https://t.co/6SQ4DskdON Według danych niemieckich od 2014 do 2022 roku na Ukrainie ekshumowano szczątki co najmniej 13 710 żołnierzy Wehrmachtu. Prace ekshumacyjne przebiegają bez zakłóceń. W tym samym czasie ekshumowano co najwyżej kilkadziesiąt szczątków Polaków — głównie pozostałości z wcześniejszych badań.
Szczątki żołnierzy niemieckich noszą ślady typowe dla działań bojowych. Szczątki Polaków - kobiety i dzieci mają ślady okrutnych śmierci z wbitymi gwoździami w czaszkach, pogruchotanymi i przepiłowanymi kośćmi. Banderowcy nie zgodzą się aby świat to zobaczył. Dobrze wiedzą, że zdjęcia i filmy z prac ekshumacyjnych byłyby wielkim aktem oskarżenia. Stąd blokowanie prac ekshumacyjnych lub ograniczanie dostępu mediów do miejsca prac, aby drastyczne zdjęcia nie trafiły do opinii publicznej.
Dopóki na Ukrainie rządzą banderowcy, to nic się nie zmieni, dlatego że gloryfikacja i ochrona dobrego imienia UPA, Bandery, Szuchewycza i innych bandytów jest wpisana do zadań państwowych.
W rocznicę Krwawej Niedzieli na Wołyniu chciałbym zostawić tutaj świadectwo. Opowieść pani Antoniny Tokarz, z którą miałem zaszczyt porozmawiać w 2019 r. pracując nad książką "Wymazana granica". Jeżeli uznacie, że warto, proszę podajcie dalej, żeby ten głos nie zaginął:
– Wcześniej byliśmy Polakami, a staliśmy się Lachami, którym życzy się śmierci. Jednak najpierw zniknęli Żydzi. Ten bogaty, który u nas w wiosce prowadził duży sklep, i ten biedny, który jeździł, zbierając po domach szmaty i butelki. Zniknął też młynarz i nie było już gdzie zboża mielić. Gestapo wspólnie z ukraińską policją pędziło ich do okolicznych lasów, tam kazali kopać doły i rozstrzeliwali. Wielu było takich Ukraińców, co oburzali się na tych ich policjantów albo nawet ukrywali Żydów, którym udało się uciec. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że my będziemy następni.
Pewnego wieczoru na początku marca 1943 toku usłyszeli strzały od strony domu ich wujostwa. Tata Antoniny poszedł tam rano, a jak wrócił, przenikała go zgroza która wcisnęła mu się pod skórę, zmieniła rysy twarzy. I wtedy Antonina też zaczęła się bać. Tata wszystko opowiedział mamie. O tym, jak zobaczył razem z sąsiadami swoją siostrę Anielę leżącą w łóżku z roztrzaskaną głowę. I krew ściekającą na podłogę. Na strychu natrafili na jej męża pokłutego bagnetami. Jakby wciągnął za sobą drabinę, to może by przeżył. Usłyszeli jęki i pod plewami znaleźli całą poranioną ich córkę Marysię. Strasznie płakała, kiedy ją znosili na dół, opłukiwali z tej słomy, nakrywali pierzyną i wieźli do szpitala. Tam lekarz powiedział, że ma przestrzelone prawe ramię, biodro i udo. Dał jej zastrzyk przeciwbólowy, bo innych leków nie miał. Marysia trochę jeszcze pocierpiała, zanim umarła. Wtedy tata Antoniny razem z ukraińskim sąsiadem zbili z desek dużą trumnę i całą rodzinę w tej jednej trumnie pochowali na cmentarzu w Radziwiłłowie.
– Potem pojechali do ich domu i zaczęliśmy się modlić. W tej chacie razem z nami śmierć siedziała. Siedziała, patrzyła na nas, zębami zgrzytała. A najstraszniejsze było, że nie wiedzieliśmy, dlaczego tutaj przyszła. Oni byli prostymi ludźmi, takimi jak my. Nikomu nie wadzili, od nikogo nic nie chcieli. – Staruszka upija łyk wody z podanej przez córkę szklanki.
