Konserwatysta. Zdecydowanie.
Zgrzytam przy: na magazynie i półtorej roku.
Idealna równowaga między szybkością a głębią myśli - z reklam tę lubię najbardziej.
Dziś proponuję Państwu garść refleksji z okazji rocznicy 17 września. I bardzo proszę, żeby ci, którym ten tekst się spodoba, zamiast serduszka, ewentualanie obok serduszka podali go dalej.
Wrzesień to dla pamięci wielu z nas – choć po tych 87 już latach grupki z każdym rokiem coraz mniejszej – miesiąc szczególny, przez to, że to właśnie wtedy rok w rok powracają refleksje dotyczące owych dwóch nacji, z którymi nam przyszło przez całą naszą historię sąsiadować, a więc Rosjan i Niemców. No i to wtedy też, szczególnie w przypadku zstępujących już pokoleń, którzy mieli to nieszczęście, by i jednych i drugich poznać w akcji, dobrzy ludzie stawiają sobie to okropne pytanie, na które wydawałoby się, nie ma jednoznacznej odpowiedzi: którzy z nich byli gorsi. W ostatnich latach, jakimś dziwnym zakrętem historii, do tego doszli też Ukraińcy, czy to przez ich mordercze zaangażowanie na Wołyniu i okolicach, czy przez to co oni, wówczas jeszcze bez narodowej przynależności, uczynili ze św. Andrzejem Bobolą. A więc Ukraińcy, wtedy jeszcze funkcjonujący jako Kozacy, ewentualnie Kozacy, dziś występujący jako Ukraińcy.
Ktoś powie, że to bardzo nieładnie z mojej strony zestawiać naszych braci Ukraińców z Niemcami, czy Rosjanami, a ja od razu zapewniam, że ja ich absolutnie ani z jednymi ani z drugimi nie zastawiam, a to z tej prostej przyczyny, że jeśli popatrzeć na ich osiągnięcia na polu okrucieństwa, to oni, przy całym szacunku do Niemców i Rosjan są poza skalą.
Już wyjaśniam, o co chodzi. Otóż niedawno moja córka, która w minionych dwóch latach, skutkiem cudownego wyrwania się ze śmiertelnej choroby, stała się osobą nadzwyczaj pobożną pobożną, a swoje wyzdrowienie zawdzięcza wstawiennictwu zarówno św. Boboli jak i błogosławionej rodzinie Ulmów, podzieliła się ze mną ciekawą refleksją. Otóż, studiując losy owej rodziny, ona gdzieś przeczytała, że przed wybuchem wojny państwo Ulmowie mieli w planie przeprowadzić się z Markowej na Wołyń, no ale los tam chciał, że już nie zdążyli i pozostali tam gdzie się urodzili i w efekcie tego zamordowani przez Niemców. I teraz moja córka mówi, że jeśli się uczciwie zastanowić, to Pan Bóg naprawdę o tych świętych ludzi zadbał, bo gdyby trafili na Wołyń, to wprawdzie nie zostaliby obciążeni winą ratowania Żydów i Niemcy być może do nich nic nie mieli, natomiast z dużą dozą prawdopodobieństwa zostaliby zamęczeni w sposób, o jakim ani Niemcom, ani Rosjanom się nie śniło. O jakim nie śniło się prawdopodobnie nigdzie nikomu, no może z wyjątkiem Anglików, no ale gdzie Rzym, a gdzie Krym, prawda?
