@KamilKanclerz88 "Nie będziesz miał innych bogów obok Mnie.Nie czyń sobie bóstw, żadnych wyobrażeń czegokolwiek, co jest wysoko na niebie, nisko na ziemi albo głęboko w wodzie. Nie składaj im pokłonów ani nie oddawaj czci, ponieważ Ja, PAN, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym."
Wszystkim rządzi ZUS, a duch Jacka Bartosiaka unosi się nad Itaką!
Było tak. Siedzą zalotnicy w pałacu Odysa na górce, a Telemach pyta się matki – dlaczego ich nie wyrzucimy? Na co Penelopa – ZUS każe ich ugościć, takie jest prawo. Troszkę się zdziwiłem, bo nie myślałem, że macki ZUS sięgają aż tak daleko w przeszłość. Obecność Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Odysei Nolana zaznaczona jest jeszcze kilkukrotnie, przez różnych ludzi. ZUS generalnie rządził. Może gdyby zamiast napisów w filmie był lektor, albo dubbing, słyszelibyśmy wyraz Zeus, ale nie ma, więc wszyscy gadają o ZUS-ie. I to jest jedyna zajmująca rzecz w tym filmie. Stale też wspominają o ludach morza, których przecież nie mogli tak nazywać, bo jest to wymysł archeologów z XIX wieku. No, ale Nolan tego nie rozumie, czym demaskuje siebie i wszystkich reżyserów, jako skończonych głąbów, którzy mają może jakąś tam sprawność w rozstawianiu aktorów na planie, kamer i oświetlenia, może wiedzą jak sprawić by czarny udający Greka z Myken nie ćpał w garderobie, a biały nie upijał się do nieprzytomności, ale to wszystko. Kwestie dotyczące zawiłości narracyjnych są poza nimi. Stąd Itaka i Troja jawią się w tym filmie niczym projekcje Jacka Bartosiaka. To zaś wprost oznacza, że największy mędrek okazuje się być największym durniem. Wszyscy pływają po morzu, wszyscy mają statki, żegluga nie jest dla nich tajemnicą, ale cały czas gadają o tych ludach morza, które mają przyjść i ich zjeść. Nikt nie myśli o żadnej strategii rzecz jasna, bo wszyscy też czekają na Odysa. Ten zaś, co łatwo wyliczyć, przez większość czasu, kiedy nie ma go w domu, jest na wojnie. To lat dziesięć, ale są kolejne lata, także dekada i z tej dekady siedem lat Odyseusz spędza na wczasach u nimfy Calypso, latając z nią po plaży i żrąc kwiatki lotosu, co rzekomo powoduje zaniki pamięci. Ja wiem, że tak było w Odysei, ale bez jaj, można było z tym coś zrobić w filmie. Calypso, przystojna pani w pewnym wieku zapewnia temu durniowi spokój i komfort. I daje mu ten lotos do jedzenia, który w filmie wygląda jak zrobiony z pianki poliuretanowej. Ostatni dureń domyśliłby się, że coś jest nie tak, ale nie spryciarz Odys. On nie wie o co chodzi. W końcu ta cała Calypso, najwyraźniej nim znudzona odstawia mu ten lotos, a on wtedy puka się w głowę i mówi – a, Pelenopa…! Okay, lecę…
Wcześniej Odyseusz zachowuje się równie nierozsądnie. Lądują na wyspie, widzą owcę, która samotnie lezie pod górę. No i Odys mówi – owce chodzą stadami, idźmy za nią. I dochodzą do jaskini. Jest jasny dzień, owce może i chodzą stadami, ale po pastwisku, a pojedyncze sztuki mają tendencje do gubienia się i włażenia tam gdzie nie potrzeba. I tak było tym razem. W jaskini cyklopa Polifema pali się wielkie ognisko, ale ludzie, nie wpadają na pomysł, by jednak stamtąd wyjść, bo ktoś większy od nich ten ogień rozpalił. No, ale okay, tu się czepiam, bo jakoś trzeba było ten fragment scenariusza zrealizować. No, ale dlaczego tak siermiężnie, przy technice jaką mamy?
Wszystko, mam wrażenie, w tym filmie jest na odwrót, fragmenty w oczywisty sposób symboliczne są potraktowane dosłownie. Fragmenty w oczywisty sposób dosłowne potraktowane są symbolicznie. Możliwości interpretacyjnych jest w przypadku takiego materiału jak Odyseja masa. I to naprawdę ciekawych. Odys był jednym z zalotników Heleny, ale zdecydowała się ona na Menelaosa. To już otwiera interesującą drogę, ale reżyser nią nie poszedł. Wolał pierniczyć o ludach morza, jak Bartosiak w studio z Zychowiczem. Wolał upodobnić ten film do „Gwiezdnych wojen” niż zrobić z nim coś ciekawego. Agamemnon wygląda jak lord Vader. Nie ma twarzy, tylko hełm. Z tyłu hełmu zaś pozłocony kawałek kręgosłupa końskiego z włosiem z ogona. Wygląda to komicznie. Odys kłania mu się i klęka przed nim, tak jakby był on królem w średniowiecznym rozumieniu, a tak przecież nie było. Po prostu reżyser nie rozumie tekstu. To jest coś nieprawdopodobnego. Ludzie zaś czepiają się, że pozatrudniał kolorowych aktorów? To jest najmniejszy problem w tym filmie.
W różnych miejscach lądują ludzie Odysa, ale nagle patrzymy i widzimy piasek, sosny, wszystko jakby znajome. Ani chybi okolice Jantaru, albo Hel…Idą po tym piachu, wchodzą w las, a tam jakiś gnojek w zbroi masturbuje się w kucki odwrócony do nich plecami. Tak to wygląda. Nagle odwraca się i okazuje się, że jednak nie. No, ale gówniak zaczyna wrzeszczeć i z lasu wychodzą powiększeni dwa razy żołnierze imperium z filmu Spilberga. Całkiem nowocześni, bardzo operetkowi, wprost z wizji panów Bartosiaka i Zychowicza. Tak, jakby Odys trafił do tajnej bazy wojsk radzieckich pod Fromborkiem. Trzeba uciekać, bo tamci nie żartują, wygląda to zabawnie, bo Grecy pędzą po tym lesie, a my czekamy kiedy zaczną wywracać jakichś grzybiarzy, bo tylko ich w tej scenie brakuje. Ma to swoje uzasadnienie w tekście, oni się oczywiście jakoś nazywają, ale nie pamiętam jak. Nie ma to jednak uzasadnienia narracyjnego. Potem są inne przygody, syreny na przykład. Odys przywiązany do masztu wrzeszczy w niebogłosy, bo chce do syren, a jeden Chińczyk z załogi wyjmuje sobie wosk z ucha i rzuca się do morza, żeby płynąć wpław do tych skał, gdzie one siedzą. Jest to jeszcze mniej przekonujące niż ciągłe wzywanie na pomoc Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Z topografii poznać możemy, że Odys jest już dawno poza Słupami Heraklesa. I powinien zorientować się, że coś tu – kurde – nie sztymuje. Dopływają do wyspy, gdzie siedzi Kirke. Zwiędła lekko wiedźma otoczona zwierzętami. Udaje wystraszoną, a my odkrywamy, że okoliczności przyrody, w których przebywa są jakby średniowieczno-celtyckie. Kruk w klatce, brudne świniaki w zagrodzie, ale wcześniej po drodze widzieliśmy drapieżniki z krajów tropikalnych, więc trochę nam to burzy obraz. Mniejsza o to. Kirke zamienia kolegów Odysa w świnie, ale potem czuje do niego miętę i mówi – okay, jak chcesz to zrobię z nich z powrotem ludzi. I robi. No, ale do seksu nie dochodzi, bo jak to w średniowieczno-celtyckim świecie bywa wszędzie brud, smród i ubóstwo, a do tego wielkie szpary między deskami domu i wiatr hula jak chce.
