Profesor Simon porównuje zarobki lekarzy do stawek „fachowca od rynien”. Tyle że w tym porównaniu umyka jedna, dość zasadnicza różnica.
Fachowiec od rynien nie wystawia rachunku NFZ.
Najczęściej prowadzi własną działalność, kupuje narzędzia, samochód, drabiny i materiały, płaci ZUS, podatki, ubezpieczenie, księgowość. Sam organizuje sobie warsztat i ponosi ryzyko, że jutro nie będzie miał żadnego zlecenia.
A przede wszystkim: klient może uznać, że jego stawka jest za wysoka, i zadzwonić do kogoś innego. Tak działa rynek.
W publicznym szpitalu sytuacja jest zupełnie inna. Budynek, aparatura za miliony, personel pomocniczy, diagnostyka, leki, energia i infrastruktura są finansowane ze środków publicznych. Pieniądze za świadczenia również w ogromnej części pochodzą od publicznego płatnika.
Dlatego dyskusja o kontraktach lekarskich sięgających miliona, dwóch czy trzech milionów złotych rocznie nie jest „populistycznym wrzaskiem”.
To dyskusja o tym, czy publiczny system racjonalnie wydaje pieniądze podatników.
Jeżeli lekarz chce funkcjonować dokładnie jak fachowiec od rynien — proszę bardzo. Własny gabinet, własny sprzęt, własne koszty, własne ryzyko i pacjent płacący z własnej kieszeni.
Ale jeśli rachunek płaci społeczeństwo, społeczeństwo ma pełne prawo zapytać:
ile, za co i dlaczego właśnie tyle?
Publicysta @KlubJagiellonsk namawia pana prezydenta do podpisania "lex szarlatan" (co moim zdaniem pan Nawrocki uczyni). Niestety, znów z KJ nie mogę się zgodzić.
Poprawki przyjęte w toku prac przez Sejm nie zmieniły istoty problemu (o której mówię w najnowszym wideoblogu): nadal jednoosobowo w sensie formalnym decyzję podejmuje rzecznik praw pacjenta, mianowany bezpośrednio przez premiera, bez obowiązku konsultowania się z kimkolwiek. Co więcej, to on rozpatruje odwołania od własnych decyzji. Nadal nie wiadomo, czym jest "aktualna wiedza medyczna".
A przede wszystkim - co autor tekstu kompletnie pomija - nie mamy żadnych danych pokazujących, że problem autentycznych szarlatanów jest w obecnym stanie prawnym tak poważny, że trzeba wyciągać tak potężne działa.
https://t.co/RpQj9fDJ4W
19 grudnia 2021 roku, podczas demonstracji przeciwko ustawie „lex TVN” przed Pałacem Prezydenckim, Tusk zacytował fragment wiersza Czesława Miłosza „Który skrzywdziłeś”:
„Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.”
Tusk: „Dziś dedykujemy te słowa władzy, która dziś Polskę rujnuje. Ja adresuję te słowa do mieszkańca tego pałacu i jego mocodawcy.”
Rozumiem, że za szczucie na prezydenta Dudę i za nawoływanie do powiedzenia prezydenta Tusk ma lub będzie mieć zarzuty?
W szpitalu MSWiA w Koszalinie człowiek bierze 2800zł za godzinę ‼️ Kacprzyk przy nim to cienki Bolek.