Tak to mówi moje dotknięte przez Boży palec dziecko, a ja sobie myślę, że trudno znaleźć to na te jej słowa kontrargument. Fakty bowiem mówią nam tyle, że Ukraińcy sami umieścili się poza skalą. Zostają więc, zwłaszcza teraz gdy mamy wrzesień, Rosjanie i Niemcy. Nie wiem absolutnie, jak to się stało, ale od czasu, jak zacząłem samodzielnie myśleć, czyli mniej więcej tak długo, jak sięgam pamięcią, nienawidziłem wszystkiego co ruskie. Prawie wszystkiego, ale o tym później. Ta moja niech��ć do rosyjskich sportowców, do rosyjskiego języka, do rosyjskiej nauki, i – jakże by inaczej – do rosyjskiej wielkomocarstwowej polityki była o tyle dziwna, że moi rodzice i dziadkowie nigdy szczególnie mnie w tym kierunku nie prowadzili. On sami, oczywiście, nie znosili w sposób naturalny komuny i całej duszącej nas bolszewii, ale, o ile sobie przypominam, ten temat nigdy nie dominował naszych rozmów. Kiedy próbuję zgadnąć, jak to się stało, ze przez tyle lat potrafiłem w sobie pielęgnować tę moją nienawiść, to dochodzę do wniosku, że może ma rację pewien mój dobry kolega, który twierdzi, że to jest wszystko kwestią tego, kim się było w poprzednim wcieleniu i – na ile go znam – to on pewnie by mi powiedział, że mnie zapewne bolszewicy zamordowali w Katyniu, lub zatłukli po wojnie we Wronkach i teraz tak mam.
Czy jest to wina reinkarnacji, czy może powody są zupełnie inne, fakt pozostaje faktem. Swój antykomunizm, a przy okazji tę antyrosyjskość, nosiłem ze sobą zawsze jak relikwię. Kiedyś już tu się chwaliłem, jak to w czasie moich studiów, odmówiłem współpracy z SB i jak ten gest był z mojej strony aktem nie tyle odwagi, co absolutnie naturalnego odruchu. Dziś, jeśli to zdarzenie przypominam, to już nie po to, żeby wypinać pierś do orderów (choć, przyznaję, do dziś jest to moim zdaniem jedna z piękniejszych rzeczy, jakie udało mi się w życiu wykonać). Robię to po to, żeby jeszcze raz się zastanowić, jak to się stało, że w tamten dzień, kiedy wiedziałem, że się prawdopodobnie ważą moje losy, powiedziałem temu esbekowi, żeby na mnie nie liczył. Nie byłem ani bojownikiem, ani bohaterem, ani człowiekiem w sposób naturalny poszukujący adrenaliny. Nie byłem szczególnym patriotą, nie nosiłem w klapie opornika, nie goniłem się z milicją po mieście. Ale wtedy, tamtego ranka, wiedziałem na pewno, że prędzej dam się wyrzucić ze studiów, niż zgodzę się pracować dla Ruskich. I wciąż nie wiem, dlaczego ja.
Piszę dziś o tym, bo mamy 17 września, czyli rocznicę napaści Związku Sowieckiego na Polskę. Czyli rocznicę wydarzenia, które przez wiele lat, było dla mnie centralnym punktem mojej historycznej świadomości. Wydarzenia, o którym, gdy chodzi o historyczne szczegóły, zawsze wiedziałem znacznie mniej, niż o 1 września i o wszystkim, co się działo między nami, a Niemcami, ale które jak żadne inne sprawiało, że czułem dumę z tego, że jestem Polakiem. Że to ja jestem członkiem tego narodu, który został tak straszliwie zduszony przez to połączone i zorganizowane zło. Myślę sobie, że ten mój brak wiedzy na temat tego, co się działo w latach wojny po sowieckiej stronie, był trochę spowodowany tym, że w latach, kiedy się wychowywałem, ten akurat temat praktycznie nie istniał, a – jak już wspomniałem – w moim domu szczególnej atmosfery pod tym względem też nie było. Ale też tym, że cała moja rodzina, w czasie wojny, raczej cierpiała z rąk Niemców, niż Sowietów, a po wojnie żyła raczej w biedzie, ale za to w spokoju.
A mimo to, 17 września dla mnie znaczył zawsze znacznie więcej, niż jakakolwiek inna historyczna data. I dziś, kiedy piszę ten rocznicowy tekst, wiem, że muszę coś powiedzieć takiego, żeby nie było wątpliwości, że ten dzień odpowiednio uczciłem. A więc, pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z – nieżyjącą już dziś – babcią mojej żony, która w momencie wybuchu wojny mieszkała we Lwowie. Opowiadała ona, jak przypomina sobie pociąg stojący na dworcu we Lwowie, do którego Rosjanie pakowali mające być wywiezione na Sybir polskie rodziny, wewnątrz pociągu był straszliwy ścisk, a na zewnątrz panował równie straszliwy mróz. I od czasu do czasu, widać było, jak od ludzi z pociągu, stojący na peronie odbierali zamarznięte na śmierć niemowlęta. Nie wiem, czy to prawda, ale tak mi opowiadała babcia mojej żony, która podobno stała wtedy na tym peronie i to wszystko widziała.
