#tanieczgwiazdami
Krystian Rzymkiewicz sie troche odkleja. Ego top i charakter gwiazdy. Mandaryna o tym, ze super edycja, ze lubi treningi, ludzi, ze lubi tanczyc z Krystianem i bedzie jej tego brakować. A ten dojebał, ze on to sie w sumie juz nie moze doczekać końca, ze +
👑🎬 Grace Kelly miała wszystko, o czym marzyły miliony: Oscara, role w filmach Hitchcocka, międzynarodową sławę i twarz rozpoznawalną na całym świecie. A jednak w wieku zaledwie 26 lat opuściła Hollywood, by zostać księżną.
Z zewnątrz wyglądało to jak bajka.
Ale bajki rzadko pokazują, z czego trzeba zrezygnować, aby rozpocząć nowe życie.
W połowie lat 50. Monako przeżywało trudniejszy okres. Maleńkie księstwo potrzebowało większego zainteresowania świata, turystów, inwestycji i nowego blasku.
W tym samym czasie książę Rainier III pozostawał kawalerem, a media coraz częściej zastanawiały się, kogo poślubi.
W opowieściach o potencjalnych kandydatkach pojawiało się nawet nazwisko Marilyn Monroe.
Ostatecznie jednak kobietą, która na zawsze zmieniła historię Monako, została Grace Kelly.
Była już wtedy jedną z największych gwiazd Hollywood.
Zagrała u Alfreda Hitchcocka w takich klasykach jak Dial M for Murder, Rear Window czy To Catch a Thief.
Za rolę w The Country Girl otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki.
A potem przyszedł Cannes.
🇫🇷 W 1955 roku Grace przyjechała na Festiwal Filmowy w Cannes jako część amerykańskiej delegacji.
Tam poznała księcia Rainiera.
Spotkanie przerodziło się w korespondencję, a później w uczucie.
Rainier odwiedził Stany Zjednoczone, poznał rodzinę Grace i poprosił ją o rękę.
18 kwietnia 1956 roku odbyła się ceremonia cywilna w pałacu książęcym.
Następnego dnia para wzięła ślub kościelny w katedrze w Monako.
Było to jedno z największych wydarzeń medialnych tamtej dekady.
Ceremonię śledziły miliony ludzi.
Hollywood traciło gwiazdę.
Monako zyskiwało księżną.
✨ Grace Kelly została księżną Grace z Monako.
Jej ostatni film, High Society, miał premierę w 1956 roku.
Miała zaledwie 26 lat.
I właściwie w tym momencie jej kariera aktorska dobiegła końca.
Nie zniknęła ze świata sławy.
Po prostu zmieniła scenę.
Plany filmowe zastąpiły oficjalne uroczystości.
Premiery — obowiązki reprezentacyjne.
Scenariusze — protokół, działalność charytatywna, rodzina i życie publiczne.
Grace i Rainier doczekali się trojga dzieci:
Karoliny, Alberta i Stefanii.
Dla Monako Grace szybko stała się kimś znacznie ważniejszym niż tylko słynną żoną księcia.
Jej międzynarodowa popularność zwróciła uwagę świata na niewielkie księstwo.
Wspierała organizacje charytatywne, sztukę, kulturę i inicjatywy społeczne.
Ale jedna część jej dawnego życia nigdy całkowicie nie zniknęła.
🎥 W 1962 roku Alfred Hitchcock zaproponował Grace powrót na ekran w filmie Marnie.
Poważnie rozważała tę możliwość.
Przez chwilę wydawało się, że hollywoodzka gwiazda może powrócić.
Pomysł spotkał się jednak z oporem w Monako, gdzie część opinii publicznej uważała, że powrót księżnej do aktorstwa byłby niewłaściwy.
Grace ostatecznie zrezygnowała.
Do Hollywood już nie wróciła.
I być może właśnie w tym kryje się najbardziej fascynujący paradoks jej historii.
Z zewnątrz wyglądała jak kobieta, która zdobyła wszystko.
Pałac.
Tytuł.
Rodzinę.
Podziw całego świata.
Ale jednocześnie zrezygnowała z czegoś, co przez lata stanowiło ważną część jej tożsamości:
z możliwości dalszego bycia aktorką.
