NIEWIARYGODNE!
Właśnie usłyszałem z kręgów Unii Centrum, że wśrod posłów PL2050 na początku obecnej kadencji krążyła instrukcja, co zrobić, aby sobie sfinansować zakup auta z pieniędzy sejmowych. O tym, jak to zrobić, instruował posłów PL2050 jeden z nich, znany mi z nazwiska.
Tak, wiem, że oni się dziś nie kochają, ale poczytajcie:
Zgodnie z tą radą, nie należy zawierać umowy samemu z firmą leasingową, tylko namówić zaprzyjaźnioną / spokrewnioną firmę, aby wzięła auto w leasing i dopiero od niej wynająć auto. Czyli dokładnie to, co zrobił poseł Gomoła.
Płaci za to kancelaria sejmu.
Takie instrukcje były posłom PL2050 przekazywane wprost, a wiem to od… kolegi pana Posła, który w takiej rozmowie uczestniczył.
Po co takie kombinowanie? Bo zgodnie z decyzją Marszałka Sejmu, poseł nie może finansować z pieniędzy sejmowych zawartej przez siebie umowy najmu auta, które mógłby potem wykupić.
Jerzy Woźniak, wiceszef Kancelarii Sejmu, w sierpniu dla WP:
„Każdy poseł wynajmujący samochód dostaje od nas potwierdzenie, że umowa nie przewiduje opcji wykupu – to musi być w niej zapisane bezwzględnie”
Chodzi o to, aby nie dopuścić do sytuacji, w której kancelaria sejmu, z ryczałtu, płaci posłowi 4 lata za wynajem auta, a on sobie je potem wykupuje za grosze. I ma drogie auto za darmo.
No więc ten poseł, dziś wciąż w PL2050, miał podsuwać kolegom i koleżankom rozwiązanie – niech umowę najmu zawrze ktoś inny, z kim macie dobre relacje. I wynajmie Wam to auto. Pieniądze na wynajem przyjdą z kancelarii sejmu (z ryczałtu na prowadzenie biura poselskiego), a po końcu umowy zaprzyjaźniona firma wykupi auto za ułamek wartości i posłowi odsprzeda.
Ten poseł sam też wynajmuje auto, które, twierdzi mój rozmówca, w którymś momencie po prostu stanie się jego własnością.
O czym to świadczy? Ano o tym, że przypadek Gomoły nie jest występkiem pojedynczego posła, ale może być strategią przyjętą od początku, przez grupę ludzi, chcących odnieść korzyść majątkową dzięki temu, że sprawują mandat.
Co jeszcze musi się stać, aby zmieniono te przepisy? Panie Marszałku @wlodekczarzasty?
Na koniec ciekawostka – wiecie, że dzisiejsze zarządzenie Marszałka Sejmu nie precyzuje, wynajem jakiego środka transportu można sfinansować z ryczałtu na biuro?
To już wiecie.
Czyli – jeśli poseł będzie miał kaprys lecieć do Warszawy helikopterem, za 5 tys. zł, to może wynająć helikopter i kancelaria mu to rozliczy.
#jawnosc
Wniosek 3 (dla mnie najważniejszy)
Praktycznie nie widzę środków na zawieranie nowych umów modernizacyjnych finansowanych z FWSZ, poza umowami finansowanymi z SAFE.
Dlaczego?
Planowany poziom zadłużenia FWSZ w 2030 roku ma wynieść 447,5 mld PLN.
185 mld PLN netto z tego powinno przypaść na umowy z SAFE (do 2030 roku wszystkie powinny być podpisane, a umowy zrealizowane i płatności dokonane).
Na umowy spoza SAFE pozostaje zatem 262,5 mld PLN, a te które już podpisano mają wartość aż ok 350 mld PLN netto (z czego już zaciągnięto dług na ok. 90 mld PLN, a ok. 260 mld PLN długu trzeba jeszcze zaciągną).
Część zadłużenia FWSZ zostanie spłacona w latach 2026-2030 (niestety nie wiadomo ile), ale IMO nie aż tyle, aby dało to miejsce na zawieranie wielu nowych umów finansowanych z FWSZ. Raczej będą to pojedyncze kontrakty.
Pozostają oczywiście jeszcze środki budżetowe, ale te będą zjadane w najbliższych latach w dużym stopniu na zwiększenie liczebności wojska, spłatę zadłużenia FWSZ, czy inwestycje budowlane (np. na bazy dla żołnierzy USA).
Cieszmy się zatem umowami z SAFE, bo innych nowych w najbliższych latach może nie być zbyt wiele, a potrzeby modernizacyjne Wojska Polskiego pozostają nadal ogromne (liczone w setkach mld PLN).