Antonina przymyka oczy, ale po chwili unosi się na łokciach i zaczyna opowiadać, że tej samej nocy na horyzoncie pojawiła się łuna. Trzy dni później kolejna. Rano przybiegł sąsiad ożeniony z Ukrainką. Jej rodzina ostrzegła ich, że grasują bandy wyrzynające Lachów i muszą uciekać, bo dla kobiety, jeśli nie wyrzeknie się męża, też nie będą mieli litości. Tego dnia cała rodzina Antoniny zaczęła się ukrywać. Kiedy zmierzchało, uciekali w różne miejsca. Próbowali stać się niewidoczni, niesłyszalni. Mama Antoniny chowała się u sąsiadki, tata w szopie, a ona z rodzeństwem w stodołach Ukraińców. Jedni o nich wiedzieli, inni nie. Zaczęła bać się psów. One zawsze wyczują obcego człowieka.
– Chciałam, żeby ta słoma mnie pochłonęła. Żebym się w niej rozpuściła, bo słomy nikt nie morduje. Dopiero po chwili przyszło mi do głowy, że słomę się pali i mnie też tak mogą spalić. Codziennie docierały do nas wieści, od których włosy jeżyły się na głowie. Tych dom spalono, tamtą rodzinę wymordowano. Mężczyzn, kobiety, dzieci, noworodki. Jak w upiornej loterii. Nigdy nie było wiadomo, na kogo padnie. Dzisiaj porąbiemy ciebie albo twojego sąsiada. Dowiesz się, że twój czas już nadszedł, dopiero jak przyjdziemy z siekierą. Na takiej ciuciubabce z kostuchą minął marzec i nadeszła wiosna.
Wykończyły nas te nocne wędrówki. W dzień zasypialiśmy na stojąco. Tata zgodził się, żebyśmy zostali w chacie, ale mieliśmy spać w ubraniach i butach. Wtedy mój brat Michał nagle powiedział: „Mamo, przecież to bez znaczenia, czy zostaniemy u siebie, czy pójdziemy w las, bo oni i tak nas zabiją”. Kiedy to mówił, to miał tak szeroko otwarte oczy. I najgorsze, że nie było w nich lęku, tylko całkowita rezygnacja, pogodzenia z losem. Mama zaczęła szlochać i pytać, dlaczego on tak myśli. A on zupełnie spokojnie odpowiedział: „Bo jesteśmy Polakami”.
W końcu jednej nocy banda przyszła również do ich domu. W ostatnim momencie zdążyli się ukryć na polu uprawnym. Rano przerażony sąsiad zapakował dobytek na wóz, rozpuścił zwierzęta i uciekł do Radziwiłłowa. Ojciec Antoniny wierzył jednak, że im uda się przetrwać.
– Pamiętam, jakby to było wczoraj, a może to było wczoraj. – W głosie Antoniny czuć, że traci siły, ale chce doprowadzić do końca swoją opowieść. – 31 maja 1943 roku. Ciepłe i słoneczne popołudnie. Lato już na Wołyń zaglądało. Nagle na obrzeżach wioski, nad kolonią, wykwitły czarne chmury. Wzbijały się wysoko w niebo, jakby chciały zakryć słońce. W powietrzu zadudniło od wystrzałów. Pomyśleliśmy, że kogoś mordują, ale nie mieliśmy odwagi pójść i zobaczyć. Tylko coraz szybciej wrzucaliśmy rzeczy do worków i na furmankę. Krowy oddaliśmy sąsiadom Ukraińcom, jedną tylko sobie zatrzymaliśmy. O zmierzchu przyszedł z kolonii zaprzyjaźniony Ukrainiec. Nie mógł uwierzyć, co się wydarzyło. W kółko tylko powtarzał: „Uciekajcie, uciekajcie, bo banderowcy już w biały dzień mordują. Wszystkich was ukatrupią, a my wam nie pomożemy, bo i nas zariezają”.
Drogi zostały odcięte przez grasujące bandy. Okoliczne wsie płonęły. Nie zdążyliśmy wyjechać, tylko szybko ukryliśmy się na poddaszu w stodole. Siedzieliśmy tam cicho jak myszy pod miotłą. Jakby kto nas usłyszał, to jeszcze podłożyliby ogień i żywcem spalili. Miesiąc o wodzie i sucharach. Tata po nocy na palcach schodził do studni. Co jakiś czas przez ściany docierały do naszego prowizorycznego schronienia różne dźwięki. Szlochy, jęki, krzyki, strzały. Docierały zapachy. Palącego się drewna, deszczu zmieszanego z popiołem, przesiąkniętego wodą pogorzeliska. Tam nie było okien, tylko szpary między deskami. I przez te szpary można było zajrzeć do piekła. W końcu skończyło się nam jedzenie. Mieliśmy do wyboru albo umrzeć z głodu, albo wyjść i zaryzykować zadźganie, utopienie, zastrzelenie. Ja byłam już tak wycieńczona, że nie mogłam się podnieść z poduszki. To był ostatni moment.