Następna w kolejce jest Islandia, czyli Hades. Tam Odys spotyka wszystkich poległych pod Troją kolegów, którzy zachowują się jak wampiry z greckich wierzeń o życiu po śmierci. Dostają od Odysa krew ofiarną i ją piją. Agamemnon też. Zabiła go żona, siostra Heleny, co też nie zostało należycie wykorzystane, bo reżyser skupił się na tym, że Bogowie to frajerzy, których trzeba wykiwać. Tak myśli Odys, ale jego koledzy mają inne zdanie. Po jakimś czasie Odys orientuje się, że z Bogami nie ma żartów. Konkretnie zaś w Hadesie czyli na Islandii dociera doń ta prawda. Nieboszczyki bowiem podnoszą się z błota i pędzą za nim ile sił w nogach, a to wszystko dlatego, że nie pochował ich należycie. No i on dostaje od tego ślepego, co tam też jest w tym Hadesie instrukcje jak ma dokonać uroczystego upamiętnienia zabitych. Dociera do niego też, że z Bogami nie ma żartów i do domu dotrze tylko wtedy kiedy złoży im ofiarę ze swoich kolegów. Najgłupsza scena jest kiedy pokazują stado Heliosa. Naprawdę można było coś z tym zrobić. Tymczasem oni przybijają do jakiejś plaży, gdzie pałęta się kilka chudych król razy polskiej, takich czerwonych. I przepędzają to niby stado Heliosa z miejsca na miejsce. Potem w tajemnicy przed Odysem kopią wielki dół, tam palą ognisko i jedzą jedną krowę. Wkurzony Helios idzie do ZUS-u na skargę, ale tego nie pokazują, a szkoda. No i zgodnie z przepowiednią, wszyscy giną poza Odysem, a jeszcze wcześniej jest Scylla i Harybda.
Tymczasem w Itace….Penelopa siedzi za jakąś kratką i ma zdradziecką służącą, która w zmian za seks z jednym panem kapuje wszystko co ona robi, mówi i myśli do niego właśnie, szefa zalotników. Po co wstawiono postać tej służącej? Nie wiem, bo zgodnie z logiką scenariusza powinna zostać w widowiskowy sposób zabita, a tego nie widać. Po Itace kręci się ślepy pasterz, którego rola w Odysei jest istotna - jest on łącznikiem między dawnymi a nowymi laty i czeka na Odysa. Zalotnicy mu ubliżają. Jest też pies, który ma rozpoznać Odysa, bo tak było w tekście Homera. No, ale psy nie żyją dwudziestu lat, jak tłumaczyła mi wczoraj żona, broniąc tego filmu. A w tym akurat momencie reżyser postanowił być dosłowny. No więc w pewnej chwili tego psa, mocno już steranego życiem, zalotnicy wyrzucają na kompost. Następuje cała sekwencja zdarzeń, która w mojej ocenie trwa co najmniej tydzień. Próbują zabić Telemacha, przypływa Odys przebrany za żebraka, zalotnicy wiodą jakieś dialogi, nie powiem skąd wyjęte. I ten pies cały czas leży na kompoście. A kiedy przybywa Odys i kładzie mu rękę na głowie, on porusza ogonem i umiera. I patrzący na to Telemach już wie, kim jest żebrak.
Sceny w sali biesiadnej nawet mi się nie chce opisywać. Reżyser nie zrozumiał co to znaczy – strzelał przez ucha toporów – choć przecież w starej ekranizacji Odysei pokazane to było wyraźnie. Topór miał z tyłu wąskie ucho, okrągły otwór, w który teoretycznie nie można było wcelować, a Odys przestrzeliwał dwanaście takich uch. Tu mamy powiązane topory, takie do rąbania drewna w Kanadzie, i one są ustawione w kozły, a on strzela przez te kozły. To jest bieda z nędzą, brak rozeznania i zrozumienia materiału historycznego.
Na koniec mamy znów straszenie ZUS-em i Odys mówi do Penelopy – jeszcze nie rozpoznany – nasza epoka brązu kończy się. No, ja pierniczę!!!Do kogo jest adresowany ten film? Potem zaś gada o spaleniu Troi, o tych wszystkich okropieństwach, a ona robi się coraz bledsza i nagle woła – to wy jesteście ludami morza! A on kiwa głową. Mam ochotę wpisać tu serię niecenzuralnych wyrazów, ale się powstrzymam. Na koniec zostawiają tego Telemacha, żeby królował w Itace, i płyną na zachód oddać cześć poległym pod Troją.
Tak to z grubsza wygląda. Nie mam słów. Ludzie jednak są bezradni wobec takich manipulacji i takiej degradacji tekstu, bo wierzą, że reżyser chciał dobrze. Nie chciał. Jedyne co go interesowało to wyciągnięcie pieniędzy, dlatego poustawiał czarnych aktorów w różnych miejscach. Kolo co jest tym całym zapiewajłą na uczcie wygląda jak Bob Marley, tylko beretu nie ma. No i wobec powyższego wiele osób będzie bronić tego filmu, bo wyjdą wzruszeni, albowiem Penelopa płacze, jest wierna do końca, a Odys jednak żyje. Ja jednak jestem przeciw. Film ten wskazuje też dokąd prowadzi kinematografię nowoczesna technika, do Hadesu mianowicie. Każdy, najgłupszy pomysł może być zrealizowany. Liczą się tylko efekty, im durniejsze tym lepiej. To zaś co wynika z tekstu, a wynika wiele, w dodatku są to same nieoczywiste rzeczy, nie ma najmniejszego znaczenia.