MŁODZI TO PATOLOGIA.
1. Wyprodukowaliśmy pokolenie ludzi, którzy mają dostęp do całej wiedzy ludzkości w kieszeni, a jednocześnie nie wiedzą absolutnie nic. Nie znają historii, geografii, ekonomii ani własnego kraju, ale posiadają opinię na KAŻDY temat. Dawniej, żeby być ignorantem, trzeba było przynajmniej nie mieć dostępu do książek. Dzisiaj ignorancja wymaga aktywnego wysiłku.
2. Nie panują nad własnymi emocjami. Wszystko jest „toksyczne”, „traumatyczne”, „problematyczne” albo „triggerujące”. Krytyka staje się atakiem. Dyskomfort staje się cierpieniem. Niepowodzenie staje się traumą. Zamiast nauczyć człowieka radzić sobie z rzeczywistością, nauczono go tworzyć coraz bardziej wyrafinowane słownictwo do opisywania tego, dlaczego rzeczywistość powinna dostosować się do niego.
3. Nie potrafią też docenić tego, co mają. Żyją w jednym z najbezpieczniejszych i najbogatszych okresów historii, otoczeni technologią, o której ich pradziadkowie nie potrafiliby nawet fantazjować, a zachowują się tak, jakby zostali zesłani do kopalni soli w XIV wieku. Ciepłe mieszkanie, pełna lodówka, smartfon, wakacje, streaming, dostawa jedzenia pod drzwi — i permanentne poczucie krzywdy.
4. Są źle wychowani. Nie dlatego, że nie znają właściwego widelca do ryby. Gorzej: nie rozumieją, że przestrzeń publiczna należy również do innych ludzi. Głośnik w autobusie, hulajnoga między pieszymi, telefon przy stole, darcie mordy w miejscu publicznym. Świat jest sceną, oni są głównymi bohaterami, a reszta społeczeństwa ma zejść z kadru.
5. Nie potrafią czekać. Nie potrafią się nudzić. Nie potrafią przez pięć minut siedzieć bez bodźca. Telefon musi być sprawdzony podczas jedzenia, rozmowy, spaceru, pracy i kiedyś prawdopodobnie własnego pogrzebu. Pokolenie z największym dostępem do informacji w historii wytrenowało sobie zdolność koncentracji złotej rybki na amfetaminie.
6. Nie potrafią niczego naprawić. Nie potrafią niczego zbudować. Część nie potrafi ugotować pięciu normalnych obiadów, przyszyć guzika, odetkać odpływu ani zorganizować własnego dnia bez aplikacji. Za to doskonale wiedzą, jak powinno zostać zreorganizowane całe społeczeństwo.
7. Nie mają cierpliwości do kompetencji. Chcą rezultatów bez praktyki, pozycji bez hierarchii, pieniędzy bez doświadczenia i autorytetu bez osiągnięć. Jeśli ktoś robił coś przez dwadzieścia lat, to nie jest ekspertem. Jest „gatekeeperem”.
8. Nie rozumieją pieniędzy. Subskrypcja tu, dostawa tam, kawa za 25 zł, telefon na raty, pięć aplikacji pobierających co miesiąc pieniądze z konta — a potem wielkie odkrycie ekonomiczne: NIE DA SIĘ OSZCZĘDZAĆ.
9. Nie mają stosunku do przeszłości, bo przeszłość zaczyna się dla nich mniej więcej w 2016 roku. Wszystko, co było wcześniej, jest albo niezrozumiałe, albo podejrzane moralnie. Człowiek bez pamięci historycznej patrzy więc na instytucje istniejące od stuleci i po piętnastu sekundach namysłu stwierdza, że właśnie odkrył, jak je naprawić.
10. Nie żyją nawet w tej samej rzeczywistości. Algorytm daje każdemu prywatny wszechświat, prywatne fakty, prywatne autorytety, prywatne oburzenie i prywatną epidemię problemu, o którym normalny człowiek nawet nie słyszał. Potem wychodzą z internetu i są zdziwieni, że społeczeństwo nie przeczytało tego samego feedu.
Najbardziej imponujące jest jednak połączenie wszystkich tych cech.
Nigdy wcześniej człowiek nie mógł wiedzieć tak mało, umieć tak niewiele, kontrolować się tak słabo i jednocześnie posiadać tak niewzruszonego przekonania, że to właśnie ON powinien pouczyć wszystkich poprzednich ludzi, jak należało urządzić świat.
Pracując ze starymi mapami Wojskowego Instytutu Geograficznego, mało co daje tyle radości i satysfakcji, ile repatriacja map. A że w ostatnich dniach udało mi się zorganizować powrót dziewięciu arkuszy do Polski, w tym wątku chciałbym opowiedzieć Wam tę historię.