Lekarz w Szpitalu MSWiA w Koszalinie (poradnia leczenia bólu) – według Cieszyńskiego i Krupki to ok. 2800–2830 zł za godzinę (faktury miesięczne 200–300 tys. zł). Głównie zabiegi typu kriolezja/termolezja (blokady bólu). Lekarz ten (prawdopodobnie dr n. med. Michał But, specjalista anestezjologii i leczenia bólu) miał też lobbować w Sejmie za wyższymi wycenami procedur, bo obecne są za niskie.😏
Hahaha ale szpila wbita w Kosiniaka przez Nawrockiego, zobaczcie na jego minę XD
„Chciałem podziękować ministrowi Błaszczakowi, że wobec tych, którzy mówili, że pozyskanie F-35 jest megalomanią, pan się nie ugiął. Dziś nowy minister Kosiniak-Kamysz może korzystać z tego dobra”
Stanowski ostro odpowiada wszystkim co go ostatnio krytykowali:
"wracać do kradzieży kilometrówek, do wsadzania kolesi na stołki.... a nie będziecie mnie pouczać... kraść nie wypada, pracować z wanny nie wypada.... spacery dendrologiczne za pierdyliard złotych to nie wypada"
W sumie ja tam wolę jak raz na jakiś czas Stanowski przesadzi i ostro nazwie rzeczy po imieniu niż te całe marnowanie publicznych środków przez polityków xD
Silniczkom pewnie teraz odwali po tej jego wypowiedzi xDDD
Krzysztof Stanowski pokazuje hipokryzję polskich elit:
„Ku*wa, przypierdolić, faszystom trzeba przypierdolić, a nie dyskutować z nimi. Tak mówił Andrzej Seweryn. Zajęła się nim prokuratura czy nie, za nawoływanie do przypierdolenia Kaczyńskiemu? A dziennikarze z nim sobie rozmawiają, jak nigdy nic... Hipokryci”.
Typowa moralność Kalego.
Wywiad Marty Nawrockiej wywołał w wielu środowiskach bardziej odruch oburzenia niż spokojną polemikę. Nie dlatego, że małżonka prezydenta powiedziała coś obraźliwego. Nie dlatego, że kogokolwiek zaatakowała. Wręcz przeciwnie. Powiedziała coś znacznie bardziej kłopotliwego: że kobieta może być spełniona także poza scenariuszem, który współczesna ortodoksja emancypacyjna uznaje za jedynie słuszny. I tu zaczyna się istota problemu.
Bo dzisiejszy feminizm głównego nurtu koncentruje się nie tylko na usuwaniu realnych barier, ale także rości sobie prawo do definiowania, czym jest „właściwe” wyzwolenie kobiety. Wolno być kobietą sukcesu, wolno nie mieć dzieci, wolno odrzucać tradycyjne role. Nie wolno natomiast powiedzieć, że rodzina i macierzyństwo mogą być świadomym i najważniejszym wyborem. To bowiem podważa obowiązującą narrację.
Kiedyś feminizm walczył o to, by kobieta miała prawo wyboru, także do macierzyństwa. Dziś coraz częściej reaguje z nieufnością wobec tych kobiet, które wybierają inaczej, niż przewiduje ideologiczny wzorzec. Jeżeli kobieta mówi: „najważniejsza jest dla mnie kariera” — jest symbolem nowoczesności. Jeżeli mówi: „najważniejsza jest dla mnie rodzina” — natychmiast pojawia się podejrzenie, że padła ofiarą presji, stereotypu albo „wewnętrznej opresji”. To paradoks naszych czasów: ruch, który powstał w imię wolności, coraz częściej próbuje tę wolność interpretować według jednego, z góry ustalonego schematu.
W istocie nie chodzi o Martę Nawrocką jako osobę. Chodzi o coś znacznie poważniejszego. Jej słowa przypomniały rzecz niewygodną: że nie wszystkie kobiety postrzegają tradycję jako zagrożenie i nie wszystkie oczekują, że ktoś będzie je z niej „wyzwalał”. I właśnie ta spokojna pewność własnego wyboru wywołuje największą irytację. Nie bunt. Nie prowokacja. Lecz zwykła niezależność myślenia. Bo największym wyzwaniem dla każdej ideologii nie jest sprzeciw. Jest nim fakt, że rzeczywistość okazuje się bardziej różnorodna niż jej założenia.
