Zbierasz butelki? Według Ministerstwa Finansów możesz „prowadzić działalność gospodarczą".
Brzmi absurdalnie? A jednak. Ministerstwo Finansów wypowiedziało się w sprawie, która idealnie pokazuje, jak cienka bywa granica między „dorabianiem" a „byciem przedsiębiorcą" w świetle prawa.
O co chodzi?
Zapłata kaucji przy zakupie napoju, a następnie jej odebranie przy zwrocie butelek lub puszek, to po prostu odzyskanie własnego wydatku – logiczne.
Ale pojawił się komentarz Ministerstwa Finansów wskazujący pewien absurd. Jeśli otrzymane środki za opakowania nie stanowią zwrotu wcześniej poniesionego wydatku, to stanowi zarobek. W konsekwencji może zaistnieć obowiązek zapłaty podatku PIT. Wynika to z zasady powszechności opodatkowania, zgodnie z którą opodatkowaniu podlegają wszystkie dochody, o ile ustawa wprost ich nie zwalnia.
To już zdradzimy – zbieranie butelek i zarabianie na kaucji nie podlega pod zwolnienie.
Doprecyzował to sam Wiceminister: jeśli ktoś sam zbiera swoje butelki i sam je oddaje, to nie jest działalność gospodarcza. Ale jeśli ktoś zbiera butelki na czyjeś zlecenie, a ten ktoś na tym zarabia — to już działalność.
Skąd to wynika?
Punktem wyjścia jest definicja z ustawy Prawo przedsiębiorców. Działalność gospodarcza rozumie się jako „zorganizowana działalność zarobkowa, wykonywana we własnym imieniu i w sposób ciągły". Cztery cechy.
A teraz należy wyobrazić sobie kogoś, kto regularnie obchodzi osiedlowe śmietniki, zna trasy i godziny wywozu, segreguje i oddaje to za pieniądze, we własnym imieniu.
Zorganizowane? Tak. Zarobkowe? Tak. Ciągłe? Tak. We własnym imieniu? Tak. Na papierze — przedsiębiorca. A przedsiębiorca = podatki!
Czysta sprzeczność. Ekologiczny system pomyślany dla wygody konsumenta potrafi formalnie wepchnąć kogoś w buty „przedsiębiorcy".
Idąc tokiem rozumowania ministerstwa, jak to rozliczyć?
Najprostsza furtka to działalność nierejestrowana. Bez wpisu do CEIDG, bez składek ZUS, a przychód rozliczany jest raz w roku (PIT-36) jako „przychód z innych źródeł".
Warto wspomnieć jak to działa – może komuś z Was się przyda.
Od 2026 r. zmienił się sposób liczenia limitu — zamiast miesięcznego mamy kwartalny: 225% minimalnego wynagrodzenia, czyli przy płacy minimalnej 4 806 zł aż 10 813,50 zł przychodu na kwartał. Jeden warunek dodatkowy: w ostatnich 60 miesiącach nie można prowadzić zarejestrowanej firmy.
A co, jeśli limit zostanie przekroczony?
I tu czai się pułapka. Z chwilą przekroczenia kwartalnego progu działalność staje się działalnością gospodarczą — z mocy prawa, automatycznie, niezależnie od tego, czy zdążyło się cokolwiek zgłosić. Z rejestracją do CEIDG należy zdążyć w terminie 7 dni. Rejestracja niczego nie „włącza" — ona jedynie potwierdza stan, który już zaistniał. Przeoczenie tego progu to realne ryzyko zaległości składkowych, podatkowych i sankcji.
Dlatego nawet przy „małej" aktywności warto wiedzieć, gdzie przebiega granica — bo prawo potrafi nazwać kogoś przedsiębiorcą, zanim samemu będzie można się za niego uznać.
Masz dodatkowy, powtarzalny przychód i nie wiesz, czy to jeszcze hobby, czy już działalność?
W Independent Finance pomożemy Ci to ocenić i poukładać — zanim zrobi to za Ciebie urząd.
Umów się na konsultację: https://t.co/mv7GVxhcxb
Dzisiaj kilka słów o kryptowalutach.
Moi drodzy, hasło „krypto jest anonimowe” brzmi coraz bardziej jak opowieść z czasów, gdy Bitcoin kosztował mniej niż porządny garnitur.
Może 5–10 lat temu takie przekonanie miało jeszcze jakiś sens. Dzisiaj? Raczej nie.
Większość giełd, na których kupuje się kryptowaluty, wymaga przejścia procedury KYC. Zakładając konto, podajemy dokument tożsamości, dane osobowe, często potwierdzenie adresu zamieszkania. Następnie przelewamy środki z prywatnego rachunku bankowego.
To nie jest anonimowość. To jest pełny punkt zaczepienia.
Wiele osób uważa, że wystarczy przelać środki z giełdy na zewnętrzny portfel, np. Ledger albo Trezor, albo zacząć korzystać z DeFi, i ślad nagle się urywa. Nie urywa się.