Będzie ciut o robocie detektywa, trochę o naszej historii, a reszta to już fantazja pasjonata😉Zapraszam! 1/
PrzewodzikFilmowy (NajlepszeSzoty)
Tego dnia w 1959 roku odbyła się premiera filmu "Baza ludzi umarłych" w reżyserii Czesława Petelskiego na podstawie noweli Marka Hłaski "Następny do raju". Pisarz po zobaczeniu zmian, których dokonał nadzorujący wówczas niemal każdy powstający film Alekander Ford, kazał albo przywrócić wersję oryginalną scenariusza albo usunąć jego nazwisko z napisów tytułowych obrazu - stało się to drugie. Ze względu na prawo autorskie (opowiadanie było już opublikowane) twórcy filmu musieli zmienić tytuł, a pomysł nadania mu tego ostatecznego wyszedł od Romana Bratnego, szefa literackiego studia. I trzeba powiedzieć, że był to dobry wybór, a film, mimo sporych zmian w stosunku do literackiego pierwowzoru (przede wszystkim dające nadzieje zakończenie - Hłasko chciał filmu i finału pesymistycznego) jest naprawdę dobry, co widać choćby w tej scenie pogrzebu Apostoła. Przeorani przez życie mężczyźni nie do końca wiedzą jak się zachować w kościele, ale zachowują się na tyle przyzwoicie jak potrafią. Film jest utrzymany w surowej, ciemnej tonacji, ale inaczej być nie mogło - ludzie umarli żyją wszak w mroku, a zdjęcia Kurta Webera znakomicie to pokazały.
Nie udało się jednak uniknąć wad i są momenty, gdy obraz przypomina zwykły produkcyjniak - ktoś miał nawet napisać, że „zamiast »czarnej ballady« ocierającej się o produkcyjniak, oglądamy produkcyjniak bezskutecznie udający »czarny film«". Coś w tym jest...
WierszDnia
Krzysztof Kościelski
ALERT RCB 3
Drzemałem z mą dziewczyną,
Gdy smartfon przeszedł dreszcz.
Spytała: „Kto to taki?”.
Odparłem: „Wiatr i deszcz”.
I to był błysk - dostałem w pysk - nie wyjaśniłem nic.
A ona wyszła wściekła,
Z twarzą dumną i bladą.
Więcej jej nie widziałem.
Porwało ją tornado.
@MariuszCielma@SPIKE_3725 I HMMWV i Honkery i wózki widłowe, itd... i mimo postulatów od lat, brak decyzji by kupić zwykłe lawety jak używają pomoce drogowe. Stać nas.
PrzewodzikKsiążkowy (minirecenzja)
Zbigniew Parafianowicz „Kłopot z Zełenskim”, Warszawa 2026. To bodaj najgłośniejsza książka ostatnich tygodni i jak trochę uległem tej gorączce, ale też tym co dzieje się w relacjach między Polską i Ukrainą. A praca Parafianowicza dobitnie pokazuje, że już od dłuższego czasu dzieje się źle i właściwie nie ma widoków na poprawę. Z wielu względów, ale do tego jeszcze dojdziemy.
Największe kontrowersje związane z tą publikacja to chyba nawet nie krytyczne spojrzenie na prezydenta Ukrainy, ale forma książki, czyli fakt, że jest to po prostu zebrane w jednym miejscu kilkadziesiąt krótkich, najczęściej wielkości akapitu lub dwóch anonimowe wypowiedzi polityków, dyplomatyków, wojskowych i innych ludzi zaangażowanych w sprawy wschodnie. Na pierwszy rzut oka całkowity brak ingerencji autora w cytaty (jest tylko swego rodzaju podsumowanie na końcu) trochę dziwi i razi, ale po kilku stronach dość szybko czytelnik się do tego przyzwyczaja i nie stanowi to już później problemu.
Taka forma książki może także u niektórych, przyznaję, że także u mnie, rodzić drobne podejrzenia lub wątpliwości, że te zebrane w pracy wypowiedzi zostały w jakiś sposób udramatyzowane, podkręcone być może dla mocniejszego efektu albo wręcz zmyślone. Tu już trzeba zaufać autorowi, a przychodzi to w miarę łatwo, bo po lekturze choć niektóre fragmenty mogą sprawiać wrażenie nawet szokująco podejrzanych pojedynczo, ale jako całość książka wydaje mi się bardzo spójna i wiarygodna, a przez to jeszcze bardziej przygnębiająca. Bo tak naprawdę obraz jaki się z niej wyłania nie jest wesoły.