A największym wyzwaniem dla współczesnego feminizmu nie są jego przeciwnicy. Są nim kobiety, które przypominają, że wolność nie polega na wyborze wskazanej drogi, lecz na prawie do wyboru własnej.
Swego czasu powiedziałem panu Treli, że mówię do ludzi inteligentnych, a więc nie do niego. Trela odezwał się jednak, udając rozumnego człowieka. No cóż nie od dziś wiadomo, że najtrudniejsza jest walka z własnymi urojeniami.
Zapnijcie pasy❗ Oto najnowszy przegląd wydarzeń koalicji Tuska - jest antypolsko, jest lewacko, jest naprawdę debilnie 👇
❌ Pełnomocnik rządu ws. umowy SAFE z rozbrajającą szczerością wyjaśniła, że gdy mówili, iż "90% kapitału pozostanie w polskich rękach", to tak naprawdę nie chodziło im o polskie firmy zbrojeniowe, tylko o fabryki znajdujące się w Polsce 🤡 To wystarczy, żeby nawet niemiecka firma czerpała garściami z kasy, którą Polacy będą spłacać przez blisko pół wieku. Pamiętajcie, Tusk = Niemcy. Zawsze.
❌ Rząd Tuska oznajmił, że nawet jeśli prezydent Nawrocki zawetuje ustawę o SAFE, to nawet bez niej mogą podpisać umowę w Brukseli. Art. 89. Konstytucji RP uważa inaczej: "Ratyfikacja przez Rzeczpospolitą Polską umowy międzynarodowej i jej wypowiedzenie wymaga uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie, jeżeli umowa dotyczy znaczącego obciążenia państwa pod względem finansowym".
Ale kto by się w koalicji Tuska przejmował Konstytucją, prawda? 🙃
❌ PSL Kosiniaka-Kamysza jest już tak przeżarty lewicową ideologią osób koalicyjnych, że rządzone przez niego Ministerstwo Obrony Narodowej chciało zorganizować nawet... szkolenia z gender dla żołnierzy 🤯 Tylko dzięki nagłośnieniu sprawy minister szybciutko odwołał ten ideologiczny cyrk dla wojska. Do końca kadencji zielone koniczynki będą już całkowicie tęczowe.
❌ Jakby tego było mało na światło dzienne wypełzły wściekłe feministki - chora z nienawiści Scheuring-Wielgus z Lewicy oznajmiła, że "wspaniałym finałem" byłaby tragedia prezydenta po której Czarzasty zostałby głową państwa, a Wysokie Obcasy i inne Gretkowskie zaatakowały Pierwszą Damę za szczery wywiad, udowadniając do jakiego upodlenia intelektualnego potrafią się doprowadzić, żeby tylko leczyć swoje kompleksy.
To nieprawda, że ta patowładza sięgnęła dna. Jest znacznie gorzej. Oni w to dno już pukają od spodu. Przed nami wielkie wyzwanie - wytrzymać tę kadencję błazenady, a potem przywrócić zdrowy rozsądek i realizować polskie interesy! 🇵🇱
Polscy rusofobi przeżywają ostatnio trudne dni. Nie dlatego, że rzeczywistość stała się łagodniejsza, tylko dlatego, że ktoś odważył się ją naprawdę pokazać. A to w ich świecie niemal grzech śmiertelny. Na scenę wkroczyła Maria Wiernikowska – reporterka, która pojechała do Rosji i zrobiła reportaż. Nie manifest polityczny, nie laurkę dla Kremla, nie akt kapitulacji. Zwykły reportaż – czyli to, co kiedyś w tej branży uchodziło za standard: pojechać, popatrzeć, posłuchać, opisać, pokazać. I właśnie wtedy wybuchła histeria. Bo jak to – być w Rosji i nie wtrącać w co drugim zdaniu „Putin = Hitler”? Jak to – pokazać zwykłych ludzi, miasta, codzienne życie, zamiast wyłącznie mroku, ruin i „mordoru”? Jak to – rozmawiać