Nie oznacza to, że jej małżeństwo było po prostu nieszczęśliwe ani że wszystkie sensacyjne historie publikowane później należy traktować jak fakty.
Wiele opowieści o zdradach, konfliktach czy okrucieństwie opiera się na późniejszych biografiach, anonimowych relacjach i plotkach.
Rzeczywistość była zapewne znacznie bardziej skomplikowana.
Grace zbudowała drugie życie.
Poświęciła się rodzinie.
Dobroczynności.
Kulturze.
Monako.
Ale rozdział zatytułowany „Hollywood” nigdy nie został ponownie otwarty.
🚗 A potem nadszedł wrzesień 1982 roku.
Grace jechała samochodem ze swoją 17-letnią córką Stefanią górską drogą niedaleko Monako, gdy auto wypadło z jezdni i runęło ze zbocza.
Stefania przeżyła.
Grace doznała bardzo poważnych obrażeń.
Zmarła następnego dnia, 14 września 1982 roku.
Miała tylko 52 lata.
Najczęściej przyjmowane wyjaśnienie mówi o nagłym problemie zdrowotnym — zwykle wskazuje się na udar — który miał wystąpić przed utratą kontroli nad samochodem.
Przez kolejne lata pojawiały się liczne teorie spiskowe.
Twierdzono między innymi, że prowadziła Stefania albo że samochód został celowo uszkodzony.
Nie przedstawiono jednak przekonujących dowodów potwierdzających te wersje.
💔 Monako pogrążyło się w żałobie.
Hollywood również.
Książę Rainier nigdy ponownie się nie ożenił.
Przeżył Grace o ponad dwie dekady i zmarł w 2005 roku.
Dziś pamięć o Grace Kelly jest w Monako wciąż niezwykle żywa.
W instytucjach kulturalnych.
W przestrzeni publicznej.
Na fotografiach.
W samym wizerunku księstwa.
Jej życie trwało zaledwie 52 lata, a jednak zmieściło się w nim kilka zupełnie różnych życiorysów.
Aktorka Hollywood.
Laureatka Oscara.
Gwiazda Hitchcocka.
Księżna.
Matka.
Filantropka.
Światowa ikona.
Jej ostatni film nosił tytuł High Society.
Jest w tym coś niemal symbolicznego.
Opuściła Hollywood u szczytu sławy i wkroczyła do świata, który z zewnątrz wydawał się jeszcze bardziej bajkowy.
Ale każda wielka przemiana ma swoją cenę.
👑 Grace Kelly zyskała koronę.
Monako zyskało legendę.
Hollywood straciło jedną ze swoich najjaśniejszych gwiazd.
I być może właśnie dlatego jej historia fascynuje do dziś.
Bo nigdy nie była wyłącznie bajką o księżniczce.
Była także opowieścią o wyborze, obowiązku, poświęceniu, tożsamości — i o życiu, które zostawiamy za sobą, gdy rozpoczyna się kolejne. ❤️
#GraceKelly #KsiężnaGrace #Monako #StareHollywood #HistoriaKina #AlfredHitchcock #Historia #KobietyIkony #RodzinaKsiążęca #Legenda
za Kawa z mlekiem
Iza Skierska po odcinku uciekła do garderoby i nie dawała wywiadów. Matteo strasznie zły po werdykcie. Byli drudzy od końca w tabeli, smsów mieli zawsze mało, nie wiem czego się spodziewali. A nastawiali się na finał co jest tym bardziej zaskakujące. #tanieczgwiazdami
„Lalka”, której nie chcieliśmy.
Pierwsze słowa serialu i już jesteś na nie.
Też byłam.
Potem pierwszy rzut oka na twarz nowej Izabeli Łęckiej i kolejne: nie. Nie tak wygląda Łęcka. Nie taką ją znamy. Przecież powinna być aniołem o twarzy porcelanowej lalki. Głuptasem, który sam nie wie, czego chce, za to doskonale potrafi zniszczyć mężczyznę.
Sandra Drzymalska nie ma nic wspólnego z tym obrazem.
I chyba o to chodzi.
Nosimy w głowach dawną „Lalkę”.
Łęcka ma być zimna i olśniewająca. Wokulski silny, szlachetny i tragiczny. On kocha za bardzo. Ona jest zbyt pusta, żeby tę miłość przyjąć. Przez lata sprawa wydawała się prosta.