Przede wszystkim dlatego, że choćbyśmy stawali na głowie, starali się przywrócić nasze stosunki z Ukrainą na właściwie tory, to jest to niemożliwe, bo nasz wschodni sąsiad tego po prostu nie chce. Polska, która od początku wojny z Rosją była kluczowa w pomocy dla walczącego kraju, stała się po prostu niepotrzebna. No, ona oczywiście może się jeszcze przydać jako dostarczyciel broni i sprzętu i pomocnik w transport tychże na Ukrainę, ale z politycznego punktu widzenia Kijów, zapewne przy mocnej pomocy innych stolic uznał, że jesteśmy zbędni, a już na pewno nie mamy nic do gadania w ważnych kwestiach dotyczących czy to działań wojennych czy ewentualnego pokoju. Cokolwiek byśmy teraz nie zrobili polityki ukraińskiej wobec nas to nie zmieni, bo oni po prostu postawili sobie za cel umniejszanie nas i naszej roli w regionie.
I oczywiście, rozmówcy Parafianowicza wielokrotnie podkreślają, że nasi politycy popełnili sporo błędów w rozmowach z Ukraińcami, że w pewnym momencie zabrakło asertywności i przyhamowania bezwarunkowej pomocy lub chociaż pokazania drugiej stronie, że owszem, pomożemy, ale jednak na pewnych zasadach i w jasno określony sposób, ale po przeczytani tej książki mam wrażenie, że to i tak niewiele by pomogło. Strona ukraińska bowiem uprawia zupełnie inny rodzaj polityki, który nam się wydaje z całkowicie innego świata – wielokrotnie pojawiają się tu porównania do sowieckiego sposobu negocjacji i podejścia do partnerów. Rzecz jasna nie do wszystkich, choć i tu Zełenski wielokrotnie podobno pokazywał arogancje, a być może nawet chamstwo wobec przedstawicieli innych państw.
No właśnie, to Zełenski jest oczywiście główny aktorem tego wielogłosu i portret, który się z nich rysuje jest, by użyć dość delikatnego określenia, raczej niepochlebny. Owszem wielu rozmówców podkreśla wiele pozytywnych i bardzo przydatnych cech tego polityka, które przydały się szczególnie podczas pierwszych dni wojny, ale większości pokazuje go jednak w złym świetle. Według opisów jest to bowiem człowiek, który uwierzył w swoja misję ratowania nie tylko Ukrainy, ale właściwie „całego wolnego świata”, co miałoby mu dawać prawo do żądań i wymagań, ale już nie odpowiedzialności czy własnych obowiązków. Jako człowiek, który przyszedł do polityki z showbiznesu, wszystko jest u niego podporządkowane wizerunkowi, a on sam musi być pokazywany w doskonale przemyślany i stworzony od podstaw sposób, który często daleki jest od rzeczywistości.
Sporo w książce psychologicznych, choć może bardziej parapsychologicznych analiz motywów, działań i słów ukraińskiego prezydenta, ale choć są to oczywiście swobodne opinie i uwagi, to jednak podobnie jak kawałki puzzli składają się na większy obrazek i przynajmniej w pewien sposób dobrze opisują osobowość Zełenskiego jako zadufanego w sobie narcyza. I to właśnie duża liczba, czasem naprawdę bardzo różnorodnych pod względem „pochodzenia” wypowiedzi sprawia, że ta książka jest tak interesująca. Gdyby to było tylko kilkoro ludzi stale się przewijający na jej łamach, efekt byłby zdecydowanie słabszy.
Książka porusza kluczowe obecnie zagadnienia polsko-ukraińskie i nie sposób wszystkimi się tu zająć i omówić, pojawiło się już zresztą sporo komentarzy i opinii o tej pracy, więc materiału do dyskusji i sporów jest na pewno wiele. To też niewątpliwie wartość tej pracy, podobnie jak doskonałe wstrzelenie się w obecne napięcia - wyjątkowo dobry timing, to trzeba przyznać.
No i dobrze się to czyta, choć na końcu nie sposób mieć dobrego humoru. Ja, biorąc pod uwagę czekające na Polskę wyzwania związane z polityka międzynarodową, mam humor wręcz wisielczy, a „Kłopot z Zeleńskim” tylko to pogłębił. Ocena: 7/10
1/15
Wracam. Pięć dni szkolenia bojowego FPV. Nie pokazowego. Nie reklamowego. Bojowego.
