Panie Pośle,
adnotacja pod wpisem Marcina Kierwińskiego jest błędna. Art. 209 ust. 3 Konstytucji nie stanowi, że kandydat na RPO ma być wcześniej "apolityczny i bezstronny". Przepis zakazuje Rzecznikowi przynależności do partii politycznej i związku zawodowego oraz prowadzenia działalności publicznej niedającej się pogodzić z godnością urzędu. Natomiast art. 210 wymaga, aby RPO był w swojej działalności niezawisły i niezależny od innych organów państwowych.
To zasadnicza różnica.
Sylwia Gregorczyk-Abram uczestniczyła w sporze publicznym, lecz nie wynika z tego automatycznie, że prowadziła działalność partyjną albo była organizacyjnie podporządkowana KO czy PiS. Obrona praw człowieka, praworządności, migrantów lub osób represjonowanych przez władzę niemal zawsze ma konsekwencje polityczne. Nie czyni to jednak z adwokata działacza partyjnego.
Przyjęcie pańskiego rozumowania prowadziłoby do osobliwego wniosku- najlepszym kandydatem na RPO byłaby osoba, która przez lata milczała, nie występowała przeciwko naruzseniom praw i nie naraziła się żadnej władzy. Tymczasem właśnie odwaga w sporach z państwem, doświadczenie procesowe i gotowość obrony niepopularnych grup należą do najważniejszych kwalifikacji rzecznika.
Oczywiście wcześniejsza działalność kandydatki może i powinna podlegać ocenie. Należy pytać, czy po wyborze będzie zdolna wystąpić również przeciwko obecnemu rządowi, bronić jego przeciwników politycznych, reagować na naruszenia praw migrantów, nadużycia służb czy działania Ministerstwa Sprawiedliwości. To są właściwe pytania o jej niezależność.
Nie jest jednak w porządku utożsamianie działalności na rzecz praworządności z udziałem w "konflikcie PO–PiS'. Prawa człowieka nie stają się partyjne tylko dlatego, że ich naruszenie ma poliycznego sprawcę, a ich obrona polityczne konsekwencje.
Można nie poprzeć tej kandydatury. Nie należy jednak budować uzasadnienia na błędnym odczytaniu Konstytucji i na założeniu, że wcześniejsze publiczne przeciwstawianie się naruszeniom praw samo w sobie odbiera zdolnośc do niezależnego sprawowania urzędu.
Panie Zbyszku, jak kiedyś wspominałem, jestem historykiem samoukiem - historia od lat jest moją pasją. Jakiś czas temu obejrzałem w Polsacie krótki serial dokumentalny "Kroniki Hitlera".
Polecam obejrzeć go bardzo uważnie. Opiera się głownie na cytatach z pamiętnikow i relacjach ludzi z otoczenia Hitlera, jego znajomych oraz przede wszyatkim zwykłych obywateli. Dobrze pokazuje nie tylko jego drogę do władzy, lecz także proces stopniowego oswajania społeczeństwa z pogardą, kłamstwem i przemocą.
Widać tam, jak za pomocą patriotycznego słowotoku, wskazywania kolejnych wrogów i odwoływania się do poczucia krzywdy potrafił wyzwolić w ludziach niewyobrażalną nienawiść. Z czasem jego manipulacje przestawały odbiorcom przeszkadzać, ponieważ odpowiadały na emocje, które wcześniej sam w nich rozbudził. Widać również, jak na fali własnego uwielbienia coraz bardziej radykalizował nie tylko tłum, lecz także samego siebie.
Nie stawiam prostego znaku równości między tamtym systemem a dzisiejszą Polską. Zwracam jednak uwagę, że niektóre mechanizmy polityczne i społeczne pozostają niepokojąco podobne: tworzenie wroga, podsycanie lęku, nazywanie agresji patriotyzmem i stopniowe przesuwanie granicy tego, co społeczeństwo uznaje za dopuszczalne.
Ludzie nie zmienili się aż tak bardzo. Zbyt często zmieniają się jedynie nazwiska, symbole i wskazane grupy, przeciwko którym należy skierować gniew.
Problem polega na tym, że historia nie ostrzega szeptem. To ludzie nie chcą jej słuchać.
Wracam do sprawy ataku na dwie jedenastoletnie dziewczynki w autobusie w Bielsku-Białej, ponieważ to, co wydarzyło się później, dawno przekroczyło granice zwykłego internetowego hejtu.