Nowy serial rozwala ten układ już na początku.
Ta Izabela nie jest aniołem ani porcelanową figurką. Ma ostre rysy, żywą twarz i oczy człowieka, który myśli. Wie, że jej świat się kończy, ojciec przejada resztki majątku, a ona sama jest częścią rodzinnego dobytku. Można ją dobrze wydać za mąż, można nią spłacić długi, można postawić ją obok konia i nazwiska. Nie może jedynie należeć do siebie.
Więc kombinuje. Kłamie. Gra. Czasem rani. Zachowuje się podle. Ale nie dlatego, że jest pustą panną z salonu. Próbuje wyrwać dla siebie kawałek życia w świecie, w którym kobieta może mieć rozum, pragnienia i ambicje, pod warunkiem że nikomu ich nie pokaże.
W tej wersji „Lalki” kobiety przestały być dekoracją.
Mają swoje interesy. Swoje pożądanie. Swoje lęki i tajemnice. Nie czekają tylko, aż mężczyzna wejdzie do pokoju i uruchomi ich historię. Żyją również wtedy, kiedy go nie ma. Rozmawiają ze sobą nie wyłącznie o nim. Wiedzą, ile kosztuje zależność od ojca, męża, nazwiska i pieniędzy. Każda próbuje znaleźć dla siebie wyjście. Jedna robi to uczciwie. Druga bez skrupułów. Najczęściej żadna nie ma dobrego wyboru.
Dlatego ten serial @netflix podzieli Polaków.
Nie tylko dlatego, że ruszył klasykę. Ruszył coś znacznie czulszego: nasze przyzwyczajenie do tego, kim była Izabela Łęcka. Łatwo ją potępiać, kiedy jest próżną lalką. Znacznie trudniej, gdy okazuje się inteligentną kobietą uwięzioną w czasach, które nie przewidziały dla jej inteligencji żadnego sensownego zastosowania.
Z Wokulskim jest odwrotnie.
Tomasz Schuchardt początkowo wydaje się w tej roli zaskakująco bezbarwny. Wokulski jest wycofany, ciężki, czasem niezgrabny. Patrzy, milczy, nie umie znaleźć właściwych słów. Można pomyśleć, że aktor nie poczuł postaci. Że przy takiej Izabeli zwyczajnie znika.
Z odcinka na odcinek staje się jednak jasne, że on właśnie taki ma być.
To nie jest bohater odlany z brązu. To człowiek, który potrafi zrobić majątek, przeżyć wojnę i wejść do świata gardzącej nim arystokracji, ale nie potrafi poradzić sobie z kobietą, której pragnie.
Serial nie opowiada więc o wielkim mężczyźnie zniszczonym przez pustą kobietę. Opowiada o dwojgu ludziach, którzy próbują przebić się przez własne złudzenia, różnicę klas, pieniądze i zasady epoki. Przyciągają się, ale nie potrafią spotkać w jednym miejscu. Kiedy jedno robi krok, drugie już się cofa. Kiedy zaczynają się rozumieć, czasy przypominają im, kim wolno im być.
Ich fascynacja nie wyrasta z kwiatów, spacerów i romantycznych westchnień. Rodzi się z podglądania siebie nawzajem w życiu. Z ciekawości. Ze złości. Z pożądania.
Do tego dochodzi wątek kryminalny. Nie jest doklejony wyłącznie po to, żeby serial miał szybsze tempo. Wydobywa brud świata ukrytego pod koronkami, mundurami i dobrymi manierami. Każdy może coś wiedzieć. Każdy czegoś chce. Nikt nie jest po prostu dobry ani po prostu zły. Nawet postacie, które początkowo wyglądają znajomo, po chwili wymykają się z przypisanej im roli.
I to jest największa siła tej „Lalki”.
Serial nie prosi, żebyśmy zapomnieli o książce ani o dawnej ekranizacji. Wykorzystuje nasze przywiązanie przeciwko nam.
Wie, jakiej Izabeli oczekujemy. Wie, jakiego Wokulskiego chcemy zobaczyć. Najpierw daje nam powód, żeby ich odrzucić. Potem odcinek po odcinku, pokazuje, że patrzyliśmy na nich zbyt łatwo.