Blockchain jest publiczny. Transakcje zostają w nim zapisane. Na zawsze.
IRS już od lat korzysta z narzędzi analityki blockchain, automatyzacji i sztucznej inteligencji do śledzenia przepływów pomiędzy adresami. CEX-y mają KYC. DeFi zostawia ślad on-chain. DAC8 w UE dodatkowo zwiększy zakres raportowania i automatycznej wymiany informacji o kryptoaktywach.
Przykład?
Kowalski zakłada konto na Binance. Kupuje kryptowaluty. Następnie przelewa je na 2–3 adresy zewnętrzne, z których regularnie korzysta.
Czy te adresy są anonimowe? Formalnie nie mają imienia i nazwiska. Ale w praktyce bardzo łatwo można je powiązać z Kowalskim, bo pierwszy transfer wyszedł z giełdy, na której Kowalski przeszedł KYC.
Jeżeli później Kowalski przeleje kryptowaluty do podmiotu skupującego krypto i rozliczy się gotówką, to urząd może zobaczyć, że środki trafiły na adresy powiązane z takim podmiotem. To już może być bardzo mocna poszlaka, że doszło do sprzedaży kryptowalut, a więc potencjalnie również do powstania obowiązku podatkowego.
Inny przykład.
Kowalski sprzedaje kryptowaluty Nowakowi. Kryptowaluty trafiają na adres Nowaka. Następnie Nowak przelewa je na giełdę, sprzedaje i wypłaca PLN na rachunek bankowy.
Czy urząd ma pełen ciąg logiczny? W wielu przypadkach tak.
Może odtworzyć przepływ: giełda -> portfel Kowalskiego -> portfel Nowaka -> giełda -> wypłata do PLN.
Podobnie może być z bitomatami, płatnościami kryptowalutami za towary i usługi, przelewami między portfelami, mostami, DeFi czy stablecoinami.
Dobra wiadomość?
Polska administracja skarbowa nadal nie do końca rozumie takie transakcje.
Zła wiadomość?
Może weryfikować poprzednie lata podatkowe. A za 3–5 lat poziom narzędzi, analityki i automatyzacji będzie zupełnie inny niż dzisiaj.
AI jest już wykorzystywana w ZUS i KAS. Dane z CEX-ów, DAC8, KYC, banków i publicznych blockchainów będą się coraz lepiej łączyć w jedną układankę.
Dlatego podejście: „nikt się nie dowie, bo krypto jest anonimowe” to nie strategia.
Jeśli chcecie wyjść z krypto bez podatku, można to zrobić w pełni legalnie, i to w takim stylu, że nawet podczas kontroli naczelnik urzędu skarbowego będzie musiał przyznać, że wykonaliście wszystko dobrze (w razie czego całe Independent Finance służy pomocą, chwaląc się stuprocentową skutecznością :)).
A czy warto ryzykować podejściem: „świat krypto jest anonimowy, więc nikt się nie dowie”? Decyzję zostawiam Wam.
Pamiętajcie tylko, że na blockchainie nic nie znika, a fiskus uczy się go czytać coraz lepiej.
W życiu pewne są tylko śmierć, podatki i... mandaty ze skarbówki.
Obejrzałem materiał @OficjalneZero o kontrolach skarbowych i ręce opadają. Wygląda na to, że dla urzędów nie liczy się zasadność, a liczba wystawionych mandatów. Norma musi zostać wyrobiona, bo dziura budżetowa sama się nie załata. Kasa musi się zgadzać.
Przedsiębiorcy i tak walczą z jednym z najbardziej skomplikowanych systemów podatkowych, poświęcając na to masę czasu i energii. Teraz zamiast wsparcia dostają urzędników działających jak korporacja – efektywność i tabelki ponad wszystko. Za najmniejszy błąd ma być kara.
Najbardziej irytuje ten podwójny standard:
- Z jednej strony polowanie na przedsiębiorców.
- Z drugiej – kosmiczne kilometrówki polityków i nowe projekty (jak ustawa o artystach), które z naszych podatków będą utrzymywać np. 155-osobową komisję.
Problem nie leży w braku pieniędzy, ale w fatalnym zarządzaniu nimi. Zamiast łatać budżet kosztem ludzi, którzy go tworzą, może czas, żeby władza zaczęła odchudzanie od siebie?
Proponuję zacząć od weryfikacji kilometrówek. Może wtedy te mandaty okażą się zbędne?
#podatki #polityka #biznes
Spółki w Polsce płacą efektywnie 33% zamiast 19%? Sprawdźmy, jak jest naprawdę.
W ostatnim czasie można natrafić na wiele artykułów, które wskazują, że mimo obowiązywania maksymalnej stawki CIT 19% w Polsce, po przeanalizowaniu największych spółek z GPW efektywna stawka wynosi aż 33% — czyli prawie dwukrotność. Brzmi zniechęcająco, prawda?