Najpierw dorosły mężczyzna zaatakował dzieci z powodu ich narodowości. Następnie rozpoczęło się publiczne usprawiedliwianie agresora, doszukiwanie się „prowokacji” i zbiorowe oskarżanie ofiar. Dziś celem nagonki są już nie tylko dziewczynki, lecz także matka jednej z nich, kierowca, który stanął w ich obronie, oraz MZK, które opisało rzeczywisty zapis monitoringu.
Spółka otrzymuje setki wiadomości, w tym groźby karalne, oraz telefony destabilizujące jej bieżącą działalność. Według relacji jej prezesa skala zagrożenia stała się na tyle poważna, że MZK rozważa wzmocnienie fizycznej ochrony obiektu. Nie mówimy już zatem wyłącznie o wulgarnych komentarzach publikowanych zza ekranu. Internetowa nagonka przerodziła się w działania wywołujące rzeczywistą obawę o bezpieczeństwo ludzi i funkcjonowanie publicznej instytucji.
Wszystko dlatego, że monitoring nie potwierdził narracji o rzekomej prowokacji, a MZK odmówiło podporządkowania faktów politycznym i nacjonalistycznym oczekiwaniom.
To nie jest już „spór o interpretację nagrania”. To mechanizm zastraszania każdego, kto staje po stronie ofiar i faktów.
Najpierw atakuje się dziecko. Później jego rodzinę. Następnie świadka, człowieka udzielającego pomocy i instytucję, która nie chce kłamać. W ten sposób internetowa nienawiść przestaje być wyłącznie słowem i zaczyna zagrażać realnemu bezpieczeństwu ludzi oraz funkcjonowaniu instytucji publicznej.
Szczególnie haniebne jest to, że nagonka trwa mimo oficjalnych informacji MZK, mimo zabezpieczenia nagrania przez policję i mimo braku potwierdzenia tez o prowokacji.
Nie mamy tu do czynienia z obroną prawdy. Mamy do czynienia z próbą wymuszenia określonej wersji wydarzeń za pomocą gróźb, presji i masowego poniżania osób, które nie zgodziły się uznać agresora za ofiarę.
Milczenie wobec tego nie jest neutralnością. Jest przyzwoleniem.
Na koniec pytanie do polityków prawej strony: czy są Państwo z siebie dumni? Czy właśnie o taki efekt chodziło, gdy mimo ustaleń MZK, zabezpieczonego monitoringu, postawionych zarzutów i przyznania się podejrzanego nadal podsycali Państwo narrację o „prowokacji”, przemilczali fakty i kierowali społeczną agresję przeciwko Ukrainkom?
Wielokrotnie apelowałem, aby zaprzestać manipulowania tym zdarzeniem i nakręcania spirali nienawiści. Dziś groźby dotykają już dzieci, ich rodzinę, kierowcę oraz publiczną instytucję, która odważyła się przedstawić niewygodne dla Państwa narracji fakty.
Odpowiedzialność polityczna za ten skutek spada również na tych, którzy dla kilku punktów sondażowych, nacjonalistycznego poklasku albo doraźnej korzyści wyborczej świadomie podsycali wrogość wobec Ukraińców.
Jeżeli nie przewidzieli Państwo, do czego prowadzi taka retoryka, wykazali się skrajnym brakiem wyobraźni. Jeżeli przewidzieli - ocena jest znacznie poważniejsza.
To weto budzi mój sprzeciw nie tylko z perspektywy osoby, która na co dzień zajmuje się prawem, lecz przede wszystkim jako człowieka. Nie godzę się na to, aby osobisty światopogląd jednej osoby był używany do odbierania innym obywatelom bezpieczeństwa, godności i prawa do samodzielnego ułożenia własnego życia.
Nie może być również tak, że podstawą odmowy podpisania ustawy stają się rozwiązania, których ustawodawca w ogóle w niej nie zapisał. Weto powinno odnosić się do norm rzeczywiście przyjętych przez parlament, a nie do ideologicznych obaw, wyobrażeń i skutków dopisanych do dokumentu już po jego uchwaleniu.
Karol Nawrocki zawetował ustawę, posługując się argumentami, które w znacznej części nie odpowiadają jej rzeczywistej treści.
Ustawa nie przewidywała wspólnej adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Nie zmieniała definicji małżeństwa. Nie wprowadzała małżeństwa pod inną nazwą. Tworzyła odrębną umowę zawieraną przed notariuszem, z rozdzielnością majątkową jako zasadą oraz możliwością indywidualnego uregulowania wzajemnej reprezentacji, dostępu do informacji medycznej, stosunków majątkowych i zabezpieczenia na wypadek choroby, śmierci albo rozpadu związku.