Dla mnie GENIALNY 💪❤️
P.S Obejrzałam cały.
👑 Dlaczego Królowa Matka nienawidziła Camilli i dopóki żyła, Karol mógł zapomnieć o oficjalnym związaniu się z nią
W sumie Diany też nienawidziła, więc o tym też napisałam
a thread;
Można zgadzać się z Nawrocką lub nie, ale akurat za tą wypowiedź plus dla niej. Szambo prawackich komentarzy już wybiło. Zaraz ją Rydzyk od czarownic wyzwie, jak kiedyś Kaczyńska gdy stanęła po stronie kobiet w sprawie aborcji.
🎭Na facebookowej grupie „Tinder Alert Bez Cenzury Grupa Tylko dla Kobiet" pojawił się dramatyczny wpis Natalii z Wrocławia, która ostrzegała przed rzekomo obleśnym Łukaszem - pytającym ją na pierwszej randce o datę ostatniego stosunku, dotykającym ją po udzie, a potem odjeżdżającym pod wpływem alkoholu.
Sytuacja szybko obiegła internet, a Łukasz opublikował w odpowiedzi zrzuty rozmowy, z których wynika, że do samego spotkania w ogóle nie doszło. Mężczyzna po prostu odjechał sprzed lokalu, bo Natalia na żywo wyglądała zupełnie inaczej niż na zdjęciach.
Cała historia szybko nabrała rozpędu, bo pod postem Łukasza jedna z internautek stwierdziła, że rozpoznała Natalię - jej brat miał zostać dwa lata temu przez tę samą kobietę pomówiony o gwałt po odmowie zapłacenia jej za Ubera.
Łukasz przekazał, że dzięki dostarczonym mu materiałom Natalia została już namierzona, a on złożył zawiadomienie w jej sprawie.
🌿 Może skoro wypłynął temat Revenge Dress to przypomnijmy sobie, o co chodziło w całym zamieszaniu.
W czerwcu 1994 (byli już w separacji ponad rok) Karol podzielił się ze światem dokumentem mającym celebrować 25 rocznicę zostania księciem Walii. Karol spodziewał się, że +
7 maja 1945 roku skrajnie wycieńczona kobieta, ważąca zaledwie 30 kilogramów, wypowiedziała trzy słowa do amerykańskiego żołnierza. Jego dwuwyrazowa odpowiedź na zawsze odmieniła życie ich obojga – a ich historia miłosna trwała 56 lat.
Nazywała się Gerda Weissmann. Urodziła się 8 maja 1924 roku w Bielsku, w kochającej się żydowskiej rodzinie. Jej ojciec, Julius, był odnoszącym sukcesy producentem wyrobów futrzarskich. Matka, Helene, dbała o ciepły i stabilny dom. Starszy brat, Arthur, był jej najbliższym towarzyszem. Gerda chodziła do dobrej szkoły. Miała przyjaciół. Miała plany. Miała przed sobą przyszłość.
1 września 1939 roku nad Bielskiem pojawiły się niemieckie samoloty myśliwskie.
Gerda miała piętnaście lat.
W ciągu kilku miesięcy jej świat legł w gruzach. Wprowadzono antyżydowskie ustawy. Rozpoczęto przymusowe roboty. Stopniowo odbierano jej kolejne swobody. W 1942 roku Gerdę wraz z rodzicami zmuszono do zamieszkania w bielskim getcie. Potem nastąpiła deportacja. Rodziców wysłano do Auschwitz. Brat Arthur został wywieziony wcześniej. Nigdy więcej ich nie zobaczyła. Wszyscy troje zostali zamordowani.
Jednak zanim ją zabrano, ojciec udzielił jej rady, która miała ocalić jej życie. Nalegał, by założyła buty narciarskie, mimo że było lato. Gerda posłuchała, nie rozumiejąc dlaczego.
To właśnie w tych butach przetrwała trzy lata koszmaru.
