Każdemu może się zdarzyć wypaść „z drogi”.
Tylko ważne, żeby sprawdzać swoje umiejętności i limity samochodu w miejscu, w którym nie zrobisz nikomu krzywdy.
Wielokrotnie przesadziłem z prędkością. Wielokrotnie mnie obróciło, wypadłem z toru albo skończyłem jazdę poza asfaltem. Tyle że robiłem to na torze, a nie na drodze publicznej.
Polecam każdemu chociaż raz pojechać własnym samochodem na tor. Poznać jego możliwości, zobaczyć, gdzie kończy się przyczepność i jak samochód zachowuje się po jej utracie. To wcale nie jest drogie, a można nauczyć się bardzo dużo.
I takie umiejętności naprawdę przydają się później na drodze. Nie po to, żeby zapierdalać w terenie zabudowanym, tylko żeby wiedzieć, co zrobić, kiedy pojawi się niekontrolowany poślizg albo inna niebezpieczna sytuacja.
Dzisiaj już nie jeżdżę po torach. Swoje wyjeździłem i się wyszalałem. Żona czasami śmieje się ze jeżdżę jak dziadek.
Sesja na torze kosztuje około 200 zł. Jeśli stać Cię na szybki samochód i chcesz poszaleć, jedź na tor wyścigowy.
Przy okazji bardzo szybko okaże się, że gówniany z Ciebie kierowca.
I może właśnie wtedy nabierzesz trochę pokory, zanim będzie za późno.
Ja pierdole, czy w tym kraju jest jajakolwiek nadzieja na partie, ktora:
a. Nie bedzie robic dobrze bogatym
b. Bedzie miec twarde stanowisko wobec migracji
c. Nie ma pierdolca na punkcie światopogladowym
W ramach ciekawostek i rozrywki intelektualnej. Propozycja nowego systemu składkowo-podatkowego, zbudowana wspólnie przez Grok, Claude i ChatGPT.
https://t.co/wKyYFuexw3
Ależ mam problem z tym naszym polskim morzem.
Mamy przecież przepiękne, wspaniałe plaże.
Piasek aksamitny, bielutki, sypki, mało gdzie w Europie jest tak super.
Mamy piękną naturę dookoła.
Wydmy czy gęsto porośnięte wzgórza i parki narodowe (np. w okolicach Międzyzdrojów) wyglądają bajecznie jak z filmów studia Ghibli.
Mamy pieniądze unijne na renowacje.
Widać, że promenady, skwerki, chodniki, infrastruktura rowerowa i inne podobne są dofinansowane, a tabliczek unijnych jest niemal tyle, co smażalni ryb.
Mamy doskonały porządek.
Zdziwiło mnie, ze w Świnoujściu przy morzu jest wręcz… sterylnie czysto. Codziennie służby miejskie sprzątają, zero walających się śmieci czy butelek, zero nieczystości, wygląda to pięknie.
A co poza tym?
Mamy kompletną cepeliadę.
Nikt nie panuje nad tym jak wyglądają oznakowania lokali, jakie są reklamy, jaki jest hałas i chaos, jakie tony chińskiego badziewia się przewala codziennie.
Mamy knajpiany valuemaxxing.
Tyle, że po stronie właścicieli lokali. Oczywiście, można znaleźć tanie miejsca, ale słowo klucz to „znaleźć”. A tak, to poza cenami drastycznie niewystarczająca liczba niezadowolonych (to nie dziwi) pracowników, stoły klejące, toalety brudne, a towar smażony w najtańszym oleju na najtańszym sprzęcie.
Mamy rządy deweloperów.
Autentycznie zdębiałem, jak zobaczyłem bloki budowane w Międzyzdrojach DOSŁOWNIE na wydmach. Zaraz przyklejone do parku narodowego. W Świnoujściu absolutny horror architektoniczny, zero ładu i składu, „modernistyczne” straszaki co chwile ranią oczy, a wielkie hotele wyłaniające się zza horyzontu przypominają Ohmu zmierzające ku morzu.
Mamy brak tradycji i brandingu.
Przez te prawie 40 lat mogliśmy wyrobić tyle tradycji: przede wszystkim kulinarnych i pamiątkowych (bursztyn). Tymczasem nad morzem sprzedaje się przede wszystkim generyczne gówno do jedzenia: czipsy z ziemniaka, dziwne importowane lody, jakieś desery z tiktoka w „lounge cafe” i wspomniany wyżej chiński plastik.
—
Te wszystkie wady uwypukla dosłownie 12-minutowa podróż autem ze Świnoujścia do Ahlbecku, niemieckiej, przygranicznej miejscowości.
Oglądająca zarówno polską, jak i niemiecką stronę po raz pierwszy żona spytała czy wjechaliśmy do Disneylandu (w którym byliśmy miesiąc temu). Idealnie zadbana zieleń. Stare, urocze budownictwo zaopiekowane, jakby powstało wczoraj. Praktycznie brak nowoczesnych horrorków architektonicznych. Nie wciska się świecących lampek i barakowozów w każdą możliwą przestrzeń. W większości jakieś stare knajpy z cenami w żaden sposób nie droższymi niż u nas (różnica w mocy nabywczej…!)…
—
To nie jest tak, że tam jest idealnie, a u nas wszystko do dupy. Co to to nie.