Ale czy to oznacza, że Polska to kraj, gdzie jest wysokie opodatkowanie? Oczywiście, że nie.
Co więcej, efektywnie opodatkowanie nie musi wcale przekraczać 10%.
Pamiętajmy, że te 33% dotyczy spółek notowanych na GPW, z różnych branż — czyli mówimy o naprawdę dużych i znaczących podmiotach, które również wypłacają dywidendę opodatkowaną stawką 19% od zysków kapitałowych. Dla większości firm to nie jest wyrok i posiadają ten luksus wykorzystania innych opcji. Rzućmy okiem na same stawki.
Preferencyjna stawka CIT – tzw. mały podatnik - wynosi 9% i przysługuje, dopóki przychody firmy nie przekroczą limitu — w 2025 r. to 8 534 000 zł netto. Po przekroczeniu tej kwoty tracimy status małego podatnika i wchodzimy na 19%. I tu czai się pułapka: ta stawka obejmuje całość dochodu, a nie tylko nadwyżkę — inaczej niż w skali PIT. Oznacza to, że jedna jedyna złotówka ponad limit potrafi podbić efektywne opodatkowanie z 9% na 19% od całej podstawy. Brutalne, ale takie są reguły gry.
Jak osiągnąć opodatkowanie mniejsze niż 10%?
Poprzez wcześniejsze planowanie i obserwowanie wyników firmy. Może się okazać, że spółka potrzebuje dywersyfikacji działalności — choćby po to, by ograniczyć ryzyko. Można wtedy powołać kolejną spółkę lub nawet kilka, które wezmą na siebie część odpowiedzialności. To rozsądne i zasadne działanie. A w konsekwencji można spokojnie zostać przy efektywnym opodatkowaniu na poziomie 9%.
A co z PIT, jeśli chcemy coś wypłacić? I tu znowu dobra wiadomość: to również można mądrze zaplanować, żeby nie przepłacać.
Przykładowo, jeśli spółka potrzebuje twórczych usług niezbędnych do prowadzenia swojej działalności – to można rozważyć umowy o dzieło z przeniesieniem praw autorskich. Wtedy można wykorzystać 50% kosztów uzyskania przychodu – ustawowo, bez faktycznych kosztów. Efektywnie PIT wyniesienie wtedy 4,5% i to bez składki zdrowotnej – do limitu 240 000 zł. Mogą być niezbędne także inne usługi, które możemy wykonać a również podlegają pod ryczałt ze stawką 8,5%. Wszystko zależy od tego, co potrzebuje dana firma.
Spójrzcie, w tym układzie efektywne opodatkowanie CIT/PIT mocno spada i wyniesie mniej niż 10%. Podatki w Polsce wcale nie muszą być wysokie. Wymaga to jednak wcześniej przemyślanej strategii — aby nie okazało się, że nasza spółka przez jedną dodatkową złotówkę zabierze nam w podatkach znacznie więcej, niż się spodziewaliśmy.
Podatki w Polsce wcale nie muszą być wysokie. Wymaga to jednak wcześniej przemyślanej strategii — aby nie okazało się, że nasza spółka przez jedną dodatkową złotówkę zabierze nam w podatkach znacznie więcej, niż się spodziewaliśmy.
I tu właśnie wchodzimy my. Napisz do naszego biura — usiądziemy nad Twoją firmą i ułożymy strategię, dzięki której zatrzymasz w kieszeni tyle, ile się legalnie da.
👉 [email protected]
Sytuacje naszych klientów to często najlepsze pomysły na nowe wpisy.
Dziś krótko o kontroli skarbowej i czynnościach sprawdzających.
Zastanawia mnie jedno: dlaczego przy wezwaniu na policję ludzie potrafią odpowiadać wyłącznie na zadane pytania, a przed urzędem skarbowym nagle stają się otwartą księgą?
Może mamy za dużo seriali kryminalnych, a za mało karnoskarbowych. ;)
Tak czy inaczej, warto pamiętać o kilku zasadach.
1. Gdy miły Pan lub Pani z urzędu dzwoni „tylko zapytać” o zwrot VAT, CIT albo inną sprawę podatkową, poprośmy o pismo albo wiadomość e-mail z konkretnymi pytaniami. Każde słowo może być użyte przeciwko Wam.
2. Z urzędem powinna kontaktować się jedna osoba. Dzięki temu stanowisko firmy jest spójne, logiczne i kontrolowane.
3. Nie przekazujemy skarbówce więcej dokumentów, niż trzeba. Minimum wynikające z wezwania. Jeżeli organ chce więcej, prosimy o uzasadnienie i podstawę prawną. Zawsze pisemnie.
4. Nigdy nie odpowiadamy z pamięci. Najpierw weryfikujemy dokumenty. Potem zastanawiamy się, czy odpowiedź nie poprowadzi sprawy w kierunku, którego wcale nie chcemy. Odpowiedź ma być zgodna z prawem i stanem faktycznym, ale sformułowana rozsądnie. Nie chodzi o to, żeby samemu zapędzić się w kozi róg.