Teraz ogłoszenie: Okazało się, że konferencja w Zielonej Górze jednak się odbędzie. W sobotę 5 września. Szczegóły będą po weekendzie w ulotce, którą tu opublikujemy. Dzień wcześniej rozpoczyna się winobranie w Zielonej Górze. Wszystkich szczegółów dowiedzie się od Marcina i Pawła
[email protected][email protected]
Do nich też należy zgłaszać chęć uczestnictwa. Nie wiem ile to teraz kosztuje. Na pewno mniej niż u mnie.
Wygłoszę tam wykład pod tytułem „Stosunki polsko-ukraińskie” w XIX i XX wieku i będę opowiadał same herezje.
No i promocja na dzień dzisiejszy jeszcze
https://t.co/sAql6mWk8H
https://t.co/F1NzIwgUyr
https://t.co/CNfzt8tLmM
A ci co nie słyszeli ostatnich pogadanek mogą sobie je odsłuchać teraz
https://t.co/xnUkwRQQKH
https://t.co/z3gNtmxECu
https://t.co/GFowze51vE
Wolność króla = wolność ludu
Ustaliliśmy to niedawno, a formuła taka wyjaśnia łatwo wiele złożonych z pozoru kwestii. Na przykład, dlaczego Wielka Grecja, czyli kolonie helleńskie w Italii broniły się zawzięcie przed demokracją ateńską i jej przedstawicielami, stawiając raczej na swoich tyranów. Wyjaśnia ona także inne sprawy znacznie bliższe naszym czasom. Jak choćby tę opisaną przez alfatoola we wczorajszym tekście, a dotyczącą Piłsudskiego. Jeśli wolność króla oznacza wolność ludu, to widzimy, że o żadnej wolności ludu w latach międzywojennych nie mogło być nawet mowy. Możemy za to porozmawiać sobie o sposobach ograniczania wolności króla, które – wszystkie jak jeden – dostosowywane są przez otoczenie władcy do jego deficytów.
Piłsudski był znanym mitomanem. Mówił, że w noc jego narodzin nad Zułowem przelatywał duch Napoleona Bonaparte. Wierzył w to, jak również w swoją misję. Nie interesował się w zasadzie niczym poza swoim osobistym udziałem we władzy nad krajem. Tę zaś pojmował, jako obsadzenie wszystkich urzędów i stanowisk swoimi ludźmi. Z perspektywy, którą tu wyznaczyliśmy trudno o gorszą definicję władzy, jak ta sprawowana za pomocą „swoich ludzi”. Oni bowiem, w krótkim czasie, okazują się być „nie swoi” i zaczynają walki frakcyjne i osobiste między sobą. Są także korumpowani przez agentury państw wrogich, a czynione jest to w taki sposób, by uwidocznić także ich deficyty oraz przekonać ich przy tym, że działają w dobrej wierze. Korupcja polityczna bowiem nie polega tylko na wyłonieniu wśród politycznych elit wyłącznie cynicznych łobuzów, ale także przekonanych idealistów, stojących na straży wartości najświętszych.
Kiedy więc szukamy właściwych kierunków politycznych w otoczeniu króla, istotne jest by to on sam je wskazywał, często wbrew doradcom, nawet tym, którzy wydają się nie do ruszenia. Sytuacja taka, nieco przejaskrawiona, pokazana jest w jedynej sztuce Szekspira, którą obejrzałem w całości, czyli Henryku V. Jest to opowieść o tym, jak król uwalnia się od wpływów otoczenia i zyskuje dojrzałość polityczną, ale także wolność. Ta będzie także gwarancją wolności dla ludu. Król, który jest wolny, narażony jest także na wielkie niebezpieczeństwo, albowiem ci, którzy są przeciwni wolności królewskiej, a wskazują na to, że inne realizacje władzy są lepsze, skuteczniejsze i prowadzą do szczęścia ludu, wiedzą że muszą się pozbyć takiego króla. Jego wolność bowiem to przede wszystkim zagrożenie dla ich karier. I nie mówimy tu o parlamencie, czy jakiejś jego szczątkowej formie, a o dworze, który zawsze uzurpuje sobie prawo do tego, by ubezwłasnowolnić króla. To zaś zawsze, podkreślam, odbywa się w imieniu innego władcy. Ten poszerza zakres swojej władzy na obcym dworze, poprzez odpowiedni dobór doradców, działających w jego imieniu. Mogą oni być skuszeni pieniędzmi, albo też jak kanclerz Krzysztof Szydłowiecki, zawrzeć z wrogiem braterstwo krwi. Ten wróg zaś nie musi być wrogiem oczywistym, bo książę Albrecht był przecież lennikiem króla Zygmunta. Dwór zaś tego ostatniego był kwintesencją patologii, na które tu wskazujemy. Decyzje króla były połowiczne, niczego nie rozwiązywały, mnożyły problemy i dopuszczały do władzy skończonych łobuzów. Jedyną osobą prawdziwie wolną na krakowskim dworze, ale też żyjącą w nieustannym lęku, była królowa Bona. Ona bowiem walczyła o wolność dla siebie i swojego syna. Tym samym walczyła także o wolność ludu, albowiem ta jest równoznaczna z wolnością króla.
Na razie więc doliczyć się możemy w historii nowożytnej dwojga panujących, którzy przede wszystkim domagali się swobody decyzji dla siebie. Pierwszym była Bona, a drugim król Stefan. Zygmunt II, bowiem choć próbował zrobić wiele, został ubezwłasnowolniony przez kanalie, okradziony i wykorzystany, a jego ciało porzucono. Niestety sytuacja ta nie doczekała się żadnego szekspirowskiego opisu, albowiem niewolny lud nie może być karmiony prawdą. Żywi się go złudzeniami, które zapewniają komfort oligarchiom i agenturom. Dlatego my kojarzymy króla Zygmunta II, wyłącznie z jego morganatyczną małżonką i wielką miłością obojga. To zaś był jeden ze sposobów zniewolenia króla zastosowany przez oligarchię dążącą do protestantyzacji kraju i oderwania Litwy od Polski.
Król Stefan zapowiedział, że nie będzie królem malowanym. To zaś oznaczało, że rozumie ryzyko i bierze je na siebie. Dlatego otaczał się węgierskimi żołnierzami, z czego szydziły kanalie takiej, jak Olbracht Łaski. Po trzech szczęśliwych kampaniach w Moskwie, ale bez osiągnięcia celu strategicznego, czyli zdobycia Narwy, król Stefan jednak zorientował się, że ochrona osobista to za mało. Polityka zaś jest o wiele bardziej potworna niż mu się zdawało. Zaczął więc izolować się od niej, otaczając się oddanymi ludźmi. Niestety musiał mieć przy sobie lekarzy oraz dwór, na którym czynni byli ludzie pozostający poza kontrolą jego węgierskich ochroniarzy.