Sugestia, że projekt otwierał drogę do adopcji, nie jest argumentem prawnym. Jest dopisaniem do ustawy rozwiązania, którego w niej nie było, a następnie wykorzystaniem go jako ideologicznego straszaka. Nie mamy wówczas do czynienia z oceną uchwalonego prawa, lecz z oceną własnych wyobrażeń o tym prawie.
Nieprawdziwe jest również twierdzenie, że projekt przyznawał prawa bez obowiązków. Ustawa nakładała na strony obowiązek wzajemnego szacunku, lojalności, pomocy, troski, współdziałania dla wspólnego dobra oraz przyczyniania się do zaspokajania wspólnych potrzeb. Pozwalała ustanowić obowiązek alimentacyjny, wspólność majątkową i wzajemne pełnomocnictwa.
Nie były to obowiązki identyczne z małżeńskimi, ponieważ nie było to małżeństwo. Były jednak rzeczywiste, dobrowolnie przyjmowane i prawnie egzekwowalne.
Zarzut, że ustawa wprowadzająca zmieniała setki innych ustaw, także nie wytrzymuje elementarnej analizy. Jeżeli status osoby najbliższej ma działać w praktyce, musi zostać uwzględniony w przepisach dotyczących leczenia, dziedziczenia, podatków, rent, mieszkań, postępowań sądowych, administracji i ubezpieczeń.
Liczba koniecznych zmian nie dowodzi wadliwości projektu. Pokazuje, w ilu dziedzinach polskie prawo nadal traktuje wieloletniego partnera jak osobę obcą.
Art. 18 Konstytucji chroni małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Nie stanowi jednak, że ochrona małżeństwa wymaga pozbawienia innych obywateli prawa do uregulowania własnego życia. Pzryznanie człowiekowi prawa do informacji o stanie zdrowia partnera, zabezpieczenia wspólnego majątku czy korzystania ze świadczeń, na które wspólnie pracowano, nie odbiera małżonkom żadnego prawa.
Dorośli obywatele nie potrzebują zgody pana Nawrockiego na wybór osoby, z którą chcą żyć. Nie potrzebują również jego moralnej aprobaty, aby wzajemnie się wspierać, reprezentować i zabezpieczyć przyszłość.
Urząd nie służy do narzucania całemu społeczeństwu prywatnej doktryny światopoglądowej. Konstytucyjna kompetencja do odmowy podpisania ustawy nie daje prawa do zastępowania jej rzeczywistej treści własną projekcją ani do przedstawiania osobistych przekonań jako jedynej dopuszczalnej normy życia.
Tym wetem pan Nawrocki nie ochronił małżeństwa. Małżonkowie nie uzyskali ani jednego dodatkowego prawa, świadczenia czy zabezpieczenia.
Pozostawił natomiast bez ochrony ludzi pozostających poza małżeństwem -dlatego, że wybrali życie niezgodne z jego światopoglądem.
To nie jest troska o rodzinę. To jest użycie urzędu do karania obywateli za ich prywatne, zgodne z prawem decyzje.
10 lipca, około godziny 14.30, w kwiaciarni przy al. Grunwaldzkiej w Gdańsku doszło do zdarzenia, którym zajmuje się policjs.
Właścicielką sklepu jest 47-letnia Polka urodzona na Białorusi, mieszkająca w Gdańsku od 2019 roku. Według jej relacji starsza klientka zaczęła krytykować oferowane kwiaty, określając je jako "ukraińskie", "złe" i zgniłe. Następnie miała przejść do wyzwisk oraz żądania, by właścicielka "wynosiła się na Ukrainę".
Gdy kobieta próbowała nagrać odchodzącą pare telefonem, towarzyszący klientce mężczyzna miał ją zaatakować: chwycić za rękę, wykręcać dłoń, próbować odebrać telefon, uszkodzić urządzenie i uderzyć ją w twarz. Pokrzywdzona mówi o zwichniętej ręce, bólu i szoku.
Policja potwierdziła, że otrzymała zgłoszenie dotyczące zdarzenia w tej kwiaciarni. Funkcjonariusze ustalili, że doszło do konfliktu między właścicielką a nieznaną kobietą i mężczyzną, a mężczyzna miał popychać 47-latkę i wykręcać jej ręce. Para oddaliła się przed przyjazdem patrolu. Zabezpieczono nagranie z telefonu, przyjęto zawiadomienie i prowadzone są czynności w kierunku naruszenia nietykalności cielesnej.
