Są obrazy, które zostają w pamięci na dłużej niż najlepsze sejmowe przemówienia. Jednym z nich będą puste ławy koalicji 16 pażdziernika podczas debaty o zakazie propagowania banderyzmu. Nie dlatego, że przesądziły o losach ustawy. Dlatego, że przesądziły o czymś znacznie ważniejszym – o symbolicznym stosunku części posłów do pamięci o ofiarach Wołynia.
W demokracji wolno odrzucać każdy projekt ustawy. Od tego jest parlament. Ale zanim się go odrzuci, wypada mieć odwagę go wysłuchać. Wyjście z sali nie jest argumentem. Jest politycznym gestem. A gest wykonany przy okazji debaty o ludobójstwie staje się komunikatem znacznie głośniejszym niż wszystkie późniejsze konferencje prasowe.
Najbardziej gorzki jest jednak historyczny kontrast.
9 kwietnia 2015 roku prezydent Bronisław Komorowski przemawiał w Radzie Najwyższej Ukrainy o partnerstwie, pojednaniu i wspólnej przyszłości. Kilkadziesiąt minut później ukraiński parlament, przy pełnej sali, uchwalił pakiet ustaw, w tym przepisy nadające członkom OUN i UPA status bojowników o niepodległość Ukrainy. Nikt demonstracyjnie nie opuszczał sali. Nikt nie uznał, że temat jest zbyt niewygodny.
A w polskim Sejmie? Część posłów nie chciała nawet wysłuchać uzasadnienia projektu wymierzonego w propagowanie banderyzmu. Zabrakło chęci na okazanie szacunku wobec pamięci dziesiątek tysięcy polskich ofiar.
Można opuścić salę obrad. Znacznie trudniej będzie opuścić podłą postawę i własną odpowiedzialność za symbol, który po sobie zostawiło to wyjście.
Już w najbliższy poniedziałek o godzinie 9⁰⁰ w warszawskiej prokuraturze, nastąpi przesłuchanie człowieka, który sam w pojedynkę odważył się stanąć naprzeciw nieobliczalnego reżimu paradyktatora Tuska.
Może warto być tam z Nim, wspierać Go i chronić.
Nie pozwólmy Go zastraszyć.
@NWKKSON@Venek__ Nie znam się, ale patrząc na to, że oglądała to szkoda poszkodowana, to jest szansa ze oglądała to po prostu rodzina zamordowanej i dlatego nie wytrzymali do końca