5. Nie wykonujemy automatycznie zestawień, tabel i podsumowań na życzenie organu. Bardzo często jest to po prostu przerzucanie pracy urzędnika na przedsiębiorcę.
Jeżeli organ oczekuje dodatkowego zestawienia, podsumowania albo opracowania, prosimy o wskazanie podstawy prawnej oraz uzasadnienie, dlaczego mamy obowiązek je przygotować.
6. Zawsze gromadzimy dowody wykonania usług, szczególnie niematerialnych. Faktura to często za mało.
Przy usługach doradczych, marketingowych, IT, analizach czy raportach warto mieć choćby maila w stylu „Pod linkiem przesyłam pliki wykonane zgodnie z umową / fakturą.” To, że link po czasie wygasa, jest normalne. Ważne, że w momencie wykonania usługi istniał ślad jej przekazania.
Podsumowując, z urzędem współpracujemy, ale nie gadamy bez potrzeby, nie wysyłamy wszystkiego jak leci i nie robimy za organ całej roboty.
Podczas kontroli czasem największym problemem nie jest sama kontrola, tylko nadgorliwość podatnika.
W razie potrzeby, zawsze możecie zadzwonić po Independent Finance :)
Rząd przyjął projekt ustawy dotyczącej OKI, czyli Osobistych Kont Inwestycyjnych. W mediach bardzo szybko pojawiły się hasła o „końcu podatku Belki”, ale kiedy spojrzymy na szczegóły projektu, wydaje się to jednak bardziej skomplikowane.
W teorii nowe rozwiązanie ma zachęcić do inwestowania oszczędności i długoterminowego budowania kapitału. Statystyki wskazują, że duża część oszczędności Polaków pozostaje na kontach bankowych – gdzie środki nie tyle co nie pracują, co zjadane są przez inflacje.
Jak będzie to działać?
Limit inwestycji ma wynosić 100 tys. zł, a dla lokat i obligacji oszczędnościowych przewidziano niższy próg – 25 tys. zł. Problem polega jednak na tym, że podatek od zysków kapitałowych (19%) nie znika całkowicie. Zamiast klasycznego podatku od osiągniętego zysku pojawia się nowy mechanizm oparty o wartość aktywów zgromadzonych na koncie.
I właśnie tutaj zaczynają się największe kontrowersje. Bo w praktyce może dojść do sytuacji, w której inwestor zapłaci podatek mimo słabego roku, braku realnego zysku albo nawet chwilowej straty na portfelu. Trudno więc mówić o pełnym zwolnieniu z opodatkowania — bardziej o zmianie sposobu jego naliczania.
Jak będzie działać opodatkowanie?
Cytując projekt „Stawka podatku od wartości aktywów w roku podatkowym wynosi 19% wartości stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego obowiązującej w dniu 31 października roku poprzedzającego rok podatkowy, niemniej jednak niż 0,1%”
Bazując na aktualnych danych, wyniesie to 0,85%. Załóżmy zatem prosty przykład.
Inwestor wpłaca na OKI 500 tys. zł. Po kilku latach jego portfel rośnie do 1,5 mln zł. Oznacza to wygenerowanie 1 mln zł zysku.
W obecnym systemie sprawa jest prosta — dopóki inwestor nie sprzeda aktywów, podatek nie występuje. Dopiero przy realizacji zysku pojawia się 19% podatku. W takim przypadku byłoby to 190 tys. zł podatku od osiągniętego dochodu.
W OKI podatek nie ma być liczony od zysku, ale od wartości aktywów ponad ustawowy limit zwolnienia. Zakładając limit 100 tys. zł i obecnie szacowaną stawkę około 0,85%, inwestor posiadający portfel o wartości 1,5 mln zł zapłaciłby podatek od nadwyżki 1,4 mln zł. Daje to około 11,9 tys. zł rocznie.
W klasycznym modelu inwestor przez lata może reinwestować cały kapitał bez bieżącego podatku i korzystać z efektu procentu składanego. W OKI część kapitału byłaby oddawana co roku, nawet jeśli inwestor niczego nie sprzedał i nadal tylko „trzyma” aktywa.
Co więcej — jeśli rynek po mocnym wzroście zacznie spadać, inwestor może znaleźć się w sytuacji, w której realny zysk mocno stopnieje, a podatek od aktywów nadal będzie naliczany.
Dlatego coraz częściej pojawiają się głosy, że OKI nie jest klasyczną „likwidacją podatku Belki”, lecz próbą stworzenia zupełnie nowego modelu opodatkowania inwestowania. Co będzie bardziej opłacalne podatek Belki czy OKI – zależy od strategii inwestycyjnej, długoterminowe inwestycje i duże „wahania” na rynku faktycznie mogą wpłynąć negatywnie na podatników biorących w tym udział.