Na obecnym etapie nie ma jeszcze informacji o zatrzymaniu sprawców ani o przedstawieniu zarzutów. Dlatego należy mówić precyzyjnie: część okoliczności została potwierdzona przez policję, pozostałe wynikają z relacji pokrzydzonej i wymagają procesowej weryfikacji.
Nie ma przy tym znaczenia, czy napastnicy pomylili Białorusinkę z Ukrainką. Właśnie ten szczegół pokazuje istotę zdarzenia. Nie interesował ich człowiek, jego obywatelstwo ani życiorys. Wystarczył akcent i przypisane pochodzenie, aby uznać, że wolno go obrażać, wypędzać i poniżać.
Uprzedzę również przewidywalny zarzut. Tak, obywatele Ukrainy także popełniają przestępstwa wobec Polaków. Każdy taki czyn powinien być ścigany i ukarany. Odpowiedzialność karna jest jednak indywidualna. Czyn jednego Ukraińca nie przechodzi na przypadkową kobietę prowadzącą kwiaciarnię, tak samo jak przestępstwo jednego Polaka nie obciąża wszystkich Polaków.
To nie jest opowieść o złych Polakach i dobrych cudzoziemcach. To jest sprawa granicy, której nie wolno przekraczac: człowieka nie wolno poniżać ani atakować z powodu akcentu, narodowości rzeczywistej lub tylko przez kogoś przypisanej.
I właśnie dlatego nie traktuję tego zdarzenia jako odosobnionego incydentu.
Od kilku dni, pod przypadkowymi wpisami i w odpowiedziach kierowanych bezpośrednio do mnie, widzę ten sam mechanizm: żądanie zbiorowej odpowiedzialności, wezwania do wyjazdu, odmawianie ludziom prawa do szacunku ze względu na pochodzenie oraz próby usprawiedliwiania każdej krzywdy zdaniem: oni robią to samo Polakom.
Nie, pzrestępstwo popełnione przez Ukraińca na Polaku nie daje nikomu prawa do poniżania przypadkowej Ukrainki, Białorusinki ani Polki mówiącej z obcym akcentem. Tak samo czyn jednego Polaka nie czyni wszystkich Polaków odpowiedzialnymi za jego zachowanie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy język zbiorowej pogardy przestaje budzić sprzeciw. Gdy "wynoś się do swojego kraju" staje się dopuszczalną odpowiedzią, a przemoc wobec człowieka zaczyna być oceniana nie według czynu, lecz według jego narodowości.
Komentarze, które codziennie czytam, pokazują, że granica została już niebezpiecznie przesunięta. Najpierw odbiera się ludziom godność w słowach. Później ktoś uznaje, że wolno również wykręcić rękę, uderzyć albo zaatakować dziecko w autobusie.
To nie dzieje się w próżni. Przemoc bardzo często zaczyna się znacznie wcześniej - od społecznego przyzwolenia na pogardę.
Panie Bogucki,
naprawdę chce Pan przedstawiać jako "uderzenie" przesłuchanie Karola Nawrockiego w charakterze świadka, w jego własnym gabinecie, do którego prokurator musiała przyjechać z Gdańska?
Tak wygląda według Pana polityczne prześladowanie? Zwykły obywatel otrzymuje wezwanie i stawia się w prokuraturze. Tutaj to organ ścigania pojechał do świadka, aby oszczędzić mu nawet podróży.
Sprawa dotyczy nieodpłatnego korzystania z apartamentów publicznej instytucji w okresie, gdy Karol Nawrocki nią kierował. Jej wyjaśnienie nie jest propagandą, lecz obowiązkiem prokuratury. Nikt nie stoi ponad prawem i nikt nie nabywa prawa do ciszy wokół własnych spraw tylko dlatego, że zajmuje wysoki urząd albo ma wpływowych obrońców.
Nie rząd stawia Karola Nawrockiego w złym świetle. Prokurator przywiozła jedynie lampę z Gdańska.
To oświadczenie nie jest wykładnią Konstytucji, lecz próbą jej obejścia.
Art. 190 ust. 1 Konstytucji stanowi, że orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego są ostateczne i mają moc powszechnie obowiązującą. Autor oświadczenia wygodnie przemilcza jednak ust. 2 i 3 tego samego artykułu: orzeczenia podlegają ogłoszeniu a wchodzą w życie z dniem ogłoszenia, chyba że Trybunał określi inny termin.