W latach 1942–1945 Gerda przeszła przez szereg obozów pracy przymusowej wchodzących w skład systemu obozów koncentracyjnych Gross-Rosen; w nieludzkich warunkach pracowała w fabrykach włókienniczych. Bolkenhain. Marzdorf. Landshut. Grünberg. Ciągły głód. Choroby. Przemoc. Skrajne wyczerpanie. Nauczyła się żyć z dnia na dzień, trzymając się drobnych aktów wewnętrznego oporu: wspomnienia o rodzinie, osobistej obietnicy przetrwania jeszcze jednego dnia, cichego postanowienia, by nie zatracić własnej tożsamości.
W styczniu 1945 roku, w obliczu nadciągających od wschodu wojsk radzieckich, naziści zdecydowali się na ewakuację obozów. Nie chcieli, by żywi więźniowie zostali wyzwoleni. Chcieli zatrzeć wszelkie ślady zbrodni.
29 stycznia 1945 roku około dwóch tysięcy Żydówek zmuszono do rozpoczęcia... Marsz śmierci z Grünberga. Szły na zachód w samym środku zimy, pokonując setki kilometrów, brnąc przez śnieg i marznący deszcz, niemal bez jedzenia i w zupełnie nieodpowiednim ubraniu. Te, które nie miały już siły iść, były rozstrzeliwane w miejscu, w którym upadły.
Marsz trwał sto sześć dni.
Kobiety umierały każdego dnia. Jedne z wycieńczenia. Inne z powodu chorób. Jeszcze inne po prostu padały na śnieg i już nigdy nie wstawały. Gerda patrzyła, jak jej przyjaciółki umierają tuż obok niej. Liesel Steppe. Suse Kunz. Ilse Kleinzähler. Jedna po drugiej odchodziły kobiety, z którymi przez lata wspólnie walczyła o przetrwanie.
A Gerda wciąż szła. W butach narciarskich, które ojciec kazał jej założyć pewnego letniego dnia trzy lata wcześniej.
Na początku maja 1945 roku wojna dobiegała końca. Ale marsz trwał nadal. Spośród dwóch tysięcy kobiet, które wyruszyły w drogę, niespełna sto pięćdziesiąt wciąż żyło, gdy 7 maja dotarły do miasta Volary w południowej Czechosłowacji. Porzucono je w budynku starej fabryki. Gerda przypominała szkielet. Była ciężko chora. Jej włosy posiwiały. Od lat się nie myła. Ważyła zaledwie trzydzieści kilogramów.
Wtedy usłyszała nadjeżdżające pojazdy.
Nie były niemieckie.
Ze wzgórza zjeżdżał zachlapany błotem jeep; na jego boku widniała nie swastyka, lecz biała gwiazda. Dwóch amerykańskich żołnierzy wyskoczyło z pojazdu i podbiegło do budynku. Jeden z nich, młody porucznik, dostrzegł dziewczynę opartą o ścianę przy wejściu i ruszył w jej stronę.
Gerda wspominała później: „Pamiętam aurę, która go otaczała – to poczucie niezwykłości i niedowierzania, że w świetle dnia naprawdę widzę kogoś, kto walczył o naszą wolność. Wydawał mi się bogiem”.
Porucznik zapytał po niemiecku i angielsku, czy mówi w którymś z tych języków. Odpowiedziała po niemiecku.
Wtedy wypowiedziała słowa, o których wiedziała, że musi je powiedzieć.
„Jesteśmy Żydówkami, wie pan”.
Przez długą chwilę milczał. Miał na sobie ciemne okulary, więc nie widziała jego oczu. Wreszcie ciszę przerwał jego głos, drżący od emocji.
„Ja też”.
Nazywał się Kurt Klein. Urodził się w 1920 roku w niemieckim Walldorfie. Gdy był nastolatkiem, rodzice wysłali go do Stanów Zjednoczonych, by uchronić go przed narastającymi prześladowaniami Żydów. Jemu udało się uciec. Jego rodzicom – nie. Zostali deportowani do Auschwitz i zamordowani.
Teraz stał w fabryce w Czechosłowacji, twarzą w twarz z kobietą, która przetrwała to wszystko, czego nie przeżyli jego rodzice.
Kurt zapytał o jej towarzyszki. Gerda odparła: „Chodź, pokażę ci”. Powiedział: „Czy mogę zobaczyć pozostałe panie?”. Był to zwrot, jakiego kobiety nie słyszały od sześciu lat. Następnie przytrzymał dla niej drzwi i przepuścił ją przodem do wnętrza budynku.