O brzasku zaczęliśmy się żegnać z domem. Mama, siostry Bronia i Ruzia, brat Michał, wszyscy płakaliśmy. Tylko ojciec nie płakał. Twardo patrzył na pole, las, chałupę, stodołę, stajnię. Patrzył, milczał, usta zaciskał. Żegnał się z ojcowizną i sobą samym.
Antonina kończy czytać. Zapada w półsen.
Wnuk wyciąga z kieszeni schowaną w przezroczystym plastikowym puzderku małą złotą monetę. Na rewersie widnieje dwugłowy orzeł, na awersie portret cara Mikołaja II Imperatora i Samodzierżawcy Wszechrusi. Mężczyzna otwiera wieczko i delikatnie podaje babci pieniążek. Ojciec Antoniny sprzedał konie, żeby kupić cztery takie pięciorublówki. Każdemu z dzieci dał po jednej, kazał zaszyć w kołnierzyku i pilnować jak oka w głowie. Jeśli spotkaliby banderowców, to mieli się za nią wykupić od śmierci.
– Tyle było warto życie babci, mojej mamy, moje, moich dzieci. Pięć rubli od cara Mikołaja. – Mężczyzna gładzi staruszkę po dłoniach, w których skryta jest moneta. – Najbardziej boli, że przez tyle lat nie wolno nam było głośno mówić o tym, co ją spotkało. Za komuny kazano milczeć, a w już wolnej Polsce to był przez lata temat tabu. Szeptem po domach o tym rozmawiano. Chowano przeszłość w przekazywanej z pokolenia na pokolenia monecie. To niesprawiedliwie. Każdy zasługuje na to, żeby móc wykrzyczeć swoje krzywdy i by inni o nich usłyszeli.
Staruszka ponownie otwiera powieki, głaszcze monetę i obracając ją w palcach, mówi:
– Chcieliśmy, żeby tych przeklętych Ukraińców trafił szlag. A przed wojną nikomu by do głowy nie przyszło tak życzyć sąsiadowi, zięciowi, szwagrowie, koleżance z klasy albo podwórka. Nas przecież też uratowali Ukraińcy. Jakby sąsiad nie przybiegł, nie ostrzegł, to nie zdążylibyśmy się ukryć w tej stodole. Zaryzykował, bo jakby trafił na tych bandytów, to za pomoc Polakom też by mu gardło poderżnęli. Tam wtedy wszystko wypełzało z ludzi na wierzch. Jak ktoś był dobry, to stawał się szlachetny, a jak zły, to okrutny. A złość, nienawiść, wyrządzoną krzywdę dłużej się pamięta. Nikt nas nigdy nie przeprosił.
Antonina Tokarz zmarła kilka miesięcy po naszej rozmowie, zimą 2020 roku.
Piszcie do Elona o przywrócenie @coolfonpl - niezależnego dziennikarza obywatelskiego.
Masowe zgłoszenia spowodowały uruchomienie algorytmu, ale post był zgodny z regulaminem X - publikacja obejmowała nazwę przedsiębiorcy, co jest na X dozwolone.
Coolfonpl wróci. 💪
Panie @CTomczyk nie spodziewałem się, że publicznie Pan przyzna, że miałem prawo odtajnić fragment Waszych planów obrony Polski dopiero na linii Wisły.
Tusk Pana wyrzuci z roboty! 😉
💥 Polityka prorodzinna PSL-U!
Konkurs na dyrektora szpitala w Bolesławcu wygrał radny PSL - Kamil Barczyk.
Szpital został połączony ze szpitalem w Zgorzelcu, którym zarządza kto?
Mamusia Kamila!
Niewiarygodne! @Domanski_Andrz zablokował ściągnięcie 174,5 mln zł kary nałożonej przez @UOKiKgovPL na Gazprom w związku z NordStream 2🙈 Panie @adamSzlapka dlaczego Minister Finansów chroni rosyjski koncern Władimira Putina przed egzekucją kary?