Ale przeokropnie boli, że jest TAK BLISKO. Że tak niewiele brakuje, abyśmy byli dosłownie europejską top-lokalizacją wakacyjną. Nawet „bez pogody”, jak jest 20 stopni, to i tak jest co robić i na zmianę z upalnymi dniami to wypada super.
A starczyłoby pokierować się trochę bardziej długofalowym planem, nie na wszystko zezwalać, poszukać partnerów „na poziomie” i ze zrozumieniem prawdziwej siły, dofinansować, wybierać perły.
Ot, w Świnoujściu znaleźliśmy piekarnię Zakwas Kontrolowany - z pieczywem lepszym niż sieciowym (nie używam słowa „rzemieślnicza”, bo nie znaczy ono nic), nawet w rozsądnych cenach. Jedno miejsce, schowane na osiedlu. I co? I CODZIENNIE kolejka jeszcze przed otwarciem, czekałem prawie godzinę na chleb, chore.
Jakościowe, nieoscamowane rzeczy się bronią, warto byłoby je pompować. Promować. Ściągać. Szukać miejsc starych, jakoś je pooznaczać, zrzeszyć, zachować ten „heritage”. Wydobyć dumę z tych właścicieli niewielkich lokali, którzy od lat działają. Uhonorowani też by się pewnie przyłożyli bardziej.
A nie, że idziemy do jednej z knajp zawartych w przewodniku Michelin, to nie dość, że umiejscowiona w nowym, wielkim hotelu, to jeszcze… w sobotnie popołudnie, mimo braku jakichkolwiek oznaczeń, zamknięta, bo ktoś z hajsem urządził sobie w niej kinderbal. W restauracji z przewodnika, w sobotę popołudniu.
Tym bardziej, że osoby może w wieku do 40 lat nie zrozumieją, ale to jest potężny, POTĘŻNY plus, że można wsiąść we własne auto lub pociąg i po kilku godzinach jazdy autostradą lub drogą szybkiego ruchu dojechać POD SAMO MORZE (tak, teraz można już pod samo morze z całej Polski).
Nie martwimy się, gdzie mamy płyny w walizce. Nie zastanawiamy, czy nie jest 5cm za długa albo 3kg za ciężka. Nie przechodzimy przez bramki bezpieczeństwa ani nie czekamy na wolny slot na lotnisku. Nie zostawiamy depozytu z kredytówki w wypożyczalni aut. Nie szukamy dodatkowego ubezpieczenia.
Jest masa drobnych i w gruncie rzeczy upierdliwych czynności, do których przywykliśmy (my, ekhm, młodzi), których tu po prostu nie ma. Wsiadamy, jedziemy, wysiadamy nad morzem i mamy relaks. PIĘKNA sprawa.
A potem już spacer po plaży lub nostalgicznie pachnących wydmach z rodzinką lub Edytą Bartosiewicz albo Varius Manx na słuchawach, gdzie naprawdę uderza to inaczej, dużo mocniej. 90sPolskaMaxxing w pełni.
I tym wpisem zupełnie nic nie zmienię, bo pewnie buntując się przeciw blokom na plaży „jestem antypostępowy”, ale trudno.
Kto się nie boi takiej betonozy, niech obejrzy na Netflixie Pom Poko (Szopy w natarciu) Isao Takahaty i Księżniczkę Mononoke Hayao Miyazakiego. Igranie z naturą to ryzykowna sprawa!
No ale cóż, i tak wrócimy. Polskie morze można tylko kochać.
@IgorJanke@LOTPLAirlines I bardzo dobrze, tak działa wolny rynek i kapitalizm. Można byłoby co prawda wymusić przepisami miejsce na nogi, ale to byłby komunizm.
IP Box NIE zwiększył patentowania, inwestycji ani innowacji i udowadniają to badania (np. Zbroińska & Konieczna, 2025). Cele wymienione przez @gontarz93 nie zostały wypełnione i to nie kwestia lewicy tylko faktów. Zejdźcie z drogi przywilejów podatkowych bo prowadzi pod próg.
Nawet nie wiem, jak to skomentować.
- Sędzia Sądu Rejonowego: od ok. 15 200 zł do ok. 18 500 zł netto
- Sędzia Sądu Okręgowego: od ok. 17 500 zł do ok. 21 100 zł netto
- Sędzia Sądu Apelacyjnego: od ok. 20 150 zł do ok. 23 600 zł netto.
- Sędzia Sądu Najwyższego: od ok. 28 000 zł netto plus dodatki.
Plus zakaz dodatkowej pracy, chyba, że dydaktycznej i za zgodą prezesa sądu. Nienormowany czas pracy. Często praca po 10-12 godzin na dobę.
Typ sobie nie zdaje sprawy, że on sam jest tą gigantyczną niegospodarnością i że przepłacanie tysięcy takich jak on kosztuje państwo wielokrotnie więcej niż jakieś śmieszne fundusze sprawiedliwości.