Ostatnio głośno o kilometrówkach dla posłów oraz kosztach ich biur poselskich. Jakie tego będą konsekwencje - oczywiście że żadne. Wszyscy zapomną za tydzień, jak jedna Pani poseł wydała dziesiątki tysięcy na paliwo do auta, którego nie ma.
Postanowiłem więc przygotować coś, co mam nadzieję zostanie w pamięci Polaków na dłużej - ładną infografikę, którą można sobie przekazywać z konta na konto.
Pojawił się ciekawy projekt, który ma wprowadzić nowy mechanizm tzw. ugody podatkowej. Mają to być swojego rodzaju mediacje, w których każda ze stron wychodzi – w miarę – zadowolona.
Z założeń projektu ugoda byłaby opcjonalna, a nie obowiązkowa, a co więcej, inicjatywa byłaby po stronie podatnika, a nie fiskusa. Projekt określa również, jakich zobowiązań ma to dotyczyć – i chodzi wyłącznie o zaległości podatkowe, czyli zobowiązania, których termin zapłaty już upłynął. Pamiętajmy, że zaległości podatkowe mogą się wiązać również z odsetkami i karami.
Jaki jest cel projektu? Zajrzyjmy do uzasadnienia.
Celem zmian jest przede wszystkim ograniczenie liczby konfliktów z fiskusem i skrócenie czasu ich rozstrzygania. Chodzi o stworzenie mechanizmu, który pozwoli rozwiązywać spory szybciej, nim zamienią się w wieloletnie i kosztowne konflikty. Ten drugi argument jest najważniejszy, ale o tym później.
Jak ma to działać w praktyce?
W założeniach jest, że obie strony będą mogły wspólnie uzgodnić sposób zakończenia sprawy oraz warunki uregulowania zaległości. Może to obejmować odroczenie terminu płatności lub rozłożenie zobowiązania na raty.
Brzmi jak wyciągnięcie ręki do podatników, ale w rzeczywistości ma to mocno ograniczyć koszty postępowania fiskusa. Pamiętajmy, że jeśli podatnik nie zapłaci należnego podatku, to organy podatkowe muszą wszcząć kontrolę, postępowanie podatkowe, a także dokonać egzekucji zaległości – czyli ściągnąć ją z konta bankowego. Wszystkie te działania są kosztowne i przykładowo za rok 2024 na kontrole i egzekucje podatków przeznaczono 9,86 mld zł.
Jest to więc obszar, w którym można faktycznie zaoszczędzić – pytanie tylko, czy projekt wejdzie w życie oraz jakie ostatecznie przyjmie brzmienie.
Nic jednak nie daje większego spokoju niż uporządkowana sytuacja podatkowa. Dlatego jeśli jesteś niepewny swoich rozliczeń w firmie, czy to jako JDG, czy spółka – chętnie pomożemy.
Każdemu nowemu klientowi, który powierza nam księgowość, przeprowadzamy wewnętrzny audyt pod kątem poprawności rozliczeń. Kliknij w link i dowiedz się więcej o naszych usługach!
👉 https://t.co/9ZwfQayQeW
#podatki #biznes #finanse #polityka
W zeszłym tygodniu przygotowałem wpis pokazujący, ile pieniędzy znika pracownikowi z pensji, zanim ta w ogóle trafi na konto.
Dziś druga strona medalu: ile oddajemy później, gdy za te już raz opodatkowane pieniądze kupujemy zwykłe produkty i usługi.
W komentarzach pod poprzednim wpisem pojawiło się sporo słusznych uwag, więc nie mogłem zostawić tematu bez ciągu dalszego.
Bo prawie każdy wie, że przy zakupach płacimy VAT. To już się przyjęło. Tak jak „tymczasowa” stawka 23%, która — jak to w Polsce — tymczasowo została z nami na lata.
Ale VAT to dopiero początek zabawy. Akcyza od paliwa, alkoholu, papierosów, samochodu spalinowego, energii elektrycznej.
Do tego opłata paliwowa, opłata emisyjna, opłata cukrowa, opłata za jednorazowy kubek, opłata reprograficzna, wpłata na PISF…
Tyle podatków i opłat, a państwo nadal na deficycie.
W przypadku prywatnej firmy, natychmiast przystąpiłaby do analizy kosztów i ucięła wszystkie, ktore są bezzasadne. Publiczne pieniądze niestety, nikogo nie obchodzą.
Jak uważacie, czy dożyjemy czasów, w których publiczne pieniądze będą wydawane rozsądnie, a państwo przestanie działać jak żarłoczna bestia?
Odpowiedzialność członków zarządu – co się zmienia i jak ograniczyć ryzyko
Wiele osób zakłada, że spółka z o.o. całkowicie chroni prywatny majątek. W praktyce to nie do końca prawda.