To byłoby jedyne właściwie wspomnienie, jakiego stałem się przez te wszystkie lata biernym uczestnikiem, a dotyczące początków tego, czego już jako bezpośredni obserwator miałem okazję dotykać przez całe moje życie w komunie. Byłoby to wspomnienie jedyne, gdyby nie to, że również lata temu rozmawiałem z moim wujkiem, bratem mojej mamy, który – w moim najszczerszym przekonaniu – jest najwybitniejszym ekspertem od wszystkiego tego, co się wiąże z II Wojną Światową. Opowiadał mi on mianowicie, jak kiedyś zdarzyło mu się gościć u siebie rodzinę, jedną z tych, którą babcia mojej żony widziała w wagonach jadących na Sybir, którzy długie lata spędzili na Syberii. Ponieważ oni byli jego gośćmi, a on im chciał pokazać różne ciekawe miejsca, zawiózł też ich do Auschwitz. I proszę sobie wyobrazić, że oni tak chodzili to tu to tam, patrzyli na to, lub na tamto, a a kiedy on ich zapytał „no i jak”, to któreś z nich mu odpowiedziało: „No wie pan, trudno powiedzieć, bo ja tu tak patrzę i widzę baraki, jakieś prycze, na górze dach… Kiedy nas przywieźli, to wysadzili w lesie, powiedzieli, że teraz to jest nasz dom, dali jedną siekierę i pojechali dalej”.
Innym jednak razem, opowiedział mi on coś jeszcze, mianowicie, że po tym jak Niemcy uderzyli na Związek Sowiecki, w ciągu bardzo krótkiego czasu do niemieckiej niewoli trafiło pięć milionów sowieckich żołnierzy, z czego prawie milion wstąpiło do niemieckiej armii. Te miliony jeńców wojennych zmarły następnie w straszliwej nędzy i rozpaczy, z głodu i z chorób, w niemieckich obozach. Wujek mój twierdzi, że te pięć milionów w większości poddało się głównie z głodu i z nadziei, że w niewoli przynajmniej dostaną coś jeść. Mówi dalej mój wujek, że gdyby Niemcy zapewnili każdemu z nich talerz gęstej zupy i kromkę chleba na dzień, to niemiecka armia powiększyłaby się o pięć milionów wiernych żołnierzy. A tak, ci co nie zgodzili się kolaborować, a jeśli zdezerterowali to tylko dlatego, że liczyli bardzo na to, że ktoś wreszcie ich nakarmi, zwyczajnie zmarli.
Biedni sowieccy żołnierze. Tak sobie o nich dziś myślę i teraz, kiedy piszę ten tekst i tyle razy wcześniej, kiedy oglądałem wspaniałe rosyjskie filmy wojenne, które zawsze mnie wzruszały. Czy to Lecą żurawie, czy to Dziecko wojny, czy Ballada o żołnierzu… zawsze sobie myślałem, jak to fatalnie się dla nich ułożyło życie, że ktoś im któregoś dnia kazał umierać za sowiecką ojczyznę i za światową rewolucję. I wtedy znów wracam do tej sceny na dworcu we Lwowie w tamten mroźny wieczór, a później przypominam sobie ten niemiecki dokument, dziś znajdujący się w Muzeum w Auschwitz, z pięcioma pieczątkami i sześcioma podpisami skazujący więźnia na dwa dni karceru za zrobienie kupy z barakiem. I zaczynam myśleć o Niemcach. I już się czuję pewniej. Tu teren jest czysty. Tu jest zdecydowanie łatwiej.