Prowadzący: doświadczony instruktor – człowiek, który ponad rok spędził na froncie w Ukrainie. Służył w 24. Brygadzie Zmechanizowanej, na rocznym kontrakcie w SZU, między 2023 a 2024 rokiem. To brygada, która miała własny oddział droniarzy. Instruktor nie był tam obserwatorem. Walczył. Przeszedł przez okres, gdy konflikt wchodził w zupełnie nową fazę – fazę masowych dronów, walki elektronicznej i taktyki, której nie uczą na żadnej akademii.
Kim jestem? Studentem Bezpieczeństwa Narodowego na Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Mam za sobą wszystkie cywilne kursy, jakie są w Polsce dostępne – STS-01, STS-02, kategorie A1, A2, A3. Mam setki godzin nalotu na własnym sprzęcie. Drony to moja zajawka od lat.
Na początku myślałem o kursie na Ukrainie. Szukałem szkolenia z zastosowania dronów bojowych. Ale realia – praca, studia, logistyka – sprawiły, że to byłoby bardzo trudne. Wtedy znalazłem jedyny taki kurs w Polsce. U jedynej osoby, która miała realne, udokumentowane doświadczenie z frontu. I to był strzał w dziesiątkę. Chcę wam o tym opowiedzieć. I zadać kilka pytań, które od pięciu dni nie dają mi spać.
Koniec roku szkolnego jest sezonem polowań na nauczycieli.
Znowu zaczyna się ten sam rytuał:
„Proszę dać szansę”.
„Proszę podciągnąć”.
„Przecież brakuje tylko trochę”.
„A jak nie, to pójdziemy wyżej”.
„A jak nie, to będzie skarga”.
„A jak nie, to zrobimy pani/panu problem”.
Powiedzmy to jasno: nauczyciel nie jest automatem do drukowania ocen na żądanie.
Ocena nie jest prezentem na zakończenie roku.
Ocena nie jest wynikiem presji rodzica.
Ocena nie jest negocjacją przy dzienniku elektronicznym.
Ocena nie jest rekompensatą za stres ucznia w czerwcu.
Ocena jest efektem całorocznej pracy, wymagań edukacyjnych, sprawdzania wiedzy, umiejętności, postępów i zasad zapisanych w statucie szkoły.
Uczeń ma prawa. Oczywiście.
Rodzic ma prawa. Oczywiście.
Ale nauczyciel też ma prawa.
Ma prawo do szacunku.
Ma prawo do spokojnej pracy.
Ma prawo oceniać zgodnie z prawem, a nie zgodnie z naciskiem.
Ma prawo nie ulegać krzykom, groźbom, manipulacjom i emocjonalnemu szantażowi.
Ma prawo powiedzieć: „Nie, ta ocena wynika z zasad, które obowiązywały od początku roku”.
Bo szkoła to nie sklep, w którym pod koniec czerwca reklamuje się świadectwo.
To nie aukcja, na której wygrywa ten, kto mocniej naciska.
To nie gabinet interwencyjny dla tych, którzy przez dziesięć miesięcy ignorowali obowiązki, a przez ostatnie dwa tygodnie próbują nadrobić wszystko presją na nauczyciela.
Trzeba to powiedzieć również uczniom: systematyczna praca ma znaczenie. Obecność ma znaczenie. Zadania mają znaczenie. Przygotowanie ma znaczenie. Odpowiedzialność za własną naukę ma znaczenie.
Jeżeli uczeń ma trudności - szkoła powinna pomagać.
Jeżeli uczeń potrzebuje wsparcia - szkoła powinna reagować.
Jeżeli uczeń chce poprawić ocenę - powinien znać jasne zasady zapisane w statucie.
Ale pomoc to nie to samo co fikcja.
Wsparcie to nie to samo co zawyżanie ocen.
Empatia to nie to samo co łamanie zasad.
A prawo ucznia do sprawiedliwego oceniania nie oznacza prawa do wymuszania oceny.
Najbardziej przemilczany problem końca roku szkolnego?
Zaszczucie nauczycieli.
Tysiące nauczycieli przechodzą przez to w ciszy. Odbierają wiadomości po godzinach. Tłumaczą się z ocen, które wynikają z dokumentacji. Słyszą insynuacje, pretensje, groźby skarg, czasem nawet publiczne ataki. I bardzo często zostają z tym sami.
Nie powinni.
Dyrektor powinien stać za nauczycielem, który działa zgodnie z prawem.
Rodzic powinien rozmawiać, nie straszyć.
Uczeń powinien wiedzieć, że ocena końcoworoczna nie zaczyna się w czerwcu, tylko we wrześniu.
A państwo powinno wreszcie jasno powiedzieć: nauczyciel nie jest chłopcem ani dziewczynką do bicia.
Szacunek dla ucznia - tak.
Szacunek dla rodzica - tak.