Spółka rzeczywiście ogranicza ryzyko w porównaniu do JDG, gdzie przedsiębiorca odpowiada całym majątkiem. Nie oznacza to jednak pełnej ochrony członków zarządu. Odpowiedzialność pojawia się w momencie, gdy spółka staje się niewypłacalna, a egzekucja wobec niej okazuje się bezskuteczna.
Wobec wierzycieli prywatnych wynika ona z art. 299 KSH, a w zakresie podatków – z art. 116 Ordynacji podatkowej. I to właśnie tu pojawia się najwięcej problemów.
Kluczowe znaczenie ma moment reakcji zarządu. W praktyce chodzi o to, kiedy należało podjąć decyzję o złożeniu wniosku o upadłość. Zbyt późna reakcja może oznaczać odpowiedzialność prywatnym majątkiem.
Od odpowiedzialności można się uwolnić gdy:
– wniosek o upadłość lub restrukturyzację został złożony w odpowiednim czasie,
– brak jego złożenia nie wynikał z winy zarządu,
– wskazano majątek spółki pozwalający na zaspokojenie zaległości.
Znaczenie ma również sposób prowadzenia spółki – terminowość rozliczeń, dokumentacja i podejmowanie decyzji w sytuacji pogarszającej się płynności.
Warto zwrócić uwagę na wyrok TSUE (C-277/24 Adjak), który wzmocnił prawa członków zarządu. Potwierdzono możliwość obrony poprzez kwestionowanie ustaleń organów podatkowych oraz dostęp do akt sprawy. To ważna zmiana, ale nie oznacza zwolnienia z odpowiedzialności.
Spółka z o.o. nadal jest dobrą formą prowadzenia biznesu, ale nie jest pełną „tarczą”. Kluczowe pozostaje jedno – szybka reakcja i świadome zarządzanie.
W wielu przypadkach to właśnie moment podjęcia decyzji decyduje o tym, czy prywatny majątek pozostanie bezpieczny.
#podatki
#biznes
#spółka
W ostatnim roku można było usłyszeć wiele obietnic pozytywnych zmian dla podatników – pojawił się pomysł podniesienia kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł, a także zwiększenia drugiego progu ze 120 tys. zł do 140 tys. zł. Miała to być odpowiedź na rosnące zarobki, które próbują nadążyć za pędzącą inflacją i kosztami życia.
Temat zwiększenia progu podatkowego ponownie wrócił do dyskusji – i w świetle statystyk jest to w pełni zasadne. Przypomnijmy, że ostatnia taka zmiana miała miejsce w 2022 roku, podczas wprowadzania chaotycznego Nowego Ładu. Wtedy próg podniesiono z 85 528 zł do obowiązujących obecnie 120 000 zł. Dla podatników przyniosło to bardzo pozytywny rezultat. Zajrzyjmy do statystyk, jaki procent osób wpadał w drugi próg podatkowy:
-2021 r. – 7,27% (jeszcze pod starym progiem 85 528 zł)
-2022 r. – 3,01% (po podniesieniu progu do 120 tys. zł)
-2023 r. – 5,18%
-2024 r. – 7,6%
-2025 r. – prognozowane przekroczenie 10%
Mamy więc rekordową liczbę podatników w drugim progu. Można uznać to za dobry znak – Polacy zarabiają coraz więcej. Trzeba jednak pamiętać o galopującej inflacji i rosnących kosztach życia, które przez ostatnie kilka lat dały się wszystkim mocno we znaki. W 2022 roku inflacja wyniosła 14,4%, w 2023 roku 11,4%, a w 2024 roku spadła do 3,6%. Mimo to ceny i koszty życia utrzymują się na wysokim poziomie, przez co wyższe zarobki wcale nie są realnie odczuwalne. Wystarczyły zaledwie trzy lata, by wrócić do punktu wyjścia – a prognozy za 2025 r. wskazują, że dotychczasowy rekord zostanie wyraźnie pobity.
Nie da się ukryć, że zmiana progu powinna iść w parze ze zmianami kosztów życia – każdemu w końcu zależy na stabilności finansowej.
Niestety, projekty korzystnych zmian podatkowych po raz kolejny świetnie sprzedają się podczas kampanii wyborczych, by później zostać zamiecione pod dywan.
Kwota wolna od podatku w wysokości 60 tys. zł? Nie ma.
Wyższy próg podatkowy? Nie ma.
Pełen problemów i utrudnień KSeF? Jest – a przedsiębiorców ratuje jedynie okres przejściowy bez kar.
Trudno nie dostrzec oczywistych priorytetów: zmiany, dzięki którym obywatele mogliby zaoszczędzić, są odkładane na bliżej nieokreśloną przyszłość. A jeśli pojawiają się rozwiązania zwiększające kontrolę nad naszymi portfelami albo pozwalające państwu zabrać więcej – działania są ekspresowe.
Przeciętne wynagrodzenie w Polsce, czyli marzenie większości Polaków.
Niedawno GUS opublikował dane dotyczące przeciętnego wynagrodzenia w Polsce. Wynosi ono 9 562,88 zł brutto.