Panie Premierze @KosiniakKamysz, zdumiewa mnie Pan. Ja zarówno z Panem, z Panem Premierem Donaldem Tuskiem czy z Sekretarzem Generalnym NATO Markiem Rutte rozmawiam o wielu sprawach, na różnych forach, często bez konkluzji. Nie opowiadam wówczas, że coś ustaliliśmy. Decyzję podjął Pan, proszę się z nią po męsku zmierzyć. Mogę natomiast pomóc – wyjdę z inicjatywą legislacyjną i z chęcią wezmę pełną odpowiedzialność także za donację sprzętu 🇵🇱
Moje pierwsze chwile w celi na Białołęce.
Był późny wieczór, gdy 9 czerwca przywieźli mnie z aresztu w Grójcu, w którym nie było ani celi przejściowej ani wolnych miejsc.
"Świeżak na Białą!"- usłyszałem. Żadnych ubrań nie dali. Tylko zrobili zdjęcie.
- Można się uśmiechnąć?
- Można.
Na więziennej focie jestem uśmiechnięty od ucha do ucha i wyglądam jak regularny wariat.
- Ubrania dostaniesz w Białołęce.
Na "Białej" było już za późno na rozmowę z wychowawcą i psychologiem. I na wizytę w magazynie, więc w t-shircie i krótkich spodniach chodziłem tydzień. Ubrania dostałem, gdy przyszedł adwokat. Regulamin wymaga, aby podczas spotkania z obrońcą osadzony miał długie spodnie.
Wrzucili mnie od razu do celi jak worek kartofli, bez żadnego przygotowania. Więzienny regulamin dostałem do ręki dwa tygodnie później, ale miałem go przestrzegać już od pierwszej minuty. Było to spore wyzwanie.
Wszedłem do celi. Trzech osadzonych. Dwóch siedzi na pryczach i na mnie patrzy zaciekawionych, trzeci śpi.
Pierwsze pytanie:
- Za co cię posadzili?
- I tak mi nie uwierzycie. Ponoć chciałem zabić komendanta policji.
- Następny kiler! Ten tu, który śpi, zabił dwie osoby. Trzecia jest w ciężkim stanie i raczej nie przeżyje.
Zdrętwiałem.
Spojrzałem z obawą na śpiącego na dolnej pryczy Turka. To był Bajram, kierowca taksówki - w koszmarnym wypadku w Zielonce, do którego się przyczynił, zginęły trzy osoby. Ale o tym powiedzieli mi trochę później.
Bajram okazał się fantastycznym kompanem. Dał mi skarpetki, abym nie chodził po celi na bosaka. Nigdy mu tego nie zapomnę.
- Pokaż kwity.
- Dajcie chwilę. Niech ochłonę.
Dwóch młodych ludzi. Już po minucie wiedziałem, że będzie dobrze.
25-letni Paweł został złapany za kilkadziesiąt gram konopii i od razu dostał trzy miesiące aresztu.
Drugi mój kompan z celi, trzydziestokilkulatek Fabian, miał do odsiedzenia 14 dni, bo był bezrobotny i od czterech miesięcy nie płacił alimentów.
Tacy groźni przestępcy jak ja.
Obaj pierwszy raz w puszce.
Nalali mi do plastikowego kubka ciepłej wody. Marzyłem o łyku kawy lub herbaty.
Rozejrzałem się po celi.
Ta woda to było wszystko co mieli. Nie mieli absolutnie nic.
Wysłuchali mojej historii i z niedowierzaniem kręcili głowami.
Dwa dni później zdziwili się jeszcze bardziej, gdy zakwalifikowano mnie jako więźnia niebezpiecznego i skuwano kajdankami z tyłu przy zejściu na spacerniak lub wizycie w łaźni. Na szczęście przed wejściem pod prysznic byłem rozkuwany, więc mogłem się normalnie umyć. ;-)
Dziwili się nawet recydywiści. "Enka" (niebezpieczny) trafia się bardzo rzadko. "Enką" był na przykład legendarny Misiek z Nadarzyna.
- Kto to jest? - słyszałem pytania na korytarzu za moimi plecami.
Gdy zapytałem wychowawcę o co chodzi o dlaczego jestem tak traktowany, padła odpowiedź, że to decyzja kierownika ds. bezpieczeństwa i nie miał na nią wpływu. Niemal zawsze jako niebezpiecznego eskortowało mnie dwóch strażników.