Ale szacunek dla nauczyciela również.
Bez tego nie ma szkoły.
Jest tylko presja, lęk i udawanie, że wszyscy zdali egzamin z odpowiedzialności.
Nie zdali.
#walczsercem #edukacja #nauczyciel #posel
Z CYKLU OKIEM NA WROGA
Rosyjskie zużycie dronów-830 FPV NA godzinę
Będzie dłuższy rolka ale waro
Rosja przestała traktować drony FPV jako improwizowane narzędzie wsparcia piechoty. Coraz wyraźniej widać przejście do modelu, w którym systemy bezzałogowe są wbudowywane w strukturę armii ogólnowojskowych, brygad i pułków. To nie jest już tylko grupa kilku operatorów przy batalionie szturmowym. To próba stworzenia stałego komponentu walki, z własnym naborem, szkoleniem, logistyką, technikami, operatorami, instruktorami i powiązaniem z artylerią oraz rozpoznaniem.
Rosyjskie źródła publiczne informują, że wojska bezzałogowych systemów, Войска беспилотных систем, zostały formalnie wprowadzone jako nowy rodzaj wojsk w 2025 roku. Według RBC proces ich tworzenia był zapowiadany od końca 2024 roku, następnie potwierdzony przez Putina latem 2025 roku, a w listopadzie 2025 roku rosyjskie MON ogłosiło utworzenie tej struktury.
To jest ważne, bo Rosjanie nie budują już wyłącznie „droniarzy”. Budują pion organizacyjny. Według rosyjskich komunikatów i analiz w 2025 roku zaczęły pojawiać się oddzielne pułki, bataliony i centra systemów bezzałogowych. W 2026 roku jednym z priorytetów mobilizacyjnych i kadrowych ma być właśnie uzupełnianie wojsk BpS. Medwediew mówił wprost, że kompletowanie wojsk bezzałogowych jest jednym z priorytetów na 2026 rok.
Liczby pokazują skalę
Najmocniejsze dane liczbowe pochodzą obecnie ze strony ukraińskiej, więc trzeba je traktować jako dane wywiadowcze i operacyjne, a nie jako pełny obraz produkcji rosyjskiej. Mimo to pokazują one kierunek.
Według gen. Ołeksandra Syrskiego, Rosja planuje w 2026 roku wyprodukować około 7,3 mln dronów FPV oraz 7,8 mln głowic bojowych do bezzałogowców różnych typów. To są liczby ogromne. Nawet jeśli rzeczywista produkcja będzie niższa, sam poziom planowania pokazuje, że Rosja myśli o FPV nie jako o niszowym środku rażenia, ale jako o amunicji masowej.
Dla porównania, 7,3 mln FPV rocznie oznacza teoretycznie około:
608 tys. FPV miesięcznie,
20 tys. FPV dziennie,
ponad 830 FPV na godzinę,
jeśli liczyć czysto matematycznie w skali całego roku.
To oczywiście nie oznacza, że tyle dronów codziennie trafia bezpośrednio na front. Część odpada na etapie produkcji, testów, transportu, magazynowania, szkolenia i strat technicznych. Ale nawet przy bardzo dużej redukcji realnej dostępności, skala pozostaje groźna.
Jeżeli z planowanych 7,3 mln FPV tylko 20% faktycznie trafiłoby do jednostek liniowych i byłoby użyte bojowo, daje to 1,46 mln FPV rocznie, czyli około 4 tys. dronów dziennie. Przy skuteczności bojowej na poziomie zaledwie 5–10% nadal mówimy o potencjale 200–400 skutecznych trafień dziennie w skali teatru działań. To jest właśnie logika rosyjskiego podejścia: nie perfekcja pojedynczej załogi, tylko masa, ciągłość presji i nasycenie odcinków frontu.
Ukraińskie i zachodnie źródła wskazują, że Rosja szybko powiększa personel związany z wojskami bezzałogowymi. Według Ukraińskiej Prawdy, rosyjskie wojska systemów bezzałogowych miały osiągnąć około 101 tys. osób, z planem wzrostu do 165,5 tys. do końca 2026 roku.
Jamestown Foundation podaje z kolei, że rosyjska mapa drogowa zakłada dalszą rozbudowę nawet do około 210 tys. personelu i blisko 1000 jednostek związanych z systemami bezzałogowymi. W tym samym opracowaniu pojawia się liczba prawie 79 tys. osób przewidzianych do pozyskania w 2026 roku, w tym z uczelni, środowisk technicznych i spośród weteranów.