Najbardziej wolnym królem w całej naszej historii był chyba Zygmunt III. Na powierzchni utrzymywały go koniunktury, po części tworzone przez niego samego, ale także przez dwory obce. Już nie było mowy o podziale Rzeczpospolitej między Moskwę, a cesarstwo, bo to ostatnie żyło w grozie ataku z zachodu. I szukało sojuszników. Król zaś prowadził politykę Batorego angażując największych łotrów na froncie moskiewskim, słusznie rozumując, że spotkają oni tam takich samych jak oni i to da im zajęcie, uspokoi ich ambicje i będzie trzymać z daleka od spraw dworu i parlamentu.
Kluczowym dla nas dziś przedsięwzięciem kulturalnym byłoby więc przetłumaczenie i omówienie przez kompetentnych historyków książki Waltera Leitscha. Tak się jednak nie stanie, bo nie jesteśmy wolnym ludem. A dlaczego nim nie jesteśmy to już każdy dobrze wie. Rodzi się więc pytanie – kto jest dzisiaj królem? W mojej opinii prezydent Nawrocki. Jego koncepcja władzy prezydenckiej jest słuszna, albowiem wskazuje na osobę oraz udziela jej swobody działania. Znienawidzone oligarchie tracą na znaczeniu, a psy i kanalie zostają w takim systemie uwiązane na łańcuchu. Ostatnie wypadki zaś pokazały, że choć prezydent Nawrocki nie jest aż tak radykalny jak Henryk V, który wypędzał i wieszał swoich dawnych współpracowników, okazujących nielojalność lub choćby tylko nieposłuszeństwo, to jednak potrafi wpływać na swoje otoczenie i decyduje sam. To daje nam nadzieję. Wolny król bowiem oznacza, że lud także będzie wolny. Gawędy zaś o podziale parlamentarnego tortu, obietnice wyborcze, krótkie i dłuższe kariery różnych kanalii, oznaczają to jedynie, że nasze dzieci znów zostaną wypchnięte na emigrację, my sami zaś będziemy śledzić wyczyny łotrów i zaciskać zęby z wściekłości. Oby do tego nie doszło.
Wolność króla oznacza jeszcze jedną istotną zmianę – zmienia się sposób komunikacji i ten nowy sposób staje się on obowiązujący. To znaczy, że prymitywne kalki pojęciowe, w których realizm przeciwstawiany jest romantyzmowi, Dmowski Piłsudskiemu, a Rosja Niemcom – obie zaś siły rozumiane są jako trendy w polskiej polityce – tracą na znaczeniu. Tracą też na znaczeniu ludzie je kolportujący – tacy, jak Zychowicz. Bo wolność króla z miejsca unieważnia też aspirujących idiotów, kokietów i sfrustrowanych profesorów, którzy nie mogą zrobić kariery w Krakowie. Stawia również pod znakiem zapytania wpływy tak zwanych środowisk.
Z tą myślą Was zostawiam. Wrzucam też do sklepu trochę nowych i trochę starych książek.
https://t.co/1DFkDGCiXo
https://t.co/JKCdwHA3cu
https://t.co/v46AFpFN7z
https://t.co/9fxxLhqC4O
https://t.co/VoTbSXBa6N
https://t.co/CIPCU8fvwx
https://t.co/eHTi5Q3dJf
https://t.co/iBjvG2Xl7o
https://t.co/McOZ4aPL93
https://t.co/xdsiwb1Gi2 Kiedyś, wieki temu, z @sztybor_writes zrobiliśmy komiks do antologii "100 na 100". Sztybor napisał fajny scenariusz w klimacie "Podejrzanych", a ja go zilustrowałem.
Wszyscy Państwo, którzy kupili od nas książki i oczekują na ich dostarczenie proszeni są o cierpliwość. Mamy małe opóźnienie, bo nagle zrobiło się tych wysyłek całkiem sporo. Nasze wydawnictwo zaś składa się z dwóch osób wykonujących prace redakcyjno-autorsko-promocyjne oraz jednej osoby odpowiedzialnej za wysyłkę. Bardzo więc wszystkich przepraszam za opóźnienie, proszę o cierpliwość. Zamieszczam też, wprost dla beki, kilka fotek przedstawiających stan niezależnej oficyny wydawniczej żyjącej ze sprzedaży jedynie, anno domini 2026. W tym właśnie chaosie odbywa się jeszcze wysyłka. Jeszcze raz upraszam o cierpliwość. Może kiedyś będzie lepiej.
https://t.co/BrOLd5XfBt "Lepsze czasy. Jak zostać królem" opisują życie gospodarcze Rzeczpospolitej za Zygmunta III Wazy. Po co w książce z obrazkami tłumaczyć zasady funkcjonowania sejmu Rzeczpospolitej Obojga Narodów i obowiązujących wtedy podatków? Czy to nie jest za nudne? Myślę, że tak. Chyba lepiej odpalić NETFLIX. Jeśli ktoś jednak się upiera lub nie ma subskrypcji tej platformy to zapraszamy do naszej książki.
Kilka osób na przestrzeni pewnego czasu, zapytało mnie, o co chodzi z tym Kowalskim. Wiem, że nie każdy widział „Gran Torino”, ale te osoby znały Clinta bardzo dobrze i ten film chyba też. Trochę wtedy zwątpiłem w to co robię, ale tylko na chwilę.😉
T-shirt „Kowalski”
Chciałem, w związku z rocznicą spalenia na stosie Joanny d'Arc, przypomnieć rozdział I tomu Kredytu i wojny.
Dwie święte Joanny
Oto opinia Stanisława Witkiewicza na temat malarstwa Jana Matejki:
Matejko pomału tracił te wszystkie przymioty, jakie sztuka zdobyła wielowiekowym rozwojem i które na dzisiejszym jej poziomie są bezwzględnie konieczne. Matejko coraz więcej myśli jako historyk – coraz mniej jako malarz. Dziś Matejko wyzbył się doszczętnie perspektywy, i harmonii barw, i logiki światłocienia, i zmanierował się prawie do reszty w kształtach; dziś każdy cal jego „największego” obrazu przesiąkły jest ideą. Jeszcze chwila, a zaczną się na tych obrazach zjawiać wstęgi z wypisanymi mowami malowanych osób, wprawiane w ramy obrazu katarynki brzmieć „głosem podniesionej fanfary”.