Ostateczność orzeczenia nie jest tym samym co jego wejście w życie. Nie można wyjąć z Konstytucji jednego zdania, a następnie pozbawić znaczenia dwóch kolejnych tylko dlatego, że stoją na przeszkodzie zamierzonemu rezultatowi.
Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego nie zastępuje Dziennika Ustaw. Nie ma również kompetencji do samodzielnego przesądzania, które nieopublikowane rozstrzygnięcia należy traktować tak, jakby weszły w życie, a następnie pomijania na ich podstawie obowiązujących przepisów ustawowych.
Nie można własnym oświadczeniem usuwać ustawowych obowiązków, przesądzać o statusie sędziów ani tworzyć szczególnego trybu obowiązywania rozstrzygnięć tylko dlatego, że urzędowa publikacja nie nastąpiła.
Szczególnie rażące jest powoływanie się na państwo prawne przy jednoczesnym zapowiadaniu "konsekwentnego realizowania" własnego, pozakonstytucyjnego mechanizmu nadawania skuteczności nieopublikowanym rozstzrygnięciom organu, którego obsada, niezależność i spełnianie standardu sądu ustanowionego ustawą zostały zakwestionowane w orzecznictwie europejskim.
W ten sposób nie przywraca się praworządności ani nie normalizuje sytuacji w Sądzie Najwyższym. Tworzy się równoległy porządek prawny, w którym o obowiązywaniu norm nie decydują Konstytucja i urzędowa publikacja, lecz jednostronne uznanie osoby kierującej Sądem Najwyższym.
Sąd Najwyższy powinien stać na straży prawa, a nie pisać je sobie oświadczeniami.
Napiszę to wprost: jeżeli osoba stojąca na czele Sądu Najwyższego uznaje, że może samodzielnie przesądzać, które przepisy obowiązują, które rozstrzygnięcia wywołują skutki i kiedy wolno pominąć ustawę, to nie mamy już do czynienia z wykładnią prawa, lecz z uzurpacją kompetencji.
Jako osoba zajmująca się prawem, ale także jako zwykły obywatel, nie potrafię przejść nad tym obojętnie. Sąd Najwyższy nie może domagać się szacunku dla własnych orzeczeń, jeżeli sam okazuje lekceważenie Konstytucji tam, gdzie jej treść staje się niewygodna.
To nie jest obrona państwa prawa. To demonstracja, że prawo ma obowiązywać tylko wtedy, gdy prowadzi do pożądanego rezultatu.
Jeżeli zaś Sąd Najwyższy zaczyna wybierać sobie prawo, które zamierza stosować, przestaje być strażnikiem porządku prawnego i staje się jednym z jego najpoważniejszych zagrożeń.
@donaldtusk@w_zurek
To nie jest akademicki spór prawników ani niewinne oświadczenie prasowe. Osoba kierująca Sądem Najwyższym publicznie zapowiada, że będzie traktowała nieopublikowane rozstrzygnięcia jak obowiązujące i na ich podstawie pomijała przepisy ustaw.
To próba stworzenia równoległego porządku prawnego wewnątrz Sądu Najwyższego.
Panie Premierze, Panie Ministrze - czy państwo zamierza na to zareagować, czy pozwoli, aby resztki pewności prawa zostały zniszczone oświadczeniem jednej osoby?
Milczenie w tej sprawie nie będzie neutralnością. Będzie przyzwoleniem na dalszą destrukcję praworządności.
Panie Sommer, wczoraj został Pan jednoznacznie uprzedzony, że bez znajomości pełnego przebiegu zdarzenia przypisuje Pan nieletnim odpowiedzialność za agresję dorosłego mężczyzny.
Dziś MZK opublikowało stanowisko oparte na analizie monitoringu z obrazem i dźwiękiem. Wynika z niego, że po zwróceniu uwagi dziewczęta natychmiast opuściły nogi, przez dłuższą chwilę nie dochodziło do żadnej dalszej sprzeczki, a późniejsza agresja mężczyzny nie była spowodowana ich zachowaniem. MZK wprost stwierdziło również, że relacje o rzekomym prowokowaniu przez poszkodowane są niezgodne z monitoringiem.
Pan mimo to nadal nazywa nieletnie "gówniarami", przypisuje im "odszczekiwanie", prowokowanie i odpowiedzialność za zachowanie dorosłego sprawcy.