Gerda zapamiętała tę chwilę do końca życia. „To była chwila przywrócenia człowieczeństwa, ludzkich odruchów, godności i wolności”.
Wewnątrz fabryki kobiety leżały rozrzucone na podłodze, na resztkach słomy; na twarzach niektórych z nich widniało już niezaprzeczalne piętno śmierci. Gerda wskazała szerokim gestem na panujące wokół spustoszenie i – co zdumiewające – zacytowała niemieckiego poetę Goethego: „Niech człowiek będzie szlachetny, pełen miłosierdzia i dobry”.
Kurt mówił później, że trudno mu było uwierzyć, iż ktoś stojący pośrodku takiego koszmaru potrafił przywołać te słowa.
Razem opiekowali się ocalałymi. Wiele kobiet zmarło w kolejnych dniach, już po wyzwoleniu. Sama Gerda ciężko zachorowała i trafiła do szpitala. Kurt często ją odwiedzał. Rozmawiali. Pisali do siebie listy. Rodziło się między nimi coś cichego i niezwykłego. We wrześniu 1945 roku Kurt oświadczył się Gerdzie. Jednak ograniczenia imigracyjne i obowiązki wojskowe sprawiły, że przez niemal rok pozostawali w rozłące. Kurt wrócił do Stanów Zjednoczonych, by odbyć służbę wojskową, podczas gdy Gerda dochodziła do siebie w Europie.
18 czerwca 1946 roku w Paryżu zawarli związek małżeński.
Zamieszkali w Buffalo w stanie Nowy Jork; Kurt prowadził tam firmę poligraficzną, a Gerda zaczęła pisać. Wychowali troje dzieci. Gerda podjęła też decyzję, która zaważyła na całym jej dalszym życiu: samo przetrwanie nie wystarczało. Czuła, że jest coś winna tym, którzy nie przeżyli.
W 1957 roku opublikowała swoje wspomnienia pod tytułem *All But My Life* (Wszystko oprócz życia). Książka ta nigdy nie została wycofana z druku i stała się jedną z najczęściej czytanych na świecie relacji z pierwszej ręki na temat Holokaustu.
Dzieliła się swoją historią wszędzie: w szkołach, na uniwersytetach, w salach wykładowych i w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Była główną prelegentką podczas pierwszych obchodów Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu w styczniu 2006 roku. Odwiedziła uczniów liceum Columbine po strzelaninie w 1999 roku, by pomóc im zrozumieć, jak żyć dalej po niewyobrażalnej tragedii. Występowała we wszystkich pięćdziesięciu stanach USA oraz w wielu krajach na całym świecie.
W 1995 roku na podstawie jej historii powstał film dokumentalny HBO *One Survivor Remembers* (Ocalała wspomina), który zdobył Oscara w kategorii najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny. Gdy po odebraniu nagrody Gerda podeszła do mikrofonu, powiedziała: „Przez sześć niewyobrażalnie trudnych lat przebywałam w miejscu, gdzie zwycięstwem była kromka chleba i przeżycie kolejnego dnia”.
W 2011 roku prezydent Barack Obama odznaczył ją Prezydenckim Medalem Wolności – najwyższym cywilnym odznaczeniem w Stanach Zjednoczonych.
Gerda nigdy jednak nie przemawiała z poczucia dumy, lecz z poczucia obowiązku.
Przesłanie, które niosła, pozostawało niezmienne: pamięć nie jest kwestią wyboru; wolność jest krucha; a godność ludzka stanowi fundament wszystkiego.
Kurt Klein zmarł w 2002 roku; przeżyli razem pięćdziesiąt sześć lat.
Gerda kontynuowała swoją działalność edukacyjną i wystąpienia niemal do końca życia. Współtworzyła organizację non-profit Citizenship Counts, której celem było uświadamianie młodym Amerykanom wartości płynącej z posiadania obywatelstwa; rozumiała bowiem, co znaczy mieć kraj, który przyjął ją z otwartymi ramionami, podczas gdy ojczyzna próbowała ją zniszczyć. Zmarła 3 kwietnia 2022 roku w Phoenix w Arizonie. Miała dziewięćdziesiąt siedem lat.