A tu opinia o konkretnym obrazie:
Jego obraz jest to zbiór studiów przygotowawczych, wykonanych pod względem kształtu po mistrzowsku zużytych w obrazie przez zupełnego nieuka lub przez malarza z czasów przedperspektywicznych. Tu ciało bez głowy, tam łeb toczy się bez ciała; tu czyjeś ręce urwały się i lecą, tam koń zamiast zadu przebiera czworgiem nóg ludzkich, tu człowiek na próżno stara się dostać stopami ziemi. Obraz Matejki jest szczytem wad perspektywicznych! Kto by, malując twarz ludzką, przesunął brodę na miejsce czoła, usta na miejsce oczu, a nos zawiesił zamiast ucha, ten by dopiero popełnił błędy równające się tym, jakie Matejko z lekkim sercem zostawia w budowie obrazu.
O jakim obrazie pisze Witkiewicz? Które działo nazywa szyderczo „największym” obrazem Matejki? Niełatwo przyjdzie się domyślić czytelnikowi nie znającemu dokładnie twórczości mistrza Jana, bo obraz ten rzadko jest reprodukowany, a w wielkich muzeach nie był prezentowany od czasu swego powstania. Dziś wisi w prowincjonalnej galerii, która jest częścią Muzeum Narodowego w Poznaniu. To rzeczywiście największy obraz Matejki, większy niż „Grunwald”, przedstawia on Joannę d'Arc wjeżdżającą do Reims miasta gdzie koronowany został na króla Francji Karol VII de Valois.
Obraz ten, podobnie jak „Grunwald” jest po prostu potwornością – taką konkluzją zakończył Stanisław Witkiewicz swoją wypowiedź na temat „Joanny d'Arc wjeżdżającej do Reims”.
Jan Matejko ukończył swoje „największe”, wyszydzane od samego początku dzieło w maju 1886 roku. Namalował je z myślą o tym, by naród polski, który mistrz obdarowywał swoimi dziełami podarował go narodowi francuskiemu, „dźwigającemu się z upadku” po wojnie z Prusami. Pomysł ten wywołał w lojalistycznie do Habsburgów nastawionym Krakowie panikę. Redakcja „Czasu” nie chciała opublikować manifestu mistrza dotyczącego tej darowizny, a on sam słysząc o decyzji redaktora naczelnego, postanowił, że rozlepi odezwę w sprawie „Joanny” na rogach wszystkich ulic, jak Kraków długi i szeroki.
„Joanna” wywołała więc sprzeciw w dwóch krakowskich środowiskach, w sekcie Stańczyków i w sekcie wyznawców sztuki prawdziwej. Tak jakby obraz Matejki nie był sztuką i jakby nie był prawdziwy. Tak jakby Matejko nie zaplanował go jako metafory, jako symbolu siły duchowej, która w jednej chwili może zgnieść wszystkie potęgi tego świata.
Oczywiście można dyskutować nad sensownością pomysłu mistrza. Nie wiadomo jak prezydent republiki i jego ministrowie, aferzyści jak jeden, w dodatku wrogo nastawieni do Kościoła i jego świętych, zareagowaliby na ten niecodzienny dar. Tyle, że nikt z oponentów Matejki nie podnosił takiego argumentu. Dominowała obawa o reakcję dworu wiedeńskiego oraz fałszywa troska o jakość polskiej sztuki i opinię o niej za granicą. Obawa głupia i płytka, która, zagnieździwszy się w wielu głowach, stała się przyczyną upadku polskiego malarstwa i jego oficjalnego i nieodwołalnego unieważnienia.
Matejko zrezygnował w końcu z podarowania obrazu Francuzom, „Joanna” znalazła się jednak w Paryżu. Obraz wystawiono na wielkiej wystawie w roku 1887. Spotkał się rzecz jasna z chłodnym przyjęciem, przez wielu wpływowych krytyków nie został w ogóle zauważony, a inni wyszydzali go używając słów jeszcze okropniejszych niż Witkiewicz. Tak jakby na tej samej wystawie akademicy francuscy nie pokazali swoich strasznych ramot. Jakby nie było tam „Zwycięzców spod Salaminy” Cormona, specjalisty od życia ludzi jaskiniowych, autora sławnego dzieła pod tytułem „Kain” przedstawiającego nędznie odzianego starca, w istocie przypominającego człowieka jaskiniowego jak prowadzi swoje zdziczałe i obdarte plemię do krainy Nod, którą podarował mu Pan, a która jak pamiętamy leży na wschód od Edenu.
Wśród dzieł takich mistrzów pokazany został obraz Matejki, obraz gęsty od znaczeń i symboli, obraz przedstawiający Joannę uduchowioną i piękną.
To nie koniec jednak. Firmin Javel redaktor czasopisma L'Art francais” napisał, że narzekania na schyłek malarstwa historycznego w roku 1887 nie są uzasadnione. Francja nie ma co prawda zbyt wielu malarzy historycznych, ale ci którzy są, nie mają sobie równych. Taki choćby Jean Paul Laurens, nie można nawet pomyśleć o tym, by zestawić z nim Matejkę i jego obraz. Jeśli bowiem uważa się tego ostatniego za wielkiego malarza – pisał Javel – to chyba tylko w Polsce. Francuzi są zbyt wymagający i od dzieła sztuki oczekują przede wszystkim smaku i jasności, a tego właśnie nie można dostrzec na zbyt wielkim płótnie Jana Matejki.
Jakiż to obraz wystawił w roku 1887 Jean Paul Laurens na paryskiej wystawie? Otóż dość znaczący, tak pod względem treści, jak też znacz��cy dla nas i naszej opowieści. Obraz ten przedstawia trybunał inkwizycyjny i stojącego przed nim czarnego mnicha z tonsurą. Dzieło nosi tytuł „Langwedocki agitator”. Jego wymowa, jeśli przyjrzymy się dodatkowo innym obrazom Laurensa jest jasna. Oto dominikański mnich oskarża o herezję ludzi, którzy oświetleni są jasną smugą światła padającego z zakratowanego okna. On sam i trybunał, do którego przemawia znajdują się tuż przed naszymi oczami, światło jednak do nich nie dociera. Siedzą w cieniu, w przeciwieństwie do oskarżonych, którzy dzięki promieniom zamieniają się w złote i nierealne zjawy. Trudno nie interpretować tego dzieła w sposób symboliczny, ale widocznie popełniam tu jakiś błąd, być może nie wczytuję się zbyt pilnie w opinie krytyków z epoki.
„Langwedocki agitator” - jasne światło oblewające siedzących na ławie, oskarżonych heretyków i „Joanna wjeżdżająca do Reims”, wielkie, ciemne płótno oświetlone jedynie blaskiem nimbu świętej i dwoma pochodniami. Trybunał na obrazie Laurensa obraduje w środku dnia, Joanna wjeżdża do miasta wśród nocy.