Nawet jeśli te liczby są częściowo deklaratywne, pokazują zmianę jakościową. Rosja nie chce wyłącznie kupować dronów. Ona próbuje zbudować cały system ich użycia: ludzi, szkolenia, jednostki, procedury, logistykę, serwis, naprawy, magazynowanie głowic i integrację z artylerią.
1/3
Jak szkolimy wojsko czyli szkoda w mieniu udokumentowana.
Ten materiał nie jest rzetelnym opisem budowania zdolności BSP, tylko starannie opakowaną narracją promocyjną. Dynamiczne kadry sprawny montaż i odpowiednio dobrane ujęcia mają przykryć zasadniczy problem, czyli słabość warstwy merytorycznej. Z samych wypowiedzi nie wynika dojrzały system szkolenia, lecz raczej chaos pojęciowy, mieszanie poziomów kompetencji i próba sprzedania widzowi tezy, że złożone zdolności bojowe można budować szybko, łatwo i niemal seryjnie. To po prostu nie brzmi wiarygodnie.
Największa manipulacja polega na myleniu aktywności ze zdolnością. To, że ktoś zorganizował kursy, przeszkolił kilkaset osób i potrafi przytoczyć przykład jednej szybkiej naprawy w polu, nie oznacza jeszcze, że zbudował realną gotowość operacyjną. Liczby dobrze wyglądają w materiale, ale bez informacji o jakości szkolenia, selekcji, poziomie utrzymania kompetencji, zdolności działania pod zakłóceniami i skuteczności w warunkach bojowych są tylko dekoracją. To są wskaźniki aktywności, nie dowód dojrzałości systemu.
Drugi problem jest jeszcze poważniejszy. W jednej wypowiedzi wrzucono do jednego worka szkolenie podstawowe, pilotaż, budowę dronów, naprawy, serwis, modyfikacje, programowanie, działania rozpoznawcze i uderzeniowe, jakby wszystko to było jednym prostym procesem. Nie jest. To są odrębne specjalizacje, wymagające czasu, selekcji, praktyki i różnych ścieżek przygotowania. Jeśli ktoś mówi o tym tak, jakby dało się to spiąć jednym krótkim cyklem, to nie pokazuje przewagi systemu, tylko własne niezrozumienie skali zagadnienia.
Najbardziej kompromitujący jest jednak czas. Sugestia, że tak szeroki zakres kompetencji można sensownie zbudować w pięć dni, jest całkowicie oderwana od realiów. Pięć dni może wystarczyć na pokaz, wprowadzenie albo pierwszy kontakt ze sprzętem. Nie wystarczy do zbudowania operatora lub technika gotowego do działania w środowisku strat, zakłóceń, presji czasu i konieczności adaptacji. W tym miejscu cała narracja zaczyna przypominać nie opis procesu, lecz próbę sprzedaży iluzji.
Osobnym problemem jest sama wypowiedź oficera. Sposób, w jaki opisuje proces, nie buduje zaufania do jego kompetencji, tylko pokazuje brak precyzji, brak dyscypliny pojęciowej i skłonność do formułowania efektownych, ale mylących tez. Im dłużej mówi, tym mniej widać uporządkowane rozumienie procesu, a coraz bardziej widać pewność siebie niepopartą precyzją. To szczególnie niebezpieczne, bo w obszarze wojny dronowej błędne uproszczenia nie kończą się na złym materiale wideo, tylko mogą przekładać się na fałszywy obraz gotowości.
Najłatwiej w tej narracji nadużyto też odwołania do doświadczeń z Ukrainy. Sama wzmianka o Ukrainie nie dowodzi jeszcze niczego. Dziś to wygodny ozdobnik, który ma dodać wypowiedzi wiarygodności.
Pytanie nie brzmi, czy ktoś wymienił Ukrainę przed kamerą, tylko czy naprawdę wdrożył logikę tamtego pola walki: selekcję ludzi, szybkie pętle uczenia, działanie w zakłóceniach, decentralizację napraw i brutalny realizm szkolenia. Z tej wypowiedzi to nie wynika.
W efekcie dostajemy materiał, który nie pokazuje prawdziwego obrazu budowania kompetencji, tylko jego medialną atrapę. To nie jest drobna wada komunikacyjna. To jest kolejny przykład, jak w Polsce zbyt często próbuje się zastępować rzetelny opis zdolności dobrze zrobioną opowieścią. A państwo nie potrzebuje dziś opowieści. Potrzebuje prawdy o tym, gdzie naprawdę jesteśmy, ile nam brakuje i jak daleka droga jeszcze przed nami.
https://t.co/6xqIfiVhxZ
- Nie jedziemy do weterynarza? Nie jedziemy, prawda…?