W internecie można więc przeczytać o wzroście płac, poprawie sytuacji pracowników i o tym, że „Polacy zarabiają coraz więcej”. Tyle że kiedy rozmawiam z osobami pracującymi na etacie, bardzo często słyszę jedno zdanie:
„Chciałbym zarabiać tyle, ile pokazuje ta średnia.”
I tu zaczyna się problem.
Przeciętne wynagrodzenie ma bowiem niewiele wspólnego z realnym obrazem zarobków większości pracowników. Dlaczego? Bo do jego wyliczenia bierze się wszystkie wynagrodzenia — również pensje menedżerów, członków zarządów, dyrektorów dużych spółek i osób zarabiających naprawdę ogromne pieniądze.
Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak mocno może to zaburzać wynik, niech zrobi prosty eksperyment. Weźmy grupę 10 osób: 9 z nich zarabia najniższą krajową, a jedna osoba jest dyrektorem zarządzającym funduszem inwestycyjnym i zarabia 4 mln zł rocznie.
Czy średnia z tej grupy pokaże, że wszyscy żyją dostatnio? No nie.
Lepszym miernikiem byłaby mediana, ponieważ pokazuje punkt, w którym połowa pracowników zarabia mniej, a połowa więcej. Ale tym razem nie o medianie chcę pisać.
Tematem tego wpisu jest coś innego: ile pieniędzy pracownik etatowy oddaje państwu każdego miesiąca — i jak rzadko się nad tym zastanawia.
W praktyce wielu ludzi traktuje podatki i składki jak bardzo drogą subskrypcję. Coś w rodzaju abonamentu za obietnicę, że kiedyś może dostaną emeryturę oraz za możliwość stania w kolejce do lekarza na NFZ, który — jeśli system akurat pozwoli — wykona zabieg po kilkunastu albo dwudziestu godzinach pracy.
Żeby pokazać skalę problemu, przygotowałem prostą kalkulację.
Wziąłem przeciętne wynagrodzenie brutto, wyliczyłem kwotę netto oraz sprawdziłem, ile pracodawca realnie musi zapłacić za takiego pracownika. Bo trzeba pamiętać, że pensja brutto to nie jest pełny koszt zatrudnienia. Po stronie pracodawcy są jeszcze dodatkowe składki ZUS.
Podsumowując: Pracownik, który widzi na koncie niecałe 6,9 tys. zł, generuje dla pracodawcy koszt ponad 11,5 tys. zł. Ponad 4,6 tys. zł miesięcznie znika po drodze w podatkach i składkach.
I teraz zadajmy sobie proste pytanie: co by było, gdyby choć część tych pieniędzy mogła zostać w kieszeni pracownika i była regularnie inwestowana?
Przy takim kapitale wielu ludzi mogłoby dojść do wieku emerytalnego jako realni milionerzy. Nie musieliby nerwowo czekać na decyzje polityków w sprawie waloryzacji emerytur. Nie musieliby liczyć, że ZUS za kilkadziesiąt lat będzie w dobrej kondycji.
Oczywiście jestem świadomy, że państwo potrzebuje środków do funkcjonowania. Trzeba finansować infrastrukturę, sądy, wojsko, bezpieczeństwo czy podstawowe usługi publiczne.
Pytanie brzmi jednak: czy naprawdę musi to być ponad 40% pełnego kosztu pracy każdego miesiąca?
Moim zdaniem — nie. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, jak lekką ręką politycy potrafią wydawać miliardy złotych z publicznej kasy. Więcej o tym pisałem w poniższym artykule:
https://t.co/qXxLkyettS
Polska po raz kolejny pokazuje przedsiębiorcom, że czasem najlepszym doradcą biznesowym okazuje się… własne państwo. Aktualnie firmom z branży krypto doradza jedno: załóż spółkę za granicą.
Dlaczego?
Aby prowadzić w UE działalność w branży kryptoaktywów, konieczne jest posiadanie licencji CASP, czyli Crypto-Asset Service Provider. Problem w tym, że w Polsce takiej licencji zwyczajnie nie da się dziś uzyskać.
Powód? Polski rząd do tej pory nie uchwalił ustawy, która wskazywałaby organ odpowiedzialny za wydawanie takich zezwoleń i uruchamiała krajową procedurę licencyjną.
W praktyce oznacza to, że od 1 lipca 2026 r. polskie podmioty działające w tej branży — jeżeli nie uzyskają licencji w innym państwie UE — powinny zaprzestać świadczenia usług kryptoaktywowych na rynku unijnym. Absurd? Delikatnie mówiąc.
Najprawdopodobniej firmy, którym realnie zależało na kontynuowaniu działalności, już dawno zdążyły założyć spółki w innych państwach UE i rozpocząć proces uzyskiwania licencji za granicą. Na szczęście licencja uzyskana np. w Estonii może być następnie paszportowana na całą Unię Europejską — w tym również do Polski.