z ludźmi, zamiast od razu potępiać? W tej logice najbezpieczniej byłoby w ogóle zakazać jakichkolwiek reportaży z Rosji. Prawdziwy patriota nie jedzie, nie patrzy, nie pyta. Prawdziwy patriota wie wszystko z góry – z jednego, słusznego źródła i z własnego, dobrze wyćwiczonego oburzenia. Rusofob nie potrzebuje faktów – one tylko psują przejrzystą narrację. Potrzebuje czarno-białego obrazu, najlepiej bez twarzy i głosów konkretnych ludzi. Bo gdy w kadrze pojawia się człowiek z krwi i kości – z codziennymi problemami, opiniami, zwykłym życiem – wojna memów robi się nagle niewygodna. Człowiek komplikuje propagandę po obu stronach. To właśnie odbiera rusofobom sen: ktoś odebrał im monopol na jedyną słuszną prawdę o Rosji. Zamiast chóru oburzenia pojawił się pojedynczy głos, który mówi po prostu: „byłam, widziałam, pokazuję”. I to najbardziej boli – nie sama Rosja, nie sam reportaż, tylko nieposłuszeństwo wobec zbiorowej, dobrze skoordynowanej histerii. W efekcie mamy paradoks naszych czasów: klasyczny reportaż – jedno z podstawowych narzędzi wolnych mediów – staje się w oczach samozwańczych strażników jedynej prawdy aktem podejrzanym. Bo w świecie, w którym wolność słowa jest głównie hasłem na sztandarze, a nie codzienną praktyką, największym zagrożeniem nie jest propaganda Kremla, lecz samodzielne myślenie i patrzenie na własne oczy.
Wczesnym rankiem 2 grudnia 2025 r. belgijska policja federalna, działając wspólnie z OLAF-em i Europejską Prokuraturą (EPPO), przeprowadziła zsynchronizowane naloty w trzech miejscach: w siedzibie Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych (EEAS) w Brukseli, w Kolegium Europejskim w Brugii oraz w kilku prywatnych rezydencjach na terenie Belgii, https://t.co/chgE1EUyvT. we Flandrii Zachodniej. Akcja była częścią zaawansowanego śledztwa dotyczącego podejrzeń o oszustwa przy zamówieniach publicznych, korupcję oraz konflikty interesów na styku unijnych funduszy i prywatnych powiązań.
Zatrzymano trzy osoby, w tym Federicę Mogherini — byłą szefową unijnej dyplomacji i obecną rektor prestiżowego Kolegium Europejskiego. To nazwisko zmienia rangę całej sprawy: z administracyjnego skandalu w pełnowymiarowy kryzys zaufania do unijnych elit.
Kaja Kallas następczyni Mogherini nie jest stroną śledztwa. Podejrzane działania dotyczą okresu sprzed jej nominacji. Jednak jako obecna szefowa EEAS ponosi polityczną odpowiedzialność za instytucję, a wizerunkowe trzęsienie ziemi uderza w nią bezpośrednio. Zwłaszcza że to kolejny przypadek, po Qatargate i Huawei-gate, gdy europejskie struktury nie potrafią ochronić się przed wpływami, korupcją i konfliktami interesów. Zamiast „twierdzy transparentności” mamy powtarzające się pęknięcia w murze.
W Parlamencie Europejskim lewica już zbiera podpisy pod wnioskiem o komisję śledczą. Transparency International EU domaga się zamknięcia i gruntownej reformy Kolegium Europejskiego — instytucji, która od lat cieszyła się opinią niedotykalnej. Bruksela jest w szoku: wszystko dzieje się w momencie, gdy EPPO wybiera nowego szefa, a Unia negocjuje kluczowe umowy energetyczne i buduje koalicję wokół wsparcia dla Ukrainy.