Dwa tysiące kobiet wyruszyło w marsz śmierci z Grünbergu.
Przeżyło ich niespełna sto pięćdziesiąt.
Jedną z nich była Gerda Weissmann Klein.
Resztę życia poświęciła na to, by świat nigdy nie zapomniał o kobietach, które nie dotarły do końca tej drogi.
Pewnego wiosennego poranka 1945 roku młody porucznik przytrzymał drzwi kobiecie przypominającej szkielet. Był to drobny gest. Jednak po raz pierwszy od sześciu lat ktoś potraktował ją z godnością.
Przeszła przez te drzwi – i wkroczyła w dalsze życie. To nie jest tylko opowieść o przetrwaniu. To historia o tym, co się dzieje, gdy ktoś postanawia, że przeżycie koszmaru nakłada na niego obowiązek zabrania głosu.
Gerdy Weissmann Klein nie ma już wśród nas.
Ale jej głos pozostał.
I dopóki jej historia jest przekazywana dalej, te drzwi pozostają otwarte.
Ważła zaledwie 27 kilogramów i straciła niemal wszystko. Wtedy żołnierz otworzył drzwi, wypowiedział dwa słowa i na zawsze zmienił bieg historii. Poznaj niezwykłą, prawdziwą historię o miłości, przetrwaniu i nadziei – kliknij tutaj: https://t.co/WSoFE4LJNf
za Dxminick Nokx
O Rei Charles enviou uma carta a funcionários do alto de escalão esclarecendo o status do Duque e Duquesa de Sussex após o retorno do casal ao Reino Unido.
A carta foi enviada sob instrução do Rei por seu assessor mais graduado, o Lorde Chamberlain, para esclarecer o status real de Harry e Meghan após pedidos de esclarecimento. Ela foi distribuída a membros do governo, das forças armadas e aos lordes-tenentes de todo Reino Unido.
A carta:
“Após a decisão do Duque e da Duquesa de Sussex de se mudarem para o Reino Unido, recebemos inúmeros pedidos de orientação. Para ajudar a evitar dúvidas ou confusões, o Rei determinou que as seguintes informações sejam compartilhadas.
É sabido que, em janeiro de 2020, o Duque e a Duquesa deixaram de exercer funções representativas em nome do Soberano e deixaram de ser membros ativos da Família Real.
Esta posição, distinta das funções de Estado e reais desempenhadas pelos membros ativos da Família Real, e com a liberdade pessoal que confere ao casal em termos de independência financeira e proteção da sua privacidade, conforme desejarem, continuará a ser totalmente respeitada.
Consequentemente, não há mudança no status atual do Duque e da Duquesa de Sussex. Seus estilos como Sua Alteza Real e Sua Alteza Real permanecem em suspensão e não são usados.
O trabalho de caridade do Duque e da Duquesa é um assunto pessoal para ambos e realizado em caráter privado. Em resumo, sua posição é semelhante à de cidadãos privados com interesses comerciais e de caridade.
Quaisquer perguntas específicas de organizações oficiais e estatais sobre as cortesias que devem ser estendidas ao Duque e a Duquesa, e particularmente onde possa ser necessário recorrer a fundos públicos, devem ser direcionadas ao Palácio de Buckingham. Quaisquer questões de segurança operacional devem continuar a ser direcionadas às autoridades policiais competentes.
Toda correspondência e perguntas administrativas relacionadas ao casal devem ser enviadas diretamente ao seu escritório, que continuará a operar separadamente da Casa Real.”
Harry and Meghan Didn’t Come Home. They Came Back for What They Could Still Get While Charles Is Still King.
Harry and Meghan did not return to Britain because the country suddenly became safe, kind, or worth belonging to. They came back because the version of themselves they built in California stopped working as well as they needed it to, and the family they spent six years tearing apart is still the only institution that can make them matter at the level they want.
That’s the part the sentimental coverage won’t say.
The speeches, interviews, book and documentaries were not just a cry for help. They were a strategy. Tear down the royals’ moral standing. Make Britain the villain. Sell leaving as an act of courage. Then make money from the fallout.
And it worked for a while. Deals get signed when the wound is fresh. It gets a lot harder when the story is old and people have already heard it over and over again.
So now they’re back, with the one reason nobody is supposed to question: the children.