Nie jest to już nieostrożna ocena oparta na niepełnych informacjach. To świadome pomijanie ujawnionych faktów i dalsze obwinianie dzieci tylko dlatego, że rzeczywisty przebieg zdarzenia nie odpowiada Pańskiej narracji.
Wczoraj prosiłem Pana o zakończenie tej kampanii i jednoznacznie wskazałem, jakie będą konsekwencje jej kontynuowania. Dzisiejszym wpisem wykazał Pan, że zlekceważył zarówno ujawnione fakty, jak i skierowane do Pana ostrzeżenie.
Nie będę już prowadził z Panem dalszej polemiki. Zabezpieczam ten wpis wraz z wcześniejszymi publikacjami i podejmuję zapowiedziane działania.
54-letni mężczyzna usłyszał zarzut popełnienia czynu z art. 257 Kodeksu karnego, polegającego na publicznym znieważeniu trzech obywatelek Ukrainy z powodu ich przynależności narodowej, w tym dwóch małoletnich w wieku 11 lat, oraz na naruszeniu nietykalności cielesnej jednej z pokrzywdzonych.
Podejrzany przyznał się do zarzucanego czynu i złożył wyjaśnienia. Prokurator zastosował wobec niego dozór Policji oraz zakaz kontaktowania się z pokrzywdzonymi. O odpowiedzialności karnej rozstrzygnie oczywiście niezawisły sąd.
Warto jednak zestawić treść zarzutu z tym, co przez ostatnie godziny działo się w przestrzeni publicznej.
Dwie jedenastoletnie dziewczynki określano mianem "prowokatorek", "agentek", "gówniar" i uczestniczek rzekomo zaplanowanej operacji medialnej. Anonimową opowieść o pluciu, wyzwiskach i celowym sprowokowaniu mężczyzny zaczęto przedstawiać jako ustalony fakt, mimo że MZK - po analizie monitoringu obejmującego obraz i dźwięk - wyraźnie wskazało, iż relacje o prowokacyjnym zachowaniu pokrzywdzonych są niezgodne z przebiegiem zdarzenia utrwalonym na nagraniu.
Według oficjalnego stanowiska spółki po zwróceniu uwagi nogi zostały natychmiast opuszczone, następnie przez dłuższą chwilę nie dochodziło do żadnej sprzeczki, a późniejsza impulsywna reakcja sprawcy, obejmująca przekleństwa i okrzyki, nie była wywołana zachowaniem pokrzywdzonych. MZK podkreśliło również rażącą niewspółmierność reakcji dorosłego mężczyzny wobec zachowania nieletnich.
Nie przesądzam winy podejrzanego. Od tego nie jest x a postępowanie karne i sąd. Można jednak już dziś ocenić sposób, w jaki część opinii publicznej próbowała odwrócić role procesowe i moralne: dzieci przedstawiono jako sprawczynie, a dorosłego mężczyznę jako ofiarę ich rzekomej prowokacji.
Mechanizm był prosty. Najpierw pojawiła się niezweryfikowana plotka. Następnie dopisano do niej Wołyń, agenturę, "ukraińską bezczelność" i zaplanowaną prowokację. Na końcu tysiące osób uznały, że jedenastoletnie dziecko mogło zasłużyć na poniżenie z powodu swojej narodowości.
Tak właśnie powstaje społeczne przyzwolenie na nienawiść: nie od jednego wielkiego kłamstwa, lecz od setek drobnych insynuacji, w których uprzedzenie zastępuje dowód, a narodowość pokrzywdzonego staje się usprawiedliwieniem agresji.
Ponieważ poseł Matecki zablokował mi możliwość odpowiedzi, zamieszczam tę informację pod wpisem pana Adriana Zandberga.
Panie Matecki, rozpowszechnia Pan dzisiaj grafikę dotyczącą zdarzenia z 17 czerwca 2025 r. w Krakowie, nie podając daty i tworząc wrażenie, że chodzi o aktualną wiadomość.
Oficjalny komunikat Policji opublikowano 24 czerwca 2025 r. Policja informowała o kopnięciu 11-letniego chłopca w okolicy głowy, podczas gdy rozpowszechniana przez Pana grafika mówi o kopnięciu "w twarz", dodatkowo zaostrzając przekaz.
Sprawca został wówczas zatrzymany, usłyszał zarzut, został objęty dozorem policyjnym oraz zakazem zbliżania się i kontaktowania z pokrzywdzonym oraz świadkami. Państwo zareagowało. Nikt rozsądny nie kwestionuje, że napaść na dziecko była czynem karygodnym.