W polityce najgroźniejsze nie są wrogie kampanie, tylko pęknięcia we własnych fundamentach. A dziś Unia odkrywa, że jej problemem nie jest brak przeciwników, lecz nadmiar iluzji co do własnej odporności na pokusy władzy i pieniędzy. Skandale mijają, lecz utracona wiarygodność — niekoniecznie.
Decyzja prezydenta Nawrockiego o zerwaniu planowanego spotkania z Viktorem Orbánem wygląda na symboliczny pokaz moralnej dezaprobaty. Problem w tym, że polityka zagraniczna nie jest konkursem na moralne miny, lecz sztuką zimnej kalkulacji. A z tej perspektywy był to ruch nieprzemyślany, stratny i pozbawiony strategicznej logiki.
Po pierwsze: Polska osłabia własną pozycję w regionie.
Choć Grupa Wyszehradzka żyje dziś bardziej historią niż rzeczywistością, nadal pozostaje jednym z niewielu formatów regionalnych, w których Warszawa mogła rozmawiać z partnerami jak równy z równym. Orbán – niezależnie od ocen – nadal jest graczem, który potrafi zablokować unijny budżet, zastopować kluczowe decyzje lub przeciągnąć całą Unię przez miesiące proceduralnego chaosu. Odcinając się od dialogu, Polska rezygnuje z wpływu na człowieka, który wpływ w UE realnie ma. To polityka rezygnacji, nie przywództwa.
Po drugie: Polska rezygnuje z roli mediatora.
Dyplomacja polega na rozmawianiu przede wszystkim z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Ucieczka od spotkania wygląda nie jak asertywność, lecz jak utrata nerwów. W momencie, gdy należało wykorzystać wizytę, by postawić Orbánowi twarde pytania, Warszawa wybrała drogę najmniej profesjonalną. To pokazuje nie siłę, lecz bezradność.
Po trzecie: decyzja oddaje Orbánowi pole narracyjne.
Budapeszt już zaciera ręce. „Polska nie ma własnej polityki, działa pod dyktando Brukseli, nie potrafi utrzymać zobowiązań” – ta narracja pisze się sama. I będzie działać, bo w Europie Środkowej każdy przejaw chwiejności jest skrupulatnie wykorzystywany przez tych, którzy umieją grać twardo.
Po czwarte: niszczymy to, co jeszcze działało w V4.
Wyszehrad nie jest dziś blokiem politycznym – ale nadal funkcjonuje jako grupa współpracy technicznej: migracje, infrastruktura, energetyka. Psując relacje polityczne, utrudniamy współpracę tam, gdzie żadnego konfliktu nie ma. Co gorsza, popychamy Orbána w stronę coraz bliższej współpracy ze Słowacją, która już skręciła w jego stronę. Polska traci kontrolę nad regionem, który powinna współtworzyć.
Po piąte: izolowanie Orbána jest przeciwskuteczne.
Orbána nie da się „wyłączyć z systemu”. To polityk, który budżety wetuje, procedury rozmontowuje, a unijne mechanizmy traktuje jak poligon dla własnych interesów. Zerwanie kontaktu nie zmieni niczego w jego polityce – a jedynie ograniczy polskie możliwości jej korygowania. To oddanie pola bez walki.
Po szóste: brak rozmowy to brak informacji.
Bezpośrednie spotkania dają dostęp do wiedzy, której nie zapewni żadna notatka ambasadora. Co Orbán naprawdę ustalił w Moskwie? Na czym stanęły jego kontakty w Berlinie i Genewie? Jakie gesty planuje w UE? Tego dowiaduje się ten, kto siedzi z nim przy stole. Tego nie dowie się nikt, kto odwołuje wizytę.
Po siódme: decyzja wygląda jak emocjonalna, nie strategiczna.
„Obraził się, bo Orbán był u Putina” – tak to zostanie zapamiętane. Państwa, które chcą być brane poważnie, nie mogą pozwalać sobie na wrażenie nerwowości. W dyplomacji impulsywność kosztuje więcej niż błąd. Czy Polska naprawdę chce być postrzegana jako państwo reagujące emocją, a nie analizą?
