natarcia, beczka typu "balia").
Na rejestratorze VCR (głosu) są trzaski łamanych drzew a po kilku sekundach, już na wznoszeniu - trzask łamanego (ukręcanego) skrzydła.
Z rozprutego skrzydła wyciekała szerokim strumieniem nafta (paliwo), zapalona rozerwanymi kablami elektrycznymi przechodzącymi w przedniej części skrzydła. Na skrzydle są ślady opalenia. NIE MA ŚLADÓW WYBUCHU. Polska komisja Millera/Grochowskiego miała stały dostęp do wraku na miejscu. Zrobili oględziny, dokumentacje, pobrali próbki do analiz. Wybuchu nie było.
Czy to przekona nieprzekonanych? Na pewno nie, nadal będzie obecna religia smoleńska i bajdurzenia o pancernych brzozach. Choć mam ochotę każdego kto tak mówi wsadzić w samochód, rozpędzić do 270 km/h i niech sobie trzaśnie w brzozę z pniem o średnicy 30-40 cm. Może być zwykła, niepancerna.
Kabina polskiego Tu-154M
Fot. Michał Fiszer
Jeśli podobają Ci się moje wpisy postaw mi kawkę
https://t.co/F3nzvboJLE