Mimo sugestii Jana Matejki, że Joanna już jest święta, co możemy poznać po nimbie nad jej głową, w roku 1887 daleko było jeszcze do kanonizacji. Przygotowania do procesu beatyfikacji rozpoczęły się dopiero w roku 1869, choć przecież Joanna od samej swojej śmierci otoczona była kultem. Biskup Orleanu Felix Antoine Philibert Dupanloup, wraz ze wszystkimi biskupami diecezji orleańskiej wystosował do papieża Piusa IX pismo z prośbą o przyznanie Joannie tych honorów, którymi otacza się błogosławionych. Musiało jednak minąć aż dwadzieścia pięć lat, by papież Leon XIII ogłosił Joannę osobą czcigodną, a stało się to w roku 1894. Pomiędzy rokiem 1869 a 1894 zmieniło się we Francji właściwie wszystko. Spróbujmy krótko nakreślić sytuację tamtych lat, wskazać szlaki, którymi biegły myśli polityków i duchownych oraz dokonać podsumowania tego niełatwego czasu. Najważniejszym wydarzeniem epoki była wojna z Prusami, wojna haniebna, przegrana, wojna, która rzuciła Francję na kolana. Po niej przyszła komuna paryska, która z kolei rzuciła na kolana stolicę. No, a później zapanował pokój, nie miał on jednak w sobie nic z błogości. Był to pokój nerwowy, pełen drgawek, a III republika, w którą Francja zamieniła się na cztery dekady, rozpoczęła swoją wojnę z Kościołem.
Wojna i komuna wywołały w społeczeństwie francuskim, tradycyjnie religijnym mimo wszystkich rewolucji, reakcję podobną do tej jaką w latach osiemdziesiątych w społeczeństwie polskim wywołała komuna. Rozpoczął się ruch pielgrzymkowy, odnowiono wszystkie szlaki pielgrzymek w kraju, ludzie wędrowali, jeździli pociągami i dyliżansami do świętych miejsc i tam uczestniczyli w nabożeństwach. Cały aparat podporządkowanych propagandzie republikańskiej pisarzy z Victorem Hugo na czele głośno i fałszywie sprzeciwiał się tym manifestacjom pobożności. One zaś trwały, jakby ludzie przeczuwali co szykuje im rząd aferzystów uwikłanych w światowe interesy. Rok 1873 nazywany był we Francji rokiem pielgrzymek, a już w następnym roku rząd republiki rozpoczął likwidację zakonów klauzurowych i zabrał się za przejmowanie nieruchomości Kościoła. Fala prześladowań i konfiskat, ustaw godzących w mienie Kościoła trwała do roku 1879. Potem szykany nieco zelżały, by wybuchnąć na nowo w roku 1904 i zakończyć się zerwaniem konkordatu. Przez cały ten czas toczył się proces beatyfikacyjny Joanny d'Arc.
Prześladowania Kościoła we Francji wywołały odpowiednią reakcję na świecie. Oto w roku 1880 na ręce kardynała Guilberta arcybiskupa Paryża wpłynęło pismo następującej treści:
W imię tej wolności, która Anglikom jest szczególnie droga chcemy waszej Eminencji, a w jej osobie wszystkim francuskim katolikom wyrazić oburzenie, które czujemy z powodu prześladowań jakie nad zakonami zawisło. Nie możemy tego pominąć milczeniem, słysząc, że kościoły i klasztory znieważono i mężów, którzy dla swej pobożności i dobrych uczynków sławnymi się stali, pod gołe niebo wypędzono. Wasza Eminencja pozwoli, że niesprawiedliwie prześladowanym ofiarom w ich smutnym położeniu wyrazimy naszą gorącą sympatię i to zapewnienie, że pomimo różnicy jaka nas dzieli w innych zapatrywaniach, w tym przypadku, w sprawie szlachetnych usiłowań i w obronie tak świętej sprawy, jak religii i moralności, całą duszą i całym sercem jedność stanowimy.
Pismo to podpisane zostało przez arcybiskupa Canterbury oraz dwunastu anglikańskich biskupów. Czy to nie dziwne? Hierarchowie, którzy firmowali swoimi osobami tradycję wyrosłą z grabieży Kościoła Katolickiego, oburzają się, kiedy do takiej samej grabieży dochodzi za kanałem La Manche. I trudno nam tu podejrzewać anglikańskich hierarchów o nieszczerość, z pewnością mieli dobre intencje. Popatrzmy jednak co się działo we Francji, ale także w Anglii w latach późniejszych. W roku 1880, kiedy arcybiskup Paryża przeczytał pismo anglikańskich hierarchów, za kanałem zamieszkał pewien francuski zakonnik, był jezuitą i nazywał się du Lac, Stanislas du Lac. Był on do roku 1879 dyrektorem liceum Saint Geneviev w Paryżu, jednej z najlepszych szkół w kraju, wskutek nowych republikańskich ustaw zakazujących prowadzenia zakładów dla młodzieży księżom i zakonnikom du Lac znalazł się na wygnaniu. Nie w Rzymie bynajmniej, czego należałoby się spodziewać po księdzu jezuicie, nie w koloniach, ale w Londynie. Cóż robił tam ojciec du Lac? To samo co w Paryżu, prowadził elitarne liceum dla młodzieży katolickiej i protestanckiej, czemu z życzliwością przyglądał się arcybiskup Canterbury, współczujący cierpieniom zakonników prześladowanych przez republikę. W czasie swojego pobytu nad Tamizą, ojciec du Lac przyjmował gości z Francji, wśród nich wyróżniał się jeden szczególny pan, był to dziennikarz i pisarz nazwiskiem Eduard Adolphe Drumont.
Porzućmy teraz towarzyszącą nam od dwóch akapitów manierę sugerującą, jakoby prowadzone tu było jakieś dziennikarskie śledztwo i przenieśmy się od razu do roku 1894, roku, w którym Joanna d'Arc ogłoszona została czcigodną.