Po ósme: Polska traci jedyny realny instrument nacisku.
Z Orbánem rozmawia się nie przez media, nie przez oświadczenia, tylko w cztery oczy. Spotkanie dawało możliwość postawienia sprawy jasno: Rosja, Ukraina, blokowanie decyzji UE. Odwołując wizytę, Polska pozbawiła się jedynego narzędzia, które działa – rozmowy bezpośredniej.
Po dziewiąte: to prezent dla Putina.
Dla Kremla każdy konflikt między państwami UE to dar z nieba. Im mniej koordynacji w regionie, tym więcej miejsca dla rosyjskiej propagandy i wpływów. Moskwa nie musi nic robić – wystarczy, że Europa podzieli się sama.
Konkluzja:
Zerwanie spotkania nie osłabia Orbána.
Nie wzmacnia Polski.
Ogranicza kontakty, zmniejsza wpływy i podważa wiarygodność Warszawy.
To gest o dużej temperaturze medialnej, ale o zerowej wartości strategicznej.
A w polityce zagranicznej symbole bez pokrycia potrafią szkodzić najbardziej.
Kolos z Apeninów stoi w parku Medici w Pratolino w Toskanii, wyrzeźbiony pod koniec XVI wieku przez rzeźbiarza Giambolognę jako monumentalny strażnik wznoszący się z kamienia i mchu. Narodzony w renesansie, a jednak echem znacznie starszych mitów, kuca na skraju cichego stawu, pół człowiek, pół góra, obserwując mijające stulecia pod zmieniającym się toskańskim niebem.
Jego forma to połączenie geologii i artyzmu: szorstki wapień płynnie łączy się z rzeźbionymi kończynami, faktury przypominające stalaktyty, kaskadowo opadające niczym broda i włosy, oraz ukryta grota w jego ciele, niegdyś przeznaczona do przechowywania fontann i cudów techniki. Woda wciąż wylewa się z paszczy lwa pod nim, przypominając o inżynierii splecionej z jego mityczną obecnością.
W jego pochylonej głowie słychać cichy smutek, jakby dźwigał ciężar samego krajobrazu. Czas łagodzi go, ale nigdy go nie wymazuje. Jakie historie Twoim zdaniem strzegł przez wieki?
za Ancient Origins and Archeology
Wie o tym garstka. W ciszy, w gabinetach polityków zostanie według mojej wiedzy w tym tygodniu podjęta przełomowa, kluczowa decyzja o tym czy i gdzie ulokować w Polsce oddział Europejskiej Agencji Kosmicznej. O tym, jak krytycznie ważna to decyzja, nie muszę nikogo przekonywać. To jest najważniejszy, technologiczny organ w całej Europie. Ma też znaczenie z perspektywy bezpieczeństwa Polski, Wiem, że jednym z kandydatów na siedzibę ESY-y jest Łódź. Mówiąc szczerze dziwię się, że ta decyzja nie została już dawno podjęta. W mojej ocenie nie ma innego miejsca w Polsce, które w ogóle powinno być brane pod uwagę w tej inwestycji. Łódź bezwzględnie powinna być miejscem lokalizacji Europejskiej Agencji Kosmicznej. Wszyscy jesteśmy temu miastu to winni.