Nieuczciwe jest natomiast wyciąganie po ponad roku tej sprawy bez daty i używanie jej jako odpowiedzi na dzisiejszą ksenofobiczną napaść dorosłego mężczyzny na dwie 11-letnie obywatelki Ukrainy.
To próba stworzenia fałszywej symetrii: skoro kiedyś obywatel Ukrainy skrzywdził polskie dziecko, to obecna agresja wobec ukraińskich dzieci ma rzekomo wymagać „zrównoważenia” innym przestępstwem.
Nie wymaga.
Odpowiedzialność karna jest indywidualna. Ukraińskie dzieci z autobusu nie odpowiadają za czyn obcego mężczyzny z Krakowa. Nie wolno obciążać ich zbiorową winą tylko dlatego, że sprawca dawnego przestępstwa miał tę samą narodowość.
Właśnie tak buduje się społeczne przyzwolenie na przemoc: zamiast jednoznacznie potępić agresora, wyszukuje się stare zdarzenie, usuwa z niego datę i wykorzystuje krzywdę jednego dziecka do relatywizowania krzywdy innych dzieci.
Pan nie broni w ten sposób polskich dzieci. Pan wykorzystuje ich cierpienie jako narzędzie do podsycania wrogości wobec dzieci ukraińskich.
To nie jest informowanie opinii publicznej. To świadome budowanie fałszywego obrazu rzeczywistości - politycznie cyniczne i społecznie niebezpieczne.
Panie Sommer, właśnie w kilku zdaniach pokazał Pan mechanizm, który prowadzi do takich napaści.
Dorosły mężczyzna poniża i zastrasza ukraińskie dziecko w autobusie, a Pan zamiast jednoznacznie potępić sprawcę, wyciąga Wołyń i próbuje relatywizować agresję wobec jedenastolatki odpowiedzialnością za zbrodnie sprzed ponad osiemdziesięciu lat.
To nie jest publicystyka historyczna. To jest prymitywne przypisywanie dziecku zbiorowej winy za czyny ludzi, których nigdy nie znało i z którymi nie ma nic wspólnego.
Pańskie „zasadnicze różnice” są w istocie moralnym upadkiem: sugeruje Pan, że krzywda współczesnego ukraińskiego dziecka zasługuje na mniejsze oburzenie, bo kiedyś inni Ukraińcy mordowali Polaków. Dokładnie tak działa propaganda nienawiści — odbiera konkretnej osobie prawo do ochrony, bo przypisuje jej winy całej grupy narodowej.
Nie broni Pan pamięci ofiar Wołynia. Używa ich Pan jako pałki do usprawiedliwiania pogardy wobec dziecka.
To jest haniebne.
Postaram się odpowiedzieć. Nie po raz pierwszy spotykam się z tym argumentem, więc może warto zająć stanowisko przy szerszej widowni.
Polska polityka na pierwszy rzut oka wydaje się wewnętrznie sprzeczna. Tam, gdzie wygodnie, powoływaliśmy się na argumenty etniczne, a tam, gdzie ich nie mieliśmy, na argumenty historyczne. Sprawia to wrażenie, że Polska sięgała łapami po wszystko, co tylko mogła chwycić.
Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.
Po pierwsze: odrodzenie państwa polskiego nie było zawieszone w próżni i na arenie międzynarodowej opierało się na jasno wyrażonej woli Ententy. Ta natomiast przyjęła koncepcję budowy państw etnicznych z niewielkimi wyjątkami.
Po drugie: Polska miała uzyskać terytoria bezsprzecznie polskie oraz dostęp do morza. W praktyce nie było to takie łatwe, bo Niemcy nie chcieli oddawać nawet wybitnie polskiej Wielkopolski, nie mówiąc o Pomorzu czy etnicznie polskim Górnym Śląsku.
Po trzecie: Ententa, chwilę po przyjęciu koncepcji etnicznej w Europie Środkowo-Wschodniej, wyraziła zgodę na utworzenie Czechosłowacji. Czechy miały zaś zachować granice historyczne, czyli w praktyce 3 mln Niemców, którzy byli tam wrogim żywiołem. Dlaczego zatem Polska miała nie podnosić takich praw np. w stosunku do niemieckojęzycznego Gdańska, który był dla nas kwestią gospodarczego przeżycia?