W tym samym roku, francuski oficer nazwiskiem Dreyfus został oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Dreyfus był Alzatczykiem, najmłodszym dzieckiem wśród dziewięciorga w jego rodzinie. Jego ojciec miał dobrze prosperujący skład tekstyliów i prowadził interesy w całym kraju. Sprawa Dreyfusa podzieliła społeczeństwo francuskie, które i tak było silnie spolaryzowane, od czasu gdy republikańscy politycy poszli na wojnę z Kościołem. Człowiekiem zaś, który miał największy udział w oczernianiu i szkalowaniu Dreyfusa, był właśnie Drumont, w roku 1886 wydał on ogromne dzieło pod tytułem „Żydowska Francja”, a na jego kartach opisał wszystkie podstępne metody, jakimi Żydzi próbują przejąć władzę w III republice. Nie zaniepokoił go przy tym ani razu fakt, że III republika rządzona jest przez masonów, którzy jak wiadomo, od samego zarania swych dziejów idą z Żydami ramię w ramię i tylko patrzą gdzie by tu zaszkodzić pokornemu chrześcijańskiemu ludowi. Na książce „Żydowska Francja” monsieur Drumont dorobił się wielkiego majątku. Zanim to się stało, ktoś musiał weń zainwestować. Prasa wydawana przez zaatakowanych tak niespodziewanie Żydów, dotychczas przedstawianych przez francuskich antysemitów, jako gromada niegroźnych, cuchnących czosnkiem groszorobów, bez ogłady i inteligencji, wskazała winowajcę wprost. To jezuici dali pieniądze antysemicie Drumontowi, to oni za wszystkim stoją. I nikt nie zastanowił się, jak to jest możliwe, że właśnie jezuici, skoro ich majątek został skonfiskowany, a oni sami przebywają na wygnaniu w Anglii, gdzie arcybiskup Canterbury udziela im gościny. Na stronach redagowanych przez członków Grand Orient znaleźć możemy informację, że ojciec du Lac został w aferę Dreyfusa wciągnięty przypadkiem. Zanim jednak to rozstrzygniemy popatrzmy jak rozwijała się sytuacja. W roku 1879 jezuici wyjeżdżają do Anglii i tam przez dziesięć lat prowadzą swoją edukacyjną działalność. W tym czasie jednego z nich, najważniejszego naszym zdaniem, odwiedza Drumont. Czy on w ogóle jest katolikiem ten Drumont? Ponoć tak, ale żyje pod jednym dachem z niepoślubioną sobie kobietą, nie może więc przystępować do sakramentów. Ponoć kiedy był w Londynie wyspowiadał się ojcu du Lac, a ten dał mu wtedy pieniądze wydanie książki o Żydach, którzy niszczą Francję. Nakłonił go także do wydawania pisma pod tytułem „Wolne słowo”, w którym Drumont mógł rozprawiać się z Żydami cyklicznie i uzależniać w ten sposób pobożnych Francuzów, zaniepokojonych sytuacją w kraju od produkowanych przez siebie treści. Kiedy wskutek swojego dynamicznego temperamentu Drumont zostaje osadzony w więzieniu na trzy miesiące, wyznaje tam, kto z polityków i ile zarobił na budowie kanału panamskiego. Wywołuje to prawdziwą burzę i dymisję rządu. Było to już po powrocie ojca du Lac z Londynu. Nie wiadomo skąd agresywny pisarz antysemita wziął swoje rewelacje, ale nikt nie wydaje się szczerze tym zainteresowany. Sprawa Dreyfusa toczy się tymczasem niczym rozpędzona lokomotywa. Sam Dreyfus siedzi ponoć na Wyspie Diabelskiej, ale gazety nie próżnują.
Wkrótce Francja dorobi się nowej afery, afery fiszek. Jej istotą był system promowania oficerów w armii. Rząd republiki miał zamiar przeprowadzić tajną akcję, w efekcie której awansowano by jedynie oficerów o słusznych, republikańskich poglądach. Zatrzymując kariery monarchistów, tradycyjnych katolików oraz niezdecydowanych. Moderatorem afery fiszek był republikański minister wojny Louis Andre, miał on ponoć zwyczaj w kartotekach oficerów dopisywać przy ich nazwiskach takie określenia jak: klerokaraluch, klerokanalia, klecha czystej krwi.
Za sprawą ojca du Lac, jak twierdziły republikańskie gazety, Drumont, ale nie tylko on rozdmuchał aferę oskarżając rząd o promocję oficerów pochodzenia żydowskiego. Takich jak Dreyfus na przykład. O sprawie pisał też dziennik „La Croix” wydawany od roku 1880 przez braci augustianów od Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Nie pytajcie mnie jak to się stało, że ojcowie augustianie zaczęli wydawać katolicki dziennik akurat w tym czasie kiedy republika wydalała ze swojego obszaru wszystkich zakonników, nie pytajcie mnie, skąd pochodziły pieniądze na promocję tego dziennika, który w ciągu jednego roku zmienił cykl wydawniczy, wcześniej był bowiem miesięcznikiem. Ja tego nie wiem, nie wiem także kto podsunął ojcom augustianom pomysł, by obniżyć cenę gazety do pięciu centymów. La Croix stała się, prócz rzecz jasna gazety Drumonta najważniejszą trybuną, z której atakowano Dreyfusa.
Alfred Dreyfus jak pamiętamy, został zdegradowany, złamano jego szablę przed frontem żołnierzy, a jego samego wysłano do jednego z najcięższych zakładów odosobnienia – na Wyspę Diabelską, leżącą u brzegów Gujany Francuskiej. Powrócił z niej w roku 1906 po to, by odebrać order Legii Honorowej i wrócić do czynnej służby. Został całkowicie zrehabilitowany, a jego wrogowie pognębieni. Jeden z nich, człowiek, który rozpoczął kampanię przeciwko Dreyfusowi, Eduard Adlphe Drumont, uczynił z Joanny d'Arc, kandydatki na błogosławioną, symbol nacjonalistycznej, wrogiej Żydom Francji. W czasie trwania afery Dreyfusa pod złotym pomnikiem Joanny autorstwa Emmanuela Fremiet demonstrowały tłumy wrogie Dreyfusowi i Żydom służącym we francuskiej armii. Sam Drumont nazwał kiedyś Joannę ochrzczoną aryjką.
W czasie kiedy Drumont próbuje zawłaszczyć Joannę dla francuskich nacjonalistów, polityk socjalistyczny Józef Fabre, próbuje zawłaszczyć ją dla lewicy i uczynić z przyszłej świętej ikonę walki o wyzwolenie ludu z ucisku nie tylko najeźdźcy, ale także Kościoła. To się spotyka ze zdecydowany sprzeciwem hierarchii. Joanna staje się jednak, długo przed swoją kanonizacją symbolem francuskiego patriotyzmu. Jej postać widnieje w podręcznikach szkolnych i książkach dla dzieci. Staje się bohaterką państwową, choć państwo to – III republika jest jawnie wroga wobec Kościoła. Jak wyjaśnić sobie ten cały chaos, który zakończył się w sposób niezwykły i demaskujący? Oto afera Dreyfusa, doprowadzi��a do tego, że armia francuska została poddana cywilnej kontroli. Takiego wytrychu używa się opisując tamte czasy i tamte afery. A pod czyją kontrolą była wcześniej? Sugestie, że pod kontrolą Kościoła, ze wskazaniem na jezuitę ojca du Lac, jak to można było przeczytać w manifestach wydawanych przez Grand Orient, są chyba zbyt ekstrawaganckie. Bo jeśli tak, to moglibyśmy, żartem zupełnie, powiedzieć, że później armia francuska przeszła pod kontrolę arcybiskupa Canterbury. Czy bardzo byśmy się mylili?