Drodzy Państwo, pomijam aspekt tego, że Łódź położona jest w centrum kraju z absolutnie strategicznym połączeniem, bliskością Warszawy. To obok niej tworzony jest największy węzeł komunikacyjny tej części Europy. Jest jednak coś ważniejszego. Łódź jako jedyne polskie miasto przyszłą transformację gospodarczą z takimi trudami. Gdy górnicy, hutnicy, stoczniowcy jak masa innych sektorów otrzymali szereg specjalnych ulg, przywilejów oraz programów osłonowych, włókniarze mimo katorżniczej pracy nie otrzymali nic. Ich nie dotknęły trzynastki, czternastki, urlopy hutnicze i górnicze, odprawy, wcześniejsze emerytury. Dotknął ich brak sektorowych programów osłonowych, gwałtowny upadek branży i często bieda. W przemyśle włókienniczym dominowały kobiety, które miały dużo gorszą reprezentację związkową. Efekty widzimy do dziś. Łódź, w której leży cząstka mojego serducha do dziś biegnie za Wrocławiem, Katowicami, Szczecinem, Gdańskiem. Łodzi ta decyzja po prostu się należy. Jest szansą na nowe otwarcie dla miasta, przypływ wysoko wykwalifikowanej kadry też zagranicznej. Łódź stanie się miastem organizacji konferencji, wydarzeń, dookoła zaczną powstawać firmy sektora kosmicznego.
Nie bagatelizujmy tej decyzji. Od dwóch lat to do Łodzi przeniosłem mój Festiwal Lema. To była najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. Nigdzie nie spotkałem się z taką potrzebą aktywizacji społeczności, jak w Łodzi. Niezależnie od tego, skąd pochodzicie, wesprzyjcie ten mój apel. Nie róbmy tego Łodzi, i tej szansy jej nie odbierajmy. Nie tym razem.
Rzesza młodych ludzi z którymi rozmawiam myśli, że gdy Rosja zaatakuje Polskę, oni wyjadą do Hiszpanii, Francji czy Włoch. Otóż muszę zaskoczyć. Nie wyjedziecie. Nie tylko z uwagi na prawo, ale też w żadnym z tych krajów nie będzie dla Was/Nas miejsca. Żaden z tych krajów nie przyjmie setek tysięcy Polaków. Poza najbogatszymi Polakami, reszta będzie musiała fundamentalnie zmienić swoje życie w Polsce. Każdy z nas. Teraz jest czas, by robić wszystko, by do tego nie doszło. Teraz jest czas, by naprawdę walczyć o pozycję Polski. Od nowego układu w Europie zależeć będzie bezpieczeństwo, nauka, technologie, kierunek wykorzystania naszego potencjału. Ryzyko wybuchu wojny w naszym kraju istnieje. Jest realne. Każdy z nas tak uważam dziś powinien robić małymi krokami wszystko, by do tego nie doszło. To, jakie decyzje podejmą polskie władze w najbliższych tygodniach powinno być postawą decyzji podejmowanych przez każdego z nas przed urnami wyborczymi. Ktoś mi tu dziś napisał, po co udzielam się politycznie. To nie jest polityka tylko nasze przetrwanie. Każdego z nas, kto od 1989 roku buduje ten kraj od nowa. Wiem co piszę. Sytuacja naprawdę jest bardzo trudna.
POST SCRIPTUM DO PEWNEGO WYWIADU 👇👇👇
💥Ponad 40 ekspertów z całego świata skrytykowało producentów żywności za to, że dla pomnożenia zysków wytwarzają i intensywnie promują żywność ultraprzetworzoną, przyczyniającą się do otyłości i przedwczesnych zgonów - czytamy w najnowszym wydaniu pisma medycznego „The Lancet”.
💥- Mamy dowody, że żywność ultraprzetworzona i jej spożywanie (UPF) zwiększa się na całym świecie na skutek intensywnych działań korporacji – stwierdza główny autor publikacji prof. Carlos Augusto Monteiro, emerytowany profesor z Uniwersytetu w Sao Paulo. Specjalista twierdzi, że produkcja UPF jest wysoce opłacalna, dlatego przemysł spożywczy nie jest zainteresowany produkcją żywności mniej przetworzonej, jaka była w przeszłości. Zarzuca nawet producentom, że wspierają lobbing podważający kampanie promujące zdrowe odżywianie się.