No cóż… jechali…
Feliks jest jednym z tych zwierzaków, jaki został wywieziony ze strefy walk i „adoptowany”. Nie pozostajemy obojętni na krzywdę zwierząt. Tym bardziej, że jesteśmy im potrzebni równie mocno co one nam. Nawet jeśli Feliks jest kocim bandziorem i postrachem ulicy, to jego obecność koiła nasze nerwy i niepokoje wielokrotnie. A Tych nie brakuje. Rosjanie się rozpędzają nie czekając na żadne rozmowy pokojowe, główne miasta Donbasu takie jak Słowiańsk i Kramatorsk obrywają coraz bardziej. Jest coraz ciężej: środków do pracy brakuje, jesteśmy zmęczeni, nasze działania w kraju są blokowane i rzuca się w naszą stronę nieuzasadnione oskarżenia oraz insynuacje. Ale jesteśmy wierni obranemu kursowi. Tutaj dużą rolę odgrywają też media. Bez ich zaplecza już dawno zrobiono by z nas bandytów, próbując zamknąć nam usta za szczerą ocenę krajowej rzeczywistości. Nie damy się złamać, będziemy Was informować o detalach tych działań zadając publicznie pytania, kto za nie odpowiada i komu zależy by nas uciszyć. Dziękujemy tym, którzy są z nami!
—————
📈Chcesz wesprzeć nas swoim 1,5% podatku w tym roku? Podajemy cel szczegółowy 1,5%: „Grupa w międzyczasie” i wpisujemy nr KRS: 0000320750 (Stowarzyszenie Kazimierza Wielkiego). Środki pozwolą szkolić się i pozyskać sprzęt na grupę bojowych medyków w ramach celów statutowych Stow. KW.
🚨 pancerna karetka https://t.co/9Dq3ZWGmWd
💉 wesprzyj pracę w okopach: https://t.co/9sqP5MlYcR
🏠zbuduj z nami centrum szkolenia: https://t.co/30evHPmi0l
☕️https://t.co/klhwJ2DBef
🏦PL 22 1020 4900 0000 8302 3555 3747
💸https://t.co/EP93Hwpn3c
50 filmów dokumentalnych, które warto zobaczyć (ranking, choć raczej przegląd)
Wracam do mojego projektu 50 top na 50 lat, w którym robię listy rankingowe różnych dzieł kultury – tym razem, sprowokowany bardzo złym obrazem o Melanii Trump, zapraszam na mały przewodnik po filmach, które bywają niedoceniane, choć to przecież nierzadko kawał porządnego kina.
Przejrzałem swoją bazę filmową i okazało się, że zobaczyłem całkiem sporo dokumentów – tu chciałbym zaprezentować te 50 najlepszych, choć tu lepszym określeniem będzie chyba – najciekawszych, które polecam obejrzeć ze względów nie tylko czysto filmowych, ale także, a może nawet przede wszystkim poznawczych.
Lista jak zawsze – w komentarzach kolejne pozycje w dół aż do numeru 1., choć przypominam, że to nie do końca jest ranking, po prostu musiałem jakoś te filmy poukładać. No i proszę pamiętać, że to mój osobisty wybór – to nie jest żadna obiektywna lista czy taka, którą ktoś powinien uważać za kanon – przy dokumentach to w sumie jeszcze trudniejsze niż przy fabule.
I jeszcze jednak uwaga – postanowiłem w zestawieniu umieścić tylko obrazy, które mają 40 minut i więcej długości (to minimalna wartość uznana przez British Film Institute dla filmu pełnometrażowego) – z tego powodu zabraknie w nim wielu ważnych, ale krótkich dzieł, takich jak chociażby znakomitej „Nocy i mgły” Alaina Resnaisa czy wielu polskich filmów takich twórców jak Kazimierz Karabasz („Muzykanci”), Krzysztof Kieślowski („Z punktu widzenia nocnego portiera”, „Gadające głowy”) czy Tomasz Zygadło „Szkoła podstawowa”) – tych krótkich, bardzo dobrych filmów było jednak sporo i mógłbym nimi wypełnić kolejną 50. Dla tych, których szukają „Shoah” Claude’a Lanzmanna informacja, że całego filmu niestety nie widziałem, nie mogę go więc umieścić na swojej osobistej liście (znam też oczywiście kontrowersje związane ze sprawą polska w tym obrazie).
Zatem zaraz zaczynamy i ja zwykle mam nadzieję, że lista będzie inspiracją dla kilku osób, ba, choćby dla jednej.
Poniżej kadr z pewnego klasycznego filmu dokumentalnego - kto zgadnie, ten chwat (odpowiedź podam, gdy film ten pojawi się w zestawieniu).