I to jest mój kolejny wpis z okazji rocznicy napaści Sowietów na Polskę i początku tej gehenny, dzięki której marszałek Czarzasty ze swoim kumplem Tuskiem mogą się dziś poczuć prawdziwymi politykami i poślizgać się po temacie ludobójstwa i jego znamion.
Rok 2001 islamski atak i 25 lat później - islamista burmistrzem NY. Ludzie są popierdoleni pod każdą szerokością geograficzną. Wystarczy tylko, że trwają na posterunku odpowiednie media.
Zbliża się nam nieuchronnie kolejna rocznica napaści Sowieckiej Rosji na Polskę, ale ponieważ do 17 września jeszcze nam trochę czasu zostało, a tu z jednej strony kanclerz Merz wzywa nas do tego by nie marudzić, tylko się cieszyć, a z drugiej lokalne wybory w Niemczech wygrało AfD, i tu też pojawiają się wezwania do radości, uważam, że Ruscy mogą poczekać, a nam przydałoby się jeszcze spojrzeć na Niemcy i Niemców tak zwanym „obiektywnym okiem” i przyznać, że tam też, jak wszędzie na świecie, są ludzie dobrzy, źli, a nawet tacy sobie.
Na tę właśnie okazję mam przygotowanych kilka obrazków. Najpierw wsłuchajmy się w głos złego Niemca, wybitnego prawnika, gubernatora Hansa Franka:
„Gdy kiedyś wygramy wojnę, nie mam nic przeciw temu, aby zrobić siekaninę z Polaków i Ukraińców i z tego wszystkiego, co się tu wałęsa – zrobić z nimi to, co się tylko będzie podobało”.
Teraz kolej na dobrego Niemca, hrabiego Clausa von Stauffenberga, który mówi o mieszkańcach Generalnej Guberni tak: „To niewyobrażalna hołota. Bardzo dużo Żydów i bardzo dużo mieszańców. Ci ludzie będą posłuszni jedynie pod knutem. Tysiące jeńców wojennych wykorzysta się dla naszego rolnictwa. W Niemczech na pewno będą użyteczni, pracowici, posłuszni i skromni”.
I na koniec spójrzmy na Niemca ani złego ani dobrego. Na zwykłego, porządnego Niemca. Nie wiemy, jak się nazywa, jak wygląda, nawet nie słyszymy jego głosu. Wchodzimy na teren Muzeum w Oświęcimiu i, wśród najróżniejszych pamiątek, widzimy dokument stwierdzający, że pewien człowiek został skazany na trzy dni karceru za to, że zrobił kupę za barakami, zamiast w toalecie. Dokument jest sporządzony bardzo starannie, jest dobrze zachowany, a na dokumencie widzimy pięć pieczątek i sześć podpisów. Pięć niemieckich pieczątek i sześć niemieckich podpisów, poświadczających, że więzień faktycznie dokonał wykroczenia i że kara została nałożona zgodnie z przepisami.
I oto minął ledwie tydzień od obchodów rocznicy tego dnia, gdy do Polski przyjechali niemieccy prawnicy, niemieccy arystokraci, niemieccy urzędnicy, ze swoimi porządnie wykonanymi pieczątkami i swoimi pięknymi piórami, umoczonymi w porządnym niemieckim atramencie. I rozpoczęli budowę Nowej Europy.
17 września dopiero za dziesięć dni. Na razie pamiętajmy o tych.
When 740 children died at sea and every country said "no," one man—who had reason to remain silent—said "yes."
The year was 1942.
The ship drifted in the Arabian Sea, like a floating coffin. There were 740 Polish children on board. Orphans. Survivors of Soviet labor camps, where their parents had died of the flu or starvation. They had escaped through Iran, but a more terrible punishment awaited them.
No one would accept them.
The British Empire—the most powerful power of its time—refused entry to port after port along the Indian coast. "It's not our responsibility. Sail away."
Almost finished with food. No medicine. Time was running out.
Twelve-year-old Maria held her six-year-old brother's hand. She had promised her dying mother to protect him. But how do you protect someone when the whole world turns on them?
And then news came to the small palace in Gujarat.