School in the Cotswolds. Roots. Family. Grandfather. It’s the perfect shield. Two school-age children living in Britain changes the whole conversation around security, residency and whether they really “left” for good.
You don’t put your children into a country you spent years describing as racist and unsafe unless something has changed.
The calculation changed.
And living in Britain as private, non-working royals isn’t some great act of humility. It looks an awful lot like the arrangement they wanted back in 2020 and couldn’t get on their terms.
Keep the commercial freedom. Keep the titles. Live near the King. Use the charities, the royal connections, the surname and the calendar when it suits you. Stay close enough to the institution to benefit from the legitimacy it gives you, but far enough away that you don’t actually have to serve it.
Exile was the pressure tactic.
Return is the harvest.
And then there’s William.
Charles is the route in. William is the brick wall.
Harry and Meghan know William isn’t going to entertain them, and they know he will eventually be the one calling the shots. So while they can’t get what they want from William, they can still try to get whatever they can from Charles: access, goodwill, family occasions, royal connections, legitimacy, and whatever else comes with being close to the King and his grandchildren.
That’s why the grandchildren matter so much.
Charles can be softened by his grandchildren and a late phone call. William is a completely different problem.
A Sussex household back in Britain, in the same countryside, the same social circles and the same media storm as the future King isn’t exactly family healing. It’s a permanent complication sitting next to the heir.
And it puts William in an awkward position. If he draws a hard line, he looks cold and unforgiving. If he doesn’t, Harry and Meghan get back into the royal orbit without having to accept any of the responsibility that comes with it.
They don’t need William to welcome them back.
They just need Charles to give them enough access to keep the door open.
That isn’t reconciliation.
It’s leverage.
And let’s not pretend the British public are being offered an apology. They’re being offered royal drama again.
Outrage still gets attention. Security rows still get attention. Even speculation about which school gate they’ll be seen at gets attention.
They already proved they can live off the feud.
This isn’t reconciliation.
It’s occupancy.
They spent years setting fire to the house so they could negotiate their way back into a wing of it, with the children as the reason nobody is supposed to say what’s actually happening.
Call it what it is.
They didn’t come home.
They came to collect.
23.08.1944 r. - Powstanie Warszawskie:
"Każdego dnia muszę prowadzić przesłuchania. Dziś znów miałem powstańca i 16-letnią dziewczynkę. Z żadnego z nich nie udało się nic wydobyć. Być może uda mi się wyratować dziewczynę. (...)
Ci ludzie kierują się patriotyzmem w najczystszej postaci, ale my nie możemy ich oszczędzać. Staram się ratować każdego, kto jest do uratowania. (...)
Nie jestem właściwym człowiekiem do prowadzenia takich przesłuchań, a przynajmniej do prowadzenia
ich w tak bezwzględny sposób, jaki byłby tu na miejscu i jaki się najczęściej stosuje. A jednak wdzięczny jestem, że muszę to robić, bo przecież mogę niejedno naprawić.” - z listu Wilma Hosenfelda do rodziny, z dn. 23.08.1944 r.
*- Wilhelm (Wilm) Hosenfeld - kapitan Wehrmachtu, który w miarę możliwości starał się udzielać pomocy Polakom i Żydom.
Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski oraz tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
To właśnie jego nazwisko "zapomniał" Władysław Szpilman po wojnie.
I przez to "zapomnienie" - kapitan Wilhelm Hosenfeld umrze na nieludzkiej, sowieckiej ziemi...
Inni jakoś o nim pamiętali, ale nie mieli takiej siły przebicia, jak miał Szpilman:
https://t.co/3dinQhWJ1T
14 lat temu, będąc Dyżurnym Operacyjnym na Okęciu, zabrałem na płytę lotniska ( w tym objazd dróg startowych), dwóch młodych chłopców z mojego aeroklubu: Julka i Wojtka. Zaczynali wówczas przygodę z szybowcami.
Wczoraj dostałem od jednego z nich taką wiadomość.
Radość ❤️😍
Żołnierz pełniący służbę przy Grobie Nieznanego Żołnierza krótko zwrócił uwagę turyście, aby ten nie opierał się o pomnik.
Stanowczo, ale jednak z kulturą. Piękna reakcja.
Film od: panther.adecmon