💥Współautor artykułu prof. Barry Popkin z University of North Carolina, uważa, że „producenci żywności są w stanie podwoić, a nawet potroić zyski, przekształcając kukurydzę, pszenicę i fasolę w „bezkaloryczną i bezzapachową papkę, która następnie jest przetwarzana z użyciem sztucznych dodatków”.
💥Autorzy „The Lancet” powołują się na 104 badania, z których 92 wykazały, że ultraprzetworzona żywność zwiększa ryzyko chorób przewlekłych.
✅ Grażyna Cichosz dzisiaj w Sejmie: "Dla każdego urzędnika, również dla prokuratora, jeżeli coś jest zgodne z prawem żywnościowym, to problemu nie ma.
Argumenty przedstawione w postaci diagramów, nie tabel, tylko diagramów, na których widać czarno na białym, z jaką dynamiką rośnie zachorowalność na nowotwory, nie docierają. Po prostu są ignorowane.
I cała burza w szklance wody, mam na myśli to, co się stało po wywiadzie z panem redaktorem Rymanowskim, potwierdza to, że świadomość w społeczeństwie jest znikoma, ale rośnie.
Zachorowalność na nowotwory od lat 90. rośnie mniej więcej z dwukrotnie większą dynamiką.
I nie jest prawdą, że wynika to z faktu, że społeczeństwo się starzeje. Oczywiście społeczeństwo się starzeje, ale nowotwory coraz częściej diagnozowane są wśród 30-40-latków, a nowotwory jelita grubego wśród nastolatków już lekarzy nie szokują.
Choroba leśniowskiego Crohna u przedszkolaków też nikogo nie szokuje. O tym... że wszystkie te schorzenia mają związek z naszą dietą, myślę, że nikt nie wątpi.
I nie tyle o dietę chodzi, co o jakość żywności. Co prawda każdy produkt spożywczy posiada certyfikaty, producent gwarantuje wszystko, co sobie odbiorca życzy, a my w swojej naiwności wierzyliśmy, że ta żywność jest bezpieczna, więc informuję jako specjalista od bezpieczeństwa zdrowotnego żywności, że nie jest tak.
Korelacja między spożyciem żywności przetworzonej a zachorowalnością na raka jelita grubego jest udowodniona. Kolejnym potwierdzeniem tej zależności jest fakt, że w ciągu 20 lat w Stanach Zjednoczonych zachorowalność na raka jelita wzrosła pięciokrotnie w grupie 10-14-letnich dzieci, trzy i półkrotnie w grupie 14-18-latków i prawie dwu i półkrotnie w grupie młodych osób dorosłych.
Korelacja między żywnością przetworzoną. Nie nasze nawyki, nie nasze przyzwyczajenia, nie zaburzone proporcje, chociaż one też są istotne, ale w zdecydowanie mniejszym stopniu niż żywność przetworzona.
W żywności przetworzonej mamy wszystko, czego moglibyśmy się nie spodziewać. Nie jest prawdą, że nie jemy genetycznie modyfikowanej soi.
Moi adwersarze, ci z internetu, zapewniają, że przecież przepisy unijne zabraniają importu genetycznie modyfikowanej soi. Że przecież unijne przepisy nakładają obowiązek znakowania. I owszem, te przepisy są, tylko że nie są realizowane.
Globaliści wymyślili zasadę tzw. równoważności składnikowej. i przyjęto założenie, że transgeniczna soja to jest dokładnie to samo, co soja tradycyjna. I w ten sposób soja zniknęła.
Nie ma genetycznie modyfikowanej soi zgodnie z prawem żywnościowym. I tej soi, której nie ma, zjadamy nie wiadomo jakie ilości w 360 produktach spożywczych. Najwięcej w przetworach mięsnych, około 20%. W mięsie kulinarnym, które kupujemy jako żywność nieprzetworzoną, jest jej około 4%. W mąkach około 6%.
O wpływie soi na nasz przewód pokarmowy... na układ odpornościowy, a zwłaszcza na gospodarkę hormonalną, będzie w moim referacie wkrótce..."