Francja odzyskała cywilną kontrolę nad armią w przeddzień wielkiej wojny, na którą nie miał ochoty żaden z francuskich oficerów, wyjąwszy nieudanego puczystę generała Bulangera. On jednak już wówczas nie żył. Kto w istocie sprawował tę kontrolę?
W biografiach pisanych przez katolików ojciec du Lac przedstawiany jest jako człowiek niezwykłej prawości. Czy był nim w istocie? Zapewne tak, trudno jednak wykluczyć, że ten inteligentny i świadomy człowiek nie został przez czas swojego pobytu w Londynie poddany jakimś naciskom. Trudno tym bardziej, że jego nazwisko, bez jego zgody wykorzystywane było za każdym razem kiedy trzeba było pokazać jak bardzo ludzie Kościoła nienawidzą Żydów, jak bardzo są ksenofobiczni i ograniczeni. Trudno także nie zapytać jak to się stało, że za sprawą jednego człowieka zmienił się całkiem stosunek Francuzów do Żydów, z obojętnego lub lekceważącego stał się nagle agresywny i oszczerczy. Kto dał pieniądze Drumontowi na prowadzenie działalności wydawniczej, bo przecież nie jezuici ograbieni przez republikę. Kto pomógł augustianom w przerobieniu niedochodowego miesięcznika w agresywny dziennik? I najważniejsze, kto spreparował dowody w sprawie Dreyfusa? Nie odpowiemy tu na te pytania, bo interesuje nas dziś jedynie mechanizm propagandy, mechanizm produkujący kłamstwa twardsze niż spiż. Jest on jak sądzę prosty, skuteczny i zawsze działa na jednakowej zasadzie. Spróbujemy opisać go w nowej Baśni kilkakrotnie. Nie można jednak pozostawić tego wątku w zawieszeniu, wymieńmy choć jedno nazwisko. Oto ono: Frederick Cornwalis Conybear, profesor Oxfordu, orientalista, znawca dziejów Kościoła Armeńskiego oraz dziejów sekty paulicjan, członek stowarzyszenia Rationalist Press Association. Człowiek o wielkim dorobku naukowym, który pewnego dnia postanowił napisać książkę o aferze Dreyfusa, gdzie udowadniał, że za całą intrygą kryją się jezuici. Książka ta została wydana w roku 1898. Jej autor zaś, kiedy porzucił po tej publikacji zajęcia dziennikarsko-polemiczne zajął się analizowaniem rzeczywistej natury Jezusa Chrystusa i poświęcił temu zagadnieniu kilka ciekawych artykułów.
Trzy lata po powrocie Dreyfusa z Gujany zmarł ojciec Stanislas du Lac oraz zapadła decyzja o beatyfikacji Joanny d'Arc, wkrótce potem rozpoczął się proces jej kanonizacji. Zakończył się on dopiero po wielkiej wojnie, a i to nie od razu, choć Joanna została uznana za patronkę armii francuskiej walczącej, ramię w ramię z Anglikami przeciwko Niemcom, kanonizowano ją dopiero w roku 1920. Alfred Dreyfus był w tym czasie emerytem, wziął udział w działaniach wojennych nad Marną, służył w artylerii. Dożył w spokoju i dostatku roku 1935, choć po jego powrocie z Wyspy Diabelskiej gazety rozpisywały się szeroko na temat potwornych warunków, w których tam przebywał, oraz jego nadwątlonego zdrowia.
W kolejnej wojnie, Joanna nie pomogła Francji, być może szło o zamieszanie jakie Francuzi wywołali wokół jej osoby, być może instrumentalne traktowanie jej przez lata, od roku 1894 do roku kanonizacji sprawiło, że święta nie ujęła si�� za Francją i kraj musiał przełknąć gorycz klęski.
A być może było jeszcze coś, inna sprawa, którą Francuzi, skupieni na politycznej i kulturalnej promocji swojego kraju wpletli sobie we włosy i butonierki niczym jakieś wężowe liście.
Oto w latach siedemdziesiątych XIX wieku, na firmamencie francuskiej publicystyki historycznej rozbłysła gwiazda człowieka nazwiskiem Peyrat, Napoleon Peyrat. Należał on do licznego plemienia historyków tak przejętych przedmiotem swoich dociekań, że czujących wręcz przymus kreowania wydarzeń na nowo. Peyrat był kalwińskim proboszczem w miasteczku St Germain en Laye na południu Francji, a jego pasją była historia herezji katarskiej. Każdy kto choć trochę interesuje się tymi zagadnieniami prędzej czy później trafi na jego nazwisko. Trafił na nie również Zbigniew Herbert pisząc tom swoich esejów zatytułowanych „Barbarzyńca w ogrodzie”, gdzie umieścił duży tekst poświęcony likwidacji katarskiej herezji. W zasadzie Herbert korzystał chyba wyłącznie z Peyrata, bo ilość powielonych w tym tekście kłamstw wyklucza inne możliwości. Bez Peyrata nie byłoby legendy południa Francji, nie byłoby baśni o wielkiej zamordowanej podstępnie cywilizacji, tak różnej od wszystkiego co znała średniowieczna Europa. Przede wszystkim jednak, bez Peyrata nie byłoby legendy Montsegur i legendy Esklarmondy de Foix, katarskiej świętej, która brała udział w ostatniej dyspucie pomiędzy wysłannikami papieża a jej współwyznawcami. Z jej inicjatywy, jak chce legenda, rozbudowano twierdzę Montsegur, która stała się ostatnim bastionem katarów w Langwedocji, choć to także, podobnie jak wszystko co dotyczy katarów i ich wiary, nie jest prawdą. Esclarmonde znaczy w języku okcytańskim światło świata. Kobieta ta jest dziś uznawana za świętą przez większość czynnych gnostyckich zgromadzeń religijnych określających się jako kościoły. Jej prawdziwa sława została stworzona w XIX wieku dla całkiem świeckich potrzeb republiki francuskiej, tak samo jak francuski antysemityzm, który posłużył do rozciągnięcia przed zbliżającą się wojną światową kontroli nad armią przez nierozpoznane siły określane przymiotnikiem „cywilna”. Esklarmodną de Foix siostra hrabiego Rajmunda-Rogera - jeszcze jeden mit III republiki. Ponoć, gdy przyszli po nią pachołkowie inkwizycji, by zaprowadzić ją na stos, Esklarmonda – Światło Świata – zamieniła się w gołębicę i odleciała. W czasach tu opisywanych francuscy intelektualiści, tacy jak Napoleon Peyrat nazywali ją katarską Joanną d'Arc.