Po czwarte: Polska, jeszcze przed zakończeniem wojny na zachodzie, weszła w spór terytorialny w Galicji Wschodniej z ZURL, która chciała postawić wszystkich przed polityką faktów dokonanych. To oczywiste, że posiadając prawa historyczne, polski Lwów i większe miasta oraz ogólnie ok. 35% ludności, 70% ziemi oraz 80% majątku w całym regionie, Polska nie mogła zgodzić się na zepchnięcie na zachód od Sanu.
Po piąte: Ewidentnie polskojęzyczna Wileńszczyzna powinna należeć do Polski zgodnie z koncepcją przyjętą przez Ententę. Tak samo z Cieszynem. Czemu zatem wyszły z tym takie problemy? Czemu dzisiaj Litwini i Czesi nie biją się w pierw, że wyciągnęli łapy po obce ziemie? Bo uważają, że mieli prawa historyczne. Oczekiwanie zatem, że Polska ich nie będzie miała, jest totalnym odklejeniem.
Po szóste: Polska aktywnie szukała sposobów, by ułożyć sobie granicę na wschodzie. Ale nie było łatwo. Propozycje rozgraniczenia Galicji Wschodniej rozbijały się o upór ZURL, która nie chciała przyjąć nawet przyzwoitej granicy. Litwini odrzucili linię Focha. Wszelkie propozycje kantonalne, federacyjne itp. rozbiły się o brak dobrej woli. Każdy walczył o swoje i zaczął stosować niedozwolone chwyty, więc Polska również przyjęła podobną postawę. Logiczne.
Po siódme: Ententa w praktyce chciała, abyśmy oddali im całkowity mandat do decydowania o losie ziem na wschód od Linii Curzona. Na wypadek gdyby wygrała jednak Biała Rosja. Czy muszę to szerzej komentować?
HELL NO.
Po ósme: Tyle było pitolenia o granicach etnicznych i sprawiedliwym dostępie do morza, a tymczasem Polska w traktacie wersalskim nie dostaje ani Górnego Śląska ani Mazur. Bo Brytyjczykom nagle zrobiło się szkoda Niemców i pojawiły się nowe argumenty. Polityczne. Gospodarcze. Histotoryczne. Ten pokój mógł być dla nas zdecydowanie korzystniejszy terytorialnie. No ale nie był, bo zostaliśmy w pewnym sensie oszukani.
Po dziewiąte: Polska popełniła wiele błędów w latach 1918-1920, ale jak na skalę tego, co działo się wówczas w Europie, nie była krajem, który jakkolwiek wyróżniałby się na plus lub minus pod względem pazerności terytorialnej.
Litwini chcieli przejąć Wilno bez względu na stosunki narodowościowe? Nie pozwoliliśmy im na to.
Ukraińcy chcieli wykopać Polskę za San. Wywołali wojnę, którą przegrali. Mimo prób mediacji ze strony ententy.
Niemcy nie chcieli nawet oddać nam Wielkopolski. Pomimo tego, że doświadczyli boleśnie na własnej skórze polskiego powstania.
Rosjanie chcieli nas zamknąć w Linii Curzona, a bolszewicy w ogóle zliwidować, więc tego komentować chyba nie muszę.
Czechów też nie będę omawiał, bo dostali to, czego chcieli, z pogwałceniem cywilizowanych zasad prowadzenia stosunków międzynarodowych.
Reasumując: Naprawdę byłbym za tym, aby o granicach w Europie w tamtym czasie decydowały jasne i uczciwe zasady. Ale nikt ich nie chciał wówczas przestrzegać. Łącznie z największymi wygranymi, czyli Wielką Brytanią i Francją. W takich okolicznościach naprawdę trudno oczekiwać, aby inne państwa grały we frajerską grę i wygrywały głupie nagrody.
Szczerze wolałbym, aby Polska dostała Gdańsk i Górny Śląsk, Mazury i Zaolzie, ale była nieco mniejsza na wschodzie, np. o część Wołynia i Polesia.
No ale nie było to możliwe.
Pełna zgoda. Zbrodniarzy należy nazywać zbrodniarzami, niezależnie od ich narodowości. Tak samo należy pamiętać o wszystkich ofiarach i dążyć do ich godnego pochówku.
Mam jednak wrażenie, że pamięć historyczna zbyt często staje się dziś narzędziem bieżącej polityki. O tragediach przypomina się głównie wtedy, gdy można je wykorzystać do budowania niechęci wobec współczesnych ludzi. Historia powinna uczyć odpowiedzialności i ostrzegać przed nienawiścią, a nie być paliwem dla kolejnych konfliktów.