Trudno chyba wymyślić skuteczniejszy sposób na wypchnięcie z polskiego rynku ciekawych, innowacyjnych firm z dużym potencjałem.
Co ciekawe, Polska nie ma żadnego problemu z wprowadzaniem przepisów znacznie ostrzejszych, niż wymaga tego Unia Europejska — chociażby w zakresie raportowania schematów podatkowych czy AML. Gdy trzeba przedsiębiorcy dołożyć obowiązków, jesteśmy prymusem. Gdy trzeba stworzyć sensowne warunki do prowadzenia działalności — robi się problem.
Takie działania sprawiają, że przedsiębiorcy zaczynają szukać alternatyw poza granicami kraju i coraz częściej dochodzą do wniosku, że założenie spółki za granicą nie jest fanaberią, tylko racjonalną decyzją biznesową.
A później polski rząd jest zdziwiony, że ta decyzja okazuje się dla nich jednym z najlepszych ruchów w całej karierze.
Poniżej zamieszczam ranking konkurencyjności podatkowej. Na czele tabeli znajdują się państwa z najwyższą ogólną oceną systemu podatkowego — obejmującą między innymi przejrzystość, stabilność i konkurencyjność przepisów dotyczących CIT, PIT, VAT, podatku od nieruchomości, podatku u źródła, dywidend oraz podobnych obciążeń.
Od 12 lat z rzędu pierwsze miejsce zajmuje Estonia.
Ale spokojnie — jeśli odwrócimy tabelę do góry nogami, Polska też wreszcie znajdzie się w czołówce.
Reforma PIP 2026 — co się zmienia i na co zwrócić uwagę
Państwowa Inspekcja Pracy dostaje jedno z największych wzmocnień kompetencji od lat. Co konkretnie? Inspektorzy będą mogli administracyjnie przekształcać umowy B2B i zlecenia w umowy o pracę, a jeśli uznają, że w praktyce wyglądają jak etat. Bez sądu, bez długiego postępowania. Zacznie to obowiązywać od 8 lipca 2026 r.
Spokojnie — to nie znaczy, że decyzja od razu wchodzi w życie. Pracodawca może się odwołać do sądu pracy w terminie 30 dni, a do prawomocnego orzeczenia decyzja jest wstrzymana. Sąd ma rozpatrzyć sprawę w ciągu miesiąca.
Brzmi technicznie? W praktyce sprowadza się do jednego: liczy się to, jak wygląda Twoja codzienna praca, a nie to, co napisaliście w umowie.
-Co konkretnie sprawdzą inspektorzy?
-Czy B2B nie spełnia cech etatu
-Czy masz realną swobodę działania
-Czy występuje podporządkowanie organizacyjne
Jeśli zlecenie jest po prostu zleceniem, a B2B prawdziwym B2B — nie ma się czego bać. Problem zaczyna się tam, gdzie umowa mówi jedno, a praca wygląda zupełnie inaczej.
Więcej współpracy między urzędami
Inspektorzy zyskają dostęp do baz ZUS i KAS. Będą mogli porównać dane z różnych źródeł i wychwycić niespójności między tym, co jest na papierze, a tym, co się faktycznie dzieje w firmie. Walka z fikcyjnym samozatrudnieniem nabiera tempa.
Co to oznacza dla przedsiębiorców?
PIP przestaje być tylko organem, który "sprawdza dokumenty". Zaczyna być organem, który może realnie zmienić formę Twojej współpracy z kontrahentem. A to dla wielu firm może być spore zaskoczenie, zwłaszcza w branżach, gdzie B2B jest standardem (IT, marketing, konsulting). Na co zwrócić uwagę, żeby nie wpaść pod etat?
-Czy masz stałe miejsce wykonywania pracy?
-Czy pracujesz na sprzęcie udostępnionym przez zleceniodawcę?
-Czy jesteś podporządkowany organizacyjnie?
-Czy obowiązują Cię stałe godziny pracy?
Im więcej "tak" — tym większe ryzyko, że PIP może uznać Twoją współpracę za stosunek pracy. Jeśli macie wątpliwości i nie jesteście pewni swojej sytuacji, możecie na nas liczyć. Zapraszamy do kontaktu!
#reforma #pip #ekonomia #finanse
Naczelny Sąd Administracyjny wydał korzystny wyrok 26 lutego 2025 roku (sygn. akt. II FSK 711/22) dla twórców internetowych. Sąd potwierdził, że wydatki ponoszone na produkcję materiałów na YouTube, takie jak sprzęt, podróże czy noclegi, mogą być uznawane za ...
bezpośredni wpływ na uzyskiwane przychody.
Eksperci podkreślają, że ten wyrok może stać się ważnym precedensem dla innych internetowych twórców, którzy prowadzą działalność gospodarczą. Warto jednak pamiętać, że każda sprawa jest indywidualna, a dokumentacja kosztów będzie...