The ruler was Jam Sahib Digvijay Singhji, Maharaja of Navanagar. In the royal system, he was just a minor prince. The British controlled the ports, trade, and army. He had every reason to obey and remain silent.
When his advisors told him that 740 children were stranded at sea after the British refused to take them to any port in India, he asked one question:
"How many children are there?"
"Seven hundred and forty, Your Majesty."
He paused and calmly said:
"The British may control my ports. But they do not control my conscience. These children are docked at Navanagarh."
The advisors warned him:
"If you challenge the British—"
"So I will stop. "
He sent a message to the ship: You are welcome here.
When British officials protested, the Emperor remained firm.
"If the strong refuse to save the children," he said.
I, the weak, will do what you cannot.
In August 1942, the ship struggled to enter Navanagara harbor under the blazing summer sun.
The children walked like ghosts—exhausted, blank-eyed, many too weak to walk. They had learned to hope for good. Hope had turned dangerous.
The Maharaja was waiting for them on the dock.
Dressed simply in white, he knelt down to be at their eye level. Through interpreters, he spoke words they had not heard since their parents died.
"You are no longer orphans.
You are my children now.
I am your Bapu—your father."
Maria felt her brother's handshake. After months of rejection, these words seemed surreal.
But he was serious.
He didn't build a refugee camp.
He built a home.
In Balachadi, he created something amazing—a little Poland in India. Polish teachers who understand trauma. Polish food flavored with memory. Polish songs in an Indian garden. A Christmas tree under a tropical sky.
“Suffering tries to erase you,” he said. “But your language, culture, and traditions are sacred. Let's keep them here.” "
Children who were told they had no place in the world finally found a home.
They laughed again. They played again. They returned to school. Maria watched her brother chase a peacock in the palace garden, and her body remembered again what safety meant.
The Emperor used to visit them often. He remembered names. He celebrated birthdays. He watched high school plays. He comforted children crying for parents who would never return. He paid for doctors, teachers, clothing, and food—from his own wealth.
For four years, while the world was torn by war, 740 children lived not as refugees, but as a family.
When the war ended and it was time to leave, many wept. Balachadi became the only home they had ever truly known.
These children have grown and moved around the world—becoming doctors, teachers, engineers, parents, grandparents. And they have never forgotten.
Warsaw's Good Emperor Square appeared in Poland. Schools bear his name. He was awarded Poland's highest honor.
But the original monument wasn't made of stone.
It cost 740 lives.
Today, at 80 years old, they still gather. They tell their grandchildren about an Indian king who refused to turn compassion into political calculation.
@EislerAndrzej Pytanie było oczywiście retoryczne. Nie oglądam trucizny na R prawie od roku. Pozytyw jest taki, że jestem dużo spokojniejszy a to podobno przedłuża życie. Pan ma chociaż swoje pszczoły jako odskocznię ... no i góry w zasięgu ręki.
Pani Barbara Mróz-Gorgoń o Wigilii
„Wigilia polska, to jest taka specyficzna tradycja. Tradycja, gdzie jest wiele potraw, wiele KOMPONENTÓW i wiele INGREDIENCJI”
Patrzcie jak sprytnie ten śmieć Poroszenko przemycił banderowską symbolikę na opakowaniu swoich cukierków sprzedawanych w Polsce.
Ja tego gówna nigdy bym nie kupił, ale rzuciło mi się w oczy w sklepie jak kpią z Polaków.
Kupując produkty Roshen wspierasz banderowców.
Lagarde 'la directora del Banco Central' fue CONDENADA en 2016 en Francia por malversar cientos de MILLONES EUROS. .
Sí, la misma que quiere imponer el €uro Digital.
Reenvíenlo para que nadie lo olvide.
🔥🔥🔥🔥⚔️
📓 „Piąty etap”
👤 Sergiusz Piasecki
To pierwsza zachowana powieść Sergiusza Piaseckiego. Napisana została w więzieniu na Świętym Krzyżu w kwietniu 1934 roku.
Początkowo zatrzymana przez cenzurę więzienną z powodów politycznych, mogła ukazać się drukiem dopiero rok po wyjściu autora na wolność (1938).
#RokPiaseckiego