Już po pierwszej nocy obudziłem się pogryziony mocno przez pluskwy.
- Nie rozdrapuj, bo będzie gorzej. Masz, posmaruj - usłyszałem.
- Co to?
- Krem do golenia. Pomaga. Na twoim koju leżał Eryk. Był strasznie pogryziony. Wyglądał jakby miał ospę. 14 dni pisał dzień w dzień kartkę, że chce do lekarza. Bo tak mu kazali. Piętnastego dnia wpadli do naszej celi ludzie z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i zabrali Eryka do lekarza i innej celi. Ale pluskwy zostały. Nic na to nie poradzisz. Musisz się przyzwyczaić.
Starałem się przyzwyczaić do pluskiew, ale było trudno. Po tygodniu uwolnił nas od nich mój adwokat @Pawelski_Luk. Narobił takiego rabanu, że nasza celę zamknięto i poddano dezynfekcji. A nas przeniesiono z siedemnastki do dziesiątki, dawnej celi "korytarzowych", czyli więźniów funkcyjnych. Były w niej prawdziwe materace. I to nowe. Luksus. My zamiast materacy mieliśmy trzy poduszki, w których były pocięte koce.
W szpitalu południowym cały czas źle się dzieje. Taką informację otrzymałem: „W nocy na SOR szpitala południowego nie było lekarza dyżurnego systemu, żadnego lekarza specjalisty. Tylko dwójka rezydentów”. Panie prezydencie @trzaskowski_ proszę napisać, że to NIEPRAWDA!!🙈🤡
Jeśli myślicie, że macie zapierdol to przypomnijcie sobie, że ministra zdrowia do jutra ma przedstawić plan reformy. Jest to tym trudniejsze, że do niedawna nie dostrzegała żadnych problemów i mówiła, że pacjenci się uśmiechają. Więc jeszcze research musi ogarnąć na cito.
Czy pieniądze mogą chronić przed więzieniem? 8 maja 2021 r. na ul. 11 Listopada w Aleksandrowie Łódzkim 22-letnia wówczas Agnieszka Z. (studentka stomatologii) jechała Jeepem z dużą prędkością — według ustaleń nawet 120–127 km/h w terenie zabudowanym (limit 50 km/h). Wyprzedzała agresywnie sznur samochodów, wjechała na przeciwległy pas i zderzyła się czołowo z dwoma motocyklami jadącymi prawidłowo z przeciwka.
W wypadku zginęli: Przemysław Bartczak (40 lat) — zostawił żonę i trójkę dzieci, Tomasz Gasztka (43 lata), Beata Juszczak (42 lata, partnerka Tomasza) — zostawili syna.
Po trzyletnim procesie Sąd Okręgowy w Łodzi 17 kwietnia 2025 r. skazał ją prawomocnie na 5 lat bezwzględnego więzienia, ale do niego nie trafiła. Sąd zgodził się, żeby mogła dokończyć staż zawodowy, więc wyrok odroczono. Po tym jak już zakończyła staż i tak nie trafiła do więzienia.
W czerwcu ponownie odroczono karę więzienia. Biegły stwierdził, że ma problemy ze zdrowiem psychicznym, że po tym wszystkim ma depresję, więc sąd stwierdził, że jej zdrowie psychiczne jest ważniejsze od odsiedzenia kary za spowodowanie wypadku w którym zginęło 3 ludzi.
Agnieszka Z. pochodzi z zamożnej rodziny lekarskiej z Łodzi — matka dentystka prowadzi prywatną klinikę, ojciec jest internistą. To mocno podgrzewa emocje. Rodziny ofiar mówią wprost o „równych i równiejszych” i braku sprawiedliwości, a w komentarzach ludzie zdają pytanie, które napisaliśmy na początku, czy pieniądze chronią przed więzieniem?
📢 Ten tłusty, łysiejący stary pulpet próbował zakłócać wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego w Kłodzku.
Zróbmy jej zasięg i być może się dowiemy czy też należy do Pedofilii Obywatelskiej.
Nie było żadnego stażu, kochani. Moja wtedy 16-letnia córka spędziła dwa dni w Senacie - zamiast zajęć szkolnych - żeby napisać o tym pracę do